Vincent szedł spokojnie ulicą, ubrany w swoje najbardziej teatralne ciuchy, ignorując oczywisty ogon. WRO albo ShinRa, albo któryś z okolicznych gangsterów. Nieważne, w trakcie zadań zmieniał wygląd całkowicie, to że Valentine'a, cyrkowego znajomego Tify, kojarzyli wszyscy, niespecjalnie przeszkadzało. Oczywiście, miło byłoby wiedzieć, kto tym razem aż tak mu nie ufa. Mafiosów zrozumiałby, w końcu ostatnio było sporo zamieszania, korporacji roześmiał się twarz, WRO – cóż, WRO stanowiłoby problem. Wykonywał prośby Reeve'a bez zadawania pytań i miał nadzieję, iż kupi tym sobie niezależność. Tuesti nie powinien wiedzieć o układzie z premierem. Stary polityczny wyga pewnie nie byłby zaskoczony, co to, to nie, wykorzystałby jednak informacje do szantażu. Na tym, by Cloud nic nie wiedział, byłemu turkowi naprawdę zależało.

Skręcił więc w ulicę prowadzącą do placyku między dzikim, niestrzeżonym parkingiem, a nielegalnym bazarem, założony w podniszczonym domu towarowym. Targowiska powoli już zamykano, zostali sami kupce. Przemytnicy, drobni wytwórcy, zbieracze, handlarze po prostu. Wątpliwe, by zwrócili uwagę na ewentualny hałas.

Zrujnowane miasta, rozmyślał agent, mają tę zaletę, że zwykle dosłownie dwa kroki dzielą główne arterie od podejrzanych spelunek, przejdziesz dziesięć metrów i już! masz mile odosobnione miejsca, idealne na rozmowę.

Ogon nie był jednak głupi, jaka szkoda. Wszedł na parking, pokręcił się po nim, niby to poszukując samochodu; za moment pewnie zacznie machać rękami, krzyczeć o kradzieży, zrobi scenę. Nie podejdzie do Vincenta bez świadków, ale też go nie zgubi. Słuszna przezorność. Ale brunet miał jeszcze kilka asów w rękawie. Takich jak nadludzka siła, prędkość, refleks. Co pozwoliło mu teraz przeskoczyć spory płot i – nim tamten w ogóle zdołał przetworzyć interpretacyjnie nagły wiatr, cień, huk – dopaść śledzącego, trzepnąć na dobry początek z dwa razy o karoserię najbliższego auta, potem poprawić płasko dłonią.

Szczeniakowi – bo to był jeszcze szczeniak, niewiele starszy od Denzela, nastolatek – krew ciekła z nosa, rozbitego czoła, wargi, którą niechcący ugryzł. Spojrzenie brązowych oczu próbowało być harde, z naciskiem na czasownik w formie osobowej. Dzieciakowi zaczynał się trząść podbródek. „Nic dziwnego" skonstatował eksturk „dotąd chłopak pewnie nie widział świecących, krwistoczerwonych oczu demona może dziesięć centymetrów od twarzy".

— Kto cię przysłał, chłopczyku? — spytał; łagodnie, bo z doświadczenia wiedział, że tak łatwiej wydobyć informacje. — Nic poza tym od ciebie nie chcę.

Ogon splunął różową śliną. Prawie trafił w twarz, ale agent zdążył się uchylić, wzdychając w duchu. Nigdy nie znosił fizycznej roboty.

— Jeśli mi powiesz, to cię puszczę i zapomnimy o sprawie. Nie masz chyba żalu o zwykłe środki ostrożności? — a teraz rozmowa w stylu „między nami, profesjonalistami". — Jest kilka grup, które mogą chcieć wiedzieć, gdzie jestem. Chciałbym tylko wiedzieć, która aż tak bardzo. Nic z tą wiedzą nie zrobię. Nie pójdę z pretensjami, nie urządzę rzezi, tobie nie obetną pensji. Ot, ciekawość.

