Polityka czysta jak łza. I perypetie rodu Domino. Doprawdy, z tego się telenowela robi. Ale Domino nie ma żadnych fików, biedaczek, więc mu się należy. Za to na końcu jest niemal-a-kawałek akcji.
— Dziadek!
Domino fakt, że po powrocie do willi (mała, przytulna, parter, piętro, strych, piwnica, najlepsze, co dało się znaleźć po zniszczeniu Midgaru) od progu witają go wrzaski dwóch urwisów, poczytywał sobie za szczęście. Zwłaszcza na tle życia rodzinnego ludzi z dawnej paczki przyjaciół. Velda i Romana Shinry, niech spoczywa w pokoju, na przykład. Nawet ze skąpo wydzielanych przez Verdota informacji mógł się zorientować, że tamto było jednym pasmem tragedii, niezrozumienia i dobrych intencji przynoszących katastrofalne skutki.
Mark Domino spłodził tymczasem piątkę ślubnych dzieci (nieślubnych bodajże żadnego – oczywiście, oboje z żoną miewali przygody, zgodnie z konwencją, ale w głębi serca były prezydent miasta był beznadziejnym romantykiem, głęboko zakochanym w małżonce), jak starym, na poły arystokratycznym elitom wypada, cztery córki wydał za mąż, doczekał się póki co ośmiorga wnucząt, a jego największym familijnym kłopotem był jedyny syn, Alberto, środkowe dziecko, który mimo trzydziestki na karku nigdy nie wykazywał zgoła żadnego zainteresowania związkami, a rok temu ogłosił nagle, że zamierza pójść do klasztoru w Wutai i poświęcić życie szukaniu oświecenia.
Decyzja zaskoczyła najbliższych, zaniepokoiła też jego matkę, Marię, przerażoną surowością warunków, w których przyjdzie żyć syneczkowi. Takie drobiazgi to nic w porównaniu z eksperymentami medycznymi, niemal-a-końcami świata czy próbami ojcobójstwa, z napomknień Velda Reena – Francisa, musi pamiętać – Mark wnioskował zaś, że takie właśnie „atrakcje" urozmaicały życie rodzinne jego przyjaciołom.
— Dada! — do krzyków przyłączył się Karl, berbeć jeszcze, leżący w wypełnionym zabawkami kojcu.
Czyli Lidia, jego przedostatnia córka, już przyjechała; normalnie mieszkała z nimi tylko najstarsza, Alina, z mężem i dwoma chłopcami. Domino szczerze się ucieszył, chociaż wiedział, iż przyjazd oznacza, że prawdopodobnie będzie musiał zarwać noc. Wszystkie jego córki, energiczne, hoże dziewczęta, odziedziczyły po nim zainteresowanie polityką i smykałkę społecznikowską, ale to właśnie Lidia udzielała się w tej dziedzinie najbardziej, zwłaszcza, że jej głównym polem zainteresowań był biznes – przywróciła do świetności rodzinne posiadłości ziemskie, położone na południowym wschodnie kontynentu, z których ród od paru pokoleń korzystał najwyżej w umiarkowanym stopniu; talent i zapał kobiety, połączone z kryzysem żywnościowym po Upadku uczyniły ich jednymi z głównych dostawców zboża, owoców i warzyw na Równinę Midgarską.
Ojciec był z niej dumny także ze względu na jej zachowanie w trakcie rzeczonego kryzysu. Inaczej niż większość rolników jego mała nie podyktowała zbrodniczo wysokich cen. Oczywiście, dzięki rodzinnemu majątkowi łatwo było jej się oprzeć pokusie łatwego zarobku; fakt że, inaczej niż pozostali farmerzy, nie musiała całe dekady oddawać swoich plonów ShinRze za pół darmo, też pewnie odgrywał znaczną rolę. Niemniej, ludzi to nie obchodziło – zapamiętali ja jako jedną z nielicznych, którzy nie patrzyli spokojnie na śmierć głodową setek tysięcy. W połączeniu z tradycyjną dla dobrych rodzin działalnością społecznikowską oraz zaangażowaniem Marka w ratowanie ludności w trakcie zamieszania po Upadku, uczyniło to nazwisko „Domino" wyjątkowo silną marką. Silną na tyle, że Lidia otworzyła sieć sklepów ze zdrową żywnością, „zielonych" kafejek tudzież firmę, produkującą zdrowe jedzenie, „Domino". Silną na tyle, iż mawiano, że gdyby chciał, umieściłby w parlamencie nie tylko swoje dzieci, ale także najodleglejszych pociotków.
Nie chciał. Demokracji lepiej robi różnorodność, a on był idealistą. Roman zawsze mu to wypominał. Roman zawsze mu to wypominał, a teraz nie żył, martwy, sproszkowany, razem ze swoim miastem. Mark czułby tryumf, gdyby był, na przykład, Rufusem. Ale nie był, więc omijał temat nawet w myślach, bo robiło mu się melancholijnie, a nie miał czasu na melancholię. Resort spraw wewnętrznych był chyba najbardziej, po tym zdrowia, zawalony robotą. Zwłaszcza teraz.
Policja od dwóch dni nieustannie przesłuchiwała kolejnych badaczy WRO. Wstępnie, czekały na nich jeszcze konfrontacje i odpytywania szczegółowe. Wszystko to zajmowało czas i spowalniała nieco dział naukowy organizacji, aczkolwiek nie dość, by Reeve musiał czuć się zaniepokojony. Komendant główny ulegał premierowi, bo należał do „jego ludzi", przynajmniej finansowo – niewątpliwie uważał też specjalistów Tuestiego za realny trop – nie zamierzał jednak więzić ludzi przy braku choćby cienia dowodu.
Domino dowiedział się od Felicii, że pytania układano przy pomocy turków, Tseng dostanie też najprawdopodobniej dostęp do odpowiedzi. To już mogłoby zagrozić Reeve'owi: dział analityczny korporacji z pewnością zdołałby wyciągnąć jakieś tajemnice handlowo-badawcze z takiego materiału. Tuesti nie mógł oczywiście protestować. Był dziwnie pewien, że właśnie... „dwusieczność" całej powiązanej z AVALANCHE'em grupy stanowiła główny powód, dla którego Shinra trzymał tych ludzi blisko siebie, a teraz przesadnie wręcz okazywał zaniepokojenie. W jakiekolwiek realne przywiązanie Rufusa trudno było mu uwierzyć – znał chłopca piąte przez dziesiąte, ale nawet tyle wystarczyło, by podejrzewać go o jakieś zaburzenia ze spektrum psychopatii.
Pozwolił mu przy tym startować ze swojej listy – zbieraniny różnych politycznych postaci, zwykle dotąd niedocenianych, działaczy społecznych, aktywistów walczących z wiadomą korporacją – wziął od niego pieniądze i zgodził się wspierać jako koalicjant. To również w imię demokracji: działania Reeve'a, blokujące Shinrę, wydały mu się równie totalitarne jak te „za starych czasów". Poza tym, tak potężny gracz z łatwością mógł uniemożliwić parlamentowi działanie, doprowadzając do serii przyspieszonych wyborów, w najgorszym razie: rozpadu państwa i powrotu jakiejś formy autokracji. Po trzecie wreszcie – Mark był idealistą, ale politykiem, nie bojownikiem, wolontariuszem czy naiwnym idiotą. Potrzebował pieniędzy dla ugrupowania: o swój los nie musiał się martwić, działania po Upadku zapewniły mu dość głosów, w wyborach wyprzedził go tylko obecny premier; inni jednak, mniej znani kandydaci, których pragnął po prostu nauczyć prawdziwego politycznego fachu oraz przedstawić społeczeństwu, zwrócić na nich uwagę, nawet niekoniecznie wprowadzić do sejmu – oni potrzebowali kosztownej, wystawnej kampanii.
Proponował wówczas start Lidii, ale wolała skupić się na rozwoju latyfundiów i firmy. Ostatnio wszakże coraz częściej bywała w Edge'u, tłumacząc to interesami. Ojciec nie dowierzał. Jej nagłe, zapowiedziane ledwie wczoraj przybycie – akurat w czasie kryzysu – tylko potwierdzało jego przypuszczenia.
— Tato. Dobry wieczór — dziewczyna stała na schodach.
Sprawiała wrażenie zaniepokojonej, więc troskliwy papa rzucił się ją wypytywać, naprędce „przeskoczywszy" kurtuazyjne grzeczności.
