Cissnei siedziała na zapleczu „Sfatygowanego Kapelusza" i podsłuchiwała rozmowę między wierchuszką Rozpruwaczy. Bar był oficjalnie zamknięty o tej porze, ją zaś z Bernim grzecznie poproszono o wyjście z sali. Szczęściem mężczyźni nie zamierzali obradować „na sucho", zdążyła więc, kręcąc biodrami, wypinając biust, posyłając słodkie uśmiechowi Frankowi, odwrócić ich uwagę na tyle, by mieć pewność, że nie dostrzegli, jak przyczepia maleńkie urządzenie nasłuchowe pod blat stolika.

Fakt śmierci Krina generalnie poprawił towarzystwu nastrój. „Długi Lolo" wykorzystał okazję, by przypomnieć, jaki los czeka zdrajców starych zasad – bezwzględne, krwawe wojny wewnętrzne, gdzie nikt nie może być pewny swoich sojuszników. „Oto, do jakiego nowego prowadziły was słowa tego skurwysyna", zakończył i splunął. Pozostali entuzjastycznie potaknęli. Przyjmowano zalecenia zwiększonej ostrożności, wyjątkowo postanawiając zaufać radom Shinry. Wieści o wydarzeniach w Rocket Town, choć wyciszone przed opinią publiczną, w półświatku rozeszły się błyskawicznie. Powiązanie między tamtym gangiem, przodującym w dystrybucji nowych narkotyków, tymi środkami, które sprzedawała grupa z Popielisk, a podburzeniem młodych oraz atakiem na Clouda, zaczynało nabierać cech prawdopodobieństwa.

Jeżeli agentka czuła pewne obawy o reakcję Robsa, to teraz jego zachowanie rozwiało resztki obaw. Najpewniej uznał kochanka za martwego w tej samej sekundzie, w której doszły go słuchy o jego zdradzie, rozpacz zapił po cichu, toteż obecnie mógł sobie pozwolić na szczere święte oburzenie.

— Jeżeli to naprawdę oni — zaczął z namysłem — to zwykła ostrożność nie wystarczy. Sięgnąłbym po poważniejsze środki... o ile to naprawdę ta sama grupa, a nie kolejne kłamstwo premiera. Kto wie, może to jakiś jego projekt, który wymknął się spod kontroli. Albo całkiem niepowiązani ludzie, w końcu naukowców i najemników tera jak ogarów.

— To, czy Shinra wszystko zapoczątkował, jest i tak bez znaczenia — zauważył ktoś. — Stabilna władza parlamentu jest dla nas lepsza niż potężna grupa zbzikowanych sekciarzy. Znany wróg, ten deseń.

Kolejny głos w dyskusji:

— Co mielibyśmy zrobić? Jeśli nasze źródło jest niewinne, stracimy dobrych dostawców.

— Tamtych ludzi coś dosłownie rozszarpało na sztuki. Oni nam dają stymulanty zwiększające siłę i takie tam. Ja tu widzę związek — znów „Gilotynka". — Ale jeśli go nie ma... spróbujmy może na chwilę zmniejszyć lub wycofać zamówienia, tłumacząc niedobrym klimatem. Powinni zrozumieć. Będziemy mogli wrócić do umowy, jak problem minie.

Pomruk nieśmiałej aprobaty.

— Jeśli to są naprawdę ci ludzie — zauważył Lorenc — ci sami, którzy mogli wysłać potwora, by rozszarpał kilkudziesięciu uzbrojonych mężczyzn, to czy sądzicie, że jakikolwiek bunt przejdzie niezauważony? Ściągniecie na nas klęskę – z drugiej strony, nie widzę honoru w tym, że układamy się z, kto wie, może mordercami i dwulicowymi zdrajcami. Jakieś rady?

Zapadła ciężka cisza.

— Pozorować współpracę? Że niby nic nie wiemy? — zaproponowano.

Von Magrid zaśmiał się tylko.

— A czym to się będzie różniło od prawdziwej współpracy?

Kolejna chwila milczenia, potem zaś dziesiątki propozycji, mniej lub bardziej fantastycznych. Niepraktycznych, nade wszystko, jak zwykle gros idei znajdowanych w burzy mózgów.

— Możemy przyjąć ofertę ShinRy — zauważył nagle Franek.

— Chcesz pod dintojrę? — spytał ktoś kąśliwie.

— Ludzi, którzy zamieniają innych w bestie i zdradzają wspólników, nie obowiązuje ochrona. Nie powinna — syknął napastliwie Robs.

Pozostali rozmówcy go poparli.

