Aneczka mi przypomniała, że chce następną część. Mamy ją, a juści.
Wysokie pomieszczenie, sklepienie gwieździste, piękny przykład architektury w stylu późnego Słonecznego Imperium. Jedna z nielicznych takich zachowanych świątyń, mocno podupadła: przez dziury w rzeczonym sklepieniu wpadała woda, powodując gnicie malowanych ścian, odpadanie mozaiki. Niestrzeżone, a pewnie piękne kafelki już dawno rozszabrowano, taki sam los spotkałby prawdopodobnie wszystko, nawet beton i konstrukcje nośne, gdyby nie zabobonny lęk okolicznych mieszkańców. Który najwyraźniej nie przeszkodził im w wybiciu kilku witraży. Wyrwy w obrazie, luki w opowieści – nagie światło, blade i żałosne właśnie jak ludzka nagość, pośród tego strojnego w kolorowe, odświętne szaty. Tamarze zawsze łamało się serce, kiedy tutaj wchodziła.
Nieco irytował ją też fakt, iż wybór dawnego miejsca kultu zapomnianego, osobowego, antropocentrycznego bóstwa na lokalizację najbardziej uroczystych, tajnych spotkań sekty był poza tym tak oczywisty, że niemal pretensjonalny. Łatwy do wyśledzenia, gdyby ktokolwiek z rządzących miał czas dbać o renowację lub choćby obserwację zabytków.
Kilkunastu obecnych siedziało na podłodze – ławek w tym miejscu nie widziano od setek lat, aczkolwiek Gnossi dałaby głowę, że wystarczyłoby przeszukać strychy okolicznych wiosek, by odnaleźć przynajmniej ułamek zguby. Wszyscy przybyli, poza nią, zbili się w jedną grupkę na środku, rozmawiali przyciszonymi głosami, niektórzy z przymkniętymi oczami zmawiali modlitwy. Kobieta wolała stać z boku, w cieniu grubych, ośmiokątnych filarów. Podziwiać sklepienie, znajdować ślady starych przesądów wplecione w budowlę, niekiedy z dwa słowa antycznego rytuału, prawie całkiem zatarte przez wilgoć.
Była religioznawcą z wykształcenia. W innym czasie, w innym życiu, pewnie zostałaby na uniwersytecie, badała pradawne i nieco młodsze kultury – ludzkie kultury. Studia nad Planetą czy Cetrologia nigdy jej nie interesowały. Mogłaby coś o nich powiedzieć, rzecz jasna, sporo nawet, jednakże raczej w imię zasady „poznaj swojego wroga". Jeśli bowiem, jak twierdziły tamte przekazy, Gaja jest zainteresowana przetrwaniem swoim, nie człowieka – całkiem racjonalnie z jej strony – to w oczach Tamary była potencjalnym nieprzyjacielem. Z takim podejściem kobieta mogłaby, poza pracą naukową, spokojnie pracować dla korporacji, zwłaszcza, że pochodziła z rodziny o tradycjach inżynierskich. Wszystko miało się tak ładnie połączyć, wszystko tak ładnie się zaczynało...
Strząsnęła przeszłość jednym ruchem głowy. Minione nic nie znaczyło, nie w wymiarze działań. Wymiar motywacji, sensu, zainteresowań – to całkiem co innego.
Uderzono w bębny, zabrzmiały piszczałki, grupa poderwała się na nogi. Początek rytuału. Rzecz, podobnie jak cały ceremoniał, pierwszorzędnie zrobiona pod względem socjotechnicznym, Gnossi musiała przyznać. Pewne fragmenty można byłoby poprawić, ale zawsze jest coś do poprawienia, a niektóre ze zmian średnio pasowałyby do przyjętego „programu religijnego". Wziąwszy pod uwagę świeżość sekty oraz idącą za nią żarliwą, stosunkową głęboką – także w sensie wiedzy – wiarę członków, wywołałoby to niepotrzebny ferment. Na złagodzenie wymowy, dostosowanie „pod publiczkę" i czystą, nieskrępowaną propagandę przyjdzie czas, kiedy – jeśli – zostaną jednym z większych wierzeń, dominującym kulturowo przynajmniej w niewielkich regionach.