— Podobno macie problemy — mruknęła niechętnie kobieta. — Junon, oczywiście, pozostanie wierne i nie zamierza opuszczać unii, którą zawarło już wiek temu, ale ich rząd uważa, że tym bardziej zasługują na... uczciwe traktowanie i pełen dostęp do informacji. Do tego ich duma – w końcu pierwsze większe miasto na Zachodnim Kontynencie, długo stolica, ośrodek kultury, sztuki, handlu... Jeżeli macie jakieś kłopoty, dajcie znać.
Domino uniósł brwi.
— Nic nie słyszałem o tym, byśmy mieli kłopoty.
— Otruto wam waszego popisowego SOLDIERa, papo. Mam ci wyliczyć, ile z ostatnich akcji wojskowych opierało się całkowicie na umiejętnościach Strife'a? Jak zamierzacie pokryć jego nieobecność?
— Nie planujemy żadnej akcji w najbliższym czasie.
— Och. Czyli jesteście pewni, że wiecie, kiedy wyzdrowieje? I że w ogóle wyzdrowieje?
Pytanie było zadane zimnym, klinicznym tonem. Mark wzdrygnął się wewnętrznie. Jeśli chłopak nie wyzdrowieje... cóż, zamiast niego do „negocjacji" czy walk z gromadami zmutowanych zwierząt będą musieli wysyłać całe bataliony. Bez gwarancji, że takowym się powiedzie, za to z pewnością, iż sprawa potrawa dłużej i będzie miała spore „szanse" przerodzić się w wojnę domową. Nie chciał, przypomniał sobie własny slogan wyborczy, by jego wnuki żyły w targanym konfliktami świecie. Póki co Cloud pełnił rolę niemal najdoskonalszej, ostatecznej broni, coś jak bomby jądrowe dawniej. Na tyle groźny, by samym swoim istnieniem cementować pokój.
— A co się stanie, jeżeli to coś, co dopadło Strife'a, dostanie się w ręce grup przestępczych? Rząd nie ma wielu ludzi. Wszyscy opieramy się na tych najemnikach SOLDIER, którzy zgodzili się wesprzeć demokrację. Sam wiesz, że to nie jest nawet połowa dawnej korporacyjnej armii, tato. Jeżeli ktoś wyrówna różnicę między nimi a zwykłymi bandziorami, których jest multum...
To koniec, Domino wiedział. Klęska. Powrót chaos i rządy lokalnych watażków. Rozbójnicy już teraz plenili się na drogach. Władza gwarantowała bezpieczeństwo tylko na głównych. Jeśli ktoś chciał przejechać lokalną, musiał albo prosić o przydział sił porządkowych, co wiązało się z nie tak krótką procedurą, albo wynająć własnych ochroniarzy. Ewentualnie nadać wcześniej paczkę w okolice celu wyprawy za pomocą firmy Clouda – i czekać, aż mężczyzna przy okazji oczyści przejazd. Ten ostatni sposób najczęściej stosował Shinra. I praktycznie nikt inny.
— To wszystko nie moje pytania, to troski samorządu Junon — ciągnęła Lidia. — Nie wiem, co myślał Rufus, kiedy was namówił, byście ukrywali ten bajzel, ale to nie jest dobry pomysł. Powinniście poinformować resztę unii. Wszyscy na pewno pomogą. Sprawa jest poważna, plotki robią się coraz bardziej niesłychane, ludzie zaczynają szeptać o powrocie epidemii i srebrnowłosych wojowników, władze zaczynają się bać.
Miała rację. Racja przegrywała jednak w starciu z paranoją premiera. Która to paranoja jest najwyraźniej zaraźliwa, pomyślał zgryźliwie Mark, słysząc pierwsze pytanie, jakie odruchowo zadał:
— Skąd w Junon macie te informacje?
Pytanie instynktowne i głupie, zdał sobie sprawę sekundę później. Córka odpowiedziała mu jednak.
— Papo, nie przesadzaj. Z normalnych źródeł. Priscilla Hass jest znajomą AVALANCHE'u i Strife'a, nie pamiętasz? Lockhart ją poinformowała, tak po prostu, prywatnie. Poprosiła, by zachowała rzecz dla siebie, tylko dlatego „Kurier" milczy. Poza tym, wyznawcy tych wszystkich kultów chłopaka mają niesamowitą siatkę informacyjną. A Gustawowi nadal nie przeszedł religijny zapał.
Istniały sekty uznające Clouda już to świętego, już to za proroka, już to bóstwo. I wszystko pomiędzy albo naraz. Cóż, trudno się dziwić, westchnął w duchu Domino. Tysiące ludzi widziało, jak po cudownym objawieniu się Strife'a w kościele tamtejsza woda zaczęła leczyć geostigmę. Setki widziały, jak chłopak, który już nie oddychał, noszący ślady kilku ran, z których każda byłaby zabójcza, nagle wstaje, a obrażenia się na nim zasklepiają – i woda, oczywiście, zaczyna leczyć. Do tego walka z bahamutem oraz tymi srebrnymi pomiotami Sephirotha. Do tego pogłoski – bo powyższe to fakty, które wszyscy widzieli – o udziale mężczyzny w wydarzeniach otaczających Upadek, o jakichś walka w Północnym Kraterze, o Lifestreamie znoszącym z powierzchni Mideel, o ochronie ludności przed broniami Gai, o rozmowach ze zmarłymi.
Doprawdy, dziwnym byłoby, gdyby w czasie niespokojnym nie powstały wyznania skupione wokół takiej postaci. W samym Edge'u były zresztą najmniej aktywne. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – spora część mieszkańców znała Strife'a zbyt długo, za dobrze od ludzkiej strony, by tak łatwo go deifikować, aczkolwiek uznawali go za bohatera i pomazańca: wszyscy w końcu widzieli przemienienie wody. W ubóstwieniu przeszkadzały także wyraźne zaprzeczenia, irytacja, zmieszania, a nawet popłoch Clouda, który miliony razy zapewniał, że wszystko, co się stało, to tylko dobra wola Planety i Aerith, jego zmarłej przyjaciółki.
Co stworzyło kolejne sekty. Niektóre z nich powstały z nowej interpretacji bardzo starożytnych doktryn, tych, które mówiły o Bogini. Ich strzępki znane były publice dzięki wzmiankom w Loveless, wyznania zaś przywróciły im dawne, religijne znaczenie. Oczywiście, wiara w Aerith czy Planetę nie przeszkadzała nadal czcić Strife'a jako proroka czy awatara.
Gustaw był w życiu publicznym marszałkiem okręgu Junon. Prywatnie – ojcem jedynaka, którego od pewnej śmierci, już w stanie bardzo zaawansowanej geostigmy, ocaliła święta woda. Fundatorem całkiem okazałej świątyni Clouda w Dolnym Junon, więc. Czczony tam mężczyzna wolałby pewnie, by te pieniądze przeznaczyć na jakąś fundację, ale, dumał Domino, czy można mieć żal do ludzi, że chcą sobie zabezpieczyć wieczność?
— Sekty będą się wtrącać? — spytał teraz, naraz zaniepokojony; zbyt dużo już stron było zaangażowanych w sprawę, zaczynali sami sobie nawzajem zacierać ślady.
— Na razie nie. Na razie sprawa nie jest publiczna. Gustaw się dowiedział, bo jest, rozumiesz, hojnym darczyńcą. Na razie ludzie sądzą, że Shinra i rząd robią, co mogą. Ale jeśli stan Strife'a się pogorszy albo on umrze... Jeżeli on umrze, będzie raczej źle — stwierdziła ostrożnie Lidia. — Gustaw już teraz podejrzewa otrucie na zlecenie jakiegoś politycznego gracza. Reszta sekt pewnie też. Jeśli Cloud umrze, wybuchnie histeria. Daj losie, by tylko religijnej proweniencji. Ale los ostatnio nie bywał łaskawy, a Strife jest świętym dla garstki, owszem, ale symbolem i bohaterem dla wszystkich. Zwłaszcza od czasu, kiedy sąd i korporacja oficjalnie ogłosili, że cała tamta egzekucja była oparta na podstawie sfałszowanych dowodów, że tak naprawdę Tifa, Barret i spółka nie mieli żadnego terrorystycznego epizodu.
— Oskarżą rząd o nic nie robienie — westchnął Mark, z narastającą świadomością, że w rzeczywistości...