— Przecież nie współpracowalibyśmy z nimi za darmo, nie? Dalibyśmy tylko jakieś drobiazgi, a zażądali skarbca — rozmarzył się któryś, lecz szef natychmiast uciął:

— To my jesteśmy w największym niebezpieczeństwie, premier ma reputację szalenie zręcznego kupca. Damy dużo, dostaniemy niewiele. Chyba, że poprosiłbym Tifę, ale nie wiem, czy chcemy ją w to wciągać... — kadencja ostatniego zdania sugerowała pytanie.

— Dla dobra Popielisk? Jasne, że chcemy. Powinna sama zrozumieć, to w końcu swoja, nie? — „Gilotynka". — Większy problem w tym, by tamci nie odkryli, że ich rolujemy.

Zebrani potakiwali cicho.

— Możemy dać partię narkotyku władzom, chociaż pewnie ją mają, ale to taki miły gest zawsze — prychnął „Dlugi Lolo". — Możemy przedstawić opis naszych kontaktów, tylko to pewnie pionki, bez znaczenia, a jeśli wpadną, trop poprowadzi do nas.

— Możemy negocjować — z naciskiem powiedział Franek. — Możemy spytać Shinrę, czego chce i zażądać, by nie działał, póki nie będziemy bezpieczni. Samo pytanie nie zaszkodzi, nie przesądzi. A w międzyczasie odkryjemy, z kim spiskował Krin. Jego zdrada to nasz problem w końcu.

— Spytać wszystkich o ofertę i wybrać najlepszą — Cissnei mogła sobie wyobrazić uśmiech, przelatujący Lorencowi przez twarz. — Chcesz oszukać i korporację, i producentów? Może się opłacić, ale to duże ryzyko... Chociaż tobie, „Gilotynka", chodzi pewnie o wybadanie sprawy. Zawsze byłeś ostrożny. Może słusznie. W tych okolicznościach...

Deliberowali jeszcze dobrą godzinę, acz raczej już nad zakresem kooperacji niż nią samą. Robs dążył do konfrontacji z bossami narkotykowymi, choć cwanie udawał niekiedy namysł, wzywał do zastanowienia. Tak, by nikt nie dostrzegł jego zaangażowania. Dziewczyna pojęła, że mężczyzna wcale nie zapomniał ani nie zapił – przygotował za to zemstę. „Prawdziwy facet, godne podziwu" pomyślała „i wysiłku, to będzie doskonały nieświadomy agent. Łatwo na takich wpłynąć, ma posłuch wśród ludzi, dużo gada...".

'

'

Domino przez trzy czwarte porannego zebrania rządu miał ochotę walić głową w ścianę, krzyczeć, prychać a najlepiej po prostu wyjść. Nie był to jednak pierwszy ani nawet drugi czy trzeci raz – połowa zebrań gabinetu wprawiała go w taki nastrój – zniósł więc rzecz z godnością. Myślał o dzieciach i wnuczętach (co prawda Alina pokłóciła się wczoraj z mężem, co pociągnęło za sobą jej wyprowadzkę do jednego z modnych ostatnio artystów, do tych scen Mark zdążył już jednak przywyknąć; póki zostawiała dzieci w rodzinnej rezydencji, niespecjalnie go obchodziły artystyczne fochy, fuchy czy awantury).

Dzisiaj przyczyną jego irytacji była ta nieszczęsna konferencja prasowa. Owszem, Felicia najwyraźniej przemówiła premierowi do rozsądku, brawo dla niej, Domino szczerze podziwiał tę kobietę. Haki, jakie ona oraz Veld mieli ma premiera, musiały być szczerozłote.

Niemniej, Shinra postanowił odstawić szopkę namyślania się, przekonywania, rozważania za i przeciw. Jakby wszyscy nie wiedzieli, że skoro porusza temat, to jest zdecydowany. Dyskusja była całkowicie zbędna, a prezydent ją przeciągał, zdecydowanie złośliwie, jakby chciał pokazać, iż przystanie na ich pomysł nie jest dowodem słabości. Jakby planowali zamach stanu, nie podrzucili konkretną, racjonalną propozycję! Rufusowi zresztą, nie opozycji! Przecież ten dzieciak – premier, znaczy – swoją paranoją się zabije przed trzydziestką!

Kiedy ten męczący poranek dobiegł końca, czekała ich rozmowa z Loorem, która zapowiadała się na gorszą od mniej więcej pierwszego zdania. I nie zawiodła oczekiwań.

