Felicia wraca! I mamy Elenę. Znaczy, bardzo kobieca część. I tak, jakoś się mię zapomniało ostatnio wrzucać. I będę pewnie teraz musiała zwolnić, bo powoli dochodzę do tej części, która jest jednym wielkim bajzlem.
Felicia obserwowała Rufusa. Wyglądał na zmęczonego – ojciec twierdził, że nie wrócił na noc do swoich apartamentów. Siedział w „7th Heaven". Paranoja, rola czy zimna histeria? zastanawiała się dziewczyna. Nie to wszakże było głównym problem i nie o tym chciała, musiała, z Shinrą porozmawiać.
Domino zwrócił jej uwagę, że unikowa polityka informacyjna rządu nie zdaje egzaminu. Ludzie i tak plotkowali, wszyscy klienci Tify wiedzieli, iż to nie jest zwykła choroba, Priscilla ma te wiadomości z pierwszej ręki, w końcu przecież ich użyje, najpewniej wówczas, gdy napięcie stanie się nie do zniesienia i sama Lockhart poprosi ją o jakieś sprostowanie. A panika, mówił Mark, już zaczynała narastać. Jeśli nie przejmą kontroli nad pogłoskami, będzie coraz gorzej, wyjdą na manipulujących opinią publiczną drani, którzy chcieli coś ukryć – może powiązania z zamachowcami? Nade wszystko jednak: wypadną z gry informacyjnej. Powrót będzie kosztowny, obciążony brakiem zaufania. Powinni przejąć ster jak najwcześniej, szeptał polityk, gdy razem udawali poruszonych dzisiejszą wystawą.
Panna Neborik mu wierzyła, choćby dlatego, że brzmiał logicznie, wyglądał na przekonanego, od razu powiedział, że jego źródłem jest Lidia, a jej: Gustaw. Poza tym, jechali z Domino na jednym wózku. Nie miał powodów do kłamstw, nic by na nich nie zyskał. Teraz, oczywiście, musiała do tego przekonać premiera. Mark ją o to poprosił – i nie mogła nawet mieć pretensji, faktycznie, szanse, że uda się to komukolwiek innemu były żałośnie niskie.
Nie, żeby sądziła, iż jej przedstawiały się wyjątkowo różowo. Ale chyba jednak lepiej. W końcu znała szefa rządu długo i tamten raczej ją – cóż, lubił albo ufał to zdecydowanie nieodpowiednie słowa dla tego człowieka, chodziło wszakże o coś w tym stylu, przefiltrowane, zimne, małe, twarde jak kamień, lecz zawsze: coś w stylu zaufania, sympatii czy słabości. Na więcej w przypadku Shinry by nie liczyła.
— Rufus — szepnęła, przystępując do działania — idę się przewietrzyć, potowarzyszyłbyś mi? — pogoda była dzisiaj fatalna, nikt nie wychylał nosa na dwór.
Spojrzenie, które tamten jej rzucił, większość ludzi zmusiłoby do ucieczki z podkulonym ogonem. Felicia posłała premierowi słodki uśmiech w odpowiedzi i wyszła, absolutnie spokojna o to, że tamten podąży za nią.
Podążył.
— Zniszczysz sobie fryzurę, a czeka nas jeszcze sesja zdjęciowa — poinformował ją uprzejmie, bezceremonialnie wpychając do zaułka między budynkami konferencyjnymi; faktycznie, nieźle osłoniętego przed wiatrem oraz deszczem.
— Normalni ludzie tutaj lubią, jak pada. Kojarzy im się z lekarstwem.
Wzruszył ramionami, teatralnie. Twarz pozostała bez wyrazu. Po chwili ciszy dziewczyna chciała już przejść do rzeczy – nie mieli przecież zbyt wiele czasu, przerwa nie trwała wiecznie, potem harmonogram przewiduje premierę, jak co wieczór, dzisiaj spektaklu o dzielnym społeczeństwie odbudowującym swoje miasto; ich nieobecność zostałaby zauważona, tak samo spóźnienie. Ale, ku zdumieniu kobiety, szef rządu odezwał się pierwszy, kontynuując, jakby nigdy nic:
— Mnie się kojarzy z chorobą. I długiem. Dobrze o tym wiesz — dodał z cieniem irytacji w głosie.
W swojej paranoi mężczyzna podejrzewał, że po tylu latach Felicia umie odczytywać najdrobniejsze drgnienia jego podświadomości. Nieprawda; jego umiejętności maskowania emocji rosły z każdym rokiem, mogła coś o nim powiedzieć lata temu, teraz – niemal nigdy. Samo przekonanie Shinry bywało jednak przydatne: niekiedy, założywszy, iż ona już i tak wie, mówił więcej niż zwykle, więcej niż musiał czy było rozsądne. Równie często, niestety, nie mówił nic, łącznie z rzeczami, o których Neborik wolałaby być informowaną.
Dzisiaj rufusowe przekonanie okazało się przydatne, przynajmniej póki co.
— Strife — zarzuciła haczyk dziewczyna. — Myślisz, że jeśli wyzdrowieje dzięki twoim pieniądzom, to będziecie kwita?
Premier zacisnął na moment wargi.
— On mnie wyleczył niechcący, ja jego leczę również niebezpośrednio. Kolumny się zgadzają — bąknął.
Kobieta pokręciła głową, podchodząc nieco bliżej.
— Nawet ty wiesz, że to tak nie działa. Zwłaszcza ty, manipulatorze. Ludzka psychika akurat przed tobą nie powinna mieć tajemnic. Twoja własna częściowo też.
