Telenowelowata cześć.
Turki stali przed zamkniętymi szyfrowym zamkiem drzwiami. Nie, żeby mógł on im sprawić trudność — Rude już przy nim grzebał – po prostu: pewne rzeczy wymagają czasu. Zresztą, ociupinka odpoczynku była im potrzebna po kilkunastu godzinach przedzierania się przez kanały, czasem tak wąskie, że musieli się czołgać, a wyposażenie przepychać, miejscami zawalone, co zmuszało do nadkładania kilometrów drogi; do tego pełne zmutowanych stworów z przeklętymi ślepiami błyszczącymi mako.
Niektóre ze zwierzaków były niemal niegroźne – krzyżówki szczurów z ssakami wodnymi albo dziwne, gadzio-płazie odmiany żab – inne jednak stanowiły pewien problem. Oczywiście, najlepsi agenci ShinRy dali sobie z nimi radę: prawdziwy niepokój budziło w nich to, co sygnalizowały te nieszczęsne stworzenia.
Naukowcy. Naukowcy kontynuujący prace Hoja. Znaczy: olbrzymie zagrożenie nie tylko dla korporacji czy Edge'u, lecz całej planety.
Sprawę pogarszał fakt, iż tutejszy ekosystem został ewidentnie niedawno poważnie zaburzony. Nie spotkali na swojej drodze wystarczającej ilości małych stworzeń, by wyżywić te wielkie zmutowane drapieżniki – których zachowanie także stanowiło zagadkę. Prawie wszystkie bowiem, nie tylko młode, sprawiały wrażenie niedoświadczonych w walce, osobniki sprytniejsze spotkali dopiero niedaleko tej zamkniętej bramy, jakby postawione na straży. W żołądkach tychże znaleźli głównie resztki ich własnych pobratymców, widomy dowód załamania w łańcuchu pokarmowym.
Turki nie zamierzali snuć przypuszczeń, co konkretnie knują badacze, ale cokolwiek by to nie było, prawdopodobnie wchodziło właśnie w swoją ostatnią fazę. O ile jeszcze nie wybuchło.
Oczywiście, były też drobne łaski. Nie padało od czasu, gdy zeszli, na przykład. Gdyby zaczęło... cóż, na mapie zaznaczono wyjścia awaryjne oraz wysokie, bezpieczne fragmenty, lecz, po pierwsze, dane się zdezaktualizowały, po drugie, nikt nie powiedział, iż turki będą akurat w pobliżu. Zapowiedziano ładną pogodę, o tej porze roku wszakże nigdy nie wiadomo.
— Gotowe — mruknął Rude.
Atmosfera, przed sekundą rozluźniona natychmiast stężała, dłonie przygotowały broń...
Na darmo, choć nie zamierzali z tego tytułu narzekać. Korytarz za drzwiami okazał się puściuteńki. Owszem, ślady bytności ludzi były wyraźne – kafelki, czystość, nawet sam fakt, iż zadbano o osuszenie, stałą konserwacją oraz wyciszenie tego odcinka, ponadto zionące w tynku dziury po okablowaniu. Te same znaki świadczyły też, że mieszkańcy kompleksu opuścili go. Pewnie niedawno, kurz nawet nie osiadł.
— Wyciągamy sprzęt? — bąknęła dziewczyna. — Trzeba zebrać dowody dla analityków.
To dodatkowe zadanie zmusiło ich do zmitrężenia ładnych paru godzin po drodze: żaden z firmowych czy państwowych naukowców nie zdołałby poradzić sobie w podziemnych warunkach, na barki agentów spadło więc zadanie obfotografowania, opisania, wzięcie próbek, zrobienia sekcji itd. każdemu niecodziennemu zjawisku, jakie znajdą.