Nadal milczenie, teraz nawet bez urągliwej reakcji. Dzieciak, nie profesjonalista, nie wie, kiedy spokojnie spasować. Co z kolei dawało nadzieję, że nie umie ukrywać emocji. Dawniej Valentine wyeliminowałby też z grona podejrzanych turki, teraz wszakże, po nowym zaciągu, nie był już taki pewien; niektórzy z młodych zdradzali objawy fanatyzmu godne WRO lub zaciętość typową dla uliczników.

— Organizacja? — strzelił; wzrok ani drgnął. — Któryś z gangów, więc? Rozpruwacze, Grupa „Kawki", banda Johna „Wisielca"... — wymieniał, licząc na reakcję – i nie doczekał się żadnej.

Porządnie zbić czy torturować chłopaka o taką głupotę byłoby mu aż głupio. Szantażować nie miał czym. Przekonać, nie przekona. Westchnął ciężko. Dlaczego ostatnio wszystkie proste sprawy muszą się komplikować?

— Ktoś inny? — spytał męczeńsko. — Wybacz, gubię się w nich wszystkich.

— Daj spokój dzieciakowi — rozległo się z tyłu.

Shelke. WRO, znaczy. Dlaczego skomplikowane sprawy robią się jeszcze bardziej skomplikowane?

— Musiałeś go od razu tak stłuc? — spytała, wychodząc z cienia.

Jedna z nielicznych osób, które umiały umknąć nadwrażliwym zmysłom szpiega. Drugą była Yuffie, jeśli się przyłożyła; ale Yuffie była w Wutai.

— Nic mu nie zrobiłem, nawet zęby ma wszystkie. Na przyszłość mów swoim, jak chodzi o żart, żeby nie wstrzymywali heroicznie informacji. Po co chłopak, skoro śledzisz mnie sama? I czemu? Przyjęcie-niespodzianka? Nie mam dzisiaj urodzin.

— Nie ja — machnęła ręką. — Ja się tylko wtrąciłam, jak zauważyłam, że chłopak cię nie stracił z oczu w ciągu dwóch minut. Wpadłam na to, że będziesz chciał go przesłuchać, ty brutalu, ledwie zdążyłam, nimeś mu palce połamał, co?

— Przestań. O taką głupotę – nigdy bym — mruknął.

Dzieciak, pewnie dlatego, że na widok Rui poczuł się pewnie, zaczął okazywać emocje. Strach, konkretniej.

— Proszę pani, ja, nigdy bym – ja wiem, że tak nie wolno, nie chciałem, po prostu zauważyłem i pomyślałem, że może, że dla dobra Gai, że... — zaczął się bełkotliwie tłumaczyć; z ciągu słów Vincent wywnioskował, iż chłopię zaczęło go śledzić na własną rękę.

Nie wiedział tylko, czemu, a to była potencjalnie ciekawsza informacja. Wskazywałaby przeciek lub nieostrożność ze strony eksturka.

— Co żeś zauważył? — spytał więc, usuwając zainteresowanie z tonu.

Niestety, Shelke była szybsza: zalała chłopca toną narzekań, przestróg i uwag, głównie dotyczących tego, co mu odbiło, by śledzić zaufanego, bliskiego WRO człowieka. Valentine westchnął nad jej temperamentem – albo celowym działaniem, powstrzymującym go przed wydobyciem odpowiedzi. Paranoja paranoją, ostrożność ostrożnością.

— Więc, dlaczego ci... „odbiło" — wypowiedział to słowo z przesadną uwagą, jakby je słyszał po raz pierwszy — jak to ujęła pani Rui?