— Przerwałaś mi obowiązki, by się zabawić w terapeutkę? — prychnął drwiąco mężczyzna.
— Przerwałam ci obowiązki, bo uważam – i Domino też – że błędnie prowadzimy rządową politykę informacyjną. — Felicia postawiła na szczerość; z tym człowiekiem to niekiedy działało. — Ludzie i tak już plotkują, naczelna „Kuriera" wie wszystko od Tify, sekty podejrzewają rządowy spisek, a władze regionalne wpadają powoli w panikę. Podobno niektórzy zaczynają już przebąkiwać o powrocie geostigmy. To nie prowadzi do niczego dobrego, chowanie głowy w piasek w ogóle do niczego nie prowadzi. Konferencja się zaraz kończy, nic już nie będzie odwracało uwagi społeczeństwa – musimy im coś powiedzieć. Prawdę, kłamstwo, cokolwiek, ale musimy. Inaczej stracimy kontrolę — dorzuciła na końcu.
Kontrola była słowem-kluczem do Rufusa. Miała na niego iście cudowny wpływ, jak to na każdego zdrajcę, dyktatora, agenta, ambitnego polityka: a tamten był tym wszystkim i jeszcze paroma innymi. Kontrola oznaczała dla niego dosłownie życie lub śmierć, myśl o jej utracie powinna otrzeźwić go, kombinowała dziewczyna, z mgiełki podejrzliwości oraz nawykowego trzymania wszystkich kart przy orderach. Nawyki, kiedy przestają być uświadomione, mogą narobić sporo szkody, tyle się nauczyła przez te lata współpracy... znajomości z Shinrą. Tudzież Fuhito.
Tym razem jednak sytuacja emocjonalna premiera musiała być gorsza niż zwykle, bo odsunął się od kobiety, nawet nie ukrywając złości.
— Domino i twój ojciec knują, jak tu przejąć władzę. Choćby z Reeve'em, jeśli będzie trzeba — syknął. — Nie mów, że przesadzam, nie mów, że nie wiesz. Verdot — to słowo, jak na niego, prawie wypluł – jak na niego, nadal więc raczej uprzejmy, neutralnym tonem — wszystko ci mówi. I zabezpiecza ci tyły, tak, żebyś mogła wyjść cało i rządzić w każdej sytuacji, w każdym rozdaniu.
— Ojciec mnie kocha — oznajmiła chłodno — i owszem, chroni mnie przed niebezpieczeństwem. To chyba normalne?
Ostatnie zdanie było niemal a czymś na kształt ciosu poniżej pasa, zważywszy na stosunki szefa rządu z poprzednim prezydentem firmy vel jego rodzonym ojcem, świętej pamięci Romanem. Stosunki, które można streścić w jednym zdaniu: Rufus fundował zamachy na życie tamtego, koniec, kropka, cóż więcej.
— Ocena statystyczna czy moralna nie ma znaczenia, skoro to mnie uważa za największe niebezpieczeństwo — zauważył tymczasem Shinra. — A Domino zna twojego ojca. Od wieków. Nikt mi nie wmówi, że nie woleliby współpracować ze sobą nawzajem.
Felicia westchnęła.
— To, że Domino ma w tym wszystkim interes, jest oczywiste. On też jest w rządzie. Jako minister spraw wewnętrznych. Wyjdzie na tym jeszcze gorzej niż ja. — Dziewczyna szefowała resortowi spraw zagranicznych. — Dobro kraju leży mu sercu, bo jest również jego być albo nie być. Powiedział nam, skąd ma informacje, uczciwie. Powiedział, czemu sądzi, że sprawa wymaga publicznego oświadczenia. Zgadzam się z nim. Czysto merytorycznie.
Premier prychnął.
— Nie jest sprawą publiczną ani rządową choroba jednego obywatela.
— Chorym jest Cloud Strife, Rufus. Jedyne, co powstrzymało Wutai od ataku, a separatystów od odłączenia się. Święty i bohater dla większości kontynentu i globu, a dla reszty – awatar bóstwa czy tam samo bóstwo. Wszyscy wiedzą, że choruje, choćby dlatego, że jego firma kurierska przestała działać, a goście „7th Heaven" plotkują. Wszyscy wiedzą, że to nie jest normalne zakażenie, bo SOLDIER nie chorują. Rząd nie może chować głowy w piasek. My nie możemy. Jesteśmy mu to wszyscy winni, choćby za samą ostatnią pacyfikację tamtych paru samorządów.
Mężczyźnie zadrgały wargi.
— Nie uchylam się od odpowiedzialności. Zapewniłem mu leczenie, najlepsze leczenie, zużywam prywatne środki, cały dział naukowy korporacji postanowiony jest na nogi, turki pracują dzień i noc, wezwałem ludzi z urlopów. To „przejęty troską", „zaniepokojony" Domino nie chce podjąć odpowiednich kroków, blokuje śledztwo, broni WRO, wpływa na komendanta...
Kobieta przerwała mu bezceremonialnie, z widoczną irytacją – nigdy nie lubiła się bawić w neutralne wyrazy twarzy, uprzejme, zawoalowane w całe metry jedwabiu aluzje. Owszem, nierzadko musiała, szło jej wtedy wcale nieźle, ale nie było sensu próbować tej metody z Shinrą, był w niej najlepszy.
— Który jest w twojej kieszeni, wiemy. Właśnie dlatego to dobrze, że Domino ma nim jakąś kontrolę. Przestań, Rufus — szepnęła łagodniejszym tonem.
