Vincent (i tak, w życiu tak wygodnie agent pod przykrywką nie ma, ale poszłam w styl gier komputerowych; to jednak Vincent, świat w stanie chaosu, ogólnie FVII). I Kompilacja uderza znowu, wprowadzając kolejnych bohaterów. OC się plenią, ale to dlatego, że polityka (właśnie, polityka, to ostrzeżenie w ostrzeżeniu; masa world-buildingu, a akcja sobie niemal stoi; ekspozycja, ekspozycja) i skądś trzeba do niej ludzi wziąć.
Ad polityki: i tak nie ma chronologii miesięcznej, informowania o wytyczonych granicach ani głównych grupach politycznych w każdym z mniejszych podmiotów, ani o konkretnych przewałach biznesowych. Ergo, mogło być gorzej/lepiej (jak kto lubi). Oczywiście, będzie, ale chyba nie na tym poziomie detalu. Ale tak tak, tak, tak, małe ja siedzi(ało) i ma(iało) otwartą mapę Gai, geograficzną i z zaznaczonymi punktami, żeby ustalić, jak te podmioty mogłoby się dzielić i co mogłoby być ich główną siłą; 99% z tego w ogóle nijak nieprzydatne do fika, tak z własnej obsesji. Do tego lista wszelkich potworów i zwierzątek otwarta z boku, bo potworki i przekleństwa nie mogą być ziemskie. Ani kuchnia. To jest na pewno jakaś odmiana manii, neurozy, ZOKów czy czegoś w tym stylu. ; - )
Drób a la Kalm. W sumie, jeszcze trochę się pewnie potraw pojawi, to może potem namówię siostrę i A., żeby mi pomogły przygotować kucharskiego fanmiksa, do zjedzenia w domu, A. to ostatnio bawi.
Vincent sprawdził telefon. Dwanaście połączeń, wszystkie od Yuffie. Trzy SMSy, wszystkie od Tify. Westchnął. Sam prosił, by informowała go o stanie Clouda przynajmniej raz dziennie, a nie miał czasu rzucić okiem na wiadomości prywatne od – spojrzał z kolei na zegarek – pięknie, trzydziestu godzin, nie powinien się więc dziwić, że ostatnia z nich brzmiała „Vincent, a co u Ciebie? Wiem, że nie możesz opowiadać, co robisz, ale daj znać, że czytasz, cokolwiek. «OK» wystarczy".
Nie odpisywał od dobrych sześćdziesięciu. Poczuł wyrzuty sumienia: powinien był wrócić te pięć dni temu, kiedy dowiedział się o całej sprawie. Zostawił ich samych sobie w odległym, szorstkim Edge'u. Wiedział co prawda, iż niewiele mógłby pomóc, nie był lekarzem, poza tym, porzucenie zadania oznaczało spalenie tożsamości, kontaktów, kilkumiesięcznego wysiłku, fałszywego życia – jakie nie było fałszywe? Ludzie, których rozpracowywał, mogli mieć odległe powiązania z tymi, którzy napadali na Strife'a, czyli pomagał mu także wykonując to zlecenie. W pewnym sensie. Przynajmniej tak sobie mówił. Sytuacja jednak za bardzo przypominała tę z Mideel, a to było... niekomfortowe skojarzenie. Wtedy ratowali świat, teraz – teraz dbali o to, co ocalili. Konferencje, śledzenie bandytów, wyszukiwanie informacji, wszystko, co „ratuje świat" w czasie pokoju. Nadal wszakże to niedobre wrażenie, wspomnienie rozstania w Mideel...
Nie chciało odejść. Odetchnął głęboko. Musiał wysłać coś wutajskiej księżniczce – inaczej ta gotowa rozpocząć akcję poszukiwawczą, zniszczyć jego przykrywkę, skazać misje na niepowodzenie... I tak nie było prosto zbierać informacje przy tak charakterystycznej cesze fizjonomii, jak czerwone oczy. Soczewki to zawsze ryzyko, jakkolwiek niewielkie.
Przycisnął skronie. Mocno, by uciszyć ból głowy. Przed oczyma migotały mu drobne plamki. Nawet on musiał czasem spać. Biorąc pod uwagę ilość czasu, jaka została mu spotkania, wypoczynek był priorytetem. Ale jeśli Reeve zacznie coś podejrzewać...
Raz jeszcze sięgnął po telefon, wybrał numer Shelke i wystukał SMSa. „Dobry wieczór. Jestem w trakcie zlecenia, kompletnie wyczerpany, kwadransa wolnego nie mam, a Yuffie z Tifą się martwią. Mogłabyś im wysyłać co jakiś czas wiadomość «ode mnie»? Jedno zdanie o tym, że żyję, dosłownie. Dziękuję z góry. U Ciebie wszystko dobrze, tuszę? Vincent".
Młodsza z sióstr Rui znała na wylot wszystkie sieci teleinformatyczne. Bez problemu mogła nadać SMS z jego telefonu (albo po prostu przesłać na tamte z fałszywym numerem nadawcy), siedząc przed monitorem. Miała od tego program, wystarczyło go włączyć, trzy minuty pracy.
