A to w sumie jest część o Tifie, chociaż udaje, że mówi o czymś całkiem innym, i o Rufusie. I, obawiam się, następna też trochę będzie o tym draniu. Ale przynajmniej wracamy do turków i śledztwa na koniec.


Lekarz czytał. Pielęgniarki czuwały przy łóżku, spokojnie dzięki miarowemu pikaniu instrumentów medycznych. Usłyszawszy Tifę, podnieśli głowy. Mężczyzna odezwał się niepytany:

— Bez zmian. Objawy odpowiadają tym opisywanym przez Hoja, łagodzimy w ten sam sposób, jak w trakcie zbrodni w Nibelheim, teraz możemy tylko czekać – podobno procedury przystosowujące do mako trwały w trakcie programu SOLDIER prawie miesiąc, a dopiero koniec siódmej doby, nie sądzę, byśmy zdołali coś przyspieszyć, niestety. Bardzo mi przykro, proszę pani — wypuścił głośno powietrze. — Inne hipotezy nie dają żadnych wskazówek co do leczenia. Zmniejszyłem dawkę immunosupresantów, zwiększyłem zwykłych leków antyalergicznych, zdaje się też działać, przynajmniej na objawy, a unikamy konieczności odwożenia go do szpitala.

— Czyli nic nie możemy zrobić?

— Łagodzimy. Szukamy przyczyn. On to już raz przeżył, więc szanse na pełne wyzdrowienie są duże. Rozmawiała pani z Evą? Słyszałem głosy.

Dziewczyna uświadomiła sobie, że nie zapytała nieznajomej o imię. Nawyk profesjonalisty, dać wsparcie, lecz nie zadzierzgiwać więzi z klientami.

— Tak. Porozmawiałyśmy o panu. Chciałabym – znalazłby pan dla mnie moment?

Powiedział, że oczywiście, tylko tym swoim kwiecistym, mętnym stylem. Tifa powoli się do niego przyzwyczajała, aczkolwiek nadal bywały sekundy, w trakcie których miała ochotę wejść doktorowi w słowo, dojść do sedna, zażądać jasnych odpowiedzi. Sęk w tym, że na większość jej pytań pewnie takowych nie było.

Wchodząc do sypialni gościa, zapaliła tylko lampkę nocną: w łagodnym, ciepłym blasku wyglądali naraz na bardzo młodych, bardzo zmęczonych. Mężczyzna posłał jej łagodny uśmiech.

— Rozmawiała pani z Evą... Trzeba było się spytać mnie.

— I zaufać odpowiedzi?

Tifa w ciągu ostatnich kilku dni przekonała się, że lekarz nie jest drażliwym człowiekiem, wręcz przeciwnie, próbuje tylko dociec przyczyn zachowań lub słów, zwykle z powodzeniem. „Taki już jego zawód, jak mój" pomyślała „trzeba rozumieć ludzi, pozwolić im mówić i rozumieć".

— Nie. Skądże. Sprawdzić. Miałaby pani zawsze jeden więcej punkt widzenia.

— Nadal go chyba mogę dostać?

Spojrzała mu w oczy, jak jeden spowiednik drugiemu – proszę, opowiadaj, mnie już nic nie zdziwi.

— Oczywiście. Pójdziemy na spacer?

Pluskwy. Potaknęła, ubrała granatowy, gruby szal – poranki bywały już bardzo chłodne, w końcu jesień. Lekarz narzucił na siebie niedbale płaszcz. Uszli dobre kilkadziesiąt kroków, rozglądając się czujnie, nim wreszcie zapytał:

— Co pani wie?

„Bardzo dużo. Nic. Właściwie to samo, co od Reeve'a. Właściwie coś całkiem innego. Dlaczego to pominął? Mój ojciec był przecież burmistrzem, zrozumiałabym".

— Że pańscy rodzice mieli firmę biotechnologiczną. Że przyjaźnił się pan z Rufusem. Że wskutek intryg, szpiegostwa i szantażu firmę państwu odebrano – korporacja odebrała – że Rufus pana szpiegował. Że pan podczas przekazywania kompanii życzył mu szczęścia.

— Wszystko prawda. Nawet nie wiem, czy mam coś do dodania — stwierdził spokojnie Richard.

— Nie rozumiem. Nie rozumiem, czemu pan to powiedział.

Naprawdę nie rozumiała. Wiedziała, że ludzie czasami są święci, że to możliwe, by ktoś się tak zachował – ale nie rozumiała. Jej odruchem było walczyć o swoje, przysiąc zemstę, czekać, nawet jeżeli dzisiaj wiedziała, iż nie zawsze jest to sposób najlepszy. Zrezygnowałaby z najbardziej gwałtownych wybuchów lub pomst, jednak nie z uczucia. Mogłaby zawrzeć pokój, lecz życzyć szczęścia? Osobom bezpośrednio odpowiedzialnym? „Turki" zaszemrało w jej głowie – i to właśnie było co innego. Służby, chociaż okrutne, są zawsze tylko narzędziem w rękach rządzących, mścić się na nich byłoby niepotrzebnym, bezsensownym wydawaniem sil, czasu, emocji.

Szkoda życia. Może Levinasowi szkoda było życia na negatywne odczucia w ogóle. Aerith na pewno zrozumiałaby. Poparłaby. Ale Lockhart nie była Aerith, przy całym swoim podziwie, przyjaźni, wdzięczności.

— Bo chciałem, żeby był szczęśliwy, a wątpiłem, by był.

— Nie zależało panu na rodzinnej firmie?

— Założyliśmy ją pokolenia temu. Moja młodsza siostra miała ją przejąć. Bardzo jej zależało. Poza tym, część udziałów należała do mnie, zarabiałbym, nawet prowadząc praktykę. Rodzice się zgadzali — sekunda milczenia. — Mam bardzo dobrych, wyrozumiałych rodziców.

Ucieka od tematu, zauważyła brunetka, w dygresje, jak zwykle. To była jedna ze stałych metod doktora – twierdził, że jest gadułą, z typu tych, co to lubią anegdotki, ale najczęściej zejść na manowce zdarzało mu się, gdy rozmowa dotykała trudnych, niebezpiecznych, potencjalnie prywatnych rejonów.

„Porozmawiajmy sobie, jak manipulator z manipulatorem, gracz z graczem", pomyślała kąśliwie. Komuś, kto znał Shinrę i go lubił, choćby w dzieciństwie, nie należy ślepo ufać.