— Bo, bo... niech pan się nie złości — wymamrotał dzieciak — wiem, że pan jest po dobrej stronie, myślałem, że może niechcący, nie zauważył pan, w co pan się pak... – przepraszam — dodał, dostrzegłszy żądzę mordu w oczach bruneta (niewiele rzeczy go irytowało: niedocenienie jego kompetencji było jedną z nich). — Widzi pan, bo ostatnio działo się dużo rzeczy w Rocket Town, dziwnych, wymordowanie gangu, takiego sporego, takiego na fali wznoszącej, całe kierownictwo wyrezane – mówią, że jakby dzika bestia przeszła – no, a gang dalej działa...

— A jak to jest powiązane ze mną? — spytał spokojnie, dużo spokojniej, niż się czuł, eksturk.

— Och, przecież wiemy, że pana tam widziano — chłopak machnął ręką — i że kombinował pan coś z tym gangiem, informatorzy nam donieśli. Myślałem nawet, że to robota dla nas, ale jak znalazłem, że nie, to się zaniepokoiłem i pomyślałem, jak potem pan wychodził od nas, z wieżowca, że może sprawdzę... Bardzo głupio zrobiłem, prawda? — sądząc z głosu, bezbrzeżna naiwność oraz tępota jego działania nagle doń dotarły.

— Kto wam doniósł? — spytał Vincent.

Czuł na sobie pytający wzrok dziewczyny, ale to chwilowo nie było najważniejsze.

— Mmmm – nikt zarejestrowany, po prostu, taka informacja przyszła do naszych ludzi w Rocket Town, oni ją puścili dalej... z dwa-trzy dni temu. Że kogoś podobnego do pana widziano w gangu. Ktoś pewnie też myślał, że to nasze zlecenie. W każdym razie, jakaś sekretarka wpisała w archiwum, automatycznie.

Valentine westchnął. Głęboko, powoli.

— Chłopcze, widzisz, przy tego typu informacjach, trzeba się zawsze zastanowić. Czy, na przykład, człowiek o mojej reputacji, pozwoliłby sobie na udział w jakiejkolwiek akcji pod przykrywką nie starłszy wcześniej z twarzy choćby śladów podobieństwa? Nie ukrywszy tych uroczych oczu, które tak cię przeraziły, nie przefarbowawszy włosów, nie zapuściwszy — napawał się okazją do użycia imiesłowów — brody lub wąsów, nie opaliwszy się, nie zmieniwszy stroju, chodu, sylwetki, fryzury?

Dzieciak zawahał się, a potem pokręcił głową.

— No, nie, ale...

— Co zostawia nam kilka możliwości: pierwsza, byłem po prostu na wakacjach w Rocket Town i jakimś cudem odwiesiłem też moją paranoję. Druga, nie było mnie w Rocket Town i ktoś po prostu się pomylił – nie wiem czemu miałby z tym od razu iść do WRO, ale pal sześć, może taka jest cena mojej „sławy" – albo celowo wprowadził was w błąd. Ta ostatnia jest, jak się domyślasz, najgorsza, bo znaczy, że macie złośliwego przeciwnika.

— Jest jeszcze trzecia — zauważyła cicho Shelke. — Że byłeś tam, w przebraniu, ale zostałeś zdemaskowany, a ten, kto to zrobił, postanowił dodatkowo donieść na ciebie Reeve'owi. Wtedy ty miałbyś złośliwego przeciwnika.

— Zamierzałem do tego dojść — rzucił zgryźliwie. — Przerwałaś mi orację.

— A jak w końcu było? — spytał chłopak.

Brunet wzniósł oczy ku niebu.

— Trochę już żyjesz na tym świecie: powiedz mi, czy choć raz widziałeś, by rzeczywistość nie okazywała się najgorszą opcją?

No tak, ogon pokiwał smętnie głową. Eksturk był zadowolony – zawsze należy unikać bezpośrednich kłamstw, nawet wtedy, gdy jesteśmy dość biegli, a druga strona dość niedoświadczona, byśmy mieli całkowitą pewność sukcesu.