— Papo. Oskarżą ciebie — wytknęła brutalnie kobieta. — Nazwisko i opinia nas ochroni, nikt nas raczej nie zlinczuje, będą podejrzewali sabotaż czy twoją nieudolność, nie złą wolę. Co nadal oznacza straty. A oskarżą ciebie, sam wiesz, bo jesteś wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych, bo na Reeve'a ani na Rufusa nie wpadną, obaj mają za dobre alibi. Przyjaciele, w końcu.
Fakt. Reeve'a środowisko AVALANCHE'u samo nazywało przyjacielem, a Rufus lubił w bardzo ostentacyjny sposób pokazywać, iż mu na dobrobycie Clouda zależy. Dawni bojownicy nie potwierdzali tej zażyłości werbalnie, lecz opinii publicznej wystarczyło, że Strife pojawiał się obok premiera na imprezach kulturalnych, siedział w jego loży w teatrze, chadzał na biznesowe kolacje.
Jeszcze jeden powód, dla którego sekty Clouda były w Edge'u tak ciche. Skoro „kuriera" takowe irytowały, to Shinra robił wszystko, by ich aktywność w mieście była niewielka i nie przeszkadzała chłopakowi w życiu codziennym. Działanie dwusieczne. O ile w stolicy ludzie skrywali kult po prywatnych domach, o tyle reszta świata umocniła się w przekonaniu o niezwykłości człowieka, którego wyróżniał nawet wyrachowany satrapa. Funkcję, którą chłopak pełni, interpretowano już to jako uzdrowiciela, już to jako egzorcystę, już to jako wróżbitę czy proroka, informującego o wyrokach niebios i pomagającego Rufusowi w karierze. Marka to bawiło. Felicia, jak wiedział, reagowała na rzecz bardzo entuzjastycznie, sama będąc zwolenniczką czczenia Planety, ludu Cetra, Lifestreamu, sama wierząca w możliwości materii oraz ducha w tym zakresie. Velda wybuch zabobonów, jak je nazywał, po Upadku doprowadzał do szału. Regularnie odwiedzał Domino, by mu się skarżyć na regres cywilizacyjny i ogłupienie tak społeczeństwa, jak premiera, skoro podążają za niestabilnym psychicznie dzieciakiem, z mózgiem przeoranym przez eksperymenty i mako, z długą historią halucynacji, który po prostu deifikuje sobie, niczym starożytni władcy albo ludzie w ciężkiej żałobie, przyjaciółkę, by zmniejszyć ciężar straty – i który twierdzi, że widzi zmarłych, przy czym każde takie stwierdzenie mogłoby pociągnąć za sobą mobilizację armii, bo akurat słowom na temat Sephirotha szef rządu ufał ślepo. O córce Veld nie wspominał; Mark wiedział, że jest to temat absolutnego tabu.
Co przypomniało mu teraz, słuchającemu długiej, pełnej ostrzeżeń tudzież troski przemowy Lidii – kochana dziewczyna – że w tej grze istnieje jeszcze co najmniej jedna istotna strona.
— A Veld z Felicią?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— Francis cię lubi, ale córeczkę kocha. A córeczka lubi Rufusa, nie mam pojęcia za co. Jest chyba jedyną osobą na tym globie...
Domino zaśmiał się lekko.
— Bywasz czasami tak... emocjonalna, skarbie. Stary Verdot w coś gra, tego jestem pewien. I uwierz mi, Felicia też. Jej słabość do premiera niewiele tutaj zmienia, jest czysto towarzyska. A to klasa ludzi, która dosłownie żyła ze zdradzania bliskich znajomych. Sądzę, że noszą imiona przyjaciół, którym byli w stanie wbić sztylet w plecy, jak inni ordery. À propos sztyletów – kogo chciałabyś widzieć w roli kozła ofiarnego? Bo zakładam, że nie mnie, nie na tym etapie.
— Ciebie nigdy, tato — zapewniła twardo. — Komendant jest oczywistym wyborem, ale on pewnie i tak poleci, a nie jest dość ważnym graczem, by uspokoić tłum. Może ta grupa, na której terenie doszło do ataku?
— Znajomi Tify, jeszcze sprzed Upadku — oznajmił krótko Mark. — Wybroni ich, za to będzie miała do nas pretensje.
— Jakaś grupa konkurująca, więc? Tifa nie będzie się czepiać, jej... znajomi będą wdzięczni, przestępczość spadnie. Same plusy.
— Tak chyba wygląda prawda, to chyba faktycznie jacyś zirytowani gangsterzy — zauważył polityk. — Co oznacza, że jedna z tych organizacji jest diabelnie silna. Nie wiem, czy chcemy się jej narażać.
Dziewczyna przewróciła oczami.
— Pięknie. To co proponujesz?
— Stowarzyszenia najemników, na przykład. Mogę ci powiedzieć, poufnie, ale wierzę twojemu wyczuciu, jeśli chodzi o ewentualne dalsze losy tej informacji... cóż, poza człowiekiem gangu Strife'a zaatakowało kilku eksSOLDIER. Przygotowanych, wyposażonych. Najemnicy. Bynajmniej nie rządowi.
Kobieta pokiwała głową, uśmiechając się sarkastycznie.
— Ale i nie z oficjalnych zrzeszeń, prawda? — mruknęła.
— Oczywiście, że nie. Dali nam od razu dostęp do swoich archiwów, wyrazili ubolewanie – jednak ludzie nie są głupi. Wiedzą o animozjach między Cloudem a zrzeszeniami, wiedzą, że te stowarzyszenia tylko z musu popierają rząd, wiedzą, jak chętnie tamci maczają palce w nielegalnych operacjach... opinia publiczna dośpiewa sobie resztę.
— Podejrzewasz, że naprawdę mogą być w to zamieszani? — spytała Lidia, zaciekawiona.
Ojciec zaprzeczył gestem dłoni.
— Wątpię. Są za słabi i niewiele na tym zyskują, poza tym, wiedzieliby, że podejrzenia od razu padną na nich. Niemniej, prawie na pewno znają sprawców. Może im nawet po cichu kibicują. SOLDIER nie uważają Strife'a za swojego, tylko przybłędę bez honoru, terrorystę, zdrajcę. Psa laboratoryjnego, eksperyment, który się wyrwał spod kontroli. Nie-człowieka. Część naukowców wspiera ich teorie.
— Szowiniści gatunkowi — westchnęła kobieta z idealnie odmierzoną i wyćwiczoną nutą pogardy, żalu tudzież oburzenia w głosie.
— Możemy jeszcze oskarżyć któreś z nowych sekt — dodał Domino — ale wydaje się mi, że to nie wywrze odpowiedniego wrażenia. Sekty są małe i niegroźne, przynajmniej w opinii ludzi, a to o nią w końcu chodzi. Nie uwierzą raczej, że jacyś zwariowani fanatycy dali sobie radę z Cloudem. Oczywistym tropem są siły separatystów, ale te zostały rozbite – aczkolwiek ludzie mogą, w swojej paranoi, uznać, że siatka tamtych jest potężna, ukryta, wiesz, te teorie spiskowe. A rząd ukrywa rzeczywistą siłę buntowników.
— Mielibyście powód do wzmocnienia resortu. I zwiększenia władzy służb — dostrzegła dziewczyna.
Mark przytaknął.
— Owszem, ale to ostrożnie. Przy okazji możemy solidnie obsmarować wszystkich politycznych zwolenników luźniejszej unii czy osobnych państw. Że ich idee, brak zdecydowanego poparcia konfederacji oraz jednolitego państwa, oraz rządu doprowadziły do tragedii. I tak dalej. Priscilla na pewno będzie umiała to napisać w taki sposób, że czytelnicy będą płakali. — Teraz mężczyzna sprawiał wrażenie niemal rozmarzonego. — To by nam bardzo pomogło w rozgrywkach ze Wschodnim Kontynentem...
— Pogórze Corel — domyślnie wtrąciła Lidia. — Leerowie i reszta tamtejszych przeciwników unii są silnie powiązani z członkami AVALANCHE'u, z Wallace'em i Highwindem, nie? Jeśli uznają, że miała coś wspólnego, choćby niebezpośrednio, z zamachem na Strife'a, może dojść do całkiem przyjemnej, sporej sprzeczki i równie przyjemnego rozłamu. A panowie trzymają w swoim ręku kilka platform wiertniczych i zakłady przemysłowe.
— Głównie lotnicze i zajmujące się przestrzenią kosmiczną. Część wydobywcza jest podrzędną. Na dobitkę taki rozłam więcej da korporacji niż państwu samemu w sobie — zauważył sceptycznie polityk. — Poza tym, brat Idy właśnie zajmuje się chorym. To trochę utrudnia postawienie jej w roli sprawczyni.