Opadł na kanapę, omiatając wzrokiem pokój. Alarmy pod drzwiami, oknami oraz kominem, zaciągnięte firanki. Kamery oraz pluskwy sprawdził wcześniej. Ostrożności nigdy za wiele, zwłaszcza, że miał silne wrażenie, iż grupa, którą obecnie rozpracowywał, doskonale wiedziała, kim jest – nic dziwnego, jeśli miała powiązania z laboratoriami Hoja – a kontakt nawiązała po to, by dokończyć to, co ten drań zaczął. Valentine nie miał ochoty na kolejną pobudkę na stole operacyjnym, ale musiał podjąć ryzyko i się zdrzemnąć. Za osiem godzin umówiono go z lokalnym szefem narkotykowej dystrybucji, niejakim Alexem „Diamentowym Proszkiem" – ludzie pochodzący z nizin zwykle nadawali sobie pretensjonalne przydomki, taka manifestacja potrzeby estetyki w życiu – rozsądek nakazywał być chociaż z grubsza przytomnym w trakcie tej rozmowy.
Telefon zaczął wibrować. Shelke. „Jasne. Powodzenia". Dziewczyna wiedziała, co to znaczy pracować w wywiadzie, jej programom osłonowym zawdzięczał możliwość korzystania z prawdziwych numerów w trakcie misji – nikt nie powinien wykryć dodatkowego sygnału, mieszała jego sygnaturę z tymi radiowymi czy telewizyjnymi, czy jeszcze jakimiś; nie był pewien, nie znał się na tych nowoczesnych zabawkach.
Oczywiście, to oznaczało, że panna Rui potencjalnie śledzi każdy jego krok, ale jedną z najważniejszych umiejętności szpiega jest trafność wyboru, komu minimalnie zaufać – komuś zawsze trzeba. Dziewczyna miała u niego rodzaj emocjonalnego długu, jeden z tych niespłacalnych. Mimo jej stałej współpracy z WRO, prawdopodobieństwo zdrady było nikłe.
„Zabawne" pomyślał, zapadając w sen „ostatecznie moje działania muszę ukrywać przed WRO raczej niż Shinrą. Ale to dla dobra Clouda, to dla jego dobra, żeby on mógł spokojnie – ten ostatni wypadek, muszę sobie porozmawiać z Rufusem, muszę, jak tylko to się – rozwiąże. Zabawne, naprawdę zabawne, kto raz zostanie turkiem...".
'
'
— Wujek się obudzi? — spytała nagle Marlene, przerywając zabawę w bandażowanie Denzela, którą, w ramach odciążania Shery i ćwiczeń z pierwszej pomocy, zarządził Levinas.
— Robimy wszystko, by tak się stało. Sądzę z dość dużą dozą pewności — mężczyzna ostrożnie dobierał słowa — że tak. Brakuje wam go? — na wpół stwierdził.
— Martwimy się — odpowiedział chłopiec. — Bardzo. Ale Cloud znikał już wcześniej na bardzo długo, więc do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie chcemy tylko, żeby coś mu się stało... po drodze — zakończył ciszej.
— Boimy się — dopowiedziała mała. — Niech pan nas nauczy czegoś jeszcze, prosimy. Żebyśmy mogli pomóc wujkowi. Choć trochę.
Lekarz zawahał się, potem wziął dzieci za rękę i zaprowadził do pokoju chorego. Po drodze maluchy dyskutowały zapalczywie o wyższości pomocy w postaci odważnego, silnego wojownika nad równie dzielną, mądrą lekarką. Marlene chciała zostać tą drugą, rzecz jasna – Richard uśmiechnął się w duszy. Jeszcze dwa dni temu słyszał, że mała pragnęłaby być detektywem albo szpiegiem, jak turki, wujek Vince czy ciocia Yuffie.
Na progu pokoju poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Cloud nie wyglądał źle, czysty, bez respiratora, gdyby nie te wszystkie urządzenia medyczne można by sądzić, iż śpi. Dzieci z pewnością widziały gorsze widoki w swoim życiu. Nadal jednak narażał je na potencjalny stres, bez pytania opiekunów o zgodę. „Jeśli nie mam racji, Tifa mnie zabije" pomyślał.
Wyglądało na to, że jednak jeszcze trochę pożyje. Maluchy umilkły w pierwszej chwili, spłoszone, po minutach obserwacji podeszły wszakże do łóżka i zaczęły zadawać personelowi medycznemu setki pytań, głównie o funkcje przyrządów. Levinas oraz pielęgniarki tłumaczyli cierpliwie, potem zaś powierzyli dzieciakom Bardzo Ważne Zadanie – zdjęcie odłączonych kroplówek, wrzucenie ich do kosza, nastawienie (pod opieką dorosłych) pomp podających leki, przede wszystkim zaś porozmawianie z wujkiem, potrzymanie go za rękę.
— Ludzie czują takie rzeczy — oznajmił autorytatywnie doktor — nawet, kiedy muszą pozostać uśpieni. Może dzięki Lifestreamowi, może przez coś innego, ale z pewnością czują. I skoro wiedzą, że mają do czego, do kogo wracać, to organizm mobilizuje siły. To niezwykle ważna misja — zwrócił się do przyszywanego rodzeństwa — i nikt nie wykona jej lepiej niż wy.
Później, wieczorem, kiedy Shera położyła go do łóżka, Denzel przypomniał sobie, że Reeve powiedział mu kiedyś coś podobnego.
'
'
W „Sfatygowanym Kapeluszu" było pełno, jak zwykle, pito nawet ponad normę. Wypadki takie, jak niemal udany zamach na wojownika, powszechnie uważanego za najsilniejszego na planecie, jawny bunt przeciwko szefowi gangu, trzęsącego dzielnicą czy rzucanie granatami po ulicach, to aż nadto, by wyprowadzić z równowagi nawet najtwardszych zabijaków.