Z Shelke będzie trudniej, ale Shelke więcej rozumie, Shelke ufał na tyle, na ile się w takim środowisku ufa. Shelke pomogła mu nawet spławić młodego, dziękując za wykrycie sprawy, obiecując rychłą podwyżkę i może nawet awans. Shelke stała teraz, oparta o ścianę, w starannie wystylizowanej normalnej pozie oparcia o ścianę, patrząc na niego spod powiek. Zupełnie nieruchoma. W absolutnej ciszy.

Vincent w końcu westchnął, pasując. Należy ustępować kobietom.

— Nie będę pytała — pani najwyraźniej doceniła starania — czy tam byłeś ani co ewentualnie tam robiłeś. Nie będę, bo umiesz kłamać, a moje zdolności socjalne są nikłe – nie przyłapię cię na fałszu. To nieekonomiczne, pytać w takiej sytuacji.

— Nie robię – ani teraz, ani w ogóle – nic, co zagrażałoby WRO. Wiesz, że nie zrobiłbym — zaczął, ale przerwała mu machnięciem ręki.

— Dla mnie to bez znaczenia. Tłumacz się Reeve'owi. Mam wobec ciebie dług — teraz on z kolei zaprotestowała, lecz nie pozwoliła się uciszyć — i traktuję cię jak... bliską osobę. To się dla mnie liczy. Pomagam ci i nie pytam.

— Wiem, że mogłabyś sprawdzić... dziękuję za zaufanie — spróbował rozciągnąć wargi w uśmiechu. — Nie nadużywam go.

— Musiałabym nie mieć ani grama przyzwoitości — zauważyła obojętnie. — Gdybyś jednak potrzebował pomocy... i ja, personalnie, i Reeve, i całe WRO jesteśmy ci gotowi jej udzielić. Chociaż zrozumiem, jeżeli nadal będziesz wolał swoją samotność. Mieszkasz teraz w barze, prawda? — spytała, zmieniając temat.

Ogłaszając więc koniec dyskusji. Ku pewnej uldze Valentine'a, uldze podszytej jednak piskiem tak doskonale mu znanych wyrzutów sumienia.

— Tak. Słyszałem od Tify, że dzwonisz?

— Prawie codziennie. Zabrałam też parę dzieciaki po szkole na przechadzkę, żeby ona z Sherą wypoczęły. Najchętniej wyciągnęłaby też Tifę, ale wiesz, jaka ona jest. Nie odejdzie od Clouda ani na minutę.

— W Mideel też tak było — wyszeptał mimowolnie brunet. — Świat się palił, ale ona przy nim została. — Po długiej ciszy dodał: — Wolała to niż szukanie zemsty. Szanuję ją za to, bardzo.

— Zrobi sobie krzywdę — zauważyła kobieta. — Nikt nie ma nieskończonego zapasu sił. Spróbuj ją namówić, żeby gdzieś ze mną wyskoczyła.

— Ty też możesz wpaść — zaproponował.

Pokręciła gwałtownie głową. Oczekiwał wymówek: brak czasu, nie chce robić jeszcze większego zamieszania, nie wie, czy nie zabije Shinry, kiedy go zobaczy, nie ma co przeszkadzać lekarzom. Ku jego zdumieniu powiedziała jednak coś, co przynajmniej mogło być prawdą:

— Nie chcę go widzieć chorym, Vincent. Pamiętam go jako silnego człowieka, wiesz, wtedy, jak pomieszkiwałam w barze, on ciągle znikał, wracał, zawsze sam i zawsze milczący, zawsze z tym „jasne, w porządku, let's mosey" na ustach. Tifa dostawała szału, ale ja go rozumiałam... ja wiem, jak to jest, po tym, jak ktoś cię... po laboratoriach. I rozumiem, że jeżeli go to czasem dopada, to nie może jej powiedzieć, bo takich rzeczy nie mówi się ludziom, na którym nam choćby minimalnie zależy, bo po takich opowieściach sami byśmy się załamali. Widzisz, on dla mnie stanowi symbol — zaczęła mówić z większym zapałem, jakby odnalazła właściwe słowa — że się da. Że można mieć dom, zwykłą pracę, żyć z dziećmi, zamknąć to wszystko za sobą... jakoś. Nieidealnie, ale jakoś. Nie chcę widzieć, jak go to wszystko znowu dopada. Może jestem tchórzem albo hipokrytką, ale nie chcę.