— Nie to miałam na myśli.

— Wiem, przepraszam, rozgadałem się. Po prostu... on miał piętnaście lat. Miałem go przekląć na całe życie?

Powstrzymała się przed wskakującym na język stwierdzeniem, że kiedy ją ktoś prawie zabił, pozbawił szansy na posiadanie dzieci, zabił ojca, wszystkich bliskich ludzi, zniszczył dom, tak, dosłownie przeklął na całe życie – że nie miała wówczas piętnastu lat. Podobnie jak ludzie, na których ShinRa eksperymentowała. Podobnie jak dzieciaki wysyłane do Wutai. Zamiast tego zauważyła tylko z przekąsem:

— Nie musiał pan nic mówić.

Uszli kilkadziesiąt kroków w mdłym blasku ulicznych latarni, z których połowa nie działała, więc świat, przecięty pasami jasności i mroku wyglądał jak zakratowany. Oni zabawnie przechodzili w poprzek tych sfer, ćwiartując ciemnością – albo światłem – samych siebie. W końcu mężczyzna odpowiedział:

— Nie wiem, jak to wytłumaczyć, a pani pewnie chciałaby móc mi zaufać... Naprawdę nie wiem. Zrozumiałem coś wtedy, w olśnieniu, pozarozumowo. Że ja tak nie chcę, nie chcę tak żyć, tak myśleć, nie chcę tak. I odrzuciłem to wszystko, pozycje w firmach, zemstę, intrygi, wszystko. Po prostu. Tylko tyle. Dziękuję dzisiaj losom, że poczułem to wtedy: niektórzy rozumieją dopiero, gdy sami zabiją albo stojąc przed plutonem, albo nigdy. Otrzeźwiło mnie. Powinna mnie pewnie ogarnąć nienawiść, pogarda, coś takiego, a ja poczułem właśnie przeciwieństwo. Nie będę kłamał, że to była agape, za wiele miało w sobie z litości, ale... Prawdopodobnie dalej nic pani nie tłumaczę.

„Niespecjalnie, rzeczywiście", przyznała w duszy Tifa, ale z mętnych słów lekarza wynikało, iż on sam właściwie nie wiedział. To już z kolei mogła zrozumieć. Jeżeli wybaczył Shinrze z powodu emocji, nieokreślonego kaprysu, czegoś ponad wolą, co zmusza do posłuszeństwa niezależnie od logiki, zasad, szans – to mogła zrozumieć. Bez trudu. Wtedy byłoby to samo, co jej pragnienie odpłaty, zemsty; wściekłość, każąca skoczyć nastolatce z zapadłej dziury na samego Srebrnego Demona. Ten sam impuls, tylko idący w innym kierunku. Mogła pojąć, mogła więc zaufać... ociupinkę.

Lekarz najwyraźniej opacznie zrozumiał jej milczenie, bo zaczął tłumaczyć dalej, wikłając się w dygresje:

— Pamiętam doskonale moment, gdy mój ojciec zadzwonił z informacją o firmie. Rufus i ja – cóż, wtedy się sypiało ze wszystkim. To miało swoje korzenie w śnie naszych rodziców, w mrzonkach o budowaniu nowego świata, ale także w praktyce zawierania małżeństw trochę interesownie, na zimno – do tego doszła wiedza o chemii zakochania, stres, typy osobowości, które potrzebowały adrenaliny, nałogi... Potem wszystko zasnuły dworskie spiski i orgie miały coraz mniej wspólnego z przyjemnością, więcej ze strachem. Sypialiśmy ze wszystkim – dla sportu, z powodu kompulsji, z lęku, nie umiem pani powiedzieć — cichy śmiech. — Zaczynaliśmy też wcześnie, w końcu, gdy się wysyła piętnastolatków na wojnę trzeba dać się im wyszaleć...

— To musiało być smutne. Trudne, zwłaszcza dla dzieci — zauważyła spokojnie barmanka.

Wyzwanie. Powiedz więcej, ja cię zrozumiem, już cię rozumiem, jak nikt inny. Ładna fraza, w którą każdy sobie coś wpasuje. Jednak Richard był zdecydowanie zbyt dobrym graczem, by wpaść w tak prostą pułapkę.

— Każdy system kulturowy ma swoje wady i zalety — zakończył gładko. — W każdym razie: mówię o tym pani, by wyjaśnić, że to... generalnie nic nie oznaczało, że ktoś z kimś sypiał.

— Generalnie? A w szczegółach? W pańskich szczegółach?

Zapadła cisza. Moment zaczął się ciągnąć, światło lamp ulicznych było słabe: z części rozkradziono elementy, w innych używano słabych żarówek, by oszczędzać energię. Planetę. Zmniejszać przyrost długu, aż nie znajdą sposoby, by nie tylko przestać pożyczać, lecz także zacząć spłatę.

— Przespałem się z Rufusem parę razy — westchnął wreszcie medyk. — Nalegał — cisza, jakby Levinas był chłopcem wahającym się, czy zdradzić sekret. — Dla niego to była konieczność, uprzedmiotawiał tym ludzi – nieistotne, zresztą.

Te wszystkie informacje była nowością, z gatunku tych zaskakujących, przynajmniej dla Lockhart. Owszem, słyszała wieści o rozwiązłości elit, zawsze jednak zwalała je na karb zazdrości oraz bujnej fantazji ludzi ze slumsów; nigdy nie sądziła, by w kompanii dochodziło do prawdziwych orgii, raczej, że poprzedni prezydent miał liczne kochanki, a resztę dodała plotka. Nic wszakże ze słów lekarza nie mogło być tajemnicą dla nikogo na midgarskich salonach.. Mogłaby zdobyć te informacje, przepytując członków dawnej klasy wyższej. Fakt, że nigdy tego nie zrobiła, świadczył tylko o jej niefrasobliwości.

Mężczyzna dalej opowiadał, teraz szybciej, jakby, zauważywszy kolejne zboczenie z drogi, postanowił nadrobić błyskawicznym przedstawieniem głównej opowieści.