Cissnei przeciskała się przez gości z plastikową tacą w ręku. Trzy litry czystej plus cztery kieliszki, nieźle jak na początek wieczoru. Zamówienie złożyli ludzie „Długiego Lola", co pewnie tłumaczyła chęć zapicia rzeczywistości. Ich szef był o włos od utraty władzy, nadal mógł stracić twarz, wystarczył jeden nieostrożny krok, by jego ludzie, dotąd traktowani z szacunkiem, znaleźli się na marginesie dzielnicy i musieli od początku walczyć o życie oraz pozycję.
Podchodząc do ich stolika – stał w najbardziej oddalonym od drzwi kącie – posłała mężczyznom ciepły uśmiech.
— Ciemno tutaj, panowie, czy mam przynieść lampkę przenośną? — zapytała, rozkładając naczynia. — Proszę. I, czy podać coś jeszcze?
— Nie, nie, dzięki Marr, za lampę i za przekąski, nie teraz. Może potem.
— Oczywiście. Miłej rozmowy!
Posłała im jeszcze jeden uśmiech, wyprostowała – gdy była pochylona nad stolikiem, czuła ukradkowe spojrzenia mężczyzn, rzucane na jej dekolt. Ubieranie nieco zbyt kusych spódniczek, obcisłych bluzeczek oraz obcasów, które niemal robiły dziurki w podłodze, wreszcie się opłaciło.
Miała na imię Marr Ferns, teraz. Mówiła wszystkim, że zwiała z jednej z osad pod Edge'em, tak małych, że nadal nie zostały nazwane, przed zazdrosnym facetem. Ludzie Dona rozpuszczali już plotki, iż jest jedną z jego dziewcząt, która miała dosyć „opieki", uciekła i czeka w ukryciu aż sprawa przyschnie, by móc zacząć pracę na własną rękę.
Wpływy Rufusa były, jak widać, nadal spore. Ludzie z wydziału śledczego nie mogliby jej zapewnić drugiej pod-przykrywki, a pierwsza pewnie nie wytrzymałaby długo, mimo inwencji tudzież talentu eksturk; za wiele pytań rodziła. Poza tym, młoda, naiwna dziewczyna znacznie mniej mogła w półświatku niż była dziwka – lekceważenie czasami bywało błogosławieństwem, pozwalającymi na wydobycie informacji, jednak najpierw dane otoczenie musi cię do siebie dopuścić. To śledztwo musiało być błyskawiczne, nie mieli czasu na koronkową robotę, powolne przedzieranie się przez struktury.
Pójście na układ z Tsengiem oznaczało jednak nagięcie regulaminu. Działanie poza prawem. To, czego zamierzała – chciała – uniknąć, odrzucając korporacyjną ofertę ponad rok temu, tylko po to, by wstąpić do państwowych służb porządkowych. Co prawda od chwili wyboru premiera znowu służyła pod Shinrą, ten wszakże nie mógł nakazać jej nic, co byłoby sprzeczne z ustawą, co przychodziło mu czasem z widocznym trudem. Małe radości dnia codziennego.
Nie mógł jej właściwie choćby nazwać „Cissnei", w nowiutkich, wyrobionych po Upadku papierach wpisano jej „Cecylia Hushley". Mówił więc, wpadając na nią czasem na korytarzach, gdy akurat ochrona rządu nie dawała rady i trzeba było prosić policję, „pani Cecylio". „Pani" – niby nic, a cieszy.
Godność, stwierdziła, to musi być to słynne poczucie godności. Emancypacja, wolność pozytywna. Demokracja ma najwyraźniej też swoje dobre strony.
Teraz dobrowolnie z tego rezygnowała. Misja była robiona na wariackich papierach, nikt z przełożonych nie wiedział o kolejnej spreparowanej przeszłości, potencjalnie mogącej narobić sporo kłopotów. Co prawda Popieliska walczyły z Donem, nie powinni więc na nią donieść, ale któryś z tutejszych alfonsów mógł potrzebować nowej pracownicy. Gangsterzy mogli wziąć ją za łatwy łup. Z ewentualną napaścią poradzi sobie bez problemu, lecz wtedy z przykrywki nici. Dawniej trenowano ją po to, by była gotowa na wszystko w imię zadania, konieczność zaliczenia kilku łóżek nie była dla niej abstrakcyjnym pojęciem, nieokreślonym lękiem ani nawet granicą, tylko możliwością, elementem, pytaniem. Czy chce akurat dla tej sprawy?
Nie chodziło o Rufusa, oczywiście, nie chodziło też o dawnych kolegów. Raczej o wspomnienie znajomego, jednego z nielicznych, który traktował ją zupełnie normalnie, mimo kompanijnego środowiska. Mimo wiedzy o jej profesji. Znajomego, którego ostatecznie nie zdołała ochronić. Skoro Cloud był z kolei tym, którego chronił tamten – Za... szepnęło coś w umyśle, coś, co natychmiast stłumiła, jak ból, jak wątpliwości, jak zawsze – to ona zrobi wszystko, by pomóc.
„To jest twoje dziedzictwo, tak? Chronić innych ludzi. Chronić szczęście, chronić naszą niewinność, chronić... Spróbowałam i hej, wiesz, tak faktycznie jest lepiej!".