Ten dystans intelektualny sprawiał, że, chociaż uczciwie, z zewnętrznymi oznakami zaangażowania nawet, wykonywała czynności sakralne, zawsze trochę wyróżniła się z na wpół opętanego tłumu. Nie próbowała także wchodzić w żadne mistyczne unie. Zwierzchnicy religijni, wiedziała, nie byli z tego zadowoleni – cenili wszakże jej umiejętności, kontakty, wiedzę, pewnie też pieniądze.
Sednem rytuału, jak zwykle, były modły, czyli prośby o rychły powrót Pana, sąd, a potem początek nowego, lepszego świata. Klasyka. Niektórzy dorzucali własne intencje, powiązane z życiem prywatnym albo mistycznym – o doznanie unii, o łaskę ujrzenia Boga, o to, by wiara przemieniła się w pewność. Wszystko nadal typowe. Gdzieś po drodze ofiary, zgodnie z odwiecznym schematem, dzisiaj rośliny, niekiedy zwierzęta – podobno odpowiednia formułka wystarczyła, by ich śmierć wzmacniała nie Lifestream, a Srebrnego Boga, Tamara odmówiła ją nad Krinem – dym z kadzideł, materia, mako, jak zawsze pełno duszy Planety we wszelakich formach, niepokojący blask, wybuchy płomieni. Efektowne obrazy, odurzające zapachy, uderzająca muzyka, wspólny, narastający śpiew. Pięknie, jak należy.
Na koniec zgromadzeni dostali swoją przepustkę do raju, leciutki, wyprodukowany w laboratoriach środek odurzający. Zwiększał wrażliwość na „Głos Gai", wzmacniał połączenie z Lifestreamem. Nie na tyle, by wywołać prawdziwą jedność, nie na tyle, by usłyszeć prawdziwe wskazówki lub poczuć emocje tego konglomeratu duchów, lecz wystarczająco, by dać miłe wrażenie jedności, lekkie odurzenie, zachwycenie życiem – poparcie tez wiary. Przy naturalnej wrażliwości efekty mogły być lepsze, niektórzy niemal słyszeli koherentne, prawdziwe szepty Planety (wizje większości należały do grupy najzwyklejszych majaków, spowodowanych przez substancje psychoaktywne, które dodawano do środka, by uczynić go… przystępniejszym). Takich szybko zauważano, posyłano dalej, pozwalano na korzystanie ze znacznie silniejszej chemii. Przywilej.
Gnossi, jako całkiem wysoko postawionej, także przysługiwał, niejako z urzędu, jednak odmawiała brania najsłabszych nawet substancji. Nie zamierzała popadać w uzależnienie. Nie zamierzała tracić kontroli. Nie chciała rezygnować z wygodnej, religioznawczej perspektywy na rzecz fanatycznego opętania.
Tak skończyłoby się sięgnięcie po zabawki naprawdę łączące z Lifestreamem, czy to z wolą Gai, czy to z Panem. Nie uzależniały może fizycznie, nie wszystkie, nie powodowały obniżenia sprawności intelektualnej lub fizycznej, jednak samo dotknięcie takiej potęgi... Mogłeś uwierzyć albo zwariować. Kobieta nie pragnęła ani jednego, ani drugiego.
— Chodź — mruknęła, wynurzając się nagle przed nią, ruda, piegowata, przysadzista Ella, pełniąca funkcje między pokojówką a posłańcem — chcą cię widzieć.
Zwierzchnicy siedzieli w części pełniącej dawniej funkcje pokoju przygotowań przed liturgią. Kobieta, dwóch mężczyzn, wszyscy nadal w ciemnych, powłóczystych, ceremonialnych szatach, ona umalowana – ciężki, czarny makijaż naokoło oczu, wzory na rękach. Nieco zamglone spojrzenia, kwestia rozkojarzenia duchowego raczej niż wpływu fizycznego; rzecz typowa dla tych, którzy narkotyzowali się od dawna, na tyle wszakże niewielkimi dawkami, by zachować jasność umysłu.
Wprowadzona kobieta złożyła głęboki ukłon, do ziemi. Czekała.