— W każdym razie, nie było niczym dziwnym, że pewnej nocy wróciliśmy nad ranem, do mnie, bo Rufus powiedział, że nie chce widzieć ojca. Zaraz po wejściu zaczął mnie całować... na serio. Normalnie po prostu dokonywaliśmy czegoś w rodzaju ćwiczenia – tak, ulgę fizyczną dałoby się w tym odnaleźć. A tamtej nocy – pożądanie, posesywność, jak w powieściach. To pewnie byłaby jedna z najlepszych prywatnych chwil mego żywota, ale byłem zbyt zmęczony, powiedziałem, żeby kładł się spać — nabrał powietrza. — Obudził mnie pocałunek w czoło, od Rufusa oczywiście, który powiedział, że mój ojciec dzwoni. Dzwonił, jak się pani domyśla, z informacja o sytuacji firmy. Kazał mi przyjechać do firmy, odwożąc po drodze Rufusa – on w tym czasie leżał z twarzą w moim ramieniu, głaskał po włosach... — Przez kilka sekund Richard sprawiał wrażenie pogrążonego we wspomnieniach, raczej nieprzyjemnych; skrzywił wargi.

— Więc to wszystko — wtrąciła dziewczyna, naraz pełna złych przeczuć, wspomnień — cała emocjonalność poprzedniej nocy wynikało z tego, że... że on wiedział, że to koniec? Bawiło go ryzyko?

Levinas wszedł jej w słowo:

— Albo ironia. Myślę, że on we mnie pożądał wtedy odbicia swojej własnej zdrady, decyzji, osobowości – nie mnie, w każdym razie. Czegoś od siebie, czegoś, co zrobił. Pewnie też próbował ukoić wyrzuty sumienia, nim się pojawią. Pożegnać się, te sprawy. Większość rzeczy ma swoją jaśniejszą stronę.

Tifa poczuła mdłości. Wspomnienie tego przeklętego białego łacha na ramionach, uśmiechów prezydenta. jego tak idealnie pozowanej troski i – i tak, tam było pożądanie, chociaż koniec końców tylko pogłaskał ją po głowie i musnął wargami czoło, jak dziecku, a ona się rozkleiła, bo od czasu Nibelheim musiała być dorosła. Pożądanie, to samo, o którym musiał mówić doktor – miejscami przebijało w tamtej jej rozmowie z Rufusem; czy raczej odpytywaniu, wyciąganiu informacji, jak sobie poniewczasie zdała sprawę. Wtedy była zbyt zszokowana, a Shinra zbyt miły. Pieprzony dżentelmen. Musiała przy nim wyglądać żałośnie, wychudzona, ubrana w zniszczone podróżne ciuchy, ze skołtunionymi włosami i śladami łez na twarzy, bo Cloud.

Lekarz powinien w takim razie zrozumieć, ale on sprawiał wrażenie... pogodzonego. Spokojnego. Pozbawionego choćby cienia nienawiści. Aż ją to irytowało.

— Mała podstępna, wyrachowana, podła gadzina! — syknęła prowokująco.

Rozmówca tylko się uśmiechnął sam do siebie.

— I właśnie dlatego nie mogłem się rozzłościć. Roztkliwił mnie. Było mi go tylko żal, ale nie w takim pogardliwym sensie... Raczej jakbym chciał go chronić, przytrzymać i powiedzieć, że wszystko w porządku, nie złoszczę się, trzymać i nie pozwolić światu już nigdy dotknąć – kompletnie irracjonalne, prawda? On robił wszystko, by mnie zdenerwować, ale efekt był przeciwny, bo widziałem, że on tego chce. Jakiś rodzaj pokuty albo kary, albo konsekwencji. Nie widzieliśmy się później aż do dnia przekazania firmy, kiedy wiedziałem już, co chcę robić, czego nie chce, byłem w euforii – cóż innego mogłem mu powiedzieć?

Wszystko, miała ochotę warknąć Lokhart, raczej po to, by ukryć własną słabość, lęk. Mogłeś mu wygarnąć wszystko, całą prawdę. Że jest swołoczą, kanalią, psychopatą, draniem, potworem, że nie ma uczuć, że nie zasługuje – na nic. Ani na przyjaźń, ani na litość, ani na łaskę, ani na...

— Proszę pani? — przejęcie w tonie mężczyzny brzmiało szczerze; musiała źle wyglądać, to przez chorobę Clouda, jest zmęczona, nie panuje nad emocjami.

— Nie widzieliście się później ani razu? — spytała, by odwrócić uwagę Richarda.

Pokręcił głową.

— Nie. Mojej rodzinie zbrzydł Midgar, mimo propozycji Shinry, by zostali na wysokim stanowisku w korporacji. Rodzice z siostrą wyjechali na prowincję. Nie byliśmy bankrutami, zostały nam domy, fundusze, akcje. Ja zacząłem studia, sprzedali stołeczną willę, bo budziła wspomnienia, kupili mi apartament, zmieniłem środowisko. Dlaczego Rufus miałby mnie widywać? Nie byłem mu już do niczego potrzebny.

Tifa przyjrzała mu się sceptycznie.

— A teraz?

— Turki po mnie przyszli. Elena i Reno. Nie widziałem Rufusa aż do dzisiaj.

Kawałek uszli w milczeniu, potem zawrócili. Lockhart deliberowała. Levinas sprawiał wrażenie szczerego. Możliwe, że jemu także ciążył nastrój podejrzliwości, możliwe, że czekał na okazję, by wątpliwości rozwiać, możliwe, że po prostu uznaje tamten rozdział życia za definitywnie zamknięty, możliwe, że to nie jest dla niego istotna sprawa, nie dzisiaj, więc nie widzi problemu w opowiadaniu. Ale równie możliwe, że sprzedał jej spreparowaną, starannie obmyśloną historyjkę, pomijającą najważniejsze elementy, wypaczającą proporcje lub nastroje. „Nie powinnam" uznała brunetka „odpowiadać na pytanie, co już wiem". Z jeszcze innej strony, dlaczego tamten miałby kłamać? Co zyskiwał na takim, niespójnym, pełnym wahań ukazaniu wydarzeń? „Zaufanie konspiratorów" podpowiedziała jej podejrzliwość „którzy wiedzą, że opowieści im mniej gładkie i poukładane, tym zwykle bardziej zgodne z prawdą".

— Jeśli mogę coś pani poradzić — przerwał ciszę doktor — to, wiedząc, jak silną jest pani kobietą, jak wysoko ceniącą godność oraz znając pani uczucia względem korporacji, a także biorąc pod uwagę całą sytuację... Może chciałaby pani zostać tutaj chwilę, ja odejdę na kilkadziesiąt kroków, gdyby coś się działo, wystarczy zawołać, a – a pani chociaż przez moment będzie bez ludzi, bez podsłuchów. Tak łatwiej.