— Specjalnie go tam posłała, żeby odwrócić podejrzenia; papo, przecież ludzie kochają teorie spiskowe... Zaraz, Richard? — zaskoczenie kobiety było całkowicie szczerze. — Przecież – miałam wrażenie, że to nie jego specjalizacja ani... grupa docelowa. Z tego, co słyszałam, ostatnie lata zajmował się byciem świętym — stwierdziła przekąsem.
Domino zacmokał z niezadowoleniem, marszcząc brwi w teatralnym wyrazie rodzicielskiej surowości.
— Nie twierdzimy, że pokojowi separatyści chcieli zabić Strife'a, tylko że stworzyli atmosferę – a co do Richarda, skarbie, nawet, jeśli go nie lubiłaś, to jego postawa zasługuje na uznanie. Oddaje wszystko chorym. I nie wolno zapominać o tym jego wystąpieniu w trakcie studiów – doskonale wiesz, ile go to kosztowało i ile go to mogło kosztować. Tamto wymagało odwagi i honoru. Dziecinne kłótnie przy tym bledną; lepiej dla ciebie, żebyś przestała go postrzegać przez pryzmat dawnych lat. Każdy popełnia głupstwa w młodości.
Dziewczyna wydęła wargi.
— Jakby Rufus pozwolił, żeby zabito człowieka, który towarzyszył mu w pierwszych wyprawach po burdelach. Nie przesadzaj, tato.
— Lidka! Jak ty się wyrażasz? I co to za opieranie się na plotkach, hm? — w oburzeniu Marka więcej było automatyzmu niż prawdziwej urazy, zwłaszcza, że sam był nieziemskich plotkarzem. I miał tendencje do głupiutkiego, złośliwego odgrywania się. — Rufus go pozbawił firmy bez zmrużenia oka, a jego ojciec wysyłał na śmierć ludzi, których znał od przedszkola. Chciano Richarda już odsyłać do Nibelheim – rozumiesz, co to znaczy? — perorował, samemu zdając sobie sprawę, iż zdecydowanie przesadza; sprawa była w gruncie rzeczy błahostką.
— Nibelheim? — Lidia wzdrygnęła się wyraźnie. — Nie mówmy o tym, to nie jest temat dla dam.
Oczywisty wybieg, ale Mark potaknął. Zdecydowanie nie. Córka sprawiała wrażenie nieco urażonej jego tyradą – kto z dorosłych lubi być pouczany przez własnych rodziców? – spróbował więc załagodzić:
— Też go pamiętam jako aroganckiego, sarkastycznego, egotycznego młodego człowieka. Też mógłbym go nie lubić. Ale ostatnie lata dowodzą, że jest w nim coś jeszcze. Trzeba o tym pamiętać, jeśli nie chce się popełnić błędu.
— Niewyżyty kobieciarz — mruknęła kobieta ironicznie, po sekundzie dorzuciła wszakże. — Zalet wszakże też mu nie odmawiam. Jak myślisz, co zrobi Ida? To w końcu szansa, nie? Może się zbliżyć do reszty AVALANCHE'u, zyskać dostęp do tajnych danych –ma idealną wymówkę, by siedzieć w Edge'u.
— Nie licząc drobnego faktu, że nie była tutaj od lat, a brata widziała ostatnio na święta. Dwa lata temu, jeśli nie trzy. Ich stosunki są dobre, ale nie zażyłe. Rzecz będzie wyglądać sztucznie. Aczkolwiek to jej pewnie nie powstrzyma. Tak czy inaczej, dobre pytanie. Co zrobią Leerowie, co zrobi prasa, jak zareagują ruchy niepodległościowe i sekty. Dużo dobrych pytań. Mało odpowiedzi.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— Oboje wiemy, że takowe zależą głównie od tego, jak będzie wyglądał przekaz medialny. Priscilla nas lubi – oczywiście, nie bardziej niż AVALANCHE, ale na tyle, by przyjąć informacje, kiedy już sprawy nie da dłużej ukrywać. Telewizję kontroluje ShinRa, ale kto ma dzisiaj telewizor? Radio należy do wszystkich, de facto każdy może zacząć nadawać, sprzęt elektroniczny kosztuje teraz grosze. Możemy spróbować podyktować część odpowiedzi. Co ty na to?
Moja krew. Domino aż zachłysnął się wewnętrznie dumą, głośno stwierdził jednak tylko, ciepło, acz z nutą ojcowskiej nagany:
— Co ja na to? Pomysł, oczywiście, popieram, reszta na pewno już zaczęła – ale nie mów, proszę, przekaz medialny, toż to masło maślane!
'
'
Z samotnej lektury – Tifa wyszła, pielęgniarki, skupione przy chorym, nie mogły być liczone jako towarzystwo – wyrwały Richarda podniesione głosy, dobiegające z parteru. Przez chwilę wahał się, czy wyjść, zejść, sprawdzić: w końcu nie należy wtykać nosa w prywatne sprawy. Uznał jednak, że samotna dama, prowadząca bar, w połączeniu z kłótnią oznacza potencjalną „opresję", powinnością mężczyzny jest zatem ruszyć na odsiecz.
Otworzywszy drzwi, usłyszał wreszcie wyraźnie mężczyznę, uczestniczącego w sprzeczce i zamarł. „Niemożliwe" pomyślał, prawie biegiem wpadając na schody, „żeby miał czelność przychodzić – po co? Dał mi wszystko, czego potrzebuję, o Strife'a dbają jak o skrytkę bankową korporacji, po co?". Z ostatnich dwóch stopni zeskoczył niemal wprost na środek „7th Heaven", odkrywając przy tym, że słuch go nie mylił: przed drzwiami, na samym progu, stał Rufus Shinra. Lockhart blokowała mu przejście. Turki – Rude oraz Tseng, znani Levinasowi z dawnych czasów – stali z tyłu; nie wyglądali na chętnych do walki, jednak broń trzymali w gotowości.
— Jak śmiesz? — krzyczała właśnie gospodyni. — Przychodzisz tutaj, żądasz by cię wpuścić, nic sobie nie robisz z mojego sprzeciwu – powiedziałam, żebyś szedł precz, tak? Z dziesięć razy! To co tu jeszcze robisz? To mój dom, mój bar i przyjmuję w nim, kogo mi się podoba – WON! — ostatnie słowo wrzasnęła, zdaniem doktora, cokolwiek histerycznie.
„Nawet lepiej" przemknęło mu przez głowę „przynajmniej na kimś wyładuje napięcie, ma dużo stresu w związku z całą sytuacją".
Premier jak zawsze był wzorem opanowania:
— Droga pani, tłumaczę przecież...
— Co niby? Że skoro kupiłeś Cloudowi lekarza, to możesz robić, co ci się żywnie podoba? Albo, że oczekiwałeś, że skoczę ci na szyję z wdzięczności? To była twoja misja, na której został ranny, to twój bahamuci obowiązek, ty podła, dwulicowa, skąpa, podstępna...
Rufus wszedł jej w słowo:
— Gdyby była pani tak uprzejma... Znam pani poglądy i mogę tylko raz jeszcze zapewnić, że wszelkie obawy, związane z przyszłością ShinRy lub rządu, są absolutnie nieuzasadnione. Ale poza tym, tak, pozwoliłem sobie mieć nadzieję, że wyraz mojej dobrej woli przekona panią do czystości moich intencji i ułatwi naszą współpracę – skoro do tego nie doszło...
— To co? — syknęła z furią dziewczyna. — To odwołasz swoich ludzi, cały medyczny sprzęt, personel, zabierzesz lekarza – proszę, pójdę do Reeve'a, damy sobie z Cloudem radę, nie potrzebuję two...
— Ekhm — medyk postanowił się wtrącić — pragnę tylko nadmienić, że nie pozostaję w stosunku podległości służbowej do pana premiera. Nie może mnie więc „odwołać" czy „zabrać". Zacząłem leczenie i zamierzam je skończyć, chyba, że utracę zaufanie pacjenta bądź jego rodziny.
Zgromadzeni, dotąd niespecjalnie zauważający jego obecność, wyglądali jak gromada wielkich, czytelnych symboli zaskoczenia – Tifa sprawiała też wrażenie wdzięcznej. Shinra pierwszy odzyskał zimną krew:
— Richard — zaczął, doktor wszakże natychmiast mu przerwał:
— Panie premierze?