Ktoś stłukł szklankę, ktoś właśnie wchodził do baru – rzuciła okiem, idąc ze szmatą w kierunku plamy: Reno. Sam. W garniturze, ale to bez znaczenia, tutaj wszyscy wiedzieli, dla kogo pracuje. W ciągu tych kilku dni przez dzielnice przewijały się służby państwowe, prywatne oddziały WRO, oczywiście turki, prywatni detektywi, jacyś pozbawieni instynktu samozachowawczego dziennikarze, zbieracze informacji dla świata przestępczego, zagraniczni szpiedzy i licho wie, kto jeszcze. Wyglądało na to, stwierdziła z przekąsem, że zamierzają przepytać dosłownie każdego mieszkańca Popielisk. Wielokrotnie. Zapewne wszyscy tęsknili też za możliwością użycia tortur, jednak lęk przed złością Tify – czyli utratą Strife'a i paru innych przydatnych osób – powstrzymywał przynajmniej Shinrę, Reeve'a oraz agentów Wutai.
Reno usiadł przy barze, więc nie musiała troszczyć się o jego zamówienie, tylko skupić na pracy. Uszy i oczy szeroko otwarte, flirtowanie z klientami, głównie oczywiście z podwładnymi „Długiego Lolo". Poza ciekawskiego, wypytującego o wszystko dziewczątka z małej miejscowości – dobrze, że jej typ urody raczej odejmował niż dodawał lat. Pod tym prostytutka, desperackie starania o znalezienie opieki. Wszystko pasowało.
Godziny jako kelnerka mijały w miarę szybko. Udawane zainteresowanie, pozorna otwartość, cały zestaw sztuczek miała opanowany koncertowo, robiła to prawie podświadomie, bez myślenia, katalogując potencjalne tropy, analizując dane, szukając aluzji. Nie, żeby póki co zdobyła coś konkretnego, nie oczekiwała przecież efektów tak szybko, tylko mglisty obraz sytuacji, w zasadzie pokrywający się z tym, co znała z oficjalnego, skleconego pośpiesznie drugiego dnia raportu. Krin nie miał przyjaciół, z kolegami z grupy utrzymywał kontakty poprawne, ciepłe, ale nie bliskie. W efekcie wyśledzenie, kto, kiedy, jak zapoznał go z najemnikami było utrudnione. Jednak nie niemożliwe – ostatecznie, jeżeli „Scyzoryk" naprawdę chciał przejąć władzę w gangu, potrzebował sojuszników, musiał z kimś rozmawiać, manewrować, coś przecież wzbudziło podejrzenia Lorenca.
Grupa w kącie jeszcze dwie razy zamówiła dodatki: jeszcze dwie butelki z zakąskami. Ożywiona rozmowa cichła, ilekroć podeszła, to wszakże nic dziwnego.
— Hej, Marr — zawołał jeden z nich – Franek „Gilotynka" Robs, jeden z istotniejszych elementów tutejszego pejzażu przestępczego – kiedy wychodzili — zaraz zamykacie, nie? Kopsnęłabyś się do nas na afterka?
Zastanowiła się chwilę. Nie była nawet specjalnie zmęczona, a w środowisku nieoficjalnym mogła zdobyć informacje znacznie lepszej jakości. Z drugiej strony, wyjście bez osłony w nowe, nieznane miejsce, pełne potencjalnych wrogów. Tamta czwórka będzie znała miejsce, drogę, ludzi. Atak byłby prosty.
Jednak przyjęła to zadanie całkowicie świadoma ryzyka. Odpowiedź na pytanie o sens i chęć brzmiała: tak. Uśmiechnęła się więc ponownie, upychając w grymasie nieśmiałość, zmęczenie, zaciekawienie, nadzieję, ociupinkę zalotności.
— Jasne. Chętnie. Dzięki za zaproszenie.
— Heh, musimy jakoś powitać nową sąsiadkę, nie? Zwłaszcza taką ślicznotkę. Impreza u mnie – to zaraz za rogiem, Bernie wie, gdzie. Będzie paru chłopaków od nas, znasz ich z baru, nie będzie ci dziwnie.
— Dzięki raz jeszcze. Wpadnę.
Mężczyźni rzucili jeszcze pożegnanie właścicielowi, pożartowali, wyszli. Śledztwo ruszyło, wreszcie, chociaż nie sądziła, by przełom przyszedł w najbliższych dniach. Aczkolwiek, jeżeli ludzie van Magrida naprawdę desperacko potrzebowali złapania Krina, co prawdopodobne, mogliby zrezygnować z ostrożności na rzecz starań o odzyskanie prestiżu. Niewiele mogłaby im w tym pomóc pojedyncza dziwka, jednak istniała szansa, że któremuś ze sfrustrowanych ludzi coś się wymsknie, nie teraz, później, gdy już zdobędzie ich zaufanie.
— Idź już — stwierdził po jakiejś godzinie sprzątania Bernie — czekają. Pokażę ci drogę.
Skoczyła tylko zmienić ubranie w łazience – mieszkała w pokoju nad lokalem – zrobiła makijaż (ciemnoczerwone usta, oczy przydymione na brązowo, ciężkie od czarnego tuszu rzęsy), pomachała „Staremu", poszła.
Rzeczywiście było blisko. Ostatnie paręnaście metrów mogłaby pokonać „na słuch": głośna, taneczna muzyka wypełniała co najmniej dwie najbliższe ulice. Cissnei rozpoznała utwór: „Pamiętasz?" – piosenka, pod romantycznym, wzruszającym tekstem o młodzieńczej miłości, przemycała nostalgię za dawnymi czasami, potężnym Midagrem, wiecznymi światłami korporacji, stabilizacją. „Nie martwiliśmy się o jutro, nie baliśmy się wchodzić alejkami w noc, dni przemykały kolorowo, nie martwiliśmy się, nie, nie, nie" łkał dramatycznie wokalista.