— Wstań, Tamaro — rozkazał w końcu jeden z mężczyzn. — Ty, Elle, wyjdź, proszę — szmer grubych kotar, pełniących funkcję drzwi.
— Słucham — szepnęła Gnossi, nadając uroczyste brzmienie słowom; ceremonialne „słucham" znaczyło tyle co „jestem", ale też „czuwam", „jestem posłuszny".
— Głos Pana spływa na nas i przez nas mówi, ci, którzy Go usłuchają, ocalą siebie na wieki wieków. Słusznie czynisz, że Go nasłuchujesz i słuchasz — nadal ten sam mężczyzna, drugi kapłan, Sodiasz. — Słusznie czynisz, że czekasz na Jego wezwanie, gotowa wyrzec się siebie; kto bowiem spróbuje zachować się, nieodwołalnie się utraci, kto zaś się poświęci, odzyska siebie i zachowa na wieki. Czy słuchasz takiego rozkazu?
— Teraz i zawsze, słucham.
— Zaiste — skoro formuły już padły, mogli przejść do rzeczy. — Wieści o twoich czynach wyprzedzając cię, siostro, wyprzedzają nawet twoje raporty. Gratulujemy ci i dziękujemy Panu, że pobłogosławił cię sukcesem. Nie śmielibyśmy prosić Pana o lepszy przebieg tej świętej misji.
— Dziękuję, bardzo dziękuję. To był dla mnie zaszczyt, móc służyć Jego zemście — niewątpliwą zaletą sekty było, że poza oficjalnymi sloganami, stosunki wśród bardziej wtajemniczonych panowały dość demokratyczne; żadnych tytułów, sprawy przedstawiane prosto, choć zwykle w religijnej otoczce – większość szczerze wierzyła.
Na chwilę zapadła cisza. Woda kapała z dachu, obijała się o kamienie. Przenośne lampki rzucały małe kręgi przytłumionego światła, świece migotały – wszystko to chwiejnie, niepewnie, koślawo wydobywało ludzi z mroku komnaty,
Milczenie przerwała najwyższa kapłanka, Sara, niska, korpulentna, o wydatnych wargach, płowych włosach tudzież szarych, prawie bezbarwnych oczach, tylko po zażyciu dużych ilości rytualnych środków rozbłyskujących niekiedy odpryskiem zieleni. Była to przy okazji, jak Tamara wiedziała, nieprzejednana fanatyczka, niespecjalnie lubiąca religioznawczynię: za uwagi, sposób bycia, odmowę narkotycznego mistycyzowania, całokształt.
— Twoje działania cieszą serca nasze, całej wspólnoty i Pana, twoja postawa wszakże budzi zaniepokojenie zarówno Rady jak niektórych wiernych. Doszły nas słuchy...
— Szpicle i donosiciele — przerwała jej bezpardonowo brunetka; jeśli ich wzajemna niechęć była tajemnicą, to tylko poliszynela — nie tworzą dobrej atmosfery we wspólnocie. Burzą zaufanie. Jeśli nie wierzę tym, którzy usłyszeli głos, komuż mogę?
Dramatyczne zakończenie, połączone z oficjalnie wyrażonym lękiem o zgromadzenie, złagodziło najwyraźniej wymowę pierwszych słów, bo pozostali, widząc urażoną minę kapłanki, zaczęli ją mitygować gestami.
— Nikt nie mówi o braku zaufania, Sara ujęła to może zbyt bezpośrednio — spróbował załagodzić najwyższy, najstarszy członek grupy, Adam, zręczny orator — chodziło nam raczej o wrażenie wykluczenia, pozostawania poza, jakie może wywoływać twoje działanie. Jesteś jedną z naszych najbliższych, najdroższych wyznawczyń, troszczymy się o ciebie. Jedyny niepokój, jaki odczuwamy, to ten, czy dobrze czujesz się w naszej wspólnocie. Twoja stała odmowa uczestnictwa w najważniejszych rytuałach boli nas i głęboko smuci. Zwłaszcza dlatego, że znamy głębię twojej wiary, twoje bezgraniczne oddanie. Nie widzimy zatem przyczyny innej niż... psychologicznej proweniencji, z pewnością całkowicie nieuzasadnionej. Z całego serca pragnęlibyśmy, byś doświadczyła pełni bogactwa metafizycznych przeżyć, jakie czekają na słuchających Pana.