Brunetka dobre kilka sekund patrzyła w ciemność, nim jej zmęczony umysł wyłapał prawdziwy sens słów lekarza. Skinęła głową i, kiedy tylko mężczyzna się oddalił, odetchnęła głęboko parę razy, a potem wybuchnęła szlochem. Stała tak, zasłaniając usta chustą, tłumiąc dźwięk, ładne parę minut, nawet nie do końca pojmując, jakie konkretnie emocje albo lęki sprawiają, że płacze tak rozpaczliwie czy kopie zaciekle niedziałającą latarnię.

'

'

Rufus patrzył na plątaninę rurek naokoło łóżka. Na pikające przyrządy. Na białą, szpitalną pościel, zmienianą dwa razy dziennie. Na wenflony w błękitnych żyłach, a potem, idąc za wenflonami, na ręce, twarz, skołtunione włosy, na stały ruch kołdry: góra-dół. Wdech-wydech. Już samodzielnie, powiedział Richard, aczkolwiek nadal pod tlenem, po krew wciąż nie chciała wiązać się z pierwiastkiem tak, jak powinna. Już. Małe zwycięstwo. Stabilizacja. Było gorzej, o czym przypomniał opatrunek na szyi Clouda.

Od kiedy w przypadku jego ulubionego SOLDIERa – prawie SOLDIERa – oddychanie miało być wiktorią? Strife powinien zabijać bahamuty jednym ciosem, powinien niszczyć tabuny przeciwników bez żadnego wysiłku, powinien chronić Gaję, korporację i jej prezydenta, choćby nieświadomie, powinien być użytecznym narzędziem, powinien chodzić na kolacje z Shinrą, w trakcie których dochodziłoby do kłótni, powinien przychodzić do jego biblioteki, jakby mu robił łaskę, powinien wychodzić w połowie rozmowy trzaskając drzwiami, powinien się czasami, kiedy sądził, że kompania nie widzi, uśmiechać.

Teraz, tłumaczył wcześniej Richard, bardzo rzadki uśmiech oznacza początek majaków. Potem jest gorzej, bo jakiekolwiek dobre wspomnienia chory ma, te najwyraźniej znikają, wchodzą za to laboratoryjne oraz wojenne koszmary. Sephiroth. Naukowcy. Płonące Nibelheim. Być może także ta walka w wieżowcu, stosunkowo niegroźna, premier nie mógł przestać się zastanawiać, może wszystkie jego fałszywe uśmiechy, wszystkie propozycje, wszystkie rozmowy, w trakcie których wypominał chłopcu każde potknięcie, każdą tragedię, każde – nie mógł przestać myśleć. Jakby ktoś zamknął jego umysł w kółku, niczym małego gryzonia, a ten teraz biegał, bezsensownie i wyczerpująco.

Cloud wyglądał tak słabo. Tak bardzo, bardzo słabo. Cienie pod oczami, zapadła twarz, jeszcze chudsze niż zwykle dłonie, siność naokoło warg. Kiedy pielęgniarki podnosiły kołdrę, prezydent widział wystające żebra, obojczyki, wklęsły brzuch, kolana cieniutkie jak u młodych chocobo. Tydzień, tyle wystarczyło, by eksnajemnik, zawsze szczupły – „eksperymenty" szepnął umysł „na które wyraziłeś zgodę, podpisałeś ją, pamiętasz? twoje imię, twoje nazwisko, twoja sygnatura, zgodziłeś się, by mu to zrobili, podpisałeś to" – zaczął wyglądać na skrajnie wygłodzonego.

Rufus miał irracjonalną ochotę podtrzymać Strife'a za ręce, zabrać włosy z czoła, pogłaskać po policzku, cokolwiek. Irracjonalne, bo to by nic nie dało, nie pomogło, nie zmieniło. Szef rządu chlubił się tym, iż zawsze umiał powstrzymać swoje nierozsądne chęci.

Mały, kompletnie bezużyteczny, rzadko budzony chłopczyk gdzieś w kącie jego mózgu mamrotał, że chciałby, aby Cloud się obudził, że prosi – irracjonalne. Nawet nie wiadomo, kogo. Boginię? Inne bóstwo? Ich nie ma, jest tylko całkowicie obojętny Lifestream.

Robi przecież wszystko, co w ludzkiej mocy, tłumaczył sam sobie polityk. Opłacił leczenie. Sprzęt. Ludzi. Opłaci wszystko, co potrzebne. Wszystko. Nie może zrobić nic więcej. Nic więcej. Jesteśmy bezsilni wobec Planety, wobec życia i śmierci, mówił sam sobie, jak dziecku, trzeba być pokornym, to pycha doprowadziła mojego ojca – firmę – mnie – do klęski ostatnio. Ale jednak – wszystko, co w jego mocy, wszystko, co w mocy Shinry, jak to może być za mało? Ale jednak – chciałby, żeby Strife wyzdrowiał, nieważne, jak bardzo irracjonalnie brzmiało, chciał naprawdę; zrobił, co mógł… nie miał nawet do czego się modlić! ta bezsilność działała mu na nerwy. Jednym z istotniejszych elementów kojącego działania wiary, przypomniał sobie lekcje, jest modlitwa wstawiennicza. Za kogoś. Coś, co możesz zrobić, kiedy zrobiłeś już wszystko.

Prezes Rady Ministrów nie powinien o tym myśleć, powtarzał sobie właśnie. Miał zadania do wykonania, a to nie jego gabinet. Był tu od wczoraj, siedział cały wieczór, zdecydowanie za długo, w końcu musiał poprosić, by przynieśli dokumenty. Pracował przy szumie maszyn medycznych całą noc – Lockhart wchodziła, pytała, czy czegoś potrzebuje, ani ociupinkę nie mniej wroga, ale równocześnie pokazowo grzeczna, jakby próbowała wygrać jakiś wewnętrzny zakład – za moment będzie musiał jechać do kancelarii, potem na konferencję. Bez ani minuty snu. Ale nie był śpiący. Mógł tak siedzieć jeszcze długo, na przemian pisząc i patrząc na chorego.