„Do licha", pomyślała, „jak też Fuhito umiał to zrobić? Jak ten szczwany drań sprawiał, że Shinrzątko jadło mu z ręki, nawet nie zauważając, nadal pewne, że wszystko ma pod kontrolą, że to jego własne pomysły? I czy ja tak w ogóle mogę, czy to była kwestia wychowania, różnicy wieku, płci, relacji, coś, czego nie przeskoczę? W każdym razie, on nigdy na Rufusa nie krzyczał".
— Wiem, że się martwisz — mówiła teraz cicho, spokojnie, miękko; premiera wcześnie osierociła matka i w efekcie jego stosunek do kobiet bywał mniej pancerny, bywał chaotyczny, bywał, rzadziutko, szczeliną, słabością. — Wiem, że tajemnica handlowa, tajemnica jako taka, to podstawa działania twojej firmy, wiem, że ogłaszanie czegokolwiek, zwłaszcza błędu, przegranej, nie jest zwykle rozsądne. Rufus, byliśmy razem terrorystami, pamiętasz? Absolutna tajność i stała czujność, przeszliśmy przez to razem. Rozumiem, o co ci chodzi i też nie jestem szczęśliwa na myśl o konferencji prasowej obwieszczającej „skrewiliśmy sprawę". Też się boję i mam ochotę powiedzieć „nie", instynktownie. — Podeszła bliżej, prawie dotykając rozmówcy. — Ale ślepy nawyk bywa bardzo złym doradcą, o tym też oboje wiemy aż za dobrze. Przemyśl sprawę, proszę. Milczenie nic nam nie da, w ciągu tygodnia wszyscy będą wiedzieli.
Prezes Rady Ministrów – tudzież paru innych, dzięki losom za stare, korporacyjne prawo niezabraniające łączenia funkcji – zacisnął wargi. Była na tyle blisko, że czuła jego oddech na swoim czole. Spróbowałaby dotyku, tamten wszakże natychmiast uznałby to za manipulację, stał się podejrzliwy, wszystko by przepadło. Wbrew niektórym książkom, dotknięcie kogoś wcale nie jest uniwersalną kulturowo metodą zdobycia zaufania. Strife, z tego, co wiedziała od ojca, też reagował na nie złością.
— A co nam da ujawnienie sprawy? Z pewnością nie wpłynie dobrze na wiarygodność rządu. Wszyscy wiedzą, jak potężnym sojusznikiem jest Cloud. Bez niego jesteśmy bezbronni. Informacja, że ktoś był w stanie go otruć, zdestabilizuje wszystkie kontynenty.
— Ujawnienie? To najwyżej tajemnica poliszynela, skoro wie o niej wicemarszałek okręgu Corel i byle bogatsza farmerka. Prędzej czy później ktoś pójdzie do prasy, jeśli nie „Kurier", to inna gazeta wydrukuje jego rewelacje, a i to będzie za późno. Ludzie już spekulują. Podejrzewają spisek. Im dłużej milczymy, tym straty będą większe, tym trudniej będzie ogarnąć ten bałagan. Wiem, że oświadczenie, konferencja, dziennikarze i politycy – nasi, z Wutai, z samorządów, wszyscy – będą koszmarem, wiem, że spróbują nam dopiec, ale oni już i tak knują, już i tak są niepewni, już i tak gotują nowe sojusze. Sytuacja już jest całkiem niestabilna. Nie pomożemy jej, udając, że nadal wszystko gra. Jeśli coś powiemy, to przynajmniej złapiemy kontrolę nad oficjalną wersją, reszta spadnie do rangi plotek. Przejdziemy przez to — dodała dziarskim, pewnym tonem, takim, jakim dawniej przemawiała do żołnierzy AVALANCHE'u — przez cały ten ich jazgot. Razem, Rufus. Jak dawniej. Przeżyliśmy intrygi Fuhito i naszych rodziców, dwa końce świata, wygrzebiemy się i z tego bajzlu. OK? Rufus?
Shinra odwrócił gwałtownie głowę, mrucząc coś o zręcznych oracjach. Ruch wzburzył mu włosy, doleciał ją zapach wody kolońskiej. Kadzidło. Mężczyzna lubił ten dymny, chłodny, czysty zapach. Sacrum, świętość, blade kobiety o złożonych dłoniach, dzielni, zalani krwią męczennicy, wysokie, jasne głosy zanoszące modły. Wszystko, rzec można, czym premier nie był – niewykluczone więc, że naprawdę chodziło o preferencje czysto węchowe.
Kobieta westchnęła, rzuciła w odpowiedzi standardowe „i kto to mówi?", pozwoliła własnym kosmykom opaść jej na ramiona, zaczęła się nimi bawić, pozorując zdenerwowanie raczej odruchowo niż z nadziei na sukces. Chociaż stali pod dachem, wilgoć oraz deszcz zdołały trochę ją zmoczyć, włosy zaczynały układać się jej w fale. Zawsze miała z nimi problemy, nigdy dość objętości, grubości, barwy czy blasku. Pomyślała, iż pewnie wygląda troszeczkę żałośliwie; nawet lepiej.
— Nie wspominaj go przy mnie. Nigdy — oznajmił naraz tamten zimnym, zdecydowanym tonem, wracając do patrzenia jej w oczy; nic z prośby, więcej z rozkazu.
Zamrugała, autentycznie zaskoczona.