Teraz, biorąc pod uwagę przewidywaną według map wielkość zasiedlonego bloku, czekało ich kolejne pół doby ciężkiej, monotonnej pracy. Poszukać, choćby pobieżnie, odcisków palców, nici DNA, śladów chemikaliów. To wszystko na pewno było, całkowite wyczyszczenie tak dużego miejsca jest niemożliwe, lecz bez grupy fachowców, ciężkiego sprzętu tudzież nieograniczonego czasu, szpiedzy nie mogli mieć pewności, iż cokolwiek znajdą. Cała czwórka poczuła naraz ogromne zmęczenie, a każde kolejne otwierane pomieszczenie – powinni je wstępnie przeszukać, nim zaczną porządne zbieranie dowodów – tylko je powiększało. Wszystkie „pokoje" ogołocono: w kilku znaleźli co prawda wmurowane szczątki krat, inne wyglądały na typowe laboratoria, jeszcze inne na część mieszkalną, ale co komu po tego typu oczywistościach? Nijak nie przybliżały do rozwiązania zagadki.
Rozdzielili się, by żmudna robota zwana wstępnym rozpoznaniem terenu poszła sprawniej. Poszło sprawniej, niestety: jedynie ustalanie, że ślady, jeśli były, zostały zniszczone przez wysokie stężenie mako. Żadnych odcisków, a DNA już zmutowane, zatarte. Geny zawsze błyskawicznie reagowały na każdą formę Lifestreamu, tutaj zaś, od czasu, gdy ktoś – pewnie wyprowadzający się naukowcy – zostawił otwarte na oścież przegrody, wyłączył system filtrowania (takowy musiał istnieć, inaczej niż żywego nie przeżyłoby tu kilku miesięcy, nie tak blisko reaktorów), jego stężenie przekraczało wszelkie normy. Turki po powrocie na górę czekało ładne parę godzin odkażania, na co zawczasu panowie zaczęli narzekać.
Mimo wszystko zabrali trochę tynku i tego typu drobiazgów do pojemniczków, dla spokoju sumienia. Napstrykali zdjęć. Spróbowali opisać zapachy – makomakomakomako – zrobili mapę kompleksu. Zbudowany na podobnej zasadzie jak te ShinRy: niespecjalnie zaskakujące. Wszystko to robili z poczuciem marnotrawienia sił, ale starannie.
Zbadają każdy pokój metr po metrze. Zbadają tę na wpół zniszczoną, podtopioną część, bo jeśli była nieużywana, to może jej też nie posprzątano tak dokładnie. Sprawdzą wszystko, choćby mieli tu siedzieć nie godziny, a dni, wśród mako i potworów, z podłymi w smaku racjami żywnościowymi, w brudnych, mokrych ciuchach. Bo to jest ich robota.
Etos zawodu, bahamucia jego mać, westchnęła w myśli Tania.
'
'
Było już całkiem ciemno, kiedy Rufus poszli z Valentine'em na górę, tę cudowną, pozbawioną podsłuchów wyspę wśród zdradzieckiego miasta. Elena powinna niedługo wrócić z Popielisk, po kolejnych odpytywaniach tudzież z wiadomościami od Cissnei, jeżeli próba kontaktu się powiodła, także prezydent wolałby przejść do rzeczy; szpieg za to kluczył, zwodził, pouczał i dawał rady. „Nie cel, lecz metody twego działania mnie niepokoją" perorował właśnie, gdy blondyn bezceremonialnie ziewnął, a na komentarz Vincenta o młodzieży odparł wprost:
— Wiesz, ile kosztowało mnie zatuszowanie twojego małego wybuchu?
— Wiesz, ile kosztuje mnie powstrzymanie dużego wybuchu za każdym razem, gdy widzę logo ShinRy? — zripostował tamten. — Ad rem: zaplanowali to wyrżnięcie. Przyślą teraz swoich ludzi, przejmą całą władzę nad okolicami Rocket Town. Ta grupa zaczyna rozszerzać swoje wpływy, specjalizować się – będą mieli departament naukowy, wywiad, gangsterów jako żołnierzy... Przypomina ci to coś, chłoptasiu? — retoryczne pytanie na końcu; klasyczna szkoła przemówień, zauważył mimochodem prezydent.
