Chaosie, akcja postępuje do przodu. W sensie: kryminalna. W sensie: fabuła. Nie telenowela czy world-building. Jeszcze trochę fluffu i będę z siebie dumna.
Pili całkiem długo. Przeszli na „ty". Wszystko pięknie. Tifa prawie wmówiła sobie, że to dobry pomysł, wpuszczać Shinrę do domu. Prawie. Levinas wyszedł czytać dokumenty. Przejścia na „ty" odmówił, czym widocznie premiera zirytował. Ten nie ruszył się z sypialni na krok, kazał sobie przynieść tam papiery. Lockhart analizowała to wszystko, stojąc przy barze, udając uśmiechniętą. Ale fakty krążyły jej tylko po głowie, nijak nie chcąc się złożyć w spójny obraz.
Paranoja podpowiadała, że nie powinna zostawiać Shin... Rufusa samego z Cloudem, ktoś jednak musiał stać za barem, rozsądek zaś podpowiadał, że premier nie skrzywdzi chorego, nie ma w tym żadnego interesu. Do tego ciążyła jej wymuszona zgoda i wcale nie była pewna, czy wytrzyma jeszcze długo w jednym pomieszczeniu z tą gadziną, która teraz żądała od niej uznania, że ma imię. Dziewczyna potrzebowała rozproszenia, każde zajęcie się nadawało.
Kobieta – w średnim wieku, po czterdziestce na oko – niepewnie zeszła ze schodów i przemknęła się ku wyjściu, tuż obok kontuaru. Tifa szybko oceniła sytuację: popielate, siwiejące włosy były rozwiane, granatowy sweterek, sprany, choć dobrej jakości, niestarannie zapięty, czerwona szminka najwyraźniej przed chwilą poprawiana, też niedbale, bo wychodziła poza kontur ust, pod jednym okiem widniała niewielka, prawie starta smuga tuszu.
To mogła być okazja. Dama ewidentnie wychodziła od doktora, który nie jadł niemal nic, spał niewiele więcej, ale seks uprawiał nad wyraz regularnie i często.
— Proszę pani — zawołała Lockhart, zatrzymując nieznajomą.
Ta stanęła, spłoszona, z nerwowym uśmiechem na wargach. Okręcała srebrny pierścionek wokół palca. Z jej policzków nie zszedł jeszcze lekki rumieniec, którego, przypomniała sobie barmanka, nie było, gdy tamta wchodziła do „7 Heaven". Najwyraźniej gość chciał zniknąć możliwie niezauważony, z pewnością niezapamiętany, może z lęku, może ze wstydu. Właścicielce, która słyszała setki takich historii, pań wychodzących od medyka widziała zaś już kilka, zrobiło się żal.
— Pani jest znajomą doktora Levinasa, prawda? — zagaiła pogodnie. — Dla przyjaciół doktora gratis.
Kobieta wyglądała jak żywa alegoria zaskoczenia tudzież zmieszania, opanowanie przyszło jednak całkiem szybko.
— Nie, nie, dziękuję bardzo. Nie piję — odpowiedziała cicho.
— Więc proponuję coś bezalkoholowego. Niech pani da się skusić, mamy — zatoczyła ręką krąg, wskazując na całe pomieszczenie — wobec niego dług.
Tamta uśmiechnęła się, po raz pierwszy spontanicznie, aczkolwiek z nostalgią raczej niż wesołością.
— Tak, kto nie ma u niego długów? Richard jest wspaniałym człowiekiem, takim troskliwym, bezinteresownym i dobrym... Cudowny mężczyzna.
„Aha, mężczyzna. Wiedziałam" pomyślała Tifa. Póki co nalała rozmówczyni wody, mówiąc:
— Tak – bardzo oddany pracy, prawda?
Jak przypuszczała, czoło tamtej natychmiast się zachmurzyło.
— Tak... Może aż za bardzo.
Siedziały chwilę w ciszy, kobieta jednak pijąc powoli, zamyślona, nim Lockhart zauważyła współczującym, pełnym zrozumienia szeptem:
— Nie chce mieć nikogo, prawda? Żeby nikogo nie obciążać... Jak mój, on też znikał na całe dnie, bo nie rozumiał, że wolimy, by nas obciążał, ale był, niż żeby znikał, że jego nieobecność jest najgorsza, jego wymówki, oddalanie... Pewne ciężary bywają słodkie – mężczyźni tego nigdy nie rozumieją.
Gość powoli pokiwała głową.
— Tak właśnie. Oni myślą, że muszą być silni, najsilniejsi, że muszą zapewnić kobiecie wszystko, a jeśli nie mogą, to zostawić jej wolną rękę, by wzięła sobie lepszego... Ale z Richardem jest gorzej, tamci są tylko pochłonięci pracą, póki zarabiają, póty zadowoleni – on właśnie wie, że trzeba obecności — upiła duży łyk wody.
Barmanka z zadowoleniem skonstatowała, iż rzucone słowa, na tyle ogólne, by pasować do wszystkich sytuacji, zadziałały równie sprawnie, jak zawsze. Przynęty konwersacyjne. Rodzaj sportu czy gry, którą wytrenowała przez lata za kontuarem oraz w konspiracji, zwykle zresztą połączone. Ludzie umieją powiedzieć niemal wszystko nieznajomym, o ile tamci są w ich mniemaniu przypadkowi, nie-do-spotkania-ponownie.
Jej rozmówczyni ciągnęła tymczasem i w ciągu kilkudziesięciu następnych minut Lockhart dowiedziała się całkiem sporo rzeczy – och, owszem, wiele z tego to były raczej nieważne drobiazgi (że Richard ma wiele kochanek, ale wszystkie o sobie wiedzą, bo chodzi im wszystkim, jak twierdzą, tylko o seks, lecz z połowa, na czele z rozmówczynią, jest w nim całkowicie zadurzona; że kobieta, którą gości, należała do kręgów powiązanych z ShinRą, jej mąż był podwykonawcą, że te kręgi uwielbiały plotkować, niczym lokaje, o tych wyższych), kilka informacji wszakże ciekawie nakreślało tło wydarzeń.
Levinas, mówiła tamta, był podobno sarkastycznym, chłodnym młodym człowiekiem, aczkolwiek raczej wycofującym się, gdy mogło dojść do prawdziwej krzywdy, co już go wyróżniało z towarzystwa. Mówiła, że nie tyle był z jednym kręgu z Rufusem, ile się przyjaźnili – co zresztą mały Shinra bezwzględnie wykorzystał, by zdobyć informacje przydatnego przy przejęciu. Że towarzystwo było tym wstrząśnięte...