Obok piętrzyły się teczki, dyskietki, płyty, zdjęcia z archiwum naukowego. Niewykluczone, że znajdzie czas, by je wreszcie ponownie przejrzeć, ponownie przeczytać, na co wyraził wtedy zgodę, na co skazywał tamtych ludzi – na co skazał Clouda – swoim wyćwiczonym, kaligraficznym podpisem. Swoim ulubionym piórem, które miał do dzisiaj, bo nigdy nie opuszczało jego kieszeni, więc przetrwało Upadek.

Oczywiście, mógł też nie znaleźć wolnej chwili. Mógł też przełożyć... zepchnąć to na jutro, na potem. Zapoznał się przecież dawniej z tymi materiałami: nie chciał kolejnego kryzysu, kolejnego buntu tajemniczych oddziałów, wolał być uzbrojony przynajmniej w wiedzę. Obejrzał przy okazji, co dokładnie robiono Strife'owi. Dokumenty, notatki, zdjęcia, filmiki. O nim, o innych obiektach. Upokorzeni, torturowani, uprzedmiotowieni ludzie. Pikanie przyrządów, takie samo jak teraz, tylko ściany bardziej sterylne. Jeszcze inne fotografie, nielegalne, te, które korporacja zdołała skonfiskować – „pamiątki", upozowane zdjęcia z „materiałem", pstrykane sobie przez młodych, durnych studentów. Albo materiał pornograficzny, przeznaczony na czarny rynek, wart fortunę. Hojo nienawidził obu tak samo, uważał, że psują mu badania. Kompania ścigała ze względu na tajemnicę handlową.

Oczywiście, nie było szansy, by znaleźli wszystko. Każdy, kto przeżył do końca, na pewno znalazł się na którejś odbitce. Ze swoją delikatną urodą i dużą wytrzymałością Cloud miał, można rzec, pecha – ale nawet Rufusowi tak lekkie słowo nie przechodziło przez gardło. Turki miały przykazane monitorować rynek, szukać, na wypadek, gdyby tylko pojawiło się cokolwiek ze Strife'em. Ewentualne źródło wytropić, odebrać oryginały, zabić. Chłopak, gdyby przypadek zmusił go do tak brutalnej konfrontacji z przeszłością, najpewniej by się załamał, popadał w urojenia, dostał fugi, kolejnych halucynacji. To obniżyłoby jego przydatność, tak samo jak depresja czy smutek, więc Shinra próbował ostatnio zmniejszyć potencjalny dyskomfort eksnajemnika.

Świetnie ci to wyszło, nie ma co, winszować, prychnął pod nosem. Cloud jest chory, syczał umysł w kółko, w kółku, jest ciężko chory, umiera, bo zrobił, o co go poprosiłeś, bo zaufał tobie i Reeve'owi, zaufał, że go nie okłamujecie, nie wystawicie, że skoro tego chcecie, to macie rację, że macie dowody, że... Cloud umiera, bo sądził, że jesteście dość dobrymi przywódcami, że dajecie sobie radę z waszymi obowiązkami, z tym, co sami na siebie wzięliście – nikt ci nie kazał startować w wyborach – że jesteście dość odpowiedzialni, rozsądni, Cloud umiera, bo wam zaufał. Tak, jak wszyscy obywatele.

Cloud umiera, wypomniał mu wreszcie bezwzględny zakątek świadomości, bo uznałeś te parę tygodni temu, że wysłanie go do pacyfikacji niezadowolonych samorządowców jest wygodne, bo na nim skupi się ewentualna niechęć opinii publicznej, bo po niego przyjdą ci szukający zemsty – a rząd i ty zostaniecie w cieniu, w miarę bezpieczni.

„To nie tak miało być" zaprotestował w duchu Shinra, sam wiedząc, jak żałośnie brzmią te słowa. Strife zawsze dawał sobie ze wszystkim radę. Tamci mieli ewentualnie przyjść, żądni zemsty, i zostać odparci, jak zawsze. Żaden plan nigdy nie przewidywał możliwości, że wojownikowi stanie się prawdziwa krzywda. Gdyby sądził – gdyby wiedział... „To właściwie co, zakpił wewnętrzny głos, posłałbyś kilka batalionów na stracenie? zaryzykował wojnę domową? poświęcił życia i pewność zwycięstwa tylko dlatego, że jeden człowiek mógłby potencjalnie zostać zraniony?". Głos miał oczywiście rację, nie miał wyboru, dokonał właściwego, ale jednak – chłopak był chory, tak bardzo chory...

„Pański brat zginął" zabrzmiało w uszach szefa rządu – ale to było wspomnienie, to nie było teraz, poza tym, wtedy powiedzieli „Lazard" – „mamy potwierdzenie, panie prezydencie" – „Cloud żyje, zganił sam siebie biznesmen, żyje". I będzie żył. Spróbowałby nie, spróbowałby uciec, teraz, kiedy przed Edge'em, WRO, parlamentem, korporacją, przed nimi było tyle roboty.

— Nie waż się — syknął na głos Rufus, nim przypomniał sobie o podsłuchach.

Firmowe to nie kłopot, w barze, ze względu na konfesyjność argumentów, kazał je wyłączyć („robię za żywą pluskwę" pomyślał ironicznie – zaraz tego pożałował, bo pamięć podsunęła mu „gorzej niż karaluch", wściekłe, pozbawione choćby krzty szacunku wtrącenie, za którym teraz prawie tęsknił), problem jest tylko z nasłuchem, jaki na pewno prowadzi... opozycja.

I w tej sekundzie czuwającego odwiedziła muza rebeliantów, agentów wywiadów, dyktatorów oraz inszych paranoików.

'

'

Kanały, które wskazała dziewczyna Rena, nie wyglądały gorzej lub bardziej niebezpiecznie niż pozostałe. Czyli: wyglądały okropnie tudzież zdecydowanie groźnie. Wąskie, kompletnie ciemne przejścia, cuchnąca woda sięgająca pasa. Turki mieli noktowizory, latarki także, mapę – sprzed Upadku, ale zawsze – mały arsenał, racje żywnościowe, nadajniki, lateksowe rękawiczki, apteczki (nawet oni nie schodzili do ścieków w garniturach, przemokłyby); gotowi na ewentualne zasypanie i czekanie na ratowników. Teren uchodził za niestabilny.