— Rozwój korporacji. Wiem. Widzę. Rozumiem. Jeżeli chciałeś sprawić, bym zaczął traktować sprawę poważnie, spóźniłeś się – otrucie Clouda mnie przekonał... — powstrzymał język na widok błysku furii w oczach agenta.
— Stąpasz po cieniutkim lodzie — syknął tamten. — Cloud jest dla mnie więcej niż przyjacielem – on życie moje wyrwał z głębin Szeolu. I tylko ze względu na jego dobro w ogóle z tobą rozmawiam. Skrzywdź go, a nie będzie takich murów, które cię przede mną ochronią.
— Cloud jest dla mnie ważn... — zaczął defensywnie polityk, jednak szpieg, ochłonąwszy, wrócił do przerwanej wypowiedzi, kompletnie go ignorując.
— Badacze nie są głupi, nie, to geniusze przecież – wykorzystują stare, dobre metody. Kompanii się udało, bo rząd był słaby, ludzie rozleniwieni i spragnieni pokoju, dobrobytu. Teraz państwo jest w stanie jeszcze gorszym, a społeczeństwo, choć czujniejsze, to zagubione tudzież spragnione ucieczki, łatwych rozwiązań, powrotu do bogactwa. Historia lubi się powtarzać.
— Ale jest też nauczycielką — zauważył biznesmen.
— Słusznie, chłopcze: w ramach wykorzystywania jej nauk, ostrzeż Popieliska. Rozprężenie wewnętrzne, potem zaś zabicie szefa i przejęcie struktur – widzisz, prawda?
— Tak, wiem, wiem, wiem — zmęczenie w tonie. — Coś jeszcze? A na przykład pomysł, co w tym wszystkim robią zwariowani sekciarze? Albo jaki był sens strzelania do Clouda, zwracania na siebie uwagi – bo, jeżeli masz rację, to nie miało sensu — „a jeśli jej nie masz" pomyślał „to tym gorzej, tracimy wszelkie punkty odniesienia, dzieci we mgle, dzieci w radach nadzorczych, nie, to głupie, przestań...".
— Sekta? Źródło królików doświadczalnych, mięsa armatniego, pieniędzy. Tylko, chłopczyku, rola sekty jest większa. Być może to ona rządzi badaczami. Spójrz na te nowe narkotyki i stymulanty: dają objawy podobne do połączenia z Lifestreamem albo nafaszerowania mako. Dotąd skupialiśmy się na powiązaniach z twoją korporacją, teraz widzę jeszcze możliwość metafizyczną...
— Sephiroth.
— To jedyne wytłumaczenie ataku na Clouda, jakie zdołałem wymyślić, poza zemstą albo popisem siły – ostatnio sporo tych popisów, prawdopodobnie szykują coś dużego, potrzebują reklamy, to skrzydło jako slogan. — Wzdrygnął się. — Aczkolwiek te drugie są słabym uzasadnieniem tak ryzykownego ruchu. Jeżeli cię to pocieszy, za tym raczej nie stoi wasz były pupilek, nie bezpośrednio, on nienawidzi Clouda i pragnie jego cierpienia, nie prostej śmierci. Sekta nie działa więc prawdopodobnie pod jego rozkazami.
— Nic nie wiemy — prychnął blondyn. — Nic, poza tym że są groźniejsi niż myśleliśmy... Ma pan dla mnie jakieś dobre informacje, panie profesorze? — zakpił.
— Wiem, że nic nie wiem. Gnosi seauton. Et cetera. Znajomość granic własnej wiedzy jest istotna, odkrycie obszarów własnej niewiedzy jeszcze istotniejsze.
— Jeżeli zapragnę wycofać się z życia publicznego, by poświęcić się medytacji oraz filozofii dam ci znać — prychnął. — Próbuję tutaj rządzić państwem – i oszczędź mi słuchania o rządach filozofów, to stara koncepcja, niepraktyczna. Tyrańska.
Valentine uśmiechnął się nagle, prawie niezłośliwie.