— To wzbudziło spory skandal a wielki popłoch – skoro nawet oni nie zdołali się oprzeć, któż może? To, oczywiście, tylko świadectwo naszej ignorancji, żeśmy nie zadali sobie tego pytania po tym, jak nie dało rady Wutai. Widzi pani, myśmy może byli głupi – na pewno – ale nie zauważyliśmy, kiedy to się zmieniło. Kiedy te nasze marzenia o dobrym, bogatym świecie, gdzie wszystko ma swoje miejsce, gdzie o wszystko się troszczą specjaliści, nie hochsztaplerzy, o nowym świecie, nowych ludziach, o wykorzystaniu możliwości planety dla dobra nas wszystkich – kiedy te sny zamieniły się w dyktaturę, kiedy zaczęto zabijać ludzi w imię dobra przyszłości... — głos gościa drżał. — Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Wiem, że potem zamykaliśmy oczy, wypieraliśmy prawdę, wiem, że niby wiedzieliśmy, a nie wyciągaliśmy wniosków. Byliśmy pewnie nie głupi, a samolubni. Nawet w tym przypadku: sami nazywaliśmy Rufusa „księciem Midgaru", a jednak wstrząsnęło nami, że zachował się jak książę.
Gospodyni przygryzła wargę od wewnątrz, by się nie uśmiechnąć. Oto powiązanie, oto element prywatny, który ukrył przed nią Reeve. Musiała wysłuchać spóźnionych wyrzutów sumienia, do tego wszakże już przywykła. Nie przeszkadzały jej zresztą, rolą barmanki jest również słuchać. Element prywatny miał jednak wszelkie cechy niepokojącego, dziwacznego przynajmniej: dlaczego prezydent miałby prosić człowieka, którego kiedyś zdradził, nie tylko biznesowo, lecz też osobiście, zbyt głęboko, by pieniądze mogły załatwić problem? Nikogo innego o jego umiejętnościach nieskażonego eksperymentami nie ma? Doprawdy, smutny to w takim razie świat, ten tych midgarskich elit, pomyślała z przekąsem.
— Rzecz jasna, pogadaliśmy trochę w maglu i uciekliśmy od rzeczywistości znowu — ciągnęła nieznajoma, tym razem sama nalewając sobie alkoholu. — Tam był jeden szczegół... W trakcie przekazywania firmy – wielkie spotkanie, pracownicy, notariusze – Levinasowie zachowali się z klasą, oczywiście, to była naprawdę rodzina z tradycjami, stara szkoła. Opowiadano potem, że ich grzeczność była jak policzek wymierzony korporacji – akurat! korporacja miała w nosie ich godność. Ale Richard poza tym, wie pani, kiedy już wszyscy wychodzili, on powiedział do Rufusa coś w rodzaju „mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy, tak bardzo bym chciał, żebyś był". I to bez ironii. Ludzie całe tygodnie o niczym innym nie mówili, nie mogli się nadziwić. Wie pani, ile było hipotez? Romantyczne dzierlatki doszukiwały się romansu, cynicy jakiejś intrygi między chłopcami albo drugiego dna finansowego... Richard poszedł na medycynę, jakby nigdy nic, jego rodzina wyjechała na prowincję. Nie mogliśmy zrozumieć.
Kobieta wypiła trzecią już szklankę. Tifa delikatnie wyjęła jej z ręki szkło, mrucząc, że już za dużo, zdecydowanie za dużo, a w ogóle, skoro większość ludzi nie rozumie, to czy ktokolwiek chociaż się domyśla, bo to fascynująca historia...
— Ja wiem — bąknęła rozmówczyni; w jej oczach błyszczały łzy. — Wiem, że mieli rację — dorzuciła, a potem aż zachłysnęła się tłumionym szlochem. — Zrozumiałam dopiero, jak syn mi powiedział, już dorosły – on był takim grzecznym, dobrym dzieckiem – że bardzo mi dziękuję za wszystko, za mój trud, że będzie zarabiał na siebie i do mnie się dokładał, bo wie, że ma obowiązek, wie, że go nie kocham, że o nim myślę jak o inwestycji, że on rozumie, że w życiu nie liczą się emocje tylko fakty, takie tam – a to wszystko tak, jakby mówił o interesie albo eksperymencie, albo konstrukcji... A ja pojęłam nagle, że on to serio, zupełnie serio, że on tak myśli, że on nie chce mnie zranić, bo nie sądzi, by mnie to mogło zranić, bo to przecież prawda, ludzi rozsądnych takie rzeczy nie ranią. — Łzy zaczęły jej spływać po policzkach. — Niech mi pani uwierzy, zaklinam się: kochałam i kocham mojego syna bardziej niż życie.
Alkohol, westchnęła w duszy Lockhart. Zaiste, prawda na dnie butelki spoczywa. Kobieta tymczasem ciągnęła spowiedź:
— Mówiłam o pędzie genetycznym, o roli w społeczeństwie, bo myślałam, że dzieciom nie należy kłamać, tylko tłumaczyć świat naprawdę – przecież to, że wiem, że są mechanizmy biologiczne ułatwiające kochanie dzieci, nie znaczy, że go nie...! — zakrztusiła się lekko, szybko odzyskała płynność mowy. — Zrozumiałam, dopiero wtedy, że myśmy, budując nowy świat – przecież dla naszych dzieci, dla kogo innego? – kompletnie wypaczyli obraz świata naszym dzieciom. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko miłość.
— To nie tak — wtrąciła łagodnie Tifa. — Miłość sama w sobie nie może zbawić, zbawić mogą tylko działania.
— Teraz wiem — zgodziła się płaczliwie kobieta. — Kochaliśmy je i wszystko spieprzyliśmy – niech pani wybaczy słownictwo – spieprzyliśmy wszystko i, egoistyczni idioci, woleliśmy wierzyć, że to nic nie znaczy, bo je kochamy, bo liczy się tylko miłość. A one nawet nie wiedziały, że je kochaliśmy i dzisiaj jest już za późno, już nam nie uwierzą.