„Ładna przemowa" skomentowała w duchu Gnossi, wstrzymując cyniczny uśmiech przed wpełznięciem na wargi. Być może rzeczywiście nie chodziło o zaufanie, nie tylko: mogli obawiać się, że jedyna całkiem trzeźwa członkini wyższej hierarchii kiedyś ich zrzuci ze stołków, mogli widzieć w tym nową, nieznaną, więc niebezpieczną, duchowość, mogli sądzić, iż „odloty" czerpie z innego źródła.
Obecnie jej wykonywanym zawodem był w końcu obrót lekami na czarnym rynku, rozkwitłym po Upadku, kiedy nagle nie tylko półświatek, lecz także zwykli obywatele, zaczęli potrzebować pozapaństwowej, nieoficjalnej opieki medycznej. Ta legalna ledwie funkcjonowała. Tamara całkiem nieźle radziła sobie w tej niszy – nawet obecnie, po powstaniu rządu i pewnym ustabilizowaniu sytuacji, cywilny drugi obieg farmaceutyczny trzymał się doskonale.
— Nie czuję się godna — odpowiedziała tymczasem cichym, stłumionym głosem; stała wymówka. — Nie mam prawa. Moja wiara, jakkolwiek bym nie próbowała, zawsze skażona jest cynizmem, moje ręce splamione przynależnością do ShinRy, moja pokuta nie dość...
— Większość z nas miała kontakt z korporacją, wielu znacznie bliższy — przerwała jej bezlitośnie Sara. — Co do twojej pokuty, zostaw ją Panu. Czym jesteś, że śmiesz decydować o jej wartości? Wszystko w Jego ręku, sędziego i zdobywcy cnót, wzoru i mistrza – Jego siła wybawi nas z otchłani prawdziwej śmierci, czy sądzisz w swej pysze, że twoje akurat grzechy są dla niej zbyt wielkie?
„Dobre sobie «wybawi», przecież Jemu w ogóle nie zależy na naszym bycie, ślepa, zakochana idiotko" pomyślała kpiąco brunetka, układając już usta do pokornej odpowiedzi:
— Nic nie jest zbyt wielkie dla Pana, lecz wybór jest kwestią mojego sumienia. Nasza wiara zaś nie zakłada przymuszania wyznawców do brania udziału w czymkolwiek, zwłaszcza w spożywaniu eksperymentalnych środków. To byłoby... niezgodne z naszą ścieżką, gdybyśmy czynili to, za co słusznie szukamy zemsty.
Głos pokorny, ale strzał, widziała to po ich zmieszaniu, celny.
— Nikt nie chce cię zmuszać — znów ciepło zaapelował Adam. — Nikt nigdy cię do niczego nie zmusi. Jesteś wszakże istotną składową naszej wspólnoty, nigdy o tym nie zapominaj – polecamy Cię uwadze, pamięci i łasce Pana, zawsze.
„Będę się miała z pyszna, jeśli kiedykolwiek na mnie naprawdę padnie".
— Zważywszy na twoje ostatnie osiągnięcia, widoczny znak błogosławieństwa, pragniemy, prosimy, byś nachyliła ucha, bo oto nadeszła chwila naszej chwały, tobie zaś przypadnie uroczyste posłannictwo...
„Najpierw wypominanie, groźby, potem prośba? Za stara sztuczka, moi drodzy".
— Działania zdrajców przekroczyły wszelkie rozmiary bezczelności, ich bluźniercze zachowanie uderza o niebo i rani serca wiernych. Gałąź, która nie przynosi owocu, a wręcz rozsiewa zgniliznę, musi zostać odcięta, aby choroba nie ogarnęła całego ciała. Ta grupa odszczepieńców z Edge'u sprzeciwiła się woli Pana, postawiła także nas wszystkich w niebezpieczeństwie – Krin poniósł już karę, ale to nie wystarczy, jego trup będzie zbyt wyraźnym tropem, poza tym, jedno laboratorium musiało zostać zamknięte. Zarówno my jak nasi... przyjaciele z wydziału naukowego ze smutkiem przyjmujemy jedyną możliwą decyzję, widzimy wszakże jej konieczność.