— W twoich ustach takie święte oburzenie... Nie mam pojęcia, czemu ujawnili się akurat teraz. Może specjalnie pode mnie, by nas zmylić, może w ramach groźby, może, jak mówiłem, dla reklamy. Potrzebują do czegoś DNA z moich... odmiennych stanów. To już bardzo zły znak. Dałem ci szansę, byś ostrzegł Popieliska, złapał tam trop... Zrób z nią, co chcesz — eksturk mówił już od drzwi, wyraźnie kończąc rozmowę. — A, facet, który kazał nazywać się „Blakiem", to w rzeczywistości Tom Fedett, był zastępcą szafa działu w Junon, zajmował się przyspieszaniem i uproszczeniem metody tworzenia SOLDIER, nic metafizycznego, sprawdziłem; DNA jeszcze nie zbadano, ale kilka newralgicznych punktów twarzy się zgadza, nie mógł ich zmienić operacjami plastycznymi. Tseng prześle ci dossier wraz z jego aktualnym wyglądem.
Biznesmen powinien zaprotestować. W imię ochrony własnej godności. „Nie traktuj mnie tak, Vince, nadal mogę zamienić życie Clouda w piekło, tak, by nawet się nie zorientował, kto za tym stoi, nadal mogę pogrążyć AVALANCHE, nadal mogę zniszczyć ciebie". Sęk w tym, że żadna z tych rzeczy nie byłaby specjalnie opłacalna dla premiera, nie w obecnym układzie politycznym.
AVALANCHE, WRO oraz ShinRa zostali zmuszeni do zawarcia trudnego sojuszu. Ostatecznie, wszyscy mieli na swoich rękach krew tysięcy ludzi. Barretowi i spółce podczas pierwszych rund negocjacji uświadomiono, co zostanie ze spokojnych żyć, które wiodą, jeśli mieszkańcy Edge'u dowiedzą się (póki co, znając reżimowe sądy, dawali grupie przywilej wątpliwości), kto stał za zamachami na reaktory. Oraz, że wyrok śmierci, jaki na nich wydano, bynajmniej nie został anulowany, a wydał go niezawisły sąd, więc upadek firmy nic nie zmienia... Ale, oczywiście, przy okazji takiej egzekucji z pewnością wyszłoby na jaw, kto zniszczył Sektor Siódmy, zakres eksperymentów na ludziach, porwania, masakry. Kompromis polegał na zapomnieniu, przerzuceniu odpowiedzialności na Sephirotha i niezidentyfikowanych ekstremistów, oczyszczeniu zaangażowanych stron z zarzutów. „Trzy razy tak, totalna amnestia" skwitował polityk. Reszta przyjęła rzecz mniej entuzjastycznie, jednak, jak to dawni terroryści lub zdrajcy, gładko. Różne rodzaje ideologicznej bądź politycznej – jak komu cynizm powiedzieć pozwala – przemocy łączy przecież wiele, w tym „cel uświęca środki" jako podskórne założenie. Znacznie bliższe sercu niż szlachetne hasła ze sztandarów.
To piękne rozwiązanie miało jedną wadę: nie powstrzymywało tych, którzy swoje kariery zaczęli po Upadku. Ci mieli ręce czyste, nierzadko za to stracili kogoś na skutek działań kompanii albo terrorystów, szukali więc prawdy za wszelką cenę, podważając państwowe wersje, żądając dostępu do akt, hakując komputery, urządzając demonstracje. Na razie niespecjalnie silni, za parę lat mogli stać się prawdziwym problemem, zwłaszcza, gdyby weszli do parlamentu, zwłaszcza, gdyby rozproszone grupy zjednoczyły wysiłki, zwłaszcza, gdyby wykorzystał ich nowy, bezwzględny gracz. Gangster, ktoś ze starych rodzin, agent wpływu Wutai – tamto państwo prawdopodobnie nadal rozważało najechanie Edge'u, w ramach tak zemsty, jak racjonalnej kalkulacji – agent innego ośrodka, samorządowiec z wybujałymi ambicjami, ktokolwiek, choćby ci przeklęci naukowcy. Za paręnaście lat przyjdzie następne pokolenie, które na pewno zażąda rozliczenia – Shinra zbyt dobrze znał historię, by się łudzić, że uniknie wówczas konieczności emigracji, to wszakże były sprawy odleglejsze, mógł je planować spokojnie.