— Fuhi... Jasne, w porządku. Nie ma sprawy — dla niej to także nie były w końcu najcudowniejsze wspomnienia.
Szef rządu ciągnął jednak, zupełnie ignorując jej wtrącenie.
— On był oczywiście geniuszem. I świetnym manipulatorem. Wspaniale wykształconym, doskonale wychowanym człowiekiem. Teraz wszakże jest martwy, li i jedynie, martwy, zabity przez swój obłęd oraz tych, którymi gardził, a koniec jego życia był żałosny, podły, mały, zaślepiony szaleństwem. Najwyraźniej żyjemy w epoce, w której... brilliant ludzie kończą jako zbyt olśniewający, oślepieni własnym blaskiem, zabijani przez tych, których mieli za puch marny, ziarnka piasku, i obnoszeni po targach jako zbrodniarze. Cóż poradzić, taki Zeitgeist.
Dziewczyna przezornie zamilkła, wyczuwszy coś niepokojąco bliskiego melancholii. Shinra generalnie uczuć nie miewał, kiedy zaś jakieś, jakiekolwiek, z wielkim trudem się do niego przebiło, rzecz zwykle kosztowała ludzkie życia. Najwyraźniej skazywanie czy poświęcanie innych to był jedyny sposób, w jaki umiał sobie radzić z emocjami. Cóż poradzić, taki Zeitgeist. Ale Rufus prawie natychmiast strząsnął z siebie nostalgię.
— Jakąś politykę informacyjną trzeba zacząć prowadzić. Coś powiedzieć samorządom, coś Wutai, chociaż oni na pewno wszystko wiedzą, coś innego społeczeństwu. Porozmawiamy o tym jutro na zebraniu gabinetu, dobrze? Poinformuj Domino. I Verdota, tylko proszę, zrób coś, by opóźnić moment, w którym zaraportuje zmianę naszego stanowiska Reeve'owi.
Kobieta ściągnęła wargi.
— Ojciec wcale cię nie nienawidzi i wcale przeciwko tobie nieustannie nie spiskuje. Jego jedyna córka jest twoją sojuszniczką, pamiętasz?
— On mnie uważa za twojego arcywroga, pamiętasz? I główne zagrożenie dla twojego życia.
— I ma powody, nie? Był precedens.
Premier pokręcił głową z rodzajem determinacji wypisanym na twarzy.
— Właśnie nie było precedensu — podkreślił. — Ja nigdy nie próbowałem cię zabić. Nigdy. Ani razu. On próbował, z rozkazu mojego ojca. I Fuhito — słowo zabrzmiało jak syk.
— Wszyscy wiemy, jak by się to skończyło, gdyby nie, cóż, zdrada pewnego badacza-fanatyka — skontrowała rzeczowo Felicia.
— Ależ właśnie w tym rzecz. Tryb przypuszczający, choć pewny. Wiadomo, że wydałbym was wszystkich zaraz po śmierci mojego ojca, przeprowadził szybkie, pokazowe procesy i skazał na śmierć – ewentualnie ułaskawił w ostatniej sekundzie, to nieźle łamie psychikę – ale do tego nie doszło. Nie było precedensu.
Dziewczyna przez sekundę poczuła się – cóż, dziwnie uczuciowo. Jakby zdradzona, oburzona albo zraniona, co byłoby o tyle bez sensu, że zaiste, ze wszystkiego, co zostało powiedziane, zdawała sobie doskonale sprawę. Nadal jednak w tej bezpośredniości, w tej lekkości, w tym absolutnym nieliczeniu się z życiem, jej życiem, wszystkimi tymi latami –było coś bolesnego. Ostatecznie, dla niej mężczyzna był może nie najbliższym, jednak najdłużej znanym w miarę bliskim człowiekiem z żyjących. Nie przyjacielem, oszalałaby, gdyby go nazwała, ale – naprawdę przeżyli razem działanie w organizacji terrorystycznej, parę najgorszych zdrad swojego życia, parę potwornych odkryć, kilka końców świata, naprawdę ratowali sobie nawzajem skórę, naprawdę mieli masę wspomnień, naprawdę rozmawiali z sobą szczerzej, swobodniej niż z kimkolwiek innym. Nawet, jeśli się wiedziało, że dla Shinry to nic nie znaczy, nie mogło, to nadal tak... bezpośrednie przypomnienie było jak policzek.
Mówią, że nic tak nie zbliża ludzi jak wspólne zbrodnie. W przypadku premiera powiedzonko, generalnie słuszne, chybiało o dobry kontynent. Felicia i szef rządu zabili w młodości setki tysięcy ludzi.
Wobec czego zaczęła się śmiać. Co innego mogła zrobić? Chichotała, oparłszy czoło o mur, prawie zgięta w pół.
— Ubrudzisz się — wymruczał Rufus troskliwym tonem, podkładając pod jej czoło dłoń owiniętą chusteczką.
Jej myśli wirowały, zupełnie odcięte od uczuć czy rzeczywistości, jak zza szyby. Jakby widziała mechanizmy powoli obracające się w głowie mężczyzny, w tej absolutnej pustce jego „duszy". Savoir-vivre. Maniery. Dama raczyła dostać wybuchu emocji. Dżentelmen służy pomocą i opieką. Forma puściuteńka jak gliniana figurka, bo przecież poświęciłby „damę" bez mrugnięcia okiem. Ale te zasady, te kółeczka zębate były, oczywiście, wszystkim, co tamten miał. Zabawne, naprawdę zabawne, patrząc z dystansu.