Kobieta powstrzymała odruch pogardy wobec cudzej słabości. Poprzednie życie było klatką, może wygodną dla niektórych, ale klatką, sztucznym światem, gdzie cały glob pracował na dobrobyt nielicznych szczęśliwców – cóż jednak w tym dziwnego, że tamci tęsknią za poczuciem bezpieczeństwa? Wolność i wybory są trudne, obarczone ryzykiem błędu, ciężarem odpowiedzialności, to jasne, iż łatwiej zwalić winę na tego, kogo wskaże nam nasz „opiekun". Jak dzieci, ale któż nie pragnąłby, przynajmniej czasami, na nowo zostać dzieckiem, nie znać trosk, zagrożeń, cudzych oczekiwań lub rozczarowań... Agentka zachowywała się identycznie za czasów poprzedniego reżimu, właśnie dlatego zresztą taka postawa wyjątkowo ją irytowała. Gorliwość neofity, złość na ludzi, którzy powtarzali stare błędy, jej błędy, ciągle nie potrafiąc przejrzeć na oczy, lęk przed ponownym wpadnięciem w starą koleinę – to wszystko nie usprawiedliwia, jednak z pewnością tłumaczy.
„Ale żeby tego słuchali przeciwnicy firmy, no, no, no... Potęga popkultury, pewnie ich też wspomnienia młodości ruszają. Albo to dla nich po prostu miłosna ballada" pomyślała, pukając – waląc raczej, ze względu na hałas – do drzwi.
Otworzono jej szybko. Franek. Musiał czekać. Bardzo dobry albo bardzo zły znak.
— Hej! „Stary" puścił mnie wcześniej — zawołała radośnie, cmokając gangstera w oba policzki – takie czułości pasują zarówno wiejskiej gąsce jak panience do towarzystwa.
Mężczyzna przedstawił ją tym kilku osobom, których nie znała, głównie partnerkom kryminalistów przesiadujących w barze, sześciu bandytom niższej rangi. Przyjęcie było duże, rzeczywiście – i nawet na jej cześć, poniekąd: wznoszono toasty za nią, gawędzono z nią, plotkowano o niej, wykorzystywano ją jako pretekst do picia mórz alkoholu. Wszystko w normie. Wszystko zgodnie z planem, lepiej nawet. W ciągu pierwszych trzech godzin poznała poprzez kontakt oraz obserwację kilkudziesięciu ludzi z otoczenia Krina.
Z drugiej strony „Gilotynka" sprawiał wrażenie niebywale nią zainteresowanego. Porywał do tańca, zabawiał, nie dopuszczał, by zbyt długo rozmawiała z innymi gośćmi. Biorąc pod uwagę, że należał on do kierowniczej piątki w grupie „Długiego Lola", to także nie było niepożądane – budziło wszakże niepokój. Tamten mógł mieć swoje podejrzenia, należał ostatecznie do weteranów, miał, pamiętała z raportów, trzydzieści sześć lat, a za sobą przeszłość pełną twardej walki: urwane pół ucha, blizna nad okiem tudzież trzy złote zęby wymownie o tym świadczyły. Błękitne, wielkie oczy, długie, gęste blond włosy, szczegóły takie jak niesamowite rzęsy lub delikatny, młodzieńczy puszek nad wargą z kolei zaprzeczały, jednak wątpliwości rozstrzygał pseudonim, który pochodził od ulubionej metody zabijania Robsa – garotą. Staroświecka, lecz skuteczna.
— Wpadłasz w oko Frankowi — poinformował kobietę o oczywistości jeden z bardziej zalanych uczestników pod koniec czwartej godziny spotkania. — To dobrze. Fran-nek potszebuje... no, takiej jak pani. Franek jest dob-bry chłopak, a nie ma szczęszczia w... no, tych sprawach. Wieki-i go z dziewczyną nie widżałem. Od czasu, jak go taka mała czarna... no wiesz, ten tego. Pól roku jusz mija. Tylko pił z kumplami. Tra-gedj-jia. No, ale teraz ty mu... no, ten tego, nie?
Potaknęła szybko, ani na sekundę nie opuszczając uniesionych w uśmiechu kącików. Jeżeli tamten mężczyzna potrzebował ciepła, uwagi, adorowania, stosunkowo łatwo powinien ulec czarowi ledwie poznanej dzieweczki, zwłaszcza, gdy ta zaapeluje do jego instynktu opiekuńczo-terytorialnego. Cudze pożądanie oznaczało zaś łatwiejszy dostęp do danych. Szanse rosły, stawka też. Rzecz, znaczy, robiła się coraz ciekawsza. Eksturk poczuła doskonale znany przypływ adrenaliny, ekscytacji – przez chwilę przez głowę przemykały jej wspomnienia, potem jednak wróciła do teraźniejszości. Misja. Policja. Demokracja. Wybór, jej wybór, wreszcie wybór. Zamierzała się tego trzymać. Niezależnie od pokus.
Ale stawka rosła, a sprawa robiła się coraz ciekawsza...