Przez sekundę panowała cisza, potem prezydent kontynuował:
— Panie doktorze, nie powinien być pan na górze, przy chorym?
— Jego stan nie wymaga mojej stałej obecności.
— A jaki jest jego stan? — indagował szef rządu.
— Osobom postronnym nie mogę ujawniać takich informacji bez zgody bliskich, panie prezydencie — przeniósł spojrzenie na gospodynię, która pokręciła przecząco głową.
Tamten rozluźnił wargi, sztuczny gest, mający ukryć odruch zaciśnięcia – Levinas wątpił, by ktokolwiek poza nim zauważył taki drobiazg.
— Zależy mi na jego zdrowiu tak samo, jak pani — Rufus zaczynał przemowę. — Mogę przysiąc, ale pani doskonale to wie. Chciałbym móc uczestniczyć... przynajmniej być informowanym o procesie leczenia. Będę służył pomocą, w każdy możliwy sposób, niezależnie od pani odpowiedzi, bo troszczę się o Clouda – i się będę troszczył, nieważne, co pani zrobi. Niezależnie od wszystkiego. Martwię się, po prostu. Będę głęboko wdzięczny, jeżeli pozwoli mi pani towarzyszyć mu w chorobie, nie dlatego, żebym sądził, by tego potrzebował, ale przez wzgląd na moją potrzebę. Chciałbym go móc zobaczyć. Moje stosunki z Cloudem nie były złe. Neguje to pani?
Lockhart potrząsnęła głową, wyraźnie zdetonowana.
— Nie, nie, owszem, z jakiegoś powodu Cloud cię znosił... ale to nie znaczy, że ci ufał albo uważał za przyjaciela.
— Nie śmiałbym tak myśleć — głos Shinry był jedwabisty, doktor westchnął w myśli, rozpoznając schemat. — Nie śmiałbym prosić o tak wiele. I nie proszę. Nie proszę panią o wybaczenie ani zapomnienie, ani zmianę nastawienia – chciałbym tylko móc go zobaczyć. Proszę, tak, o to proszę.
„Nieźle" uznał medyk „wcale nieźle zagrane pod koniec zmęczenie, chwila nieuwagi, pozorna szczerość. Niektóre rzeczy są niezmienne, jak miło".
Ładnie rozegrana scena nie kupiła wszakże kobiety, która, po chwili zdumienia, przeszła do siebie, czyli: dalej wrzeszczała na premiera, żądając, by natychmiast opuścił jej progi. Widok, który Richard znajdował co najmniej interesującym, jeżeli nie fantastycznie zabawnym, pomimo całej sytuacji.
Dziewczyna właśnie doszła do oskarżania szefa rządu o spiskowanie z bandą Kadaja, ciekawy zarzut, wziąwszy pod uwagę, iż to właśnie walka z tamtą trójką przyniosła mu popularność. Jeszcze ciekawsza – z punktu widzenia erystyki, zgodził się po chwili namysłu Levinas, całkiem słuszna, choć ryzykowna – była odpowiedź.
— Tak, współpracowałem z nimi.
Jeżeli wcześniej dziewczyna wyglądała na zdetonowaną, to teraz jej zachowanie podpadało raczej pod „szok". Musiała podeprzeć się o blat, by nie upaść, zamilkła całkowicie, jej oczy przypominały spodki, drżała lekko, prawdopodobnie ze złości.
— Przekazywałem im informacje. W większości fałszywe, by utrzymać ich z daleka od prawdziwego miejsca ukrycia Jenovy, ale by mi uwierzyli musiałem też czasem powiedzieć prawdę. A i kłamstwa musiały być możliwie wiarygodne, jak z pewnością pani rozumie. — Podszedł do kontuaru, zaczął przerzucać kieliszek między palcami, ujawniając blizny po geostigmie. — Nadal, może to pani nazwać współpracą... Chociaż terroryści – bojownicy o wolność, przepraszam, pamiętam o naszym porozumieniu – powinni znać wagę sabotażu, szpiegostwa czy dywersji.
Skupił spojrzenie na naczyniu, prawie, jakby zamierzał roztrzaskać je w drobny mak wzrokiem, przesunął językiem po wargach, niczym w wahaniu. Nawet lekarz nie wiedział, czy to całkowicie nieprawdziwa niepewność.
— To ja powiedziałem Lozowi, że Cloud może coś wiedzieć o Jenovie. I, że jest w kościele. Nie sądziłem, że będzie tam pani z dzieckiem. Mój błąd. Moja wina. Chce pani, żebym przeprosił? Przepraszam. Szczerze — ostatnie słowo wyrzucił z siebie prawie ostro.
„Jasne, nikt nie spodziewa się po tobie łagodności albo łatwej rezygnacji ze swojej dumy", pomyślał doktor. Tifa wyglądała, jakby przed omdleniem powstrzymywała ją czysta siła woli, zdołała jednak wydukać:
— Jak śmiesz? Jak – jak mogłeś?
— Jak mogłem? Naokoło mnie ludzie umierali. Masowo. Ja sam umierałem. Nikt nie znał lekarstwa. Jedyną wiarygodną wskazówką, jaką miałem, było to, że geostigmę wywołuje w jakiś sposób Sephiroth. Ta trójka była z nim powiązana, ewidentnie, podobnie jak z samą chorobą. Musiałem ich utrzymać przy sobie, za wszelką cenę. Musiałem zdobyć informacje. Byli jedynym ogniwem. Gdyby zginęli – to nic by nie rozwiązało. Próbowaliśmy, nie bezpośrednio – zawsze powracali. Co według pani miałem robić? Bezsilnie czekać na śmierć, moją i całego świata, w tym Clouda i Denzela? Tego jednego nie mogłem, tego jednego, rozważywszy moje... długi, nie śmiałem. Na moim miejscu, postąpiłaby pani inaczej? Nie uwierzę, jeśli pani tak powie. Nie w świetle pani przeszłości czy obecnych działań.
„Wspaniale przygotowany" stwierdził medyk „sprawdził nawet imię chłopca". Jakaś część jego świadomości nalegała, by się wtrącił, przerwał tyradę Rufusa, zdjął czar. Tak byłoby uczciwiej, w pewnym sensie, pozwolić rodzinie zdecydować samodzielnie, nie pod wpływem magii erystyki, poza tym, instynkt bywalca midgarskich salonów podpowiadał mu, iż cała ta oracja koniec końców zrani brunetkę, może trochę złamie, już to robiła. Z drugiej strony, to nie była jego sprawa. Profesja tudzież maniery zobowiązywały go do ciszy, dyskrecji, odwracania wzroku.
— Wykorzystałeś Clouda w swojej grze — stwierdziła barmanka, znaczniej spokojnie niż moment temu. — Nie chcę słuchać twoich wymówek. Nie interesuje mnie, że miałeś dobre intencje – użyłeś go, jak narzędzia, jakby nie miał żadnych uczuć, jakby nie był człowiekiem, jakby nie mógł zginąć. Teraz robisz to samo, prawda? Cała ta opieka to dla ciebie to samo, co oddanie maszyny do warsztatu, by ją zreperować, tak? Jeżeli umrze, będziesz musiał poszukać sobie nowej broni po prostu, nic naprawdę ważnego...
— Myli się pani — stwierdził kategorycznie Shinra. — Po pierwsze, chce pani usłyszeć moje, jak to pani nazwała, „wymówki", inaczej by pani nie pytała. Po drugie, znalezienie takiej broni jak Cloud to nie jest „po prostu" – widzi pani, został stworzony przez Stradivariusa najemników, teraz już takich wojowników nie robią. Oczywiście, nawet gdyby robili, to byłoby „po prostu" jedynie gdybym, jak pani sugerowała, traktował Clouda jak przedmiot. A, po trzecie, tak nie jest.
— Nasłałeś na niego te małe pomioty Sephirotha, jakbyś nie wiedział, że są groźni, jakbyś nie wiedział, co to dla niego znaczy...
— Sądziłem, że kto jak kto, ale SOLDIER pierwszej klasy, pogromca Srebrnego Demona da sobie z nimi radę. Zresztą, jak pani wie, nie byłem w błędzie — roześmiał się z widocznie sztuczną swobodą. — W pewnej mierze i w pewnym sensie wyciągnąłem Clouda z depresji. Chociaż zasługa w tym przypadku należy się, oczywiście, głównie pani. Co do drugiej sprawy, nim wyrzuci mnie pani za drzwi ponownie, chciałbym, by pani wiedziała, że nie miałem wówczas pojęcia, ile to dla niego znaczy. Skąd miałbym? Archiwa spłonęły, zresztą, w tej sprawie były raczej... niekompletne. Informacje od Reeve'a także. Teraz rozumiem więcej, jednak, szczerze mówiąc, dalej nie śmiałbym stwierdzić, że wiem „co on znaczy dla Clouda".