Lockhart położyła łagodnie dłoń na ramieniu tamtej. Cierpienie wynikłe z rozczarowania samym sobą, zrozumienia nieodwracalności i wagi popełnionych błędów, więcej często, grzechów – to mogła zrozumieć. W pewnej chwili gościowi najwyraźniej coś się przypomniało, bo zaczęła, szybko, zdenerwowanym głosem:
— Widziałam wczoraj w jakimś piśmie dla kobiet artykuł, gdzie dziennikarze próbowali w paru zdaniach podsumować „pokolenie Midagru", właśnie nasze maluchy, Rufusa i resztę. Oni tam pisali, że cały ten bajzel, to wina wychowania przez ludzi, którzy traktowali dzieci jak inwestycje albo następców, bez miłości – co za stek bzdur! Roman nie kochał Rufusa? Co za bezsens, on by umarł za niego, to było jego ukochane maleństwo, jego cały świat – wszystko w życiu robił dla swojego synka. Po co innego by jemu były jakieś Ziemie Obiecane, miał nadciśnienie, harował jak wół, wiedział, że się nimi długo nie nacieszy... A potem spytałam Richarda i on powiedział, że jak był dzieciakiem, to on i jego koledzy tak właśnie myśleli, większości dalej tak myśli. Niech pani nigdy nie będzie tak głupia, jak my, to potem tak strasznie boli...
Głos kobiety chwiał się, podobnie jak jej podbródek, pusta szklanka w ręce, stopa. Tifę zanotowała w pamięci ostatnie stwierdzenie, bardzo, bardzo starannie. Premier, nawet ona wiedziała, nie czuł żadnych związków z ojcem i lubił zachowywać się, jak gdyby ich stosunki zawsze były więcej niż chłodne. Dziewczyna przeczuwała, że wbicie tej drobnej szpili – „wiesz, wszyscy, którzy znali twojego ojca, twierdzą, że cię ubóstwiał, więc może zbastuj z tą lodową pozą" – może przynieść całkiem miłe efekty.
Lockhart miała ochotę, ledwie nieznajoma wyszła, natychmiast iść na górę i to sprawdzić, przy okazji spytać się tych dwóch midgarskich książąt, jakąż to intrygę knują za jej plecami. Wstrzymała się jednak – historia nie zmieni się do poranka, klientów w barze powoli przybywało. Poza tym, nie miała siły na kolejną konfrontację z Shinrą.
'
'
Vincent, ocknąwszy się zdał sobie sprawę, że stoi na progu jednej z podmiejskich posiadłości. Od centrum Rocket Town dzieliły go jakieś cztery kilometry, tyle zarejestrował w pierwszym momencie. W drugim – zapach krwi, uryny, potu, prochu. I jeszcze raz krwi.
W trzecim momencie zaczął rozważać, jak długo był nieprzytomny – słońce stało na niebie, krew cuchnęła, czyli zdążyła się utlenić, czyli ładne parę godzin. Od zakończenia walki. Musiała być ciężka, skoro organizm zażądał aż tyle czasu na regenerację.
W czwartej chwili, po jakichś pięciu-sześciu sekundach od ocucenia, spróbował sobie, zgodnie ze starą praktyką, przypomnieć, co właściwie spowodowało wypuszczenie demonów. Zwykle zajmowało to niecałe ćwierć minuty, tym razem było podobnie. Wobec czego po tej krótkiej chwili Vincent zaklął.
„To miał być rekonesans, zdobycie informacji, tak?" spytał sam siebie najbardziej jadowitym tonem, jaki mógł wydać jego wewnętrzny głos.
Zawrócił do budynku. Zgodnie z przewidywaniami, wszędzie leżały trupy. „Martwi niewiele mogą powiedzieć" szydził dalej w myślach. Poznawał niektórych, w końcu ostatnie miesiące spędził, pracując w ich gangu. Większość jednak pozostawała obca – to znaczy, kojarzył, że pełnili w grupie ważne funkcje, zbyt ważne, by marnować czas na jednego z dilerów.
Wyrezał kierownictwo. Wyrezał praktycznie całe kierownictwo, ale nigdzie nie znalazł ciała „Williama". Pięknie. Kontakt z organizacją nadzorującą uciekł – pewnie nietknięty, pewnie przewidziawszy rozwój wypadków, pewnie zaplanowawszy je wcześniej (jego DNA mogli zdobyć już tygodnie temu, tym, czego tamten potrzebował, był pokaz demonicznych umiejętności oraz demoniczna tkanka jako materiał porównawczy, tak przynajmniej sądził teraz) – i, jeśli wróci, to z nowym, już absolutnie posłusznym „zarządem" w teczce. Za kilka tygodni. Agent nie mógł czekać na jego powrót, nie, gdy jego przykrywkę spalono, Cloud chorował, w Edge'u odbywała się ważna konferencja, Felicja coś knuła za plecami Velda – jak stary druh narzekał przy ostatniej rozmowie – WRO zamierzało wprowadzić na rynek nowy produkt i przepchnąć w parlamencie ustawę preferującą tenże, Rufus zaś... Rufus, jak zwykle, snuł intrygi. Tudzież czekał na jego, Valentine'a, raport.
Pięknie. Oczywiście, policja pewnie niedługo tutaj będzie. Poprosi się Shinrę, by zbadali miejsce najnowocześniejszą aparaturą, to pozwoli na identyfikację DNA obecnych osób, o ile byli zapisani w bazie – niewielki pożytek, to samo osiągnie po prostu tworząc portret pamięciowy, a potem sprawdzając naukowców z archiwum korporacji – zebranie śladów narkotyków, jeżeli je tutaj ostatnio przechowywano – to byłoby już coś, mogliby wreszcie spokojnie przeanalizować strukturę tego środka. Tyle, że do tej nie udało się właśnie ze względu na szybki czas rozpadu, więc chemikalia musiałyby zostać wywiezione dosłownie chwilę temu... A on leżał nieprzytomny przynajmniej kilka godzin.
„Jakiż piękny to świat" jego wewnętrzny głos popadł w liryczny, piosenkowy nastrój. Trudno. Tak czy siak, musi stąd odejść, możliwie szybko, pojechać do „7th Heaven", wesprzeć Tifę, możliwie szybko, zameldować o porażce premierowi... możliwie szybko. Usiadł z westchnieniem na poplamionym czerwienią parapecie. Trudno, najwyżej dołoży roboty wydziałowi kryminalistyki, miał to w nosie. „Ach, skoro myśmy skrewili, to niech inni też pocierpią...". Wtedy dostrzegł czy raczej skojarzył widziane obrazy.
Na wprost niego, na głównej ścianie, tuż za zmasakrowanym ciałem „Diamentowego Proszka", krew tworzyła staranny wzór. Niewątpliwie narysowany ludzką ręką. Taki sam, jak we wszystkich pozostałych pomieszczeniach. Jedna gruba kreska, trochę zygzakowata na dole, wyżej idąca pod łagodnym kątem, kilkanaście prostopadłych do niej, cieńszych, pozornie niedbałych. Jak wielkie pazury. Utleniona, ciemna krew, prawie czarna.