Było ich czterech – Rude, Reno, Max, niski blondyn, jeden ze „starej gwardii", który powrócił do służby po stworzeniu rządu, oraz Tania, nowy narybek, bardzo młoda dziewczyna: należała go licznej grupy sierot, zwerbowanych przez korporację prosto z ulicy, gdzie pozbawione rodziców dzieciaki zaczęły – zostały zmuszone przez okoliczności – budować bezwzględne, okrutne gangi. Od żebraków, poprzez prostytutki, haracze, kradzieże, aż do morderstw (aczkolwiek zwykle wewnętrznych). Mechanizm był, oczywiście, prosty: dzieci nie miały gdzie pójść, państwo nagle zniknęło, wraz z nim system socjalny – mogły albo zacząć zarabiać, jakkolwiek, albo umrzeć z głodu. Czasy chaosu nie sprzyjają zaś żadnej, poza przestępczą, działalności.

Tifa i kilkanaście innych osób, głównie kobiet, prowadziło sieć świetlic, mających oferować małoletnim alternatywę. Shinra fundował domy dziecka, stowarzyszenia, noclegownie, kursy zawodowe, urządzał pokazowe akcje – a po cichu oferował najlepszym z dzieci ulicy pracę. Nawet zresztą z tych mniej zdolnych miał pewien pożytek: czuły wdzięczność za zapewnienie dachu nad głową, co pozwalało wykorzystywać je jako agentów wpływu, szpiegów, żywą reklamę. Lojalni, nieustraszeni, bo zaznali już najgorszego, pozbawieni większości zasad, poza prymitywni instynktami stadnymi, działającymi na korzyść kompanii – idealni kandydaci.

Oczywiście, większość dzieciaków po prostu startowała w normalniejsze życie, niewykorzystana i, by oddać Rufusowi sprawiedliwość, nie uważał tego za stratę: w końcu płacący podatki, w miarę zdrowi psychicznie obywatele to podstawa dobrobytu.

Tania, walcząca na pierwszej linii o ów dobrobyt, zeszła właśnie z ostatniego szczebla drabiny, prosto w cuchnącą breję, przykrytą kilkoma centymetrami wody. Przy włazach kanały były w miarę suche. Zmarszczyła nos, ale, jako najmłodsza stażem, nic nie powiedziała,. Poza tym, pogawędki lub żarciki w czasie pracy nie należały do jej specjalności. Zostawiała je Reno oraz Maksowi – tym razem także się nie zawiodła.

— Wonie różami — prychnął rudzielec. — Cokolwiek bierze nasza sekta, musi upośledzać zmysł węchu, nie?

— Doskonała analiza — mruknął przez zaciśnięte zęby blondyn, nawet nie ukrywając, jak bardzo próbuje nie oddychać. — Będę wnioskował o twoją podwyżkę.

Rude potaknął skinieniem głowy.

— No, to jest nas dwóch — stwierdził ze sztucznym entuzjazmem Maks. — Pani też się przyłączy?

Kobieta nieuważnie wymamrotała potwierdzenie, ustawiając jednocześnie jasność noktowizora. Turki niekiedy szczycili się swoją wewnętrzna lojalnością, koleżeństwem, faktem, iż szli na śmierć z głupimi docinkami na ustach – ale to wszystko było domeną „starych". Młodzi albo pozowali, żebrząc o aprobatę, albo tworzyli własne koterie, albo, jak sama dziewczyna, stali z boku, obserwując. Tseng twierdził, że to też dobrze. Szpiegów – prawdziwych szpiegów, nie wyszkolonych morderców – korporacja zawsze potrzebuje. Szef szefów, jak szybko zauważyła, także nie miał nic przeciwko jej niechęci do integracji. Ludzie, mogący w potrzebie – na rozkaz – bez wahania zdradzić czy zamordować współpracownika, stanowią sól służb specjalnych, a wiedziała skądinąd, iż „weterani" mieliby – podobno nawet mieli – z tym problem.

Czwórka ruszyła. Dawniej musieliby tylko przejść niecałe pięć kilometrów w miarę wygodną trasą – „wygodna" oznaczała korytarze o średnicy nie mniejszej niż półtora metra – by dojść do centrum „przeklętego obszaru", jednak po Upadku część kanałów uległa zawaleniu. Według poprawek, naniesionych przez mieszkańców Strefy, droga wydłużyła się o połowę, a w dwóch miejscach „turyści" będą musieli się czołgać.

Szli kilkadziesiąt minut bez żadnych kłopotów, ale też w ciszy: jeżeli w kanałach siedziało coś naprawdę groźnego, nie zamierzali tego prowokować. Buty mąciły wodę, chlupotały, chociaż stawali niewielkie, powolne, ostrożne kroki. Kanały mogły być odcięte od głównej sieci wodociągowej, ze względu na lęk przed skażeniem, jednak nic dziwnego, biorąc pod uwagę pochodzenie każdej z dawnych dzielnic – osobne miejscowości – że nadal działały całkiem sprawnie. Na szczęście zresztą, inaczej niektóre odcinki byłyby pewnie całkowicie zatopione.

Nagle Rude zatrzymał wszystkich gestem dłoni. Przyłożył palce do ust. Zaczęli nasłuchiwać. Szmery. Szumy. Normalne dla takiego miejsca odgłosy, poza, poza... coś wprowadzało dysharmonię, delikatnie inny, cichuteńki dźwięk. Jakby...

Reno wykonał w powietrzu charakterystyczny, falujący ruch. Coś płynęło, czy raczej: próbowało, szorując brzuchem po dnie. To jeszcze niekoniecznie oznaczało powód do niepokoju, w pełnej glonów, niekonserwowanej części kanałów, mogły zamieszkać zwierzęta. Tylko niekoniecznie takiej wielkości, na jaką wskazywał odgłos.

Przygotowali broń. Dźwięk był coraz bliżej. Widać było fale, termowizja, która włączyli, zaczynała przekazywać coraz wyraźniejszy kształt, mimo fal. „Szczur" pomyślała Tania „wielki, spasiony szczur".

Jednak stworzenie, które wychynęło zza rogu, tylko po to, by natychmiast zarobić kulkę od Rena – prosto w czaszkę, padło z cichym piskiem – nie było szczurem. Nie do końca, jak stwierdzili, przyglądając mu się bliżej. Miało skrzela – niecałkiem rozwinięte, prawdopodobnie mało efektywne, jeśli w ogóle pracujące, lecz niewątpliwie skrzela – oraz rybią błonę między palcami.