'
'
Tifa, idąc za radą Shery, udała się do archiwum. Plotkarskie magazyny faktycznie przetrwały w dobrym stanie, lepszym niż te zajmujące się literaturą czy awangardowe powieści. Kwestia wielkości nakładu – przy milionach egzemplarzy, z których lwia część rozchodziła się poza Midgarem (Lockhart pamiętała, jak sama w dzieciństwie podczytywała takie pisemka z wypiekami na twarzy, nawet jeśli prasa tego typu dochodziła do Nibelheim z parotygodniowym opóźnieniem), egzemplarze każdego numeru miały szansę przetrwać. Redakcje, a za nimi główna biblioteka Edge'u, dysponowały więc praktycznie kompletnym archiwum, częściowo nawet zeskanowanym.
Dziennikarze również odwiedzali „7th Heaven", także z dostępem do magazynu nie było problemu. Większym kłopotem, wiedziała, było odnalezienie informacji o rodzinie doktora: liczba numerów archiwalnych tak bulwarówek, jak poważnych pism, szła w tysiące. Do komputerowych baz danych wprowadzono może po kilkaset najnowszych. Niewiele ponad połowę. Tę nowszą – a jej zależało na wiedzy sprzed ponad dekady.
Owszem, kiedy poinformowała ich, czego poszukuje, dokonali wstępnej selekcji, przygotowali materiał elektroniczny, wisiała im za to jeden darmowy wieczór w knajpie; dziewczyna potrzebowała jednak szczegółowej wiedzy, nie tylko kilku najgłośniejszych skandali czy popisowych, opłaconych agitek. To oznaczało godziny ślęczenia nad pismami. Przyszła przed dziesiątą, zamierzała wyjść po południu, rezygnując dzisiaj ze snu. Zmęczenie dawało się jej już we znaki, powieki same opadały. Miła sekretarka donosiła kawę i Tifa była szczerze wdzięczna – a także szczerze sfrustrowana. Dowiedziała się sporo, owszem, była to jednak wiedza tak nieprzydatna, tak umiejętnie dawkowana, że przypominała szklaną twierdzę.
Zdjęć z okazji nieoficjalnych nie było, oczywiście. Tylko bale charytatywne, debiutantów, otwarcia inwestycji, wernisaże. A i wówczas informacji skąpiono. Lud mógł dowiadywać się o wpadkach czy życiu prywatnym aktoreczek albo piosenkarzy, nie prawdziwych możnych tego świata. Władza nie bawiła się w celebryrzenie, pozostawała doskonale widzialna – ta wieża na środku Midgaru – lecz równocześnie ukryta. Lockhart zdziwiła się, że nie dostrzegła tej prawidłowości, gdy była mała. Teraz, z perspektywy lat, ten brak był niemal rażący.
Doniesienia z tych oficjalnych uroczystości były suche: pojawił się ten i ten, i ta, zaraz potem myk! do dokładnie opisanych aktoreczek. Byleby nie napisać słowa za dużo. Stosunkowo nieliczne zdjęcia – choć przez lata trochę się ich nazbierało – starannie udawały nie aż tak upozowane. Elity świata na pierwszej stronie, ich dziatwa, gdy osiągnęła trzynaście lat, wiek dopuszczający do posad, pracy, wstępnej dorosłości (Rufus, przypomniała sobie, przerzucając kolorowe strony, został w tym wieku dyrektorem wydziału), na stronie drugiej, ubrana w eleganckie, stonowane stroje. Zmieniał się krój garniturów, marynarki raz dwu- raz jednorzędowe, spinki do mankietów raz minimalistyczne, kiedy indziej barokowe, liczba guzików to malała, to rosła. Wśród kobiet panowała, oczywiście, większa różnorodność, kolory, fryzury, dodatki, makijaże. Ale skład osobowy pozostawał mniej więcej ten sam – biznesmeni, politycy, działacze społeczni, co sezon nowy, modny akurat artysta; tych wymieniano niczym dodatki odzieżowe – każda nieobecność kryła za sobą niepokojącą tajemnicę, którą zwykle należało odczytać między wersami prasy poważniejszej. Wrogie przejęcia. Kłopoty polityczne. Przymusowe wygnanie na prowincję, zejście z oczu. Tragiczna śmierć w wypadku.
Nawet w ramach tego składu dało się dostrzec oczywiste zależności. Rufus Shinra niekoniecznie znajdował się w środku kadru, ale i tak niektórzy nigdy, nigdy nie znaleźli się najbliżej niego. Inni „wypadali" z tego wewnętrznego kółeczka, za czym zwykle także kryła się notka w gazetach ekonomicznych. Córki Domingo zawsze stały najdalej, jak to możliwe. No, ale słaba pozycja prezydenta miasta oraz jego konflikt z Romanem Shinrą nie stanowiły dla nikogo tajemnicy.
Richard, co zwróciło uwagę Tify, zawsze znajdował się blisko Rufusa. W takiej małej, ścisłej dziesiątce. On, jego siostra, córki zarządcy drugiego kontynentu, synowie producentów oprzyrządowania do przetwarzania materii, dzieci prezesa sprzymierzonej z Shinrą kompanii, niemalże spółki-córki, tej samej, która dostała w zarząd większość terenów i kontraktów z Wutai. Ta klasa ludzi. Z niejakim zdumieniem Lockhart dowiedziała się od starych dziennikarzy, że w pewnym okrasie analitycy obstawiali nawet – nieoficjalnie, rzecz jasna – kontraktowy, biznesowy ślub Rufusa z siostrą Levinasa, Idą. Firma rodziny dzisiejszego doktora nie była największa, ale wyspecjalizowana. Koncern farmaceutyczny, kładący duży nacisk na badania genetyczne. Mieli sprzęt, patenty, wiedzę, układy. I, wobec tego, zbieżne interesy z ShinRą. Podwykonawstwo, wspólnictwo i podobne zaczęły, opowiadał dziewczynie kustosz archiwum, eksreporter, wyglądać na uciążliwe, więc możliwość wydawała się bardzo prawdopodobna.