Kobieta zawahała się, nim spytała – sarkazm przebijał z każdej sylaby.
— Ach, ale jednak teraz, gdy już wiesz więcej, nie zrobiłbyś tego, to chcesz powiedzieć? Żałujesz głęboko i w ogóle?
Rufus zamrugał, jak zaskoczony pytaniem. Przez dobrą minutę wyglądał, jakby rozważał sprawę. W barze zapadła cisza.
— Sądzę, że... — prezydent szukał słów; sprawiał wrażenie, że ich szuka — to, co czuję, to – to może być coś, co pani nazwałaby żalem. Sądzę, iż pani nazwałaby żalem wiele z moich uczuć względem wielu zdarzeń. Sądzę, nie: wiem. Nie — wziął oddech — nie jestem szczęśliwy ani zadowolony z powodu tego, co czuł wtedy Cloud. Jednak uczyniłbym to samo, bo w efekcie znaleźliśmy lekarstwo i pozbyliśmy się wroga. Osiągnęliśmy cel, a oskarżane przez panią działania nie zwiększyły strat. Nie... znacząco.
Kieliszek właściwie wirował w palcach premiera, światło razem z nim. Gra cieni na blacie, zajączki po drugiej stronie pomieszczenia. Zabawne, uznał medyk, obserwując zachowanie swoje oraz dziewczyny, nawet w tak napiętej chwili ludzka uwaga odruchowo kieruje się ku ruchomemu światłu. Oboje przerzucali swoje spojrzenia między naczyniem a plamą jasności na ścianie; szef rządu w tym wszystkim ginął. Dziecinna sztuczka.
— Poza tym — zauważył tamten — nie zrobiłem nic innego niż WRO czy AVALANCHE. Obie te organizacje traktują – traktowały, niech mi pani wybaczy – Clouda jako narzędzie do zabijania, przydatne w walce o wyższe dobro, tylko i wyłącznie. Zaprzeczy pani?
— Jak śmiesz? — warknęła brunetka. — Cloud był moim przyjacielem, jeszcze z... domu.
— Proszę o wybaczenie, raz jeszcze – nie dość precyzyjnie się wyraziłem. Nie miałem na myśli pani, tylko AVALANCHE. Pani osobisty stosunek do Clouda niewątpliwie zawsze był pełen szczerego oddania. Ale pozostali – po prostu go wynajmowali, czyż nie? Żeby pomógł im walczyć w słusznej sprawie, bo nikt inny nie mógł. Tak samo robi teraz WRO. Tak samo, przyznaję, czynię także ja. Jednakże, jeśli się nie mylę, ani Reeve'owi, ani panu Wallace'owi nie przeszkodziłaby pani w odwiedzinach u chorego. Tu leży różnica. W niczym innym. Ach, jeszcze w tym, że oni tutaj nie przyszli.
— Barret i Reeve są teraz przyjaciółmi! Poprosiłam, by nie przychodzili, chcieli! — w głosie Lockhart brzmiała desperacja. — Nawet, jeśli myśleli o Cloudzie w ten sposób, to już dawno przestali!
— Dlatego, że ich – dla nich, raczej – walka się skończyła, czyż nie? — zripostował blondyn. — Niech mi pani pozwolić uroczyście obiecać: gdy moja walka się zakończy, Cloud nie będzie dla mnie niczym mniej.
— Nie mam żadnych powodów, by wierzyć twoim słowom — syknęła Tifa.
Krok w tył, przemknęło Levinasowi, już ostatni, dalej tylko zgoda; wcześniej wykluczała współpracę bez względu na wszystko, teraz tylko potrzebuje dowodu. Nie, nawet nie tyle: argumentu, wymówki.
— Słusznie. Jestem przecież kłamcą. Proszę, niech pani zaufa czynom więc. Czy nie traktuję Clouda jak przyjaciela – zawsze, nie tylko wtedy, kiedy potrzebuję jego usług? Czy pomiędzy bitwami nie traktuję go tak, jak na zasługuje – jak człowieka?
— Robisz to tylko po to, by móc go potem łatwiej wykorzystać — zaczęła kobieta, tym razem wszakże szef rządu nie dał jej skończyć.
— W ten sposób można wytłumaczyć zarówno zachowanie członków WRO jak AVALANACHE'u, nieprawdaż? Jeżeli nadejdzie kolejna bitwa – naprawdę sądzi pani, że się zawahają?
Dziewczyna zastygła. Następnie powoli, bardzo powoli powiedziała.
— Cloud leży na górze, w naszej sypialni. Turki wiedzą, gdzie to jest. Może twoje przemowy będą w stanie przekonać chorobę, skoro udało ci się ze mną — pozwoliła sobie na lekki uśmiech. — Zaraz przyniosę jakiś alkohol, w końcu to taka okazja... Poza tym, potrzebujemy czegoś do bruderszafta, nie?
Rufus wyrzucił z siebie kwieciste formuły podziękowań, nim wszedł na pierwszy stopień. Potem zresztą odwrócił się, posłał gospodyni uśmiech ostry jak nóż, rzucając.
— Ma pani coś odpowiedniego na picie bruderszafta z samym diabłem? Zaiste, pogłoski nie kłamały, muszę pani powinszować wspaniale zaopatrzonego baru. Rozumiem w takim razie, iż obowiązek dostarczenia papieru, laku tudzież pióra do cyrografu spoczywa na moich barkach.
Levinas milczący dotąd, teraz zauważył profesjonalnym, wypranym z jakichkolwiek emocji tonem:
— Nie ma mowy, żeby pan wszedł do pacjenta ubrany na biało, panie premierze. On niekiedy dostaje ataków lękowych w swoich majakach. Zabraniam panu, jako lekarz, narażać go na dodatkowy stres.. panie premierze.
Shinra zamrugał, zdziwiony, chyba nie dostrzegając związku. Po chwil najwyraźniej zrozumiał, bo odprężył się wyraźnie.
— Oczywiście, panie doktorze. Tseng, gdybyś mógł mi użyczyć jednego z waszych garniturów na zmianę...
— Tak jest, panie prezydencie.
Wrócił po chwili, niosąc z ubranie. Medyk, oceniając mężczyzn na oko, uznał, że będzie prawdopodobnie trochę za ciasne w barkach, ale szef rządu powinien dać radę w nie wejść.
Miał rację. W międzyczasie Lockhart, teraz już naprawdę ubawiona – zaiste, Prezes Rady Ministrów w przyciasnej marynarce, na dobitkę nie jedwabnej, bynajmniej nie białej, bez kamizelki, stanowił widok rzadki a urokliwy – znalazła jakąś wutajską wódkę.
— Idziemy rozkręcać imprezę w szpitalu! Libacja na część bożka zabawy, żeby nam uzdrowił Clouda — zawołała, naraz całkiem rozluźniona.
Nawet Richard, zachowujący dotąd opanowanie, przynoszące chlubę jego wychowaniu oraz profesji, wybuchnął śmiechem.
'
'
Vincent ukrył irytację pod maską nerwowości, bardziej pasującej początkującemu w narkotykowym biznesie. W ramach środków bezpieczeństwa jechali jakąś okrężną drogą, teraz prowadzono go z zawiązanymi oczami po labiryncie korytarzy. Wszystko razem wzięte trwało już dwie godziny i Valentine śmiertelnie się nudził.
Kiedy więc wreszcie wprowadzono go do cieplejszego, większego pomieszczenia, pełnego ludzi – wszystko wyczytał z powietrza w sekundzie, gdy otworzono drzwi – miał już tego powyżej uszu. „Nie ma nic gorszego niż pretensjonalni, naśladujący popularne książki gangsterzy" pomyślał, gdy zaczęli żądać od niego jakichś przysiąg (próbując przy okazji zastraszyć) jako warunku koniecznego do zdjęcia opaski.
Po jeszcze kilku zbędnych ceregielach zobaczył pokój: arrasy, dywany, ciężkie zasłony, wszędzie materiały w typowych dla nowobogackich, pseudokrólewskich kolorach: purpurze, burgundzie, złocie. Eksturka, syna wielkiego naukowca, ucznia najbardziej prestiżowych szkół, chwyciły estetyczne mdłości, jak zwykle, gdy musiał przebywać z tego typu elementem.