Badacze stanowili groźbę teraz. Dodatkowe podważanie już bardzo kruchego sojuszu nie przyniosłoby nic dobrego, przeciwnie, stosunki należało wzmacniać – między innymi dlatego dawał Lockhart teatralne dowody przywiązania do Strife'a. Vincent to wszystko wiedział. Vincent pewnie nawet rozumiał, gdzieś pod swoją chłodną wściekłością.
Rufus drgnął. Rozmowa z Richardem, chociaż na pewno delikatniejsza, nie będzie przecież łatwa. Ani praca. Ani patrzenie na Clouda, który będzie krzyczał, dźwięki tudzież słowa, które nie będą miały za dżila sensu gramatycznego, lecz zetną krew w żyłach tym, co zasugerują, o czym będzie mógł sobie poczytać...
Myślał o tym, wbrew chęci, w drodze do sypialni. Chory leżał teraz w miarę spokojnie. Pielęgniarki wyszły. Lekarz uprzątnął pożółkłe raporty z fotela. Blondyn opadł na siedzisko, prawie bezwładnie. Od gwałtownego ruchu pojawiły mu się plamy przed oczyma.
— Chciałbym z panem pomówić, jeżeli to możliwe, panie doktorze — zaczął oficjalnie.
Medyk, zasiadający właśnie przy drugim stoliku, zastygł.
— Zawsze do dyspozycji, panie premierze — odparł równie neutralnym tonem. — Rozważył pan moją ofertę? Mam dobrać panu leki nasenne?
„Bahamucie zmęczenie", coś w biznesmenie, bardzo dziecinne coś, zadawało właśnie światu odwieczne pytanie pracoholików „dlaczego ludzie w ogóle muszą spać?". Coś bardziej nastoletniego, znużonego, chciałoby kazać wszystkim troskliwym, radzącym mu istotom iść do diabła, dać spokój, zostawić samego. Najbardziej dorosłe zamykało pozostałe za wyćwiczonym uśmiechem, uprzejmym przeczeniem, bo nie, chodzi mu tylko o Clouda, czy uniknie przeszczepu szpiku? I jak wygląda kwestia krwi?
W odpowiedzi polityk został zalany danymi, konkluzja była jednak podobna do tej, którą zaoferował mu Valentine: poznał granice własnej niewiedzy. Mieli przypuszczenia, mieli nadzieje – oparte na dotychczasowym przebiegu zatrucia, ale tylko nadzieje. Poszlaki wskazywały, że mężczyzna wyzdrowieje bez zabiegu. Twarde fakty: że w krajowych, międzynarodowych oraz czarnorynkownych bazach i tak nie ma nikogo, kto mógłby być dawcą; że operacja, ze względu na wpływ mako, Jenovy tudzież całej reszty, może okazać się niemożliwa, bo nie wiadomo, jak pacjent zareaguje na standardowe leczenie; że zbierają informacje, jednak nie dość szybko, za dużo ich, zbyt fragmentaryczne. Transfuzje krwi nadal dawały więcej niż mizerny efekt.
Zapadła cisza. Rufus analizował, czy raczej: udawał przed sobą. Tak naprawdę patrzył przez okno, szukając ukojenia dla zmęczonych oczu. Odwykł już od mówienia prawdy, zwłaszcza z gatunku konfesyjnego. Gdyby mógł wymyślić jakieś zgrabne kłamstwo, nie wahałby się ani sekundy – ale oszukanie lekarza na dłuższą metę było niemożliwe. Jedyne, co zostawało, to przemilczeć; wtedy, jeśli nastąpi pogorszenie u Strife'a,...