Były turk nie za bardzo miał jej co odpowiedzieć. Spróbował więc starego dobrego „rozumiem" i obietnicy (tak, powie Tifie, żeby gdzieś wyskoczyła). Potem patrzyli po prostu na chmury, przesuwające się po niebie, na ich cienie, śmigające po ziemi. Żyli, oboje żyli, przetrwali, to wszystko. Nie byli nawet, jak zwykle oczekiwano od ocalałych, specjalnie szczęśliwi ani łakomi życia. Przetrwali, to wszystko. Cloudowi udało się więcej, a przynajmniej tak to postrzegali, może przez pryzmat swoich nadziei.

— Miej oko na Shinrę — przerwała wreszcie ciszę Shelke. — Nie możemy go podsłuchiwać, kiedy tam mieszka. To musi być ulga dla paranoika — mruknęła zjadliwie.

— I pewnie tylko dlatego tam siedzi. Tifa... jest tym wszystkim bardzo zmęczona, chociaż trzyma się dzielnie. Stara się być uczciwa — Valentine prychnął gorzko. — Jeszcze trochę, a zacznie mu szykować śniadania do teczki, jak dzieciom do tornistra. Temu łajdakowi to w graj, pewnie to jeden z jego celów pobocznych, wygrać zaufanie kolejnych członków AVALANCHE...

— Cloud jest jego bratem. Przyrodnim — wymawiając te słowa dziewczyna patrzyła, ze starannie obojętnym wyrazem twarzy, na końcówki włosów rozmówcy. — Myślisz, że Shinra to wie?

Mężczyzna zamrugał.

— Skąd, u licha...

— W Deepgroundzie mieliśmy dostęp do informacji o wszystkich projektach — pospieszyła z wyjaśnieniem; to był bezpieczny grunt — więc o genotypie Clouda też. Hoja to bawiło. Poprzedni prezydent nie wiedział, nie podejrzewał nawet, on miał dziesiątki bękartów, kojarzył tylko te, których matki się do niego zgłosiły... Myślisz, że Shinra wie?

Coś w jej tonie, ukryte napięcie, naleganie, powtórzenie pytania, cała postawa – brunet był zaalarmowany. Pomijając już kwestię naprawdę istotnej, zaskakującej informacji. Dlaczego kobietę miałoby interesować ewentualne premierowskie... aż nie wiedział, jak to nazwać, słabość? rodzaj przywiązania? emocja? cienie strzępków sumienia?

Chyba, że...

— Myślisz o Shelui?

— Bez przerwy. Bez ani jednej sekundy przerwy. Rozumiesz to, prawda? — odparła, przymykając oczy, z cynicznym uśmiechem, nie pasującym może do... twarzy czy ciała, lecz współgrającym z gestami. — Ale zapytałam o Shinrę. Myślisz, że wie?

Vincent potrząsnął głową.

— Nigdy nie zachowywał się, jakby wiedział, ale, wziąwszy pod uwagę o kim mówimy, to naprawdę o niczym nie świadczy. Niemniej, Rufus ma, jak sama zauważyłaś, legiony bękarcich braci. O wielu wie, o kilku nawet ja wiem – oni go nigdy ani trochę nie obchodzili.

— Nie znał ich. Lazard...

— ...był przeciwnikiem. Clouda też. Walczyli ze sobą, dwa strzały, cios mieczem, truchło wiernego zwierzątka, potem egzekucja przyjaciół, szczęściem nieudana... Rufus nazwałby to pewnie „zażartą dyskusją polityczną".