Wielkie, solidne, bogato zdobione w abstrakcyjne wzory krzesło z epoki drugiej dynastii junońskiej, na którym siedział „Diamentowy" nijak nie pasowało do otoczenia, zwłaszcza ckliwego malowidła o tematyce rustykalnej, wyglądającego na powstałe dobre trzysta lat po obaleniu rzeczonego rodu.
Oczywiście, widok ponad stukilowej bryły mięsa, mięśni i nielegalnych sterydów, nadal, mimo awansu – przejawiającego się zaokrąglonym brzuchem i modnym, drogim, kompletnie niedobranym garniturem – pozbawionej szyi, był zgrzytem znacznie większego kalibru.
— Przyprowadziliśmy Thomasa Gray'a, proszę pana.
— Możecie odejść.
„Doprawdy, przestępczość zorganizowana jest dzisiaj całkowicie pozbawiona podstawowej kurtuazji. Fatalnie, poczytaliby sobie lepiej podręcznik dobrych manier, nie te tanie serie sensacyjne... Ech, młodzież" narzekał w myślach Vincent, obserwując czmychających bandytów.
W „salonie" został on, Alex, dziesięciu uzbrojonych po zęby ochroniarzy oraz dwóch mężczyzn wyglądających na zastępców szefa – czyli także wbitych w koszule, pod krawatem. Jeden z nich był nawet dość szczupły, dobrze ubrany, koło sześćdziesiątki, całkiem już siwy – Valentine rzucił okiem na jego dłonie: białe, delikatne. Ręce inteligenta. „To on musi być kontaktem, nadzorcą przesłanym przez naukowców, może nawet sam brał udział w produkcji tych narkotyków... Trzeba go koniecznie przepytać".
— Nieźle sprawdzasz się w dilerce — „Proszek" od razu przeszedł do sedna — i podobno chcesz rozwijać skrzydła. Spróbować rozprowadzać nowy towar. Wiesz, że na takie zaufanie trzeba sobie zasłużyć, nie? — sądząc z brzmienia głosu, próbował mówić w kulturalny sposób.
„Klęska, chłoptasiu" skomentował bezlitośnie agent. Póki co w duszy.
Czujnie przyglądał się ruchom przestępców. Broń gotowa do wyjęcia, natychmiastowego strzału, powoli przesuwane palce. „Odkryli moją tożsamość" stwierdził. Mógłby przypuścić atak, ale nie był tutaj po to, by wyeliminować z gry średniego dystrybutora narkotyków, tylko po informacje, udał więc, że nic nie dostrzega.
— Oczywiście, proszę pana — odpowiedział, skłaniając z szacunkiem głowę.
— Więc dlaczego sądzisz, że jesteśmy tak tępi, by obdarzyć nim szpicla? — spytał „Diamentowy Proszek", potrząsając oskarżycielsko wyciągniętym palcem.
Broń wycelowano. Sygnety zalśniły. Kiepska sztuka współczesna, pseudominimalizm tudzież fatalna, pusta zabawa geometrią. Wewnętrzny esteta w szpiegu zasłonił oczy, zrozpaczony. Zewnętrze uniosło kąciki warg w uśmiechu.
— Ach. To miał być sarkazm? Jestem zdruzgotany twoją porażką — bąknęło.
— Zamknij się, jebana wtyczko — „adieu, szczątki dobrych manier" westchnął eksturk. — „Thomas Gray" to dopiero bzdurny pseudonim...
— Był taki poeta — Vincent, który nie zdołał wstrzymać odruchu pouczenia, tudzież „inteligent spod ściany" odezwali się równocześnie.
Kryminalista miotał w ich kierunku zszokowane spojrzenia, jakby nie wiedział, na kogo patrzeć ze zdumieniem.
— „Zostawia świat ciemności. I mnie" — zacytował przypuszczalny naukowiec, spokojnym, konwersacyjnym tonem; głos miał wysoki, dźwięczny. — Bardzo pasuje do pracowników pańskiego macierzystego departamentu, panie Valentine.
— Wyrywa pan z kontekstu — zripostował równie uprzejmie agent.
„Zawsze należy korzystać z okazji do dobrej dyskusji, w tym zawodzie każda może być ostatnią, jak mawiał Veld", przypomniał sobie nostalgicznie. Tamten skinął głową, wyginając wargi w uśmiechu, który nie dotarł do jego orzechowych oczu.
— Proszę wybaczyć. Czasy nie sprzyjają, niestety, kontemplowaniu poezji.
— Pozwolę sobie się nie zgodzić. Właśnie w chwilach zamętu należy uważnie czytać. „To, co zostaje, ustawiają poeci" – tym, co po nas przetrwa, nie będą pieniądze ani diamentowy proszek.
— Celne. Aczkolwiek nie musi się pan krygować ani udawać – jak wiemy, pan przetrwa... do samego końca. „Tego, który zostanie, ustanowiła nauka", parafrazując.
Szpiegowi krew zastygła w żyłach, jednak mówił całkiem obojętnie.
— Oryginalna fraza znacznie lepsza... z całym szacunkiem, panie...?
O ile to możliwe, szef gangu wyglądał z każdą sekundą na coraz bardziej wstrząśniętego. Vincent bawiłby się świetnie, ale coś w zachowaniu rozmówcy – rodzaj pewności siebie, wyższości – kazało mu zachować większą niż zwykle czujność.
— William Blake. Nie śmiałbym próbować przewyższyć mistrza poezji. Uwielbiam jego prace. Podobnie, jak podziwiam dokonania pana ojca — zmienił temat badacz. — Wielki człowiek, miałem z nim zajęcia na uczelni – ta śmierć, ten pożar, który pochłonął tyle nieopublikowanych notatek i zabrał nam jego geniusz, to prawdziwa tragedia dla nauki.
— Śmiem twierdzić, że prawdziwą tragedią było to dla mojego ojca. Ewentualnie dla mnie — zripostował eksturk.
— Nie chciałem urazić — tamten posłał mu pobłażliwy uśmiech. — Przecież nie był pan z nim blisko. Odrzucił pan jego drogę – marnowanie takich genów najpierw w wiadomym departamencie, a potem jako obiektu doświadczalnego także uważam za iście tragiczny błąd. Profesor Hojo był niewątpliwie geniuszem, ale jednak zaślepionym własną błyskotliwością. Aż do szaleństwa.
— Wolałbym nie rozmawiać na ten temat. Kwestia prywatnej antypatii — agentowi nadal udawało się nie mówić przez zęby.
— Rozumiem. W każdym razie, chciałbym – chcielibyśmy, ja i moi... koledzy, zaproponować panu zrobienie lepszego użytku z pańskiego talentu oraz wiedzy. Jak już mówiłem, traktowanie ludzi tej miary jak bezmyślnej tkanki biologicznej uważam za stratę. Jeżeli przyjmie pan naszą propozycję, dostanie pan dostęp do danych, wszystkich danych, także tych dotyczących pana i pańskich przyjaciół. Mogę pana zapewnić, że będzie pan miał kontrolę i ostateczne zdanie w sprawie badań powiązanych z pańskim przypadkiem.
Vincent poczuł się równie zaskoczony, jak przed chwilą Alex. Przewidywał wiele scenariuszy, sporo z nich zawierało naukowców, niewiele mniej próby porwania lub nawet przeprowadzania jakiejś szybkiej wiwisekcji ad hoc. Oferta współpracy wszakże nie przyszła mu do głowy.
— Kiedy mam podjąć decyzję?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
— Tego wieczoru. Ale niekoniecznie w tej sekundzie, możemy poprosić o kolację albo napoje, jeśli pan sobie życzy i przedyskutować naszą ofertę... w cywilizowanych warunkach. Jak wykształceni ludzie, którymi jesteśmy.
Specyficzny ton, którym wymówił końcówkę słów, bardzo wyraźnie wskazywał, iż „my" nie odnosiło się do „Diamentowanego Proszka". Nie, żeby Valentine był tym zaskoczony. Po sekundzie namysłu postanowił przynajmniej spróbować wykorzystać sytuację do zdobycia informacji.
— Wybaczy pan mój sceptycyzm... ale pragnąłbym najpierw dowiedzieć się czegoś o pańskiej organizacji. Choćby o posiadanych przez nią danych, możliwościach – finanse, wyposażenie laboratorium, należący naukowcy – rozumie pan, nie mogę przystać do czegoś, o czym nic kompletnie nie wiem.