— Muszę być wyczerpany, skoro nie zauważyłem tego wcześniej — mruknął.
Czyli w grę, poza gangami, wchodziły jeszcze ideologie. Upadek Midgaru, czy raczej towarzyszące mu okoliczności, spowodowały, oczywiście, religijne poruszenie. Ludzie zaczęli szukać wiary, jak zwykle w czasach chaosu. Kościoły powiązane z myśleniem o świecie w kategoriach cyklu, jedności przeżywały oblężenie, jednak inne wspólnoty także błyskawicznie wmontowały Lifestream w swoją wizję rzeczywistości, jako byt po prostu fizykalny, nie metafizyczny, przez który trzeba przejść by dostąpić zbawienia – na przykład, istniały także inne wersje. Poza starymi, powstały nowe wyznania, tak czczące Planetę, jak traktującą ją w kategoriach wroga ludzkości. Do wyboru, do koloru.
Niektóre z tych grup czciły Sephirotha. To również było do przewidzenia – nieśmiertelny w sensie spirytualnym, potężny byt, fizycznie powracający co jakiś czas z martwych, obdarzony dużym talentem dramatycznym, zdolnością do „opętywania" ludzi, czytania Lifestreamu, przywoływania zeń substancjalnych duchów czy inszych tworów, opiewany przez dobrą dekadę jako heros, potem zaś twierdzący, iż mści krzywdy oraz nazywający sam siebie „bogiem" – cóż, ktoś taki musiał doczekać się swojej sekty. Albo tuzina. Albo i setek, z któryś większość nie przekraczała kilku rodzin i nosiła wszelkie znamiona prywatnego, niegroźnego kultu. Niektóre z nich pewnie nawet nie modliły się o koniec świata; znaczna część się modliła, lecz nie robiła nic, by to wydarzenie przyspieszyć. Norma. Wiele wielkich religii w historii, podpowiadały Vincentowi lata w elitarnych szkołach, zawierało w sobie motywy apokaliptyczne.
Wyznawcy, którzy mieli powiązania z gangami – nie, wyżej, z twórcami narkotyków, czyli dawnym personelem badawczym ShinRy – a po wyrżnięciu cudzymi rękami wewnętrznej opozycji w rzeczonych gangach zostawiali na ścianie znak przypominający (to skojarzenie powoli kamieniało w świadomości agenta) uproszczony symbol skrzydła – pojedynczego, ciemnego skrzydła – byli całkiem inną, niebezpieczną sprawą.
Wyciągnął prywatny telefon, zaszyty w poszewce płaszcza, sprawdził, czy nikt go nie dotykał ani nie próbował złamać zabezpieczeń drogą radiową – nie, na szczęście nie – rzucił okiem na zegarek – w Edge'u sam początek konferencji – wybrał jeden z dostępnych numerów. Tylko cztery, absolutnie awaryjne. Shelke, Veld, Rufus plus...
— Tseng, słucham.
— Skrewiłem sprawę, młody. Przyślij kogoś, żeby mnie stąd dyskretnie zabrał. Szybko. Samotna willa na wschodnich przedmieściach Rocket Town, cztery kilometry od centrum.
— Skoro „skrewił pan sprawę", to co daje panu prawo żądać? Ma pan jakieś cenne informacje na sprzedaż?
Szpieg błysnął zębami w bardzo nieprzyjemnym uśmiechu. Ton, którym odpowiedział był jednak całkiem obojętny.
— Rufus nie chce, zapewniam cię, że nie chce, żebym zaczął myśleć, iż celowo trzyma mnie z dala od Clouda. A zaczynam tak myśleć. Poza tym, tak, coś wiem. Mniej niż bym chciał i niestety, raczej o skali nadchodzących zagrożeń niż tym, jak im zapobiec, jednakże skala jest taka, że powinna zainteresować premiera rządu.
Moment ciszy w słuchawce.
— Złoży pan raport, proszę pana, temu, kto po pana przyjdzie. Natychmiast. Bez ukrywania czegokolwiek w imię pańskiego ego. Ani bez przesady w imię pańskiego samobiczowania.
— Zależy, kogo przyślesz.
— Jesteśmy w środku ważnego śledztwa, jeżeli pan sądzi, że mogę przebierać w zasobach...
— Jeżeli ty, młody, sądzisz, że powierzę swoją reputację albo poufne dane jakiemuś młodzikowi, który może potem donieść Reeve'owi...
— Doron wystarczy? Ufa pan jej?
— To ta mała z ciemnym kucykiem? Mają u mnie z Veldem dług.
— Uznam to za „tak". Będzie za jakieś trzy godziny, akurat siedzi w Wutai. Zgadza się pan?
— Tak. Mógłbyś monitorować policję?
Cisza tym razem trwała dobre kilkanaście sekund.
— Co. żeś. narobił. Vincent?
— Pan dla ciebie, młody. Ja nic. Demony, którymi napompowała mnie twoja korporacja, z drugiej strony...
— Na litość bogów... Ilu ludzi? — w głosie turka pojawiło się nagle zmęczenie, jakby już szacował, ile czasu oraz wysiłku będzie go kosztowała ta sprawa.
— Trzydziestu. Trzydziestu dwóch dokładniej. Wszyscy gangsterzy, więc to oczywiście porachunki między grupami...
— Rozumiem. Rozumiem. Niech pan przeczeka ewentualne najście policji gdzieś w pobliżu, ale spróbuję ich utrzymać z daleka.
— Grzeczny chłopiec. Słusznie zrobiłem, wyciągając wtedy ciebie i tę blondynkę, całkiem przydatne z was...
—Proszę pana — coś trzasnęło w tonie Tsenga.
— Tak? — spytał spokojnie Vincent, wpatrzony w horyzont.
Bohomaz ze ściany nie chciał mu zniknąć sprzed oczu, odbijał się na niebie, pod powiekami, gdy je przymknął, nawet ostre, południowe światło nie zdołało go zmazać. Nie mógł nawet nazwać tego nieszczęsnego bóstwa in spe „skurwysynem", nie bez przyznawania mu którejś z racji. Szkoda, czasami myślał, że by pomogło.
— Niech pan lepiej ma jakieś przydatne informacje.