Shelke wybuchnęła śmiechem, na tyle ciepłym, że większość osób nie zauważyłaby, że jest wystudiowany. Szpieg ciągnął:

— Później tylko powrót do gry, wymuszenie działania, okupione cierpieniem bliskich Cloudowi ludzi, tylko kolejne propozycje, w ramach namawiania do których Rufus zawsze go rani, zawsze zniszczy, jaki tylko spokój Cloud sobie zdoła zbudować... To nie jest troska. Nie szukaj w tym troski. Nie szukaj normalności w Rufusie, nawiasem. On jest, jeśli chodzi o zdrowe ludzkie uczucia, zawsze tym wyjątkiem, który potwierdza regułę.

Dziewczyna zaśmiała się, znowu. Poprawnie, bez śladu namysłu, idealnie naśladując spontaniczność. Valentine czuł rodzaj dumy czy szczęścia widząc, jak mała świetnie sobie radzi z przystosowaniem do społeczeństwa, mimikrą.

— Ja też nie znałam Shelui za dobrze — dodała. — A on nie jest psychopatą. Przynajmniej taka była konkluzja raportów, które mamy w WRO.

— Nie powiesz mi, że się nie wahali — prychnął eksturk. — On nawet nie był, może, na wstępie podłym człowiekiem... Nie znoszę go, szczerze, kiedy wreszcie Reeve zdecyduje się go porwać, torturować i zabić po te informacje o kontach, pierwszy będę go katował, ale nie chodzi o to, by nienawiść utrudniła mi prawidłowe rozeznanie – Rufus jest tylko połamanym, zdeprawowanym przez życie do cna dzieciakiem. Dla nas to dobrze, bo to oznacza, że będzie czasem próbował ukoić to dziecko, które w nim płacze – czyli popełni błędy. W te błędy się wślizgniemy my.

„Nie masz wielu złudzeń, nie?" wykrztusiła kobieta, tłumiąc chichot. Mężczyzna myślał jednak głównie o tym, jak bardzo próbowała zrozumieć istotę ludzkich więzi, a przez to pewnie jakoś... metafizycznie? duchowo? ocalić, naprawić więź z siostrą. Było więc ckliwie czy smutno, nawet jemu. Trzeba być bardzo zdesperowanym, by dostrzec choćby ślad przywiązania u premiera, by wierzyć, że znajdując coś u niego, coś się odszuka, usprawiedliwi u siebie.

— Nie mówiłam o tym Reeve'owi — stwierdziła naraz Shelke. — Ani nikomu. Cloud z Tifą mi bardzo pomogli, wtedy, kiedy dopiero stawałam na nogi, uczyłam się żyć. Dali mi dach nad głową – nigdy im tego nie zapomnę. To jego prywatna sprawa, więc nie mówiłam nikomu, poza tobą. Jesteś jego przyjacielem. I byłeś w laboratoriach. I znasz korporację. Myślę, że jeśli ktokolwiek jest w stanie zrobić z tych informacji dobry użytek...

Rozciągnął wargi w ostrym uśmiechu.

— Dziękuję za zaufanie, ale, wbrew pomysłom paranoidalnych kadr WRO, nie wdaję się w konszachty z Rufusem...

— Wyrwałeś moje życie z głębin Szeolu, tak jak Cloud, zawsze mówisz, twoje — odpowiedziała bardzo, bardzo poważnie. — To więcej niż zaufanie. Dla ciebie poszłabym do samego diabła, Sephirotha, Hoja, Shinry, nieważne, jak go nazwiesz. Rozumiem, że cokolwiek robisz teraz, to pewnie... pewnie właśnie tak samo. Dla Clouda. I dlatego nie chcę ani sprawdzać, ani pytać.

Zapadła cisza, dramatyczna raczej.

— Macie jakieś dane — spytał wreszcie Vincent — których nie przekazujecie policji? Chciałbym się na coś przydać w tym śledztwie. W Edge'u, gdzie mnie znają, wiele nie zrobię, ale zawsze...