Kobieta z trudem powstrzymała prychnięcie. Najwyraźniej nie doceniliście, panowie, bezwzględności korporacji, pomyślała z przekąsem.
Fotografie nie zapowiadały problemów. Starannie upozowana beztroska. Nawet ci, którzy miesiąc później na zawsze znikali z łamów, tutaj prezentowali nienaganny styl, lekkie, ciepłe, ale nie przesadnie szerokie uśmiechy. Gładkie czoła. W dłoniach zwykle woda, sok, żadnych używek. A przecież, wiedziała od zdeklasowanych bywalców baru, elity elit bawiły się bynajmniej nie niewinne, podobno dochodziło nawet do strzelanin, o przedawkowaniach nie wspominając, podobno zwłaszcza, kiedy do imprez dołączali SOLDIER (ilekroć dochodzono do tej kwestii, Tifa gładko zmieniała temat) – tyle, że wszystko za zamkniętymi szczelnie drzwiami.
Przyszły lekarz wyglądał tak samo: połysk, chłód, tafla szkła. Niekiedy, na mniej oficjalnych obrazkach, uśmiechał się bardzo ironicznym, bardzo zimnym grymasem, równą połową warg. Podobnie jak Rufus, zresztą. Na innych, tych z imprez charytatywnych, wyglądał na przejętego, szczerze zatroskanego, gotowego nieść pociechę – ale nadal, tylko w ten wyuczony, uprzejmy sposób i Tifa naraz poczuła ucisk w żołądku.
Shinra wyglądał właśnie tak, identycznie, po konfrontacji z Sephirothem w Północnym Kraterze. Kiedy rozmawiał z nią i Barretem. Ludzki, smutny, zmęczony, chcący pomóc. Była herbata i czekoladowy suflet, i pralinki, pamiętała, bo nie mogła ich długo potem tknąć. Planeto, Rufus narzucił je swoją marynarkę na ramiona, bo Lockhart była w szoku, cała się trzęsła, powtarzając tylko imię Clouda. Narzucił jej marynarkę na ramiona i podprowadził do samolotu, a później, kiedy już wszystko wiedział, kiedy już sobie przeanalizował, skazał ich na śmierć.
Dziewczyna nie mogła tego zapomnieć. To pewnie też było powodem różnicy zdań między nią a Strife'em. Chłopak kojarzył prezydenta jako człowieka, z którym walczył, uczciwie, tak po prostu. Walczył z wieloma ludźmi, bo tak wypadło, z wieloma z nich utrzymywał potem neutralne stosunki. Los najemnika. Kobiecie każde milsze zachowanie premiera przywodziło na myśl egzekucję, tę zimną obojętność – bo on może i ich polubił, pojęła wtedy, tylko to nic nie znaczyło; jak kotki, które się znajduje na schodach, bawi z nimi, karmi, czyści, a wieczorem daje weterynarzowi, żeby uśpił; wyczyszczone, bo po co brudzić mu gabinet, najedzone, bo czemu mają się do tego wieczora męczyć? Gdyby jej nienawidził, gdyby z nim po prostu walczyła na śmierć i życie, byłoby inaczej, byłoby jak z turkami. Ale tamto... nawet nie wiedziała, jak określić własne emocje. Lęk? Nienawiść? Podejrzliwość?
Przewróciła stronę, z trudem wyrywając się z nagłej fali wspomnień i zdając sobie sprawę, że stoi na progu pomniejszego ataku paniki. Podparła czoło pięścią. Tego też nie znosiła, nie znosiła faktu, że Rufus nadal umiał ją przestraszyć, niechcący zresztą: jego uprzejmość natychmiast przywodziła jej na myśl gaz, wylatujący z podłogi, wcześniejsze minuty czekania, strach, tak przeraźliwy, przeraźliwy, przeraźliwy strach. I bezsilność, upokorzenie, rozpaczliwą chęć błagania oraz równie rozpaczliwą pewność, że to nic nie da, więc trzeba trzymać fason. I poczucie zdrady, prywatnej, dotykającej do żywego zdrady. Nigdy, poza Nibelheim – może jeszcze przy śmierci matki – nie czuła tak pierwotnej, okropnej, straszliwej mieszanki. Każde wspomnienie momentalnie wywoływało powtórzenie, echo tamtych uczuć.
Wysiłkiem woli skupiła się na fotografiach. Bal debiutantek. Ida Levinas. Na starych zdjęciach, tych z Midgaru, występowała rzadko – ledwie rok starsza od Tify nie była jeszcze całkiem dorosła, kiedy przejęto kampanię jej rodziców. Na fotografiach trzymała się raczej brata: jak on chuda, raczej wysoka; z mało kobiecą sylwetką, co mogło wszakże wynikać z wieku. Ciemne, długie włosy, szaroniebieskie oczy, blada cera. Pociągła, prostokątna twarz, silnie zaznaczone kości policzkowe. Lockhart zdała sobie sprawę, że skądś kojarzy tę kobietę. Sprawdziła nazwisko męża – tamta dość wcześniej wzięła ślub, przed dwudziestką – i drgnęła.