— Życie jest cudownie porąbane — wydusiła z siebie. — Moje zwłaszcza. Mam za coś w rodzaju znajomego skończonego psychopatę, ojciec próbował mnie zabić, a teraz ratuje mi życie...
— Możesz nie brnąć w banały? — prychnął zirytowany czy zdegustowany. — Ja próbowałem zabić swojego.
— Tak, ale to jest właśnie typowe, patrząc psychologicznie. — Kobieta nadal nie była w stanie stłumić śmiechu. — Chłopcy próbują zabić ojców, dziewczynki mamusie... Ciekawe, czy ja próbowałam wepchnąć swoją Hojowi w łapy, żeby papuś miał tylko mnie i kochał najbardziej na świecie? — kiedy ta myśl przyszła jej do głowy, wydała się zabawną, ironiczną.
Pod koniec jej wypowiada dziewczyna odkryła, że jednak zdecydowanie taką nie była. A przynajmniej: coś się pod nią kryło, bo oto nadpłynęło wspomnienie, zduszone, zgaszone w sekundę, nawet nie przez nią, nie świadomą; za stłumionym wspomnieniem podążyła, typowa dla ocalonych z laboratoriów, fala mdłości i lęku. To było najgorsze: nie wiedziałeś nawet, czego się boisz, tylko nagła panika, tak straszna, iż miało się ochotę wyrwać sobie żyły, byleby dłużej nie czuć.
To było najgorsze, więc Felicia nagle upadła na kolana, całą siłą woli powstrzymując odruch wymiotny. Nie pozwoli sobie na takie poniżenie, nie przy Shinrze, nie tutaj, nigdy i nigdzie, nawet, może zwłaszcza, przy ojcu.
Zaniepokojony głos premiera dobiegł ją jakby z wielkiej dali. Zignorowała go po prostu, za bardzo skupiona na zachowaniu resztek godności. Próbowała oddychać spokojnie, głęboko, równo, nie myśleć o niczym, co mogłoby spowodować pogorszenie. Szef rządu przykucnął przy niej.
— Idź. — Odepchnęła go lekko. — Wszystko w porządku, to tylko... wspomnienie. Już przeszło. Jest OK... Zaraz będzie dobrze. Już mi lepiej. Tylko... odpocznę. Idź. Ubrudzisz garnitur, to dopiero będzie... skandal.
Długa chwila ciężkiej ciszy. Kobieta powoli wracała do pełni sił, dźwignęła się z chodnika. Na chwiejnych nogach, ale przecież stała. Najbardziej chłodna część jej osobowości kombinowała właśnie, jak ukryć przed dziennikarzami oczko w rajstopach, zabrudzoną spódnicę, potargane włosy, zakurzone czubki butów. Cała reszta „ja" była nadal zbyt wstrząśnięta, by zwracać uwagę na takie drobiazgi.
— Dam znać Tsengowi, niech ci przyniosą ci strój na zmianę. I tak zaraz spektakl, powinnaś się przebrać — oznajmił mężczyzna, podtrzymując ją za ramię, drugą ręką narzucając na nią marynarkę.
Miała ochotę go odtrącić, musiała jednak przyznać, że byłoby to działanie bezdennie w obecnej sytuacji głupie, bo wcale nie była pewna, czy kolana jej znowu nie zawiodą. Wspomnienie uciekło, za co na pewno należało dziękować, pozostawiło ją jednak straszliwie wyczerpaną. Przez rozważała, czy ma to jakiś związek z Zerikonadem. Potem odrzuciła myśl jako chwilowo bez znaczenia.
Dowódca turków zjawił się osobiście. „Misja o najwyższym stopniu poufności, dostarczenie damie nowego ubioru, gdy w chwili kobiecej słabości straciła stary", szeptał ironiczny głos w duszy dziewczyny. Shinra, zawsze dżentelmen, nawet gdyby miał cię zaraz rozstrzelać. Jak długo trzeba nosić kostium, by zajął miejsce duszy? I czy to trwa krócej, kiedy takowej nie „zaposiadujesz"?
Tseng był wobec Felicii uprzedzająco uprzejmy, jak zawsze. Córka Velda, córka byłego przełożonego, córka człowieka, który dla tego agenta musiał być dosłownie jak ojciec, jak mentor, jak wszystko, człowieka, którego życie było ofertą wystarczającą, by stojącego przed nią mężczyznę złamać, złamać kompletnie, całkowicie, bez możliwości powrotu. Oczywiście, że chciałby ją widzieć szczęśliwą i w blasku glorii. Oddał całe swoje istnienie panu, którego nienawidził, w podzięce za jej prawo do istnienia. Marnowanie takiego daru...
— Wszystko ze mną w porządku — zapewniła cicho szpiega. — Jak najlepszym. Tylko – straciłam równowagę. Nic mi nie jest. Dziękuję bardzo za ubrania, dziennikarze nie daliby mi spokoju. To są upiory, najczystszej wody upiory — brzmiała pogodnie, lekko, tak, jak brzmieć powinna.
Rzecz jasna, ten pewnie i tak doniesie jej ojcu, w jakiś sposób nie przekraczając granic swojej służby premierowi. Ten także o tym wiedział, w tym właśnie sęk.