Tamara wykorzystała sekundę, w której przemawiający nabierał powietrza, by wtrącić krótkie, brutalne podsumowanie:
— Mam wyeliminować departament w Edge'u? Wszystkich, którzy nie należą do naszego stronnictwa, wszystkich powiązanych z Fedettem czy tylko grupę Foski? — to ostatnio miało sens, ich działania doprowadziły do sporych problemów.
— Wszystkich ludzi Fedetta — odpowiedziała Sara.
— Tylko ludzi Foski — rzucili unisono pozostali.
„Kolejne podziały, pięknie. Panowie, potężnego Kościoła tak nie zbudujecie" myślała Gnossi, słuchając ożywionej dyskusji, prawie sprzeczki. Naukowcy i dział od zorganizowanej przestępczości ochoczo wydali zgodę na zlikwidowanie nadgorliwego odłamu, Tylko jego. Kapłanka uważała, że to świetny moment, by rozpocząć marsz o władzę, wykończyć także „niewierne" cywilne oddziały w Edge'u, wykorzystać zamieszanie, zabić kilku głównych brużdżących przywódców oraz paru niepokornych badaczy, ostatecznie zapewnić religijnej części „mafii" naczelne miejsce.
„Ogon kręcący psem" syczała Sara, opisując wydziały cywilne i brunetka ledwie wstrzymała uśmiech. Oni prawdopodobnie myśleli w ten sposób o sekcie, kiedy parę lat temu zaczęli z nią współpracę – owocną dla obu stron, trzeba przyznać. Wiedza wprost z laboratoriów ShinRy, sztuczki socjotechniczne oraz twarde przywództwo pozwoliło skonsolidować dotąd rozproszone wierzenia, z pojedynczych rodzin uczynić kilkutysięczną wspólnotę. Naukowcom dało dodatkowe pieniądze, oddanych ludzi, króliki doświadczalne – a wreszcie sposób kontaktu z Lifestreamem tudzież Sephirothem, dwoma bytami, które tamci pragnęli... zbadać.
„Biedactwa" ironizowała w duchu Tamara, podczas gdy Adam próbował wytłumaczyć fanatycznej koleżance, iż są jeszcze za słabi na taki ruch, mogą doprowadzić do schizmy, nie dadzą sobie rady z logistyką grupy przestępczej, negocjowanie wpływów idzie nieźle, tamci ustępują; „biedactwa, nie wpadli na to, że byty niewątpliwie w jakimś sensie wyższe, nieśmiertelne a łaknące zemsty, niekoniecznie będą chciały z nimi grzecznie współpracować; że religijni przywódcy wykorzystają ich jako żywiciela, od początku zakładając zdradę; aroganccy, zaślepieni własnym geniuszem idioci. Jak paradoksalnie".
Kapłanka doszła już do oskarżeń najcięższego kalibru, o tchórzostwo, zdradę, brak wiary. Mężczyźni powoli milkli, spłoszeni. Owszem, rada podejmowała decyzje demokratycznie, jednak kobieta miała wielki wpływ na wyznawców, dobre kontakty z „prorokami", z łatwością mogła podburzyć tłum, pozbawić dwóch pozostałych władzy albo i życia. Gnossi to nie cieszyło, doskonale widziała ich rację, potrzebowała zaś wygranej sekty, nie tylko ze względu na własne bezpieczeństwo – wiązała z nią spore plany, nie chciała, by ponad dwa lata pracy poszły na marne.
— Może po prostu zabiję Foskę, a resztę wydam ShinRze albo policji — wtrąciła więc, próbując znaleźć wyjście, najlepsze dla niej wyjście — nie znają nikogo poza nim, nic nie powiedzą, najwyżej otruję jeszcze kilku... Rzecz załatwimy wtedy czysto, elegancko, bez potrzeby ruszania innych. Są przydatni naszej sprawie, zwłaszcza Fedett, Saro. Rozumiem twoje pragnienie, podzielam je, ale trzeba nam czekać pokornie, aż usłyszymy...