Leer. Bernard Leer. Potentat w branży hutniczej, od czasu Upadku także górniczej i energetycznej. Jego wpływy w Rocket Town, Nibelheim, na całym pogórzu Corel były obecnie więcej niż znaczne. Wcześniej „tylko" prominentny biznesmen, jak wielu działaczy, polityków oraz przedsiębiorców zaraz po klęsce, jaka spotkała Midgar, zaczął organizować życie lokalnej społeczności, dawać pieniądze, zakładać obozy dla uchodźców, podtrzymywać szlaki handlowe, wynajmować ochroniarzy, umożliwiających bezpieczny transport.
Niewielu z tych ludzi robiło to z czystej dobroci serca. Większość, zaraz po początkowym szoku, porządkowaniu życia, wykorzystała zdobyte wpływy w grze o władzę. Niektórzy jawnie weszli do nowoutworzonych samorządów różnego rodzaju – de facto rządów sfederowanych z Edge'em, bo siła wspólnego parlamentu była niewielka nawet na Zachodnim Kontynencie – inni zadowoli się bezpieczniejszą rolą szarych eminencji.
Bernard i jego żona należeli do tych drugich. Oboje angażowali się w odbudowę, hojnymi dotacjami wspierali projekty budowy kolejnych elektrowni opartych nie na mako. Ich interes był oczywisty – po latach stagnacji macierzysta branża Leera, górnictwo oraz wydobycie ropy, zaczęły znowu przynosić zyski. Równie pożyteczne było uniezależnienie się całego regionu od władzy centralnej – kontynent wyszedł z Upadku praktycznie niedraśnięty, uchodźców powstrzymywało morze; obecnie sytuacja rodzinnych okolic Tify wyglądała znacznie lepiej niż Równiny, którą dalej z rozpędu nazywano Midgarską. W pierwszych, chaotycznych latach tylko dzięki pertraktacjom Reeve'a i byłych członków AVALANCHE'u tudzież zaangażowaniu Dio udało się uniknąć najazdu na Zachodni Kontynent.
Przed podbiciem przez Wutai, jedyne miejsce na całym globie z nadal funkcjonującym aparatem państwowym, ocaliła Edge tylko pacyfistyczna polityka cesarza, ta sama, którą ledwie parę miesięcy wcześniej Lockhart i jej przyjaciele przeklinali. Nikt inny poza władcą, nawet Yuffie, nie miałby dość autorytetu, by przekonać żądnych krwi arystokratów.
Barret blisko współpracuje z Leerami, przypomniała sobie Tifa. Zarówno przy projektach przemysłowych, wydobywczych czy naukowych, jak w sprawach bardziej politycznych. Mówił, wspominała dalej kobieta, że to Ida, chociaż w mediach utrzymuje wizerunek ciepłej, oddanej rodzinie żony i matki (troje dzieci, syn oraz niespełna roczne bliźniaczki), ma decydujący głos w większości spraw, mąż podobno raczej się słucha, firmuje swoim nazwiskiem, akcjami, twarzą. Ida zaś dążyła do konfrontacji z Shinrą i Edge'em za wszelką cenę, na każdym polu. Gwiazda pokojowego ruchu separatystycznego. Nalegające na zerwanie federacji, założenie własnej unii na Wschodnim Kontynencie albo, jak mawiała prowokacyjnie, pozostania w federacji, ale przeniesienia ośrodków władzy na tenże kontynent, jako niezniszczony wojną i mniej zagrożony kolejnymi buntami. O ile ta druga propozycja była utopijna ze względu na brak odpowiednio dużych ośrodków miejskich, o tyle pierwsza nieomal się spełniła; przez dobre dwa lata po Upadku Wschodni i Północny Kontynent rządziły się właściwie same, WRO działało raczej jako bufor powstrzymujący wojnę tudzież transportujący żywność czy surowce niż poważna siła spajająca. Dopiero powrót Shinry z jego pieniądzmi i wywołane tym zawirowania gospodarcze, umocnienie władzy w Edge'u oraz negocjacje polityczne skłoniły samorządy do ponownego potwierdzania federacyjnych traktatów. Ze zmianami, rzecz jasna: dawniej silnie scentralizowana federacja zaczęła przypominać raczej luźną unię.
Doktor okazywał się naraz, pomyślała sarkastycznie Lockhart, całkiem interesującą figurą. Co prawda zagadnięty wcześniej o rodzinę stwierdził, że utrzymują stosunki głównie telefoniczne, bo jego praca nie pozwala na wyjazdy, nadal jednak – brat jednej z głównych sił politycznych pogórza Corel. Bezwzględnie potrzebnego Edge'owi ze względu na surowce, wobec czego dyktującego warunki. Pomijając już kwestie osobistych antypatii jego siostry a jego występowania w roli „lekarza przysłanego przez Rufusa".
— Fascynujące — mruknęła Tifa, po trosze zaciekawiona, po trosze podekscytowana powrotem do „dawnej roboty", głównie jednak wściekła: czemu nic w życiu nie mogło nie okazywać się wielopiętrową polityczną kabałą?
Za godzinę będzie musiała wrócić do domu, otworzyć bar... Shelke odebrała, na szczęście, dzieciaki ze szkoły; Shera została z Cloudem. W ciągu godziny Lockhart pewnie nie dowie się wiele więcej o dawnym życiu elit, ale sieć powinna pękać od aktualnych informacji o Idzie Leer, żywym pomniku łączenia ról rodzinnych i zawodowych, aktywnej działaczce społecznej, twardej biznesmen, a przy tym – jak uprzejmie doniósł jej komputer, gdy wklepała nazwisko w bazę danych – Najpiękniejszej Pani Inżynier zeszłego roku (jury: studenci Politechniki Rocket Town).