Tseng odszedł prawie natychmiast, by nie przeszkadzać jej w przebieraniu się. Rufus zaoferował, że także zniknie za rogiem, ale powstrzymała go machnięciem ręki. Bez sensu. Po pierwsze, sypiali ze sobą, dawniej, a i teraz niekiedy. Po drugie, w trakcie jej terrorystycznego żywota żyła otoczona prawie wyłącznie mężczyznami, jadła z nimi, spała w namiocie, kąpała się. Po trzecie, po tym wszystkim co przeżyła z rąk Hoja oraz Fuhita nagość nie wiązała się dla niej z intymnością, nie była niczym prywatnym. Nawykła do niej. Głębiej w to uczucie wnikać nie zamierzała.
Shinra odwrócił głowę, mimo wszystko; próbował wyglądać na skrępowanego, jak przystoi dżentelmenowi. Wszystko to, razem wzięte, wywołało w kobiecie rodzaj roztkliwienia.
— Gotowam. Idziem? — zapytała żartobliwym tonem, zarzucając mu znienacka swoje brudne ciuchy na ramię.
Wywołała tym pełne najwyższej urazy skrzywienie, które tylko rozczuliło ją bardziej.
— Tak, już, zaraz, ja... Felicia! — Zatrzymał ją w alejce. — Nie chciałem – nie powinien był tego wszystkiego mówić. Nie chciałem, żebyś tak się zdenerwowała. Nie pomyślałem, nawykłem do rozmawiania z tobą... bez namysłu. Przepraszam, Elfé — słowa brzmiały, jakby ktoś mu je dosłownie wyszarpywał z gardła.
Dzięki czemu dziewczyna nie odrzuciła ich od razu jako kurtuazyjnego kłamstwa. Co mogło być celem premiera, doskonale zdawała sobie sprawę. Jeśli jednak którymkolwiek ze zdań tkwiło choć ziarno prawdy, to, cóż, nie byłoby dobrze utracić przywileje informacyjne wynikłe z faktu, że szef rząd „nawykł rozmawiać z nią bez namysłu". Wobec czego posłała mu szeroki, pełen energii i zaufania uśmiech, taki, jakim dawniej często kończyła zbiórki przed akcją:
— W porządku. Nie twoja wina, to raczej coś, co ja powiedziałam, przywołało wspomnienia. Nic się nie stało. Z nikim poza tobą nie mogę zamienić nawet jednego szczerego słowa. — To akurat było całkowitą prawdą. — Także rozumiem. I przecież wiedziałam, jak cała ta sprawa by się skończyła, od dawna wiem. Nie przejmuj się, Rufus. Skupmy się lepiej na tym, co jutro powiemy prasie. I kiedy.
Shinra natychmiast przybrał neutralny, profesjonalny wyraz twarzy.
— Po porannym zebraniu gabinetu, oczywiście, ale nie bezpośrednio, bo mamy spotkanie z Gregiem Loorem, szefem oficjalnych najemników, pamiętasz? Także możliwe, że będziemy załatwić sprawę z mediami w trakcie jednej z konferencyjnych przerw, co samo w sobie nie będzie wyglądać za dobrze. Wyślę kogoś do Priscilli, żeby się przygotowała. I porozmawiam z Tifą dzisiaj wieczorem. Tak czy inaczej, chodź. — Podał jej ramię. — Tseng ładnie dobrał ci ubrania, na premierze wszyscy fotoreporterzy zwrócą się w twoją stronę, uroczy mały sztylecie, który kiedyś znajdę w swoich plecach.
Ostatnie zdanie było rzucone bardzo kpiąco, ale i tak sprawiło, że ciarki przeszły jej po krzyżu. Jeśli premier jej nie uwierzył, jeśli dalej węszy spisek, to jego zachowanie w trakcie spotkania z mediami będzie nieprzewidywalne. Że zimna wściekłość czy uraza Rufusa może przynieść szalone wręcz szkody, przekonali się zaś niejednokrotnie. Co oznaczało, że jutro czeka Felicię naprawdę ciężki dzień. I że powinna porozmawiać z ojcem, co wszakże dodatkowo podminuje szefa rządu.
„Może to i banał, książę" pomyślała „lecz nasze życia są faktycznie dokumentnie, totalnie, absolutnie porąbane".
'
'
Elena przychodziła ostatnio nie tylko do obu dzieci, niekiedy prosiła, by „dzielnica" zatrzymała Aynę. Dzięki temu turk mogła porozmawiać z chłopcem sam na sam. Szczerze powiedziawszy, kobieta nie była wcale pewna, czy to całe przepytywanie cokolwiek da. Owszem, mniejsze dziecko nie dawało rady wytrzymać w milczeniu, czasem odpowiadało na pytania, czasem wyrzucało z siebie niezręczne obelgi – właśnie po tej niezręczności agentka poznała, że dziewczynka prawdopodobnie starała się chronić brata przed twardym ulicznym życiem. Ciekawe, zważywszy, iż sama szefowała całkiem nieźle zorganizowanej bandzie dzieciaków, żyjącej głównie z przeszukiwania śmietników, wyszukiwania „artefaktów" w strefach mako i drobnych kradzieży. Pewnie też ze stręczycielstwa, okazyjnie. Niewiele osób z „tych sfer" tego nie robiło, zwłaszcza w pierwszych latach po Meteorze. Jedzenie przed godnością, jak mawiał Reno. Nadal – dość bezwzględna działalność jak na trzynastolatkę. I dziwna ckliwość w stosunku do Dessa.
Z drugiej strony, gdybym, myślała szpieg, straciła wszystko, gdyby został mi tylko jeden człowiek, czy też nie zrobiłabym wszystkiego, żeby jego jednego ochronić przed światem? Czy nie tak właśnie zachowała się Rosalind, jej starsza siostra? Czy nie tak w pewnej mierze zachowywał się obecnie Tseng?