'
'
Wschodzące słońce wpadało przez jasne firanki. Nietknięte, praktycznie nowe, świeżo wyprane firanki, dziwnie ironiczne w zniszczonym otoczeniu. Chociaż zrozumiałe, po namyśle – ludzie żyjący w Strefie nie mogli tak po prostu wyremontować mieszkania, co nie znaczy, że chcieliby żyć w brudzie. Tym niemniej, różnica między popękanym tynkiem, wytartymi panelami, zbieraniną sprzętów, każdym w innym stylu, a tym jednym szczegółem była uderzająca.
— Naprawdę musisz już iść?
Reno zaklął w myśli. Obudziła się. Nie chciał, żeby się obudziła. Śledztwo w tej okolicy dobiegło końca. Nic nie znaleźli. Będą musieli zejść do kanałów, potem opuścić to miejsce. Nie zamierzał wracać. Oczywiście, jeżeli trafi się jeszcze jakaś sprawa, z radością skorzystałby z ciepłego łóżka i chętnej kobiety, ale jakoś wątpił, by ta chciała pójść na tak luźny układ. Co oznaczało łzy lub pełne urażonej godności milczenie. Tak czy siak, wygodniej było odejść, nic nie mówiąc.
— Praca, skarbie — nawet nie musiał kłamać. — Wolałabym zostać z tobą — albo jednak.
— Gdzie będziecie dzisiaj?
— W kanałach, słońce. Także nie zdziw się, jeśli jutro znajdą moje zwłoki — dorzucił melodramatycznie.
Ta informacja strząsnęła z dziewczyny resztki snu. Natychmiast. Kobieta usiadła na łóżku, wyraźnie zaniepokojona.
— Nie możecie! Wasz szef nie może wam kazać tam wchodzić! To niebezpieczne, to...
— Jemu to powiedz, złotko. Poza tym, płacą mi za brudną robotę, nie?
Wstała, przeszła do kuchni, mamrocząc coś o śniadaniu i herbacie. Turk zaklął ponownie. Nie umknie tak łatwo. Znoszenie cudzej troski, zwłaszcza w żeńskim wydaniu, zawsze było dla niego męką, jeszcze teraz, ze wszystkich możliwych momentów. Sam też nie miał ochoty tam złazić, czy ona musiała mu przypominać dlaczego lub jak bardzo?
— Nie trzeba, kiciu — westchnął, gdy przyszła z tacą. — Nie musisz się dla mnie tak starać.
Jej oczy, cała mimika, sposób, w jaki przysiadła przy nim, jak ostrożnie skubała jedzenie, wszystko mówiło: „nie odchodź". Nienawidził tego. Ale nie odepchnie jej przecież ani nie zabije, ani nie obrazi. Jeszcze niejedno śledztwo czeka go w Strefie, nie powinien palić mostów. Co nie zmieniało faktu, że tego nienawidził.
— Nie schodź tam. Tam nic nie ma, naprawdę. Nic nie wiemy o tym mężczyźnie, którego szukacie – o Krinie. Powiedzielibyśmy wam albo policji. Powiedziałabym ci! — krzyknęła.
„Och, myślał z ironicznym dystansem rudzielec, teraz szantaż emocjonalny, jak miło, nie? Coś dla ciebie znaczę, to fajnie, zapamiętałaś nawet imię faceta, którego rozpracowuję, to bardzo, bahamucia krew, fajnie, ty jednak nic nie znaczysz dla mnie, więc dajmy sobie spokój z tymi emocjami, adios, bella mia, czy jak to tam mówią w tych romantycznych językach".
— Kotku, koteczku mój złoty, nie zajmuj tym sobie swojej ślicznej główki, co? No, kto jak kto, ale ja z chłopakami damy sobie radę z czymkolwiek, co się zalęgło w kanałach. Jeszcze je wam z przerośniętych szczurów i innych szkodników oczyścimy, nie? Powinniście być, no, zadowoleni?
— Ale – ale tam są nie tylko zwierzęta — wyszeptała.
„Noż, kurwa, wiem".
— Bezdomni? Szperacze za starociami? Żaden problem. Tacy i tak nas omijają.
Dziewczyna odwróciła wzrok, wyraźnie spłoszona, do Reno zaś dotarło z całą mocą, że ona coś...
— Wiesz coś o kanałach, serce moje? Coś, co mogłoby nam pomóc przetrwać jakoś te parę godzin? Wiesz, miejsca mniej smrodliwe — spróbował zacząć od żartu.
Nie pomogło. Podkuliła trochę ramiona; „przerażona, bahamucia krew, ptaszyna, klął w duchu, nawet nie można przesłuchać odpowiednio, bo zaraz stracimy zaufanie całej grupy tych rąbniętych wykolejeńców".
— No albo może jakieś ścieżki mniej niż inne skażone mako? Żebyśmy nie tracili czasu na błądzenie, nie? — zagaił znowu, tym razem otulając ją ramionami, przyciskając do siebie.
Może to nawet nie tak źle, iż nie zdążył dotąd ubrać koszuli. „Baby, stwierdził, roztkliwiają takie rzeczy: och, on teraz jest tutaj, cały ciepły, pachnie jeszcze moimi perfumami, potem, łóżkiem, jeszcze jest przy mnie, a zaraz tam pójdzie, zginie, wróci do mnie zimny – trup...".
— Po prostu tam nie idź. Proszę. Nie chcę, żeby coś... — pękł jej głos, wtuliła twarz w jego obojczyk. — Takie plotki krążą, takie straszne plotki.
— Na przykład? — spytał, starannie usuwając choćby najmniejszy cień ekscytacji z tonu.
— Och, nic konkretnego — nerwowość, z jaką go o tym zapewniała, tylko potwierdziła jego przypuszczenia.
Kobieta wie coś bardzo konkretnego. Konkretnego, dużego, groźnego, tajnego – na tyle, by obawa o własne bezpieczeństwo zamykała jej usta. Interesujące. Naprawdę interesujące. Oraz wymagające użycia całkiem nieco środków niż te, które dotąd stosował.
— Skarbie — wymamrotał w jej włosy. — Cokolwiek tam jest, turki sobie z tym dadzą radę. Pozbędziemy się tego dla waszej małej społeczności. Ja — wciągnął głęboko jej zapach, drżenie, emocje — cię obronię. Nie chcę, żebyś musiała żyć w strachu. Nie tutaj. Nie po to uciekaliście w to miejsce, by ktoś burzył wasz nowostworzony pokój, raj, nie? Nie musisz więcej uciekać. Będę cię chronił, słońce. Uratujemy – razem – waszą, naszą, małą oazę, w porządku? Nie?