Mutant. Z mutacjami zdecydowanie zbyt precyzyjnymi i zaawansowanymi, by wywołał je nieukierunkowany, naturalny kontakt z mako. Abstrahując od tego, iż spontaniczne zmiany genetyczne świadczyłyby o nieszczelności bariery wokół reaktora, czyli także zwiastowałyby spore kłopoty.

Rude, ostrożnie, szykując drugą parę lateksowych rękawiczek na zmianę, podniósł truchło. Po kolei wskazywał palcem na ciekawsze miejsca. Ogon również przypominał, swoją szerokością tudzież umięśnieniem, ten pływających gryzoni. Ucho było naderwane, ciało w bliznach, zwierzę musiało stoczyć niejedną bitwę; skoro wyglądało na dobrze odżywione, mogło mieć wysoką pozycję w stadzie. O ile te istoty żyły stadnie.

— Krzyżówka z bobrem? — zaryzykowała na głos kobieta.

Turki nie odpowiedzieli. Rude powoli rozwarł powieki zwierzaka.

Jasny, świecący nawet w ciemnościach błękit oczu SOLDIER. Iniekcje mako, celowe iniekcje, żaden inny rodzaj kontaktu nie dawał tego efektu. Mako. Iniekcje. Ludzie. Badacze. Hojo, jego współpracownicy, narkotyki na ulicach, otruty SOLDIER. Niewątpliwie wszystko pasowało. Woleliby, żeby nie.

— Kurwa — podsumował Reno.

Dziewczyna wybuchnęła cichym śmiechem, nie opanowawszy nerwów. Rzucili jej taksujące spojrzenia, spróbowała więc obrócić wszystko w żart, nerwowy, ale żart – i przy okazji zwalić winę na mężczyznę.

— Zawsze do usług — prychnęła, przywołując na wargi kuszący uśmiech. — Dla ciebie ze zniżką, skarbie.

Moment ciszy, przerwany przez Maksa.

— Uuuu, aleś strzelił, stary. Gafa nad gafami i gafą pogania.

Rude przytaknął. Rudy z ciężkim westchnieniem przeprosił. Honor Tani – honor agenta – został uratowany.

Zaiste, pracowała kiedyś „na ulicy". Na samym początku, zaraz po Upadku. Rychło zorientowała się, że nie utrzyma w ten sposób trzech młodszych braci, nie bez sprzedawania ich samych, wobec czego przeszła do szabrowania. Co zresztą było równie niewdzięczną robotą. Owszem, bogaci mieszkańcy uciekli, co zostawiło cale dzielnice pełne luksusowych domów oraz sprzętów – jeden z nich od razu zajęła – jednak ludzie nie potrzebowali ekskluzywnych zabawek, potrzebowali jedzenia, lekarstw, energii: Midgar był całkowicie utrzymywany z dostaw, nie miał własnych pól, sadów, w okolicy nie było wiosek. Mieszkańcy innych miejscowości zaś, dawniej zazdroszczący midgarczykom dobrobytu, zbudowanego na wyzysku rolników (ceny skupu przymusowo zaniżano, by zapewnić korporacyjnemu rajowi prosperity), wreszcie mogli sobie odbić lata próżnego wzdychania – co natychmiast zrobili. Normalna wymianą w pierwszych, chaotycznych latach był komplet srebrnych sztućców za kilka bochenków chleba tudzież trochę tłuszczu. Złota biżuteria za ćwierć bańki paliwa. Diamenty nie znaczyły nic, kasza – wszystko.

Wobec tego Tania szybko zorganizowała bandę dzieciaków do przeszukiwań. Podzielili ruiny na rewiry, ustalili składki do wspólnej kasy, rodzaj ubezpieczeń, potem zaczęli wynajmować ochronę dla siebie, negocjować z kupcami – zajęli dość dużą część rynku, by móc sobie na to pozwolić – wykonywać zadania zlecone; następnie przeszli płynnie do „chronienia" innych, czasem przymusowego. Haracze i prowizje: byli na najlepszej drodze do zostania zorganizowaną grupą przestępczą. W międzyczasie trzech braciszków Tani zachorowało na geostigmę, dwóch zmarło; nie poddała się tylko dlatego, że myślała o tym, który pozostał, rozpacz zachowując na ostateczny cios.

Który nie nadszedł. Spadł leczący deszcz, woda wytrysnęła ze źródła w świątyni – niczym w starych mitach – chłopiec wyzdrowiał, Shinra rzucił własny majątek na szalę, by unormować ceny, uregulować gospodarkę, de facto ocalić ludność Edge'u. Do miasta wróciły stale dostawy darmowego zboża, kupowanego za prywatne pieniądze prezydenta; najpierw dochodziło do strasznych scen przy jego rozdawaniu, ludzie się tratowali, potem wreszcie uwierzono, iż naprawdę wystarczy dla wszystkich.

Rufus był bohaterem tych, którzy nie złapali fuchy w WRO. Rufus był bohaterem tych, których wydarzenia pchnęły w przestępstwo lub skrajną nędzę. Rufus był człowiekiem, który dał głodującym jeść, również zgodnie ze starymi księgami, ich prezydentem, tym, który razem z nimi przeżywał rozpacz geostigmy, zamęt Upadku, którego agenci działali w Edge'u cały czas, tym, który nie uciekł do jakiegoś wygodnego kurortu, jak reszta klasy wyższej. Doprawdy, zdumienie, jakie na wieść o wyniku wyborów okazał Tuesti, mówiło wiele o jego odcięciu od spraw zwykłych ludzi. Rufus był bohaterem większości, bez żadnych cudów nad urną.

Rufus był bohaterem Tani (mimo jej świadomości, iż za wizerunkiem polityka stoi wielka machina propagandowa) choćby ze względu na poparcie, jakiego udzielił im – różnym grupom poszukiwaczy – w walce z pośrednikami, kiedy więc przyszedł, osobiście, z wyrazami podziwu, tylko podziwu, bez żadnych nadętych, umoralniających gadek o mafii czy przestępstwach, i propozycją pracy w firmie, nie wahała się ani sekundy.

Poza tym teraz, gdy wracał ład, jej stary biznes nie miał szansy przetrwać. Policja dopadłaby ją w końcu; elegancko zawoalowaną groźbę w słowach Shinra także umiała odczytać.