Im jaśniej wyglądała jej prywatna przyszłość, tym bardziej ciemniał horyzont zawodowy, a przynajmniej takie miała wrażenie. Szef próbował ją oszczędzać, właśnie dlatego Reno badał teraz trop, prawdziwy trop, w kanałach, ona zaś siedziała tutaj, prowadząc przesłuchania, które od tygodnia pozostawały tak samo bezskuteczne. Popieliska naprawdę powiedziały wszystko. Ayna, nawet jeśli coś wiedziała, będzie milczeć jak grób. Jej brat może coś czasem chlapnie, ale on z kolei nic nie wie.
Elena westchnęła w duszy, przesuwając książeczkę z obrazkami w kierunku dzieciaka. Może to zaciekawi. Może przełamią lody. Przynajmniej nadkruszą. Póki co wszystko, łącznie z podsłuchem, okazywało się zawodne: dziewczynka domyśliła się, że turk mogła taki zostawić. Co prawda, mimo przeszukania pomieszczenia, nie znalazła pluskwy, zakazała jednak Dessowi rozmawiać „na jakiekolwiek poważne tematy" w domu. Od tamtej pory rodzeństwo trzymało się reguły rozmawiania jedynie na ulicy z żelazną konsekwencją, w mieszkanku wymieniając tylko nieistotne, drobne uwagi u przysłowiowej pogodzie.
Chłopczyk obrzucił podawany przedmiot nieufnym spojrzeniem. Cóż, nieufność też nie była najgorsza, mogła być początkiem ciekawości, próbowała pocieszać się agentka, zaraz ganiąc te próby. Żałosne. Była w końcu turk, nie? Powinna mieć trochę więcej honoru, być w stanie spojrzeć prawdzie w oczy. Nawet, jeśli prawda wyglądała tak, że nie radzi sobie z powierzonym zadaniem, zadaniem też drugiej rangi.
„Lepiej byłoby wysłać którąś z tych nowych, znają okolice, przeszły to samo piekło, co te dzieciaki, może łatwiej byłoby im się dogadać" wyszeptał po raz enty złośliwy głos w jej umyśle „ale Tseng posłał ciebie. Bo nikomu innemu prezydent nie ufa, jak twierdzi, ale przecież to bujda, prezydent najmniej ufa właśnie naszej czwórce. Tseng pilnuje prezydenta, chłopaki są w trakcie prawdziwej, ważnej, niebezpiecznej akcji, a ja? Że to niby nie robota dla kobieta? Ta nowa, Tania, jest z nimi w kanałach. Ona, oczywiście, nie jest damą, ale ja też nie, ja jestem turk, jak oni, udowodniłam to miliony razy, zniosłam to samo – czy oni myślą, że Kadaj i spółka oszczędzali mnie, bo jestem kobietą?". Westchnęła w duszy. To nie o płeć chodziło, raczej o przywiązanie szefa, który powoli, powolutku, zaczynał w niej widzieć chyba coś więcej niż rodzaj pocieszenia, aczkolwiek traktowanego z delikatnością i odpowiedzialnością, po Aerith. Nie-Aerith. Walczyła przez lata, żeby to zmienić; beznadziejnie zakochany podlotek, jak teraz o tamtej sobie myślała. I zmieniła. I mogła zacząć mówić, że jej związek z Tsengiem zaczyna mieć poważniejsze, stabilniejsze perspektywy, jakiekolwiek perspektywy.
Spełnienie życzeń, jak zwykle, nie przyniosło szczęścia, tylko kolejne problemy. Do dowódcy, razem z nowym uczuciem, wrócił bowiem strach. Aerith zginęła prawie na jego oczach, przez jego błąd; Elenę torturowano na jego oczach, również nie bez jego winy. Mężczyzna mógł udawać zimnego jak głaz – nie była to nawet tylko poza – mógł sam sobie nie zdawać sprawy z istnienia problemu, ale dziewczyna zauważyła. Zmiany w przydzielanych jej obowiązkach, coraz bezpieczniejszych. Odsuwanie od naprawdę „ostrych" akcji. Analiza, przesłuchania, ochrona prezydenta na bankietach, same bankiety, rozmowy z gośćmi, jednak już rzadziej penetracja środowisk przestępczych pod przykrywką. „Twój wygląd jest mylący, znasz dobre maniery, umiesz świetnie udawać niewiniątko, doskonale się nadajesz do wyciągania informacji oficjalną drogą. Nikt inny tego nie zrobi. Nie ma powodu, żeby marnować twoje umiejętności na polu bitwy, z tym wszyscy dajemy sobie świetnie radę", tak to ujmował. Ha. Doskonała wymówka, doskonała racjonalizacja, pewnie sam w nią wierzył.
Kobieta nie. Co stawiało ją przed irytującym wyborem – praca czy wymarzony, ukochany, wychuchany i najdosłowniej pazurami wywalczony związek – który z kolei wolała obchodzić, marudząc Rude'owi i sobie samej na rycerskość Tsenga, seksizm tajnych służb, stereotypowe przekonanie o słabości piękniejszej płci. Wolałaby, zdecydowanie wolałaby, żeby o to chodziło: wówczas mogłaby po prostu udowodnić swoją wartość, znowu, jak to zrobiła na samym początku. Jeżeli problem leżał w tym, iż obecnie dla dowódcy stanowiła wartość za dużą, to cóż, znajdowała się w kropce. Zwanej wyborem.