„Och, tak w kółko. Aż wreszcie ją przekonasz, Reno, aż wreszcie uzna, że naprawdę jesteś jej zabezpieczeniem. Może to dobrze, że z nią spałeś, tak, to świetnie właściwie, seks zalewa ludzi oksytocyną, a u kobiet niższy poziom testosteronu nie hamuje działania hormonu zaufania, więc będzie ci łatwiej. Tyle archetypów kulturowych wytłumaczonych przez parę eksperymentów, kilka artykułów, jedną habilitację – pamiętaj, żeby całować, to uspokaja, podnosi poziom endorfin, czyli znowu, zadowolenie, bezpieczeństwo, zaufanie...". Turk, cały czas mówiąc, łagodnym, cichym, pewnym tonem, myślami odbiegł daleko, właściwie wypuścił je wolność, patrzył, jak przeciekają mu przez neurony, ifryci strumień świadomości, niezmiennie głupoty, że ona nie wie, że plotki, że skażenie mako – słońce tylko coraz wyżej i wyżej...
— Tam w kanałach, na zachód od centrum, gdzie zniszczenia oraz stężenie są najmniejsze, bo kawał tarasu wbił się w ziemię, odgrodził tamtą część od reaktora – tam podobno, tam... zbierają się jacyś, jakaś grupa – ktoś. Powiązani z mafią, najemnikami, licho wie, z czym jeszcze. Dopadli sporo naszych – jak ktoś był tak głupi, żeby zajść w pobliże, nie wracał żywy, w ogóle nie wracał albo cały pocięty na kawałki, zmieniony, zmutowany, potwór – czasem nie szło rozpoznać, zupełnie, więc nawet nie wiemy, czy to na pewno oni... Ale od czasu, jak tam nie wchodzimy, jest dobrze, oni nam nie przeszkadzają, nie ruszają naszych... tylko potworów w tamtych okolicach więcej w kanałach, ale my tam nie wchodzimy i tak, ze strachu... Naprawdę ich powstrzymasz?
— Oczywiście. Sam może nie, no, ale nie ma niczego, co powstrzymałoby turki od wykonania roboty, nie?
Mózg szpiega był zajęty analizowaniem zdobytych danych – bardzo niepomyślnych danych, skoro ktoś najwyraźniej eksperymentował z mako na ludziach, znowu – bez trudu jednak ułożył odpowiednią odpowiedź.
— Ale nie mów im, nie mów nikomu, że to ja ci powiedziałam, proszę, błagam, nie mów! — krzyknęła spanikowana kobieta. — Zabiją mnie, zabiją mnie, wymyśl coś, że sam na nich wpadłeś albo, że ktoś inny, byle nie ja, nie ja, byle nie mnie – nie chcę tak skończyć, to na pewno bardzo boli, to na pewno...
„Ta, ironizował w duszy rudzielec, tak właśnie wygląda szlachetność: tylko podrapać, schodzi pozłotka, pod nią zaś tylko stary dobry lęk o własne życie, nie? Żadne tam «martwię się o ciebie», nie, tylko zdrapać, zawsze pod spodem jest jedno wielkie „«boję się o siebie, boję się, że nie dam rady, że coś stracę»... Ha. Ludzie uwielbiają ubierać swój egoizm w piękne szaty, nie?"
— Spokojnie, gwiazdeczko. Jasne, że im nie powiem. Ochronię cię, zajmę się wszystkim, zobaczysz, wszystko jest w porządku, wszystko będzie w porządku, już dobrze, jesteś taka dzielna, przysłużyłaś się społeczności, nie? Moja mała, słodka bohaterka, moja dzielna kruszyna...
'
'
Cissnei wyszła na moment, odetchnąć świeżym powietrzem, popatrzyć na wschodzące słońce. Franek dołączył do niej chwilę później. Usłyszała śmiechy z pomieszczenia, ucięte, gdy zamknął drzwi. Cóż, flirtował z nią cały wieczór, tańce, drinki, uśmiechy. Nic dziwnego, że tamci wietrzyli romans.
Jednak tego poranka, wspominała dziewczyna, obudziwszy się wczesnym popołudniem, wszystko skończyło się całkiem inaczej. Owszem, posiedziała z „Gilotynką", obserwując różowiejące, delikatne niebo. Gawędzili trochę, mężczyzna siedział blisko, przysunął rękę blisko – potem nawet narzucił jej na ramiona własną marynarkę, rycerski gest, jeden z tych, które mogły dziwić u chłopaka z gangu. Najwyraźniej ich dawna dzielnica staromodnie chowała swych synów. Rozmawiali długo, rosa osiadła na trawie, potem wyschła, agentka zręcznie podtrzymywała konwersację – uśmiech, kiwanie głową, dodatkowe pytania, oznaki zainteresowania itd. – wrócili wreszcie na przyjęcie, tylko po to, by wziąć rzeczy i pójść do niego, parę domów dalej.
Gdy wychodzili, uśmiechy tych nielicznych przytomnych, wyrażały delikatną, wszystkowiedzącą pobłażliwość. Właściwie, sama kobieta sądziła, że doskonale wie, co będzie dalej. Miała jeszcze parę minut, uznała, by zdecydować, czy tego chce...
Ku jej zdumieniu, bandyta po prostu zasnął obok na łóżku. Po chwili uznała, iż zmógł go alkohol, prochy, napięcie, po drugiej zaczęła kombinować, czy przypadkiem przestępca nie skrywa jakichś kompleksów – może rozstanie z partnerką uderzyło w niego bardziej niż człowiek o jego pozycji mógł przyznać? Może prawdziwa przyczyną zerwania były kłopoty z życiem seksualnym? Paranoidalny umysł eksturk analizował kolejne hipotezy nim pozwoliła im odejść, a sobie usnąć; sytuacja wyglądała na stabilną, niegroźną, pracę zaczynała dzisiaj o siedemnastej; żadnych powodów, by odmawiać organizmowi wypoczynku.
Teraz leżała sama, promienie o ciepłej, żółtej barwie wpadały przez gołe, pozbawione choćby żaluzji okno. Robs, już wymyty, poszedł do kuchni zrobić herbatę i kanapki. Zaproponowała pomoc, lecz odmówił. Powinna wstać, pójść pod prysznic, założyć ciuchy, jak najprędzej skupić się na zadaniu, jednak chwilowe lenistwo, przyzwolone przez okoliczności, to rzadka, kusząca propozycja od losu. Uśmiechnęła się do słońca, szalejącego w jej splątanych, rudych włosach. Czy przeciętna kelnerka nie powinna raczej przyjąć momentu odprężenia? A przeciętna prostytutka?