Co doprowadziło ją do siedzenia w kanałach i deliberowania nad zwłokami Jego Wysokości Szczura. Panowie traktowali jednak sprawę gryzonia poważnie; postanowiła zaufać ich doświadczeniu.

— Jeden to nie problem, ze stadem może być nieprzyjemnie, ale powinniśmy dać radę. Pytanie brzmi — rozmyślał na głos Max — co jeszcze mogli stworzyć ci świrnięci naukowcy?

— Wszystko — odburknął Reno — jeżeli mają notatki Hoja. Sam pamiętasz, jakie rzeczy ten facet umiał trzymać w zwykłej biurowej szafie. Wchodziłeś ze mną do tych pieprzonych laboratoriów parę razy, widziałeś, nie? Wszystko, co normalny człowiek wyśniłby w koszmarach — końcówkę powiedział odwrócony w stronę „nowej", najwyraźniej w ramach uświadamiania.

Jakby po kilku ucieczkach efektów eksperymentów, jakie miały miejsce jeszcze w Midgarze, oraz późniejszych problemach z DeepGroundem ktokolwiek takowego potrzebował.

Reno otwierał usta, by perorować dalej, lecz Rude uciszył wszystkich skinieniem dłoni w kierunku korytarza. Gest więcej niż wymowny: „chodźmy wreszcie".

Kolejne kilometry, coraz bardziej cuchnąca woda – odcięcie od obiegu, stagnacja, mnożenie bakterii – coraz ciaśniejsze przejścia. Jeden z korytarzy po drodze był zawalony, musieli się cofnąć do poprzedniego rozwidlenia, nadrabiać kilometry, wreszcie przechodzić na klęczkach, z twarzami niemal zanurzonymi w brudnej, podejrzanie oleistej cieczy. Po drodze wpadli na kilka przerośniętych, trujących ropuch; dzięki przewadze technicznej poradzili sobie z nimi w miarę sprawnie.

W końcu wpadli na „coś z koszmarów". Bydlę przypominało rozmaite psowate, było jednak większe, znacznie większe, z czoła wystawały mu rogi, pod skórą drżała tona mięśni, jakich nie powstydziłyby się najpotężniejsze diceratopsy. Blokowało przejście za załomem korytarza – dostrzegli zwierzę dzięki termowizji, potem ostrożnie sprawdzili zza węgła.

Rude wskazał palcem na przytroczone do pasa granaty. Reno z kolei na swoje uszy – huk zaalarmuje wroga – Max sceptycznie obejrzał ściany. Nie chcieli zwalić sobie na głowę sufitu. Z drugiej strony, ryk stworzenia także prawdopodobnie będzie głośny, jego szarża zaś zdecydowanie niebezpieczna. Narada gestami trwała.

Granaty oślepiające? Zwierzęta, zwłaszcza żyjące w ciemnych kanałach, polegają zwykle na innych zmysłach. Ogłuszające? Są dostosowane do ludzi, nie kilkakrotnie większych istot.

Stanęło na starej dobrej lufie. Jedna kulka nie starczyła, ale kilka następnych, starannie wymierzonych, strzaskało stworzeniu stawy, obalając je na ziemię, gdzie parę strzałów później wreszcie zdechło. Podeszli, ostrożnie, obejrzeli – oczywiste oznaki zmutowania, ale potwór, sam w sobie, wyglądał na zdrowego osobnika. Nawet niespecjalnie cherlawego.

— Dziwne — bąknął blondyn. — To... coś poruszało się szalenie niezgrabnie. Jakby nie miało doświadczenia.

— Zamierzasz narzekać, że nie rozszarpało nas na strzępy? — mruknął Rude.

— Nie, nie, skądże – tylko, w takim razie, jak ono wyżyło do tej pory?

Zapadła cisza. Po chwili zaczęli podawać hipotezy, jedną po drugiej. Chorowało, mimo pozorów. Nie miało naturalnych ani wytworzonych sztucznie wrogów, mniejsze stworzenia były za słabe, by stanowić wyzwanie, więc nie musiało nigdy naprawdę walczyć. Było młodym osobnikiem – nie chcieliby, zawołali zgodnie, spotkać w takim razie dorosłego – albo dopiero co wypuszczono je z laboratorium.

— Dałoby radę rozciąć mu żołądek? — spytała wreszcie Tania.

— Turki nie znają pojęcia „nie da się" — odpowiedział Reno — ale znają „po co, do wszystkich przywołańców?".

— Chyba, że mowa o rozkazach — zauważył asekuracyjnie Maks.

Dziewczyna spojrzała na rudzielca z całą dumną stanowczością, jaką zdołała zgromadzić, będąc szefową szajki.

— Żeby sprawdzić — oznajmiła spokojnie — co ostatnio jadło. To nam powinno minimalnie rozjaśnić sytuację. Jakoś wątpię, żeby tej wielkości bydlę przetrwało na samych szczurach.

— Nie widzieliśmy ich znowu tak wiele — wtrącił Rude.

— Taaaa — skapitulował rudy — OK., OK. I tak powinniśmy zebrać możliwie dużo notatek, przecież naukowców tutaj nie przyprowadzimy, nie? A ja się nie piszę na dźwiganie tego zezwłoku na górę. Urządzimy sobie sekcyjkę mutanta w świecących od mako kanałach – sama frajda, no nie? — zakończył ironicznie.

Sama frajda, zaiste. Skóra zwierzaka okazała się imponująco wytrzymała, dobrą godzinę ją cięli. Stwór w środku wyglądał, wedle ich najlepszej wiedzy, jak przeciętny psowaty, pełnej aparatury do badania składu chemicznego nie mieli – pobrali jedynie próbki – żołądek zaś był praktycznie pusty.

— Cóż, to poniekąd tłumaczy niezgrabność — spróbował poprawić nastroje Maks. — Głodowało.

— Od niedawna, sądząc z mięśni i masy tłuszczowej — skontrował z westchnieniem Rude. — Co takiego mogło sprawić, że dotąd dobrze odżywione zwierzę zaczyna zdychać z głodu?

Milion przyczyn, oczywiście, z których na najbardziej niepokojącą, uznali po krótkiej burzy mózgów, wygląda ta, że doszło do poważnej zmiany w ekosystemie. Zmianę taką bowiem ktoś musiałby wywołać.

— Jeżeli się okaże, że jakiś mały eksperymencik wyrwał się fartuchom spod kontroli, to będziemy mieli bal — podsumował Reno.