— Jedynym pragnieniem Sary — padło nagle od wejścia; obrócili się, zmieszani, by ujrzeć Elię, wysoką, jasną blondynkę o kształtach seksbomby; pracowała jako prostytutka dla Dona — jest zaspokojenie własnej pychy. Sprowadzi klęskę na wiernych, przyspieszając plany Pana, tylko dlatego, że pragnie swojej sławy, chce rządzić i nie może się doczekać władzy – a prawdziwie rządzi jedynie Pan! — warknęła. — I choćbyśmy mieli umrzeć, nim dane nam będzie zobaczyć Jego chwałę, to taki wyrok przyjmiemy z rozkoszą!
Wydęła wargi, jak naburmuszone dziecko, zupełnie nie erotycznie, co u tak wytrenowanej pani do towarzystwa dziwiło. Oczy jej błyszczały, jak u SOLDIER. „Jest na haju, ćpunka" pomyślała zgryźliwie brunetka „dobrze chociaż, że powstrzyma tę drugą wariatkę, nikt nie waży się zaatakować mistyczki".
Elia, poza swoją przyziemną pracą – wielu członków sekty, jak zwykle w pierwszych dekadach istnienia nowego ruchu religijnego, stanowili ludzie z marginesu, przegrani, złamani życiem – była jedną z najgorliwszych czcicielek. Brała narkotyki niemal od początku, w dawkach, które innych doprowadziłyby do szaleństwa lub śmierci. Zapewniały podobno dziewczynie połączenie z Panem, prawdziwą unię, możność słuchania Głosu, czucia całego świata. Dar prorokowania także, więc takich jak ona, odurzonych świętych, inni wyznawcy otaczali czcią. Elia nawet wśród tej kasty uchodziła za wyjątkowo błogosławioną. Nikt nie śmiałby podważać jej słów, zwłaszcza tych, które wypowiadała ewidentnie w „innym stanie świadomości".
— Elio — głos Sarze drżał — jeżeli widzisz to we mnie, gdzieś na dnie, to z pewnością masz rację, niechże mi Pan wybaczy, ale przysięgam, moje świadome pragnienia związane są tylko z dobrem wspólnoty, moje propozycje wynikiem oburzenia... Elio, ty z pewnością widzisz, to, co i ja dostrzegam, Elio, kochanie, dziecko...
— Elio. Dziecko — powtórzyła tamta z rodzajem kpiącego namysłu.
A potem się uśmiechnęła. Przerażającym uśmiechem, który był jej i nie-jej, wykonany jej mięśniami, jej twarzą, ale ułożoną w maskę, której tamta nigdy nie przybierała, jakby ktoś inaczej niż zwykle kształtował plastyczną masę. Tamara potrzebowała ułamka sekundy na zrozumienie, że gdzieś już to widziała, kolejnego na dopasowanie...
...Jej rodzice byli inżynierami, chadzali więc na wielkie, doroczne bale ShinRy, z tysiącami pracowników zagnanymi jak barany oraz wierchuszką, machająca do nich, pokazująca najnowsze zdobycze techniki, potem znikającą w ekskluzywnej strefie...
Zaschło jej w gardle, nogi ugięły się same, niemal upadła, wyprowadziła jednak, ze strachu raczej niż opanowania, gest do uklęknięcia („a co jeśli On wcale nie chce, by klękać, jeśli się myliliśmy, jeśli On wie, jeśli... zmiłujcie się nade mną"). Chciała coś powiedzieć, coś zawierającego zarówno „bahamucia krew" jak „nie zabijaj, błagam", jednak nie mogła wydobyć głosu z gardła. Czuła zdumione spojrzenia pozostałych na sobie, nie zwracała na nie uwagi, cała skupiona na Elii – nie, już na pewno nie Elii, nie w tej pozie, nie z tym wyrazem twarzy, naraz, w reakcji na zachowanie brunetki, skupionym, jakby przywołującym, ale z arogancką pewnością, że przywoła.