— Marr?
Gospodarz niósł tacę ze śniadaniem w rękach. Zrobiła miejsce na pobliskiej szafce, po prostu ściągając zawalające ją przedmioty: papiery, płyty, szklankę, pilot do telewizora, takie drobiazgi.
— Marr, nim zaczniemy jeść, chciałbym... — wahanie w głosie; podejrzewała, że chodzi o poranne zachowanie. — Muszę cię o coś spytać — zakończył.
Czas na zwierzenia, pomyślała „Ferns", intuicja szpiega podszeptywała jej jednak, iż może chodzić o coś więcej, coś niebezpiecznego.
— Mogłabyś mi powiedzieć, czy znasz któregoś z tych ludzi? Proszę?
Rzucił na łóżko trzy zdjęcia, dobrej jakości. Pierwsze rozpoznała natychmiast: ledwie kilka dni temu przeglądała dane personelu Dona, w ramach przykrywki. Chłopak na fotografii miał kilkanaście lat, czarne włosy, dziecinnie wielkie, zielone oczy, zarumienione lekko policzki, łagodny, nieco zadarty nos i zupełnie niepasujący do nastoletniej fizjonomii kuszący uśmiech.
Gwiazda najdroższego z lokali Corneo. Utrzymanek. Cissnei dosłownie poczuła wyrzut adrenaliny do krwi. Została zdemaskowana? Tak szybko? „Gilotynka" ją sprawdzał?
Odpowiedział po kilku sekundach udawanej niepewności, starając się nadać głosowi brzmienie rozpięte między prośba, nadzieją a desperacją. Uciekinierka oczekująca azylu.
— Alexandro Di Florre, pseudonim, oczywiście. To... to chłopak Corneo. Jeden z najlepszych. Męska dziwka. Czemu – czemu pytasz mnie?
Grymas na twarzy mężczyzny zaskoczył ją: wyrażał coś na kształt ulgi. Potem dopiero zamienił się w ironiczny znak zrozumienia, coś a la „och, daj spokój".
— Dziewczyna spod Midgaru lądująca akurat w tej dzielnicy, akurat u „Starego", nie, to było za proste. Pewnie wisiał ci jakąś przysługę, co? Heh, odkąd pamiętam, był pies na kobiety, dawniej podobno nawet przystojniacha... — zamilkł, jakby zdawszy sobie sprawę, że jego gość oczekuje w napięciu. — Nie zamierzam cię zwracać Corneowi. Nie mam w tym interesu. Dzielnica nie ma. Pozwolił ci zwiać, jego strata. Nie wywoła wojny o taki bzdet — rzucił jej uśmiech. — Z całym szacunkiem.
Rozluźniła mięśnie, nie całkiem, jednak tak, by tamten zauważył.
— Chciałeś potwierdzić moją tożsamość? Dość pokrętna droga — zauważyła, sięgając po kubek, nalewając herbaty.
Nie należy marnować zasobów. Należy jeść i pić, regularnie, bo pożywienia może zabraknąć. Napój był w dzbanku, naczynie wybrała sama. Gangsterzy nie zwykli truć ludzi. Nie było sensu jej truć. Werdykt: wypić.
— Chciałem – chciałem... — przestępca zacukał się, wyjątkowo naiwnie — ...chciałem cię prosić o przysługę.
— Och?
Uniosła brwi. Kubek parował jej w dłoniach, wydymała usta, chuchając na napój – rzecz okropnie niegrzeczna, jak powiedziała kiedyś Vera (w dawnych czasach, kiedy pracowały – kiedy walczyły – kiedy zabijały, porywały, szantażowały oraz kradły; ramię w ramię) jednak działająca zwykle na panów. Podobnie jak lekkie skulenie nad naczyniem, pozwalające pochylić się, co eksponowało biust, tudzież ścisnąć ramiona, co dawało ładny efekt push-upu.
— Zamieniam się w słuch — dorzuciła, by zachęcić rozmówcę.
— Ja... chciałbym prosić, żebyś została moją dziewczyną. Znaczy, żebyś zachowywała się, jak moja dziewczyna. U-udawała. Proszę. Proszę, Marr, nikomu nie powiem, kim jesteś.
Nie patrzył na jej dekolt. Kompletnie. Nawet nie omijał celowo wzrokiem, po prostu nie zwracał uwagi. W głowie agentki coś przesunęło się z chrzęstem, trzasnęło, zaklikało. Jakim cudem nie wpadła na to wcześniej?
— Aaa. Preferujesz inny rodzaj muzyki. No jasne. No jasne. A już się chciałam poczuć urażona za wczoraj — spróbowała podejść do tego lekko, jak prostytutka powinna.
Galopada myśli. Żaden bandyta nie mógł tak po prostu wyjść z szafy, oczywiście. Ale tego typu... powiązania, stawiały sprawę w nieco innym świetle. Nowe ścieżki.
— To nie tak, ja... ja naprawdę myślałem, że mogę inaczej — szepnął wreszcie, jakby na nowo przeżywając klęskę. — Chciałem mieć dziewczynę, jak wszyscy, może nawet dzieciaki, ale – to nie to jest to. Próbowałem. Ja... mogę z tobą sypiać, gdybyś potrzebowała, oczywiście — zapewnił ją szybko; dziewczyna zastępcy szefa nie powinna przecież mieć kochanków. — Sypiałam z Anne, to była moja poprzednia – bardzo ją kochałem, tylko nie w ten sposób, gdyby miała więcej cierpliwości...
— W porządku — przerwała mu kobieta; nie chciała, by załamał się czy chlipał przed śniadaniem. — Rozumiem. Pewnie, że rozumiem. Chcesz pójść ze mną na układ, tak? Ty mnie nie wydasz, ja będę robiła za twoją przykrywkę. OK. Uczciwy deal. OK.
Wzięła go za rękę, nie zważając na protesty, wykonywała jakieś typowe, uspokajające gesty, cały czas kombinując. Jego chęć do nawiązania kontaktu została wyjaśniona. Ktoś w kłopotach, kto go nie zdradzi, bo sam ma nóż na gardle: spadła facetowi jak z nieba. Oczywiście, dalej pozostawała kwestia zdjęć. Dlaczego akurat takie? Skąd je w ogóle miał?
— Nie chodziłeś do Alexandro — zauważyła po chwili ciszy. — Wiedziałabym od dziewczyn, gdyby ktoś z konkurencji u nas bywał. Takie rzeczy się roznoszą.