— Dane policyjne masz? Shinra się dzieli? — Czyżby usłyszał ironię w jej głosie?

— Z Tifą.

— WRO naprawdę daje wszystko. Korporacja pewnie nie, Reeve wie, ale my nie mamy aż tylu wyszkolonych ludzi, nie bez ciebie i Clouda, nie chce ryzykować jego życiem w imię rozgrywki. Mogę ci udostępnić profile i akta ludzi związanych ze sprawą. Shinry też.

Valentine przemyślał ofertę. Shelke nie kłamała, co oznaczało, że jedyną strona grająca nieczysto faktycznie pozostawał premier. Czy raczej: prezydent, służby państwowe zachowywały się bez zarzutu. Niedobrze, to oznaczało, iż Rufus zdobywał przewagę. Trzeba będzie to wszystko zrównoważyć – jakoś.

— Dzięki, chętnie przeczytam. Yuffie dzwoniła też do was, narzekając na posiedzenia rady królestwa?

— Codziennie dzwoni — stwierdziła bardzo neutralnym tonem dziewczyna.

— Tak, ale czy zarejestrowaliście już jej dzisiejszy powód marudzenia? Tę ustawę o podwyżce podatków? Z bardzo... specyficznym progiem? Który nie przeszedł w końcu, ale został zaprotokołowany, przynamniej w pamięci Jej Wysokości?

Kobieta uniosła kąciki warg w uśmiechu. Szczerym, na ile turk umiał ocenić.

— Dziewięćdziesiąt procent od zysków powyżej stu piętnastu miliardów, niezależnie od pochodzenia zysku? Nie, jeszcze nie. Dzwoniła do mnie, ale wynikła ta sprawa z tobą, jeszcze nie wprowadziłam do akt. Reeve się ucieszy, zawsze to informacja o stanie finansowym Shinry i jego zyskach. Wiemy, że przelał do Wutai koło biliona, prawie bilionik mają fundacje postkorporacyjne, ale to się nie liczy, z tego idzie głównie na WRO i odszkodowania, całe spisane na straty, a póki co zamrożone, kilkaset miliardów jest w obiegu w tych różnych powiązanych z nim firmach. Dwa biliony, zebrawszy. Nieźle, sporo wydostał.

— Ile mieli przed Upadkiem?

— W pieniądzach? Może trzy. Majątku całego? Koło sześciu, ale akcje przepadły, nieruchomości czy laboratoria zaś, cóż... to raczej wirtualne pieniądze, nijak się ich nie wyciśnie. Albo zniszczone, albo ktoś je przejął, albo nie wolno używać. Oczywiście, są reaktory i sieci przesyłowe, ale przy takim zubożeniu społeczeństwa, premierowi nie uchodzi żądać cen, które pokryłyby choćby koszta utrzymania.

— Budżet dopłaci, z podatków — mruknął cynicznie szpieg. — Już partia rządząca o to zadba. Wstrzymaj się z wpisywaniem do akt dzień lub dwa, proszę. Do końca konferencji. Jak najdłużej. Postaram się dopilnować, żeby Yuffie nie poinformowała o tym Reeve'a.

Shelke zmarszczyła brwi. Znów milczenie. To było w porządku, lubili razem milczeć; praktycznie sobie ufali, a jak wyrazić to prościej, niż unikając okazji do najoczywistszych kłamstw? Najwyraźniej jednak pani była dzisiaj w nastroju na łamanie statusów quo, nieformalnych umów i worków z tajemnicami.

— Mogę to zatrzymać nawet na wieki — stwierdziła. — Chcesz coś ugrać?

Brunet zawahał się, potem jednak uznał, że nie ma sensu narażać przyjaźni dla nieużytecznego kłamstwa.

— Chcę, żeby Cloud był bezpieczny — odparł spokojnie. — Uwierz mi, przy tym, jak on się Rufusowi przydaje, muszę mieć pod ręką szalenie mocne argumenty.