— Jesteśmy – mówię tutaj w imieniu całej społeczności – po prostu oburzeni sugestią, że ktokolwiek z nas miał cokolwiek wspólnego z napadem na Strife'a. Zrzeszanie się w organizacji państwowej jest oznaką dobrej woli, czemu ktoś, kto chciałby wystąpić przeciwko zbrojnemu ramieniu rządu, miałby do takowej przystępować? Nie musimy pomagać rządowi bez nakazu policyjnego, jesteśmy całkowicie niezależni, robimy to tylko ze względu na dobro państwa – i dowiedliśmy nie raz, nie sto, własną krwią, jak ono jest nam drogie – ale mimo to przy każdym napadzie, każdym problemie to nas się podejrzewa, nas się oskarża! Czy państwo myślą, że nas ta nieufność nie męczy? Że ona zachęca do przyłączenia się do naszej organizacji? Sami państwo wpychają tych chłopców w ręce gangów, zabraniając im prowadzenia normalnego życia, śledząc ich znajomości, zmuszając do rejestrowania się... — grzmiał przywódca dawnych SOLDIER.

Miał sporo racji. Oczywistej racji. Miał też jednak dużo tupetu i retorycznej swady, który pokrywała najważniejszy problem: skoro Clouda zaatakowali byli SOLDIER, to szansa na to, że naprawdę nikt ich w organizacji Loora nie znał i nie widział przez ostatnie kilka lat, była nikła, by nie rzec zerowa.

—Przecież nikt nie ma pretensji do twoich chłopców o to, że utrzymują kontakty ze znajomymi. Także tymi niezarejestrowanymi — zauważył rozsądnie Veld. — Wręcz przeciwnie, jesteśmy z tego bardzo radzi, bo właśnie chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś o tamtych dwóch niezarejestrowanych...

— Jesteśmy potrzebni tylko do donoszenia na kolegów, tak? — spytał ze scenicznym gniewem były SOLDIER.

Wyrabia się, uznał Domino. Niedługo sam będzie mógł zostać politykiem. Ze też taki talent poszedł się marnować do wojska...

— Ci koledzy zaatakowali niewinnego człowieka, wykonującego akurat rządową misję, na środku dzielnicy mieszkalnej — odparowała Felicia. — Uważa pan, że to w porządku? Że bycie SOLDIER i... wyzwania, przed jakimi stanęła ta grupa zawodowa w ostatnich kilku latach, to usprawiedliwiają?

Loor należał do ludzi, którzy z wściekłości nie czerwienieją, a bledną. Teraz się zrobił biały jak papier. Gdyby Mark go nie znał, pomyślałby, iż tamten zaraz zemdleje.

— Wszyscy wiemy, co uważam. Że nic tego nie usprawiedliwia — stwierdził cicho, powoli, wyraźnie wymawiając zgłoski. — Wypraszam sobie takie insynuacje. Wszyscy wiemy też, że ta organizacja beze mnie nie ma prawa bytu, chłopcy nie ufają rządowi ani korporacji, ufają mnie – gdybym odszedł, wielu poszłoby za mną. Mógłby mieć własną prywatną armię. Ale jej nie mam. Bo, jak wszyscy wiemy, zależy mi na zwykłych ludziach. Na kraju, który nas potrzebuje. Ale to nie oznacza, że mogę pozwolić, by po moich chłopcach deptano, by byli krzywdzeni... Państwo też do tego nie możecie dopuścić, nie chcecie dopuścić – bo co po mnie? Kolejny zbuntowany watażka, gotów ogłaszać niepodległość swojej rodzinnej wioski? Teraz, kiedy nie macie Strife'a, żeby ich powstrzymał w pojedynkę? Jeśli mafijni najemnicy teraz wyjdą, to kto was osłoni? — sarknął.

Słuszne przypomnienie, oceniał Domino. Owszem, potrzebowali Loora, jako symbolu, dobrego organizatora oraz tak po ludzku, niezłego psychologa. Umiał rozładować napięcia, trzymać zrzeszenie w ryzach, nie dopuszczać do buntów ani burd. Potrzebowali go, bardzo.

— Znaczy, zyskujecie — bąknął zamyślony Shinra. — Macie motyw.

Dawnemu burmistrzowi krew zastygła w żyłach. Wymieniał z Verdotem dyskretne, zaniepokojone spojrzenia. Czyżby premier oszalał, antagonizując najbardziej niepewny, a tak istotny, element obecnej układanki?