„Tragedia: konflikt dwóch równoważnych wartości" przypomniała sobie. „Tragedia, jasne" skomentowała w myślach zgryźliwie „melodramat raczej, tania telenowela". W takich produkcjach zwykle rozwiązaniem okazywała się magiczna rozmowa, szczerze opowiedzenie o emocjach, lękach, stanie faktycznym. Niestety, życie niespecjalnie przypominało radiowe romansidła albo poradniki psychologiczne – rozmowa mogła równie dobrze wszystko skomplikować, mogła zostać źle zrozumiana, mogła sprawić, że dziewczyn wyjdzie na idiotkę, stawiającą uczucia przeciwko racjonalnym argumentom, mogła zakończyć się stwierdzeniem, że szef nie umie inaczej, co znowu skaże ją na wybór, mogła...
— Nie nudzi się tak pani? — spytał nagle Dess. — Przykro mi, że musi pani ze mną siedzieć, na pewno ma pani lepsze rzeczy do roboty. Ja naprawdę nic nie wiem — dodał cichutko — Ayna też nie. Widzieliśmy tylko Krina i tych SOLDIER, którzy zginęli. Wszystko powiedzieliśmy już wcześniej. Może pani iść, przecież nikomu nie powiem, że pani wyszła wcześniej. Pani przecież też ma swoją pracę, ważną pracę — głosik brzmiał niemal błagalnie.
Sprytne, uznała Elena, całkiem sprytne zagranie. Gdyby była policjantką, nie turk, gdyby była mniej zmotywowana, może by zadziałało. Miała wszakże co nieco do udowodnienia mężczyźnie swojego życia, a to naprawdę dodawało energii. Zakochanie, prawie perpetuum mobile.
Dzieciak popełnił więc drobny błąd. Zaczął mówić. Sporo. Z pewnymi emocjami, nawet nie do końca wrogimi. Przestrach, zmęczenie, jakiś rodzaj szczerego poczucia winy, nie do końca wiedziała, za co. Mogła się jednak od czegoś odbić, wreszcie.
— Daj spokój. Szef by się dowiedział i mnie zabił, przecież wiesz. Na pewno o tym słyszałeś. Moją pracę się kończy w trumnie. Nudzi mi się, jasne, komu by się nie nudziło? I przykro mi, że ty się musisz ze mną użerać. Przecież ja też wiem, że wszystko powiedzieliście, co mielibyście wiedzieć więcej? Toż Krin się nie zwierzał twojej siostrze, małej, pyskatej dziewczynce z ulicy. Dla niego to pewnie była smarkula, nie?
Chłopiec wzruszył ramionami. Milczał. Zmieniła więc taktykę, pojąwszy, że za bardzo przyspieszyła.
— Słuchaj, może mi opowiedz wszystko raz jeszcze, co? Może być identycznie nawet, chodzi tylko o to, żebym miała co napisać w raporcie, inaczej będę was nachodziła do samej mojej śmierci, rychłej zresztą, jeśli nie będę miała wyników. Sam wiesz, jak to u nas jest. Jeśli wypełnię setki stron raportów, to choćby każda była identyczna, będę kryta – nawiązałam kontakt, wykonałam zadanie, to wy nic nie wiecie – taka jest prawda, nie? Także jeśli chcesz mi pomóc i zabić nudę, to opowiedz mi. Nic nowego — dodała szybko — wiem, że Ayna by sobie nie życzyła. Ale przecież nic się nie stanie, jeśli powtórzysz mi wszystko raz jeszcze, zupełnie tak samo? W końcu to już teraz wiemy, nie?
Mały otworzył oczy, gdy wspomniała o zabiciu jako karze za błąd. Ewidentnie przerażony, ewidentnie pełen winy. Uwierzył. Plotki o bezwzględności psów korporacji bywały przydatne. Dess się jej przyglądał, rozdarty. Po raz pierwszy tak wyraźnie. Mur, stworzony przez jego siostrę, jeszcze nie upadł, lecz pojawiły się na nim rysy.
Agentka wróciła do namawiania, dorzucając, że jeśli nie chce, to może chociaż zatrzyma kolorowankę, soczek, kredki, cokolwiek; to też będzie mogła wrzucić do raportu, zapisać go jako źródło informacji, a przedmioty jako zapłatę. Pokręcił głową, mamrocząc, iż Ayna będzie wściekła, jeżeli zobaczy jedną z takich rzeczy w domu, naprawdę wściekła. Szpieg nie rezygnowała – to może chociaż zagra z nią w karty? Podciągnie to pod inne czynności operacyjne, on nawet sobie nie wyobraża, jak jej to pomoże, życie jej wręcz uratuje...
Dzieciak nie powiedział tak, dzielnie stawiał opór, mnożąc argumenty. Wyrażał też jednak żal, przepraszał, biło od niego strachem – nie chciał mieć kobiety na sumieniu. Cóż, odgradzanie go od świata ulicy nie wyszło Aynie na dobre, przemknęło przez głowę Elenie. Nie rezygnowała z próśb, propozycji, negocjacji: skoro tamten już mówił, już się wahał, tłumaczył, smucił, to mogła być właściwie pełna, że w końcu ulegnie, jeśli nie jutro, to za dwa dni, jeśli nie za dwa, to za trzy. Tseng z pewnością będzie zadowolony, prezydent... cóż, prezydent nie bywał z nich zadowolony nigdy, nieufny, balansujący na skraju zimnego szaleństwa, tej okrutnej choroby dyktatorów. Trudno. Przyzwyczaili się.