Dawno temu, w całkiem odmiennym życiu, mógłby spytać Richarda o radę. Jego albo innych znajomych. Teraz zostało tylko patrzenie w horyzont, przeklinanie własnego niezdecydowania, bo przecież, skoro nie chciał w końcu nic mówić, to lepiej zacząć pracować, jak najszybciej, naprawdę musi schwycić choć kilkanaście minut snu...
Levinas podszedł bliżej, stanął tuż za stolikiem, na wyciągnięcie ręki.
— Panie premierze? Chciałby pan wiedzieć coś jeszcze?
Taki łagodny ton, taki ciepły wyraz twarzy odbity w szybie, taki ludzki niepokój. Może to była wybrana przez medyka tortura, wieczne wypominanie własną cierpliwością, własnym zrozumieniem.
— Nazywaj mnie „Rufus" — szepnął Shinra, trochę kapryśnie.
Powie mu wtedy wszystko, na raz, jednym ciągiem... Był aż tak bardzo zmęczony.
— Panie premierze... — tytuł wybrzmiał głucho; smutek, szczery żal, a może po prostu gra dawnego hrabiego salonów. — Z najwyższym żalem muszę odmówić. Nasze stosunki są czysto służbowe, nie ma żadnego powodu, by naruszać hierarchię...
— Znam cię całe życie — zauważył blondyn, sam słysząc rozpaczliwą bezczelność w swoim tonie.
Przez chwilę lekarz wyglądał, jakby miał wybuchnąć śmiechem: szeroki, rozbrojony uśmiech przemknął mu przez wargi; zaraz jednak brunet spoważniał.
— Czuję się niezręcznie, ciągle odrzucając propozycję. Jednakowoż: znaliśmy się z panem jedynie przez pewien, chyba nie dość istotny okres. Nasze spotkanie teraz jest całkowicie przypadkowe, okoliczności wyjątkowo niefortunne – obaj nie chcemy, jak sądzę, by kiedykolwiek się powtórzyły, zrobimy wszystko, by się nie powtórzyły. Nie spotka mnie pan więcej.
Miał rację, rzecz jasna. Korporacja obserwowała jego rodzinę ze względów bezpieczeństwa, potem zaś, po Upadku, nowy prezydent utrzymał rozkaz, po trosze z sentymentu, po trosze z ciekawości, głównie z nieufności; nigdy wszak nie podjął żadnej próby kontaktu. Żadnej. Gdyby nie choroba Strife'a, czytałby raporty i milczał do końca życia.
Pewnie słusznie. W końcu przywiązanie to słabość, jak powtarzali mu wszyscy, a ostatecznie nauczył Sephiroth. Niemniej, polityk żądał posłuszeństwa oraz, może nawet bardziej, obsługi od całego świata, więc uprzejmy opór Levinasa niezmiernie go irytował.
Poza tym, przyznawanie się do kolejnego z nieślubnych braci, szłoby łatwiej, gdyby mógł po prostu powiedzieć, tworząc iluzję przeszłości, bliskości: „Richard, mam pomysł czy przeczucie, czy obawę...".
W życiu nic nigdy nie szło prosto, nie wtedy, kiedy zdążyłeś zostać zdrajcą, niemal psychopatą, zbrodniarzem, dyktatorem, żywym trupem, bohaterem tudzież premierem – prawie wszystko kilkakrotnie – sporo przed trzydziestką.
— Chciałbym, żeby sprawdzano mój szpik, panie doktorze — rzucił więc w kierunku medyka, nadal stojącego za fotelem, czytającego trzymane w ręku papiery.
Brwi lekarza uniosły się w wyrazie zaskoczenia, ale mężczyzna nie był głupcem, żył wśród rozpasanych elit Midgaru, po kilku sekundach miał już gotową, wyważoną odpowiedź.
— To jest oczywiście możliwe, panie premierze, jednak nie wiem, na ile rozsądne. Z pewnością nie, kiedy jest pan tak zmęczony...
— Odpocznę.
— Przyrodnie rodzeństwo nie jest tak dobrym ani pewnym wyborem. Wziąwszy pod uwagę pańską funkcję, nie sądzę...