— Motyw? — Greg prawie wypluł to słowo. — Ma pan nasz honor za nic, panie premierze? Strife jest jednym z nas, nawet jeśli nie z punktu widzenia prawnego, to duchowego. Uważamy, że należy do SOLDIER. Wspiera rząd. Próbuje sobie, jak my wszyscy, poradzić z tą traumą, jaką było mordowanie dla pana firmy. Nawet, jeśli dzieciak się trochę izoluje – co w pełni zrozumiałe, niektórzy potrzebują się wygadać, inni wolą uciec – to nikt by go nie skrzywdził. Nikt nie poparłby planu opartego na tym, by skrzywdzić któregoś z naszych. Nasza organizacja służy samopomocy, nie zabawie w przejmowanie władzy. Nie jesteśmy politykami, żeby sobie nawzajem wbijać noże w plecy. Z całym szacunkiem.

Rufus wzruszył ramionami. Odwrócił twarz.

— Pan nie. Pan z pewnością nie. Ale proszę, nie traktujmy się, jak dzieci. Nie wszyscy w pańskiej organizacji popierają pański szeroki, tolerancyjny punkt widzenia na sprawę członkostwa. Są tacy, którzy uważają Stife'a i jemu podobnych za nie-ludzi, za zmutowane zwierzęta, okazy laboratoryjne wytworzone przez Hoja. Gdyby takich nie było, nie musiałbym zeznawać w sądzie, pod przysięgą, że Cloud Strife urodził się jako człowiek. A musiałem. I wie pan świetnie, ile emocji, sprzeciwów budzi ustawa o równym statusie. Ilu protestuje przed, pozwolę sobie zacytować, uznaniem potworów za ludzi. Za istoty mające prawa. Ilu żąda testów genetycznych. Wszyscy tutaj obecni wiemy, że spora część z tych... ekstremistów... to byli SOLDIER.

— Nie od nas. Nie przyjmuję do organizacji tych, którzy próbują kreować dodatkowe podziały...

— Och, bo wy wszyscy oczywiście uważacie się za ofiary systemu. Biedne niewiniątka — syknęła naraz pani premier. — Jakbyście sami tego systemu nie budowali, nie mieli krwi na rękach…

— Nie pozwolę — warknął Loor — obrażać siebie ani moich ludzi, jeśli po tu przyszliśmy…

I tak w koło Macieju, westchnął w duchu Domino, tym razem osamotniony – cokolwiek Veld myślał o wybuchu córki z każdą chwilą narastającym, to i tak zaczął ją teraz wspierać, przypominać udział SOLDIER w łapaniu obiektów eksperymentalnych, pacyfikowaniu ludności, że pani premier wychowała się w Wutai, a potem znosiła laboratoria, że jest bezwzględnie ofiarą, ma więc prawo. I tak dalej, i tak do znudzenia. Rufus tylko podsycał atmosferę, aż w końcu Greg wstał, z hukiem odsunąwszy krzesło, ruszył do drzwi.

— Niech pan poczeka, proszę — westchnął koncyliacyjnie Mark. — Nie omówiliśmy jeszcze dzisiejszej konferencji.

— Nie mój problem.

— Ależ właśnie pański. Bo pańskie zachowanie nie przekonuje nas, nie dość silnie, że pańscy ludzie nie mieli nic wspólnego z tymi wydarzeniami. Naród będzie miał pytania. Udzielimy odpowiedzi zgodnych z naszą najlepszą wiedzą, nie pobożnymi życzeniami. Pańska organizacja współpracuje, owszem, ale dwóch ludzi znalezionych przy Strifie to byli eksSOLDIER, których podobno, jakimś cudem, nikt z legalnych ugrupowań nie zna… Ale to przypadek, oczywiście, może akurat byli w jakimś tajnym dziale, o którym nawet pan premier nie wiedział. Państwo nam pomagają, jak mogą. Tak obecnie wygląda sytuacja. I tak ją przedstawimy. Otoczką emocjonalno-fabularną pozwolimy się zająć prasie. Priscilli zwłaszcza. To w końcu jej znajomy, należy się jej…

Loor bladł z każdym słowem. Wrócił do stołu. Usiadł. Shinra Domingowi zimny, bardzo zimny uśmiech. Mark wiedział, że właśnie się wkopał, skierował na siebie reflektor paranoi, ale miał to chwilowo w nosie. Dobro kraju najwyższym prawem, u bahamuta.

— Niech pan mi pokaże te ich zdjęcia — westchnął męczeńsko Greg. — Nadal podtrzymuję moje poprzednie stwierdzenie, ale zobaczę… Może coś znajdziemy w archiwach, może się coś komuś ze stołówki przypomni. Czasem tak bywa.

— Te dane są oczywiście tajne i nie zamierzamy ich nikomu ujawniać — upewniła go Felicia. — A my, rząd, cały kraj, jesteśmy państwu nieustannie bardzo wdzięczni za współpracę.