— Córka państwa Gnossi — oznajmiła po chwileczce dziewczyna; głos był jej, ale nie modulacja. — Przedstawiona mi na balu.
„Razem z tysiącem innych rodzin kierowników" przemknęło zalęknionej przez głowę „On faktycznie musi mieć pamięć absolutną, a to jest, to jest...".
— Unio Mystica. Dewekut — wyjąkała, sama nie wiedząc, po co te profesjonalne popisy. — P-panie.
Do reszty chyba zaczynała dochodzić powaga sytuacji, bo nagle rzucili się na ziemię. Sara nawet biła czołem, mamrocząc modlitwy.
— Takie ładne określenia — potaknęła nawiedzona. — Chyba je wolę od „kopii". Porozmawiałbym o nomenklaturze chętnie, lecz nie mam za wiele czasu, to słabe ciało... Bardzo podatne, wszakże — ach, ta zimna, okrutna satysfakcja w głosie, jakby mówiąca – mówiący – smakował ich przerażenie.
Tamci szeptali formułki absolutnego poddaństwa, Tamara jednak nie mogła wymówić nawet tyle, po umyśle krążyły jej strzępki definicji, teorii, pojęć, historii oraz faktów, jakby szykowała artykuł. Nie, żeby Pan zwrócił na to uwagę, chociaż dostrzegł, musiał, wątpiła, czy czegokolwiek nie dostrzegał.
— Nic nie będziecie przyspieszali, oczywiście. Nie po to prorocy przekazują moją wolę, byście ją naruszali w imię waszych drobnych interesów – i tak nie pojmiecie wielkiego planu. Choćby miał zająć tysiąc lat, cóż wam do moich pragnień? Cieszcie się statusem wybranych i baczcie, byście go swoim... pochopnym zachowaniem nie stracili — szmer przeprosin, błagań, skomlenie Sary. — Głupcy. Śmiertelni głupcy. Naukowcy są przydatni, choćby do zwiększania świętej armii, nie ważcie się zapominać o głoszeniu nowiny – macie sprawić, by jak najwięcej usłyszało. To wasz cel. Nie zdobywanie władzy. Oddajcie gangsterom, co gangsterskie, a co boskie – chacha! — cichy śmiech.
— Tobie, panie — Adam, rozpoznała brunetka, aczkolwiek z trudem, głos był tak zmieniony przez strach czy wzruszenie.
— Dobra pacynka — mruknęła nie-Elia. — Mam dodawać coś jeszcze? Wyłuszczyć mą wolę dokładniej? Czy może po prostu poszukać nowych sług?
Jeżeli wcześniej błagali, to teraz Gnossi wyczuła w ich zachowaniu najczystszą panikę. Przy czym tamci nadal brzmieli spokojniej niż się czuła. Paraliżujący lęk, połączony z chęcią histerycznej ucieczki tak silną, że aż bolały znieruchomiałe mięśnie – nigdy nie sądziła, iż czegoś takiego doświadczy, ze wszystkich ludzi ona!
— Tylko pytałem.
Perlisty, lodowaty śmiech, tym głębokim głosem Elii, na jej ślicznej twarzy, teraz pełnej arogancji, okrucieństwa. Albo nawet nie tego, to są ludzkie emocje, to było ponadludzkie: czysta obojętność, bezwzględność, wcielenie obiektywizmu, teraz nieco rozbawione. Nie arogancja, tylko pewność swej siły i racji, uzasadniona. Myśli Tamary uderzały o siebie, milion na sekundę. Boskość, prawdziwa boskość; może faktycznie musi być bliska szaleństwu, z pewnością musi być nieludzka, więc – ale to ciągle był Sephiroth, w pewien sposób, rozpoznawała go, chociaż widziała ledwie parę razy, na oficjalnych imprezach, na ogół z daleka; już wtedy w jego manierze niektórzy dostrzegali tę największą możliwość obcość, teraz po prostu nieskrywaną. Ale w paradoksalnym efekcie to ciągle był Sephiroth, nawet teraz, patrząc na wcielenie czy opętanie, widziała, poza rzeczywistą boskością, strzępy człowieka, co było smutne, straszne i wielkie w swym patosie. Ale nie widziała ani śladu Elii, co było już jedynie straszne.