— Jest gorszym wyborem niż u przypadkowy, ściągnięty z ulicy przechodzień? Zresztą znam dane jeszcze kilku... krewnych, więc, w razie czego, może można byłoby móc przynajmniej... — prezydent zdał sobie sprawę, że się zapętla, zamilkł.
— Panie premierze, nie jestem w stanie sam zbadać zgodności szpiku. To znaczy — medyk głośno myślał — mógłbym go może pobrać od potencjalnego dawcy, chociaż wolałbym nie, to nie moja specjalizacja; gdybym miał aparaturę, może mógłbym sprawdzić, ale to wszystko to bardzo ryzykowne procedury, przeprowadzenie jej poza szpitalem jest wysoce niewskazane, poza tym, kwestia ewentualnego zabrudzenia próbek... Nie wiem, czy mogę – jestem pewien, że nie powinienem, panie premierze.
Rufus dopiero po chwili zrozumiał, co rozmówca ma na myśli: jest gotów ukryć całą sprawę przed światem, wykonać zabieg samemu, ale odradza.
— W porządku — machnął ręką. — Nie oczekuję, że sam przeprowadzi pan zabieg. Pan tylko sprawdzi. Wymyślę coś. Dziękuję, panie doktorze.
Tamten wyglądał, jakby się wahał:
— Proszę, niech pan pójdzie spać.
— Tak, tak zrobię. Mam tylko kilka ostatnich spraw do załatwienia. Dziękuję za troskę.
Kłamał. Nerwy związane z kwestią prywatną, informacje od Vincenta, których waga powoli docierała do mózgu, irytacja w związku z zachowaniem Richarda, to, że Elena nadal nie wróciła... Nie zaśnie. Ale skoro Levinas chciał mieć służbową relację, to proszę bardzo.
'
'
— Kur... szlag by to — westchnął Reno.
Trup Krina leżał, starannie ułożony, na samym środku pomieszczenia. Z palcami zaciśniętymi na czymś błyszczącym. Woda, zielona od mako, zakrywała go niemal całego. Śladów, wiedzieli z dobijającą pewnością, żadnych. Szans na przesłuchanie – ha! Martwi już nic nie mogą powiedzieć. Właściwie powinni się tego spodziewać, naukowcy nigdy nie dbali specjalnie o ludzkie życie, ale dotąd przynajmniej była nadzieja. Letrev mógł błysnąć inteligencją i nie wracać do ludzi, których zawiódł, mógł być im jeszcze do czegoś potrzebny, mogli nie być aż ostrożni, mogli założyć, że firma nie znajdzie ich bazy... To wszystko wyglądało teraz na oszukiwanie samych siebie, jednak musieli mieć jakieś, choćby iluzoryczne szanse na sukces, żeby znaleźć siły do wykonania tak paskudnej, brudnej misji. Teraz te szanse znikły, pozostawiając ich na moment kompletnie wyczerpanymi.
Potem wzięli się do roboty: sprawdzenie ciała, bo a nuż, pakowanie go – bo tak ważny dowód trzeba jednak przytargać jakoś na górę. Normalnie wysłaliby też informację prezydentowi, w kanałach wszakże nie było zasięgu.
— Droga błyskotka — mruknęła Tania powoli rozwierając palce „Scyzoryka", przerzucając rzecz szczypcami do foliowego, hermetycznego woreczka (bo jeśli, cudem, są tam jakieś odciski).
Reno, szamoczący się z pojemnikami, kombinujący, jak mają przejść trasę, którą ledwie przeżyli, z ciałem i kilka razy bardziej zmęczeni, obrzucił przedmiot uważniejszym spojrzeniem.
— Szlagszlagszlag – naprawdę się obrazisz, jeśli zaklnę, nie? — spytał, a potem, nie czekając na odpowiedź, rozwinął z westchnięciem: — To jest prezydenta. Znaczy, wutajskie, ale prezydenta, no, rozumiesz. I powinno się rozpieprzyć w drobny mak razem z całym wieżowcem. I nie sądzę, żeby leżało tutaj przypadkowo.