Jego rozmówca nadal tylko się uśmiechał.
— Oczywiście. W takim razie, czego życzyłby pan sobie na kolację?
— Nie jestem głodny.
— Nie zamierzaliśmy pana otruć — radosna odpowiedź. — Aczkolwiek, i niech to będzie pierwszą porcją danych, o które pan prosił, moglibyśmy.
— Czyli rzeczywiście jestem grupą byłych pomocników Hoja.
— Nie tylko. Ale owszem, dział badawczy składa się głównie z dawnych ludzi Shinry. Proszę, nie obrażajmy naszej inteligencji i nie udawajmy, że pan o tym nie wiedział. Po sprawie z Deepgroundem dawniej tajne dane naukowe trysnęły niczym krew z tętnicy, niech mi pan wybaczy pretensjonalne porównanie.
— Genesis...?
To była jedna z hipotez: trupa Rhapsodosa nie odnaleziono w szczątkach kompleksu, wszystkie wcześniejsze zapisy wskazywały zaś na to, że przeżył eksperymenty w całkiem znośnym stanie fizycznym – względnie całkiem znośnym – wobec czego wydziały specjalne uznały za wielce prawdopodobne, iż dawny SOLDIER pierwszej klasy uciekł. Wizja włóczącego się po kraju mężczyzny, który zdołał jakoś doprowadzić do załamania nerwowego Sephirotha, nie była specjalnie przyjemna. Wizja tegoż mężczyzny sprzymierzonego z kolejnymi terrorystami – lub przez nich przetrzymywanego – była wszakże jeszcze gorszą.
— Zarówno „tak", jak „nie", będzie zbyt cenną informacją na tym etapie znajomości, nieprawdaż? — zauważył „William". — Ale mogę powiedzieć, że posiadamy sporo z danych, które umknęły WRO i kompanii. Także te dotyczące Deepgroundu, Genesisa oraz pana.
— Na co więc wam moja współpraca?
— Nie mamy wszystkiego, a jedna luka w zapisie naukowym, jak pan wie, może całkowicie wypaczyć jego znaczenie. Nasza polityka, inaczej niż naszych poprzedników, nie zakłada narażania nikogo na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Poza tym, często opowieści... wspomnienia z pierwszej ręki znaczą więcej niż suche raporty. Zwłaszcza pisane przez szaleńca.
To mogło mieć sens, nadal jednak zdawało się agentowi zdecydowanie zbyt słabym wytłumaczeniem. Organizacji musiało brakować czegoś bardzo ważnego, czegoś koniecznego do ruszenia z miejsca. Gdyby istniała jakakolwiek szansa na uniknięcie kontaktu, ujawnienie twarzy jednego członka – wykorzystaliby ją. Nie wątpił też, iż mają przyszykowane jakieś wyjście awaryjne, które musiało oznaczać albo jego śmierć, albo uprowadzenie. Nikt w pomieszczeniu teoretycznie nie stanowił przeciwnika godnego eksturka, jeżeli wszakże ci ludzie byli jakoś powiązani z tymi, którzy załatwili Clouda... „Wiedzy nie wolno lekceważyć, nawet w rękach słabszego. Na własnej skórze to sprawdziłem" przypomniał sobie Vincent. Naukowiec ciągnął:
— Proponuję panu współpracę z ludźmi na tyle potężnymi, że możemy... rozporządzać grupami tej wielkości, co tak Alexa – oraz znacznie większymi. Czy to mówi panu wystarczająco wiele o naszych możliwościach?
— To mówi tylko tyle, że używacie narkotyków i przestępczości zorganizowanej, by fundowała wasza badania. Opieracie się na cierpieniu ludzi, na wszystkim, co odkryjecie, jest czyjaś krew. To godne pogardy, tylko pogardy.
— Zabawne słowa w ustach turka.
— Byłego.
— Lecz nadal szpiega... tylko tym razem wolnego strzelca, tak? O ile wcześniej przyświecała panu przynajmniej gwiazda lojalności, tak teraz może pan zdradzać kogo tylko zapragnie i prawić morały, komu pan zechce?
— Nie żyję ze sprzedawania trucizny zagubionym dzieciakom.
— Ale sprzedawał ją pan ostatnie kilka miesięcy bez mrugnięcia okiem, prawda? Wszystko dla dobra misji... Może ujawni mi pan chociaż, dla kogo prowadził to konkretne śledztwo? WRO? Prywatnego zleceniodawcy – mafii, przedsiębiorcy? Czy dla tej samej ShinRy, która, jak pan twierdzi, zniszczyła panu i tylu innym życie?
— Wie pan, że nie odpowiem.
— Och — tamten miał czelność głośno się roześmiać, gestykulując zapraszająco dłońmi. — W takim razie, co pan zrobi? Odrzuci naszą propozycję i spróbuje stąd wyjść?
Agent, wreszcie odprężony, pozwolił sobie na ukradkowy uśmiech.
— Poniekąd.
Walka, zakładał, będzie prosta. Ośmiu ludzi w tym jeden intelektualista. Tyle, co nic. Oczywiście, należało uskoczyć – bo zaczęli już strzelać, sprytni chłopcy, pomyślał sarkastycznie – czy raczej doskoczyć do jednego z nich, wyrwać mu broń z rąk...
Zaraz. Coś poszło nie tak. Tamten zdążył się cofnąć, wykazując refleks prawie tak dobry, jak Vincenta albo SOLDIER. Owszem, gdy Valentine odruchowo przyspieszył, dochodząc do granic swoich ulepszonych możliwości, zdołał go dopaść – ale ledwo uniknął przy tym cudzych kul, które niezwykle – nieludzko – precyzyjną kanonadą wypełniły nie aż tak wielkie pomieszczenie. Dopadłszy, zmiażdżył tchawicę, ta ustąpiła tak szybko, jak powinna, czyli od razu, lecz siła, z jaką przeciwnik trzymał karabin oraz, co gorsze, kopnął agenta, zdecydowanie przekraczała normę.
Wobec czego ten się zachwiał. Wobec czego oberwał. W ramię, nic wielkiego, za moment któryś z demonów uleczy, ale zawsze. Obrócił się, wściekły, strzelając – kolejny trafiony, od razu na ziemi, najwyraźniej ich wytrzymałość nie była zwiększona – „refleks i siła to aż nadto" przemknęło mu przez głowę. Przeskakując przez pokój, szukał wzrokiem „Williama", jeżeli był szychą, a na to wyglądało, to świetnie się nada na tarczę.
„Blake" stał w oknie. Świst rozsuwanych zasłon najwyraźniej zginął w hałasie kul. Tak, stał w oknie, może dwa metry od eksturka, osłaniany wszakże przez dwóch ludzi z karabinami („ciągły ostrzał jest do przejścia w formie demona, ale wtedy nie zostanie nikt, kto mógłby ci odpowiedzieć na pytania"). Stał w oknie z kawałkami materiału w ręce.
Opaska na oczy. Więzy na dłoniach. Pełne, uświadomił sobie szpieg, różnych wydzielin z których można wydobyć DNA. Jego DNA. Te cenne dane, na których organizacji tak zależało. Na tyle, by poświęcić średnią grupę przestępczą, przynoszącą z pewnością spory dochód – gdy to myślał, już wykonywał kolejny unik, słyszał krzyki zza drzwi – pozwalając mu zajść tak daleko – pocisk koło ucha, strzelił do tyłu, „na słuch" i wiedział, że pudłuje, bo tamci byli szybsi niż zwykle – by móc złożyć fałszywą propozycję współpracy – tym niemniej, padając na podłogę, tym razem widząc, zdołał trafić – by wydobyć te nieszczęsne, przeklęte – przetoczył się, ledwo uniknął pocisku, drzwi zostały wyłamane, za sekundę padną kolejne strzały – informacje genetyczne – padły, ładnie rozorały mu stopę, jak skonstatował z ironią, wiedząc, że przemiana jest nieuchronna („zginiesz, nie damy ci zginąć, nie, nigdy Vincent, nie nasz drogi, kochany Vince").
Zaraz. To nie miało sensu! W myśleniu był błą... „To nie znaczenia, Vince. Nie damy ci umrzeć, a to cię boli, boli, osłabia, nie damy ci umrzeć, nie, nie, zaraz przestanie, tylko – tak, dobry Vince, chodź tu, tak, tutaj, tu będziesz bezpieczny, tamto nie ma znaczenia, cii, tu jest dobrze...".