— Tamaro? — zwróciło się do niej wcielenie mistycznych teorii. — Nie chcesz korzystać z dobrodziejstw świętych substancji?
W tej sekundzie, niezależnie od całej swojej dumy, przywiązania do trzeźwego umysłu, wszelkich obiekcji, przyjęłaby każdą substancję świata. Nigdy dotąd nie sądziła, że można być tak przerażonym, mieć wrażenie takiej bezsilności, różnicy w możliwościach.
— To nic, nie bój się — jeśli Pan chciał zabrzmieć kojąco, poniósł klęskę. — To będzie długa kampania, potrzebuję także oficerów. Póki co, to nic – kiedy zajdzie potrzeba, poinformuję cię, bądź pewna.
Gnossi przed oczyma wyobraźni stanęły wszystkie znane a okrutne sposoby komunikacji bytów nadprzyrodzonych. Klątwy, choroby, koszmary. Przełknęła ślinę, otworzyła usta, odkryła, że może mówić.
— Dziękuję za łaskawość, Panie.
— Zabiłaś wrogów wiernych, spełniłaś rytuały — bóstwo zignorowało wtrącenie — jestem zadowolony. Dopilnuj, aby premier miał przy sobie Klejnot. Utrzymasz wtedy moje zadowolenie... nie chciałabyś chyba go stracić?
— Nigdy, Panie. Usłyszałam, Panie, więc wykonam...
— Tacy oddani słudzy... — wstęp do kolejnej ironicznej przemowy.
— …Klejnot Wszechjedności ma prawdziwą moc? — spytała w odruchu ciekawości, za którą przeklinała siebie już wypowiadając słowa.
Najwyraźniej jednak Sephiroth, jak wszyscy geniusze, był pobłażliwy w stosunku do cudzego głodu wiedzy, bo Elia nie zabiła jej, ba! odpowiedziała:
— Oczywiście... Krople żywego Lifestreamu, klejnoty mako, materia, jak mógłby nie mieć żadnej mocy? Do tego wieki pokornej czci – to jeden z najsilniejszych istniejących artefaktów. Naprawdę wzmacnia połączenie z Planetą. Naprawdę przynosi wobec tego niesamowite szczęście i chroni od złego. Ale każde połączenie działa w dwie strony — lekki śmiech. — Gaja będzie spoglądała na naszego małego króla – ja wraz z nią.
— On też zyska — zaczęła Tamara, znowu pochopnie.
— Bez znaczenia — wybuch szczerszego śmiechu. — Rufus nigdy nie wykazywał magicznych czy metafizycznych talentów. Nie zauważy nawet tej siły. Oczywiście, funkcja ochronna jest niezależna od woli właściciela, więc zadziała, ale to tylko lepiej. Mam pewne plany wobec naszego króliczka... szkoda byłoby, gdyby zginął w połowie zabawy.
Rysy twarzy opętanej ułożyły się w wyraz ironicznej, chłodnej przyjemności. Przebywający w pomieszczeniu rzucali Gnossi spłoszone spojrzenia, cały czas mamrocząc modlitwy – wzięli prawdopodobnie jej paraliżujący lęk, a potem nawykową głupotę, za odwagę, równie odruchowe wyjaśnienie bóstwa zaś – za dowód łaski. Patrząc, jak nawiedzona powoli przymyka oczy, opada na siedzenie, opuszczana przez ducha, brunetka uświadomiła sobie, iż to właściwie świetnie: jej własna pozycja się wzmocniła, Sary osłabła. Teraz należało jedynie wejść w bliższe, serdeczniejsze stosunki z Elią, by droga do władzy stanęła otworem. Owszem, Srebrny Pan pozostawał zagadką, potęgą, czyli problemem, wyglądało jednak na to, że raczej przyszłym niż bieżącym.
Tamara, naraz odprężona, dopadła do omdlałej prorokini, kryjąc uśmiech za maską oddanej, acz zaniepokojonej troski. W końcu ona też miała pewne plany wobec sekty, premiera tudzież reszty świata – i nie zamierzała czekać.