Pokręcił głową.
— Nigdy... Od dawna nie chodziłem do takich miejsc, nie brałem nikogo z ulicy – bałem się. Nie jestem już młody, jestem na świeczniku w dzielnicy, gdyby ktoś się dowiedział... Sama wiesz.
— Załatwialiście sprawy wewnętrznie, w takim razie? Słusznie. — Miała nadzieję, że zdanie zabrzmiało lekko, aprobująco, przede wszystkim – jak najprostsza rzecz pod słońcem.
Potaknięcie.
— Ta. Miałem... kogoś. Ale już nie mam. I on nie wróci — głos brzmiał głucho. — Nijak. Nigdy. On mnie nawet nie kochał, ja też go na początku nie kochałem, tak się umówiliśmy, ale potem... to jakoś samo przyszło. Nagle stał się ważny i... i to pewnie wszystko popsuło. Nie wiem. Słyszałaś pewnie mnóstwo takich historii w swoim... zawodzie.
Fakt, słyszała. W swoich obu zawodach.
— On był młodszy — Robs najwyraźniej nie mógł dotąd nikomu opowiedzieć swojej historii. — Traktowałem go jak dzieciaka, może to dlatego. Nie przejmowałem się, myślałem, że nic się nie dzieje na poważnie, że to takie młodzieńcze fumy, że przejdzie. Nie przeszło. Nie doceniłem zagrożenia. Nie zauważyłem problemu. Nie rozwiązałem. To pewnie też moja wina, ta, że tak się skończyło. Ale ja go serio kochałem. Wiem, że to brzmi kretyńsko. Kiedy zaczęło się psuć, myślałem, że ma innego, wiedziałem, że ma innego, ale nic nie mogłem zrobić, bo się umawialiśmy. No więc, śledziłem go, stary, głupi cap! — walnął pięścią w kolano, naraz wściekły. — Zobaczyłem go z tą trójką. Nawet zrobiłem zdjęcia, nie wiem, po co, to przecież zagrożenie, byłem chory z zazdrości... Ale nic nie powiedziałem. Nic nie zrobiłem. A potem on... on odszedł. I to mi nie dawało spokoju. Słyszałem o tym Alexandro, pasował mi do opisu, więc pomyślałem, że spytam. Co mi szkodzi.
Czyli to był Krin, zdecydowała Cissnei. Nieźle. Chłopak był w intymnej relacji z najbardziej wiernym z zastępców, samemu próbując obalić szefa. Nic dziwnego, iż nikt nic konkretnego nie pamiętał, „Gilotynka" musiał się starać osłonić partnera przed demaskacją. Sam wolał widzieć w tym młodzieńcze wygłupy, przekonał innych, stracił urażonego kochanka na rzecz jeszcze potężniejszych ludzi. Proste, chociaż może smutne.
„Scyzoryk" musiał być diabelnie ambitny. Albo to była miłość, lecz agentka jakoś wątpiła w to drugie. Tak czy siak, Franka musiał zdjąć lęk, że tamci faceci należeli do grupy, która zaatakowała Strife'a, co postawiłoby go w roli ukrywającego cenne informacje. Podanie ich z kolei stawiałoby go w roli nie tylko geja – także człowieka osłaniającego zdrajcę. Wątpliwe, by Lorenc puścił to płazem. Nie tylko on, ale i Tifa, a, jak wiedziała, siedzący obok kryminalista znał Lockhart jeszcze ze slumsów. Gdyby to jego działania doprowadziły do ataku na Clouda, prawdopodobnie do końca życia by sobie tego nie wybaczył.
Męska dziwka to co innego, coś niegroźnego, głupi romans szczeniaka. Tyle przestępcze sumienie mogło znieść, nawet jeśli bolała duma.
Siedzieli jeszcze chwilę razem. Zjedli śniadanie. Dziewczyna poszła do łazienki, zaczęła kąpiel – dowiedziała się naprawdę sporo, mogła pozwolić sobie na luksus chwilowego nieróbstwa – i nagle przypomniała sobie, skąd znała mężczyzn z pozostałych fotografii. Adrenalina wróciła.
To byli dwaj SOLDIER trzeciej klasy, przyjęci pod koniec programu. Nosili cywilne ubrania, soczewki kontaktowe, zmienili fryzury, dlatego nie poznała ich od razu.
SOLDIER trzeciej klasy. Niewykluczone, że ci sami, którzy zginęli w zamachu na Strife'a, tam znała tylko imiona. Musi sprawdzić. Nie ma jak. Musi przekazać informacje, złożyć raport, by sprawdzili inni. Pilna sprawa, raportować natychmiast – czyli za parę godzin, inaczej nici z przykrywki.
Moment zawahania. Powinna powiadomić Tsenga, tak się umawiali. To też zajmie trochę czasu, znacznie mniej wszakże. Zrobienie inaczej byłoby dziecinadą, Shinra i tak dostaje policyjne sprawozdania. Da znać turkom, pewnie zdążą przed policją, zresztą, jeżeli to SOLDIER to lepiej, żeby nikt poza tym nie wchodził w to bagno. Korporacja nabałaganiła, jak mawiał jej szef, niech korporacja sprząta. Wszystko skończy się na turkach, przy asyście sił rządowych, asyście bardzo pro forma.
„Właściwie, szepnęło coś w jej głowie, ciche, prawie zagłuszone przez szum wody, dlaczego w ogóle informować o tym jednym szczególe służby państwowe? Nic nie będą mogły zrobić, narazisz tylko kolegów na niebezpieczeństwo. Nic. nie. możecie. zrobić. Nie macie dość pieniędzy, sprzętu, macie za to granice, które wyznacza prawo. Z miejsca, gdzie teraz jesteś, nic nie możesz zrobić. Zostaw to swoim dawnym towarzyszom, nie narażaj obecnych, nie narażaj siebie. To jest ten świat cieni, z którego chciałaś uciec. Zapomnij o nim. Zostaw go odpowiednim ludziom".
Wyszła z wanny, zła na siebie z jednej, skonfundowana z drugiej strony. Jeżeli jednak pominie w swoim sprawozdaniu ten drobny fakt, nawet tylko ten jeden... to czy nie wróci tym samym na stronę cieni? Wszystko jest dozwolone, reguły nie istnieją, póki mamy wysoką skuteczność – czy to właśnie nie hasło dyktatury?
„Tak czy siak, muszę najpierw dać cynk Berniemu. Potem zobaczymy".
