Ostrzeżenia:
Na potrzeby tej historii Severus Snape jest czarodziejem czystej krwi.
Chyba tyle.
I mała prośba. Jeśli czytasz – zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Będzie mi bardzo milo.
Enjoy!
Hogwart, 29 sierpnia 1984 roku
Severus Snape uważał się za cierpliwą osobę. Potrafił wytrzymać hordy rozwydrzonych małolatów panoszących się po lochach bez podniesienia głosu, co zakrawało pod Order Merlina. Nie zaprzeczał, że taki stan rzeczy zawdzięcza samemu sobie. W momencie ukończenia szkoły był bardzo wybuchowy, jednak gdy zaczął myśleć nad przyjęciem posady w Hogwarcie musiał zrewidować swoje zachowanie. Albus Dumbledore z pewnością nie kipiałby zachwytem, gdyby wrzeszczał na jego drogocennych uczniów, lub ciskał w nich co lepszymi klątwami. Pomocne okazało się jego zamiłowanie do warzycielstwa. Wcześniej tego nie dostrzegał, ale do przygotowywania niektórych mikstur potrzeba naprawdę wzorowego stoicyzmu. Kiedy nie pomagała wizja dzieciaków jako kociołków, posiłkował się wyobrażeniem jego przeklętego fatum, Jamesa Pottera, gotującego się na wolnym ogniu. O tak. Niektóre z aspektów bycia sługusem Czarnego Pana nadal siedziały gdzieś głęboko. Nie ma to jak krzyki cierpienia największego wroga.
Zazwyczaj jednak unikał rozmyślania o Potterze, bo to nieuchronnie prowadziło do Lily. A wtedy czuł się rozdarty. Z jednej strony jego dusza krzyczała w agonii po jej stracie. Z drugiej...
Wtedy jeszcze był naiwny. Uwierzył, gdy mówiła o gryfońskiej lojalności i przyjaźni. Uwierzył, gdy zarzekała się, że nie ma z nim nic wspólnego. Jasne, nie obiecywali sobie gwiazdki z nieba, co nie zmieniało faktu, że zrobiłby wszystko, żeby dostać tę cholerną gwiazdkę, jeśli ona by sobie tego zażyczyła. Wiedziała o tym. Tak samo jak o fakcie, że wspiera działania Czarnego Pana. Z początku notorycznie się o to sprzeczali. Nie ma się co dziwić. W końcu sama pochodziła z mugolskiej rodziny, a on jawnie popierał eksterminację mugoli. Upierała się, że nie wszyscy są źli. Jednak gdy podawał jej jedyną siostrę jako kontrargument jakoś się poddawała. Z czasem pogodziła się z jego wyborem, i mimo tego że sama nie zamierzała się przyłączyć, nie robiła mu wymówek. Super.
W każdym razie było super. Przyjaciele, z możliwością na coś więcej. Z jego strony. Z jej to chyba nawet Merlin nie wiedział. Idealny obrazek. Wystarczyłoby zatytułować Łamanie przekonań i powiesić na ścianie. Jak dwa przeciwstawne bieguny. Kobieta i mężczyzna. Gryfonka i Ślizgon. Niska i wysoki. Ruda i czarnowłosy. Lubiana i samotnik. Mugolaczka i czarodziej czystej krwi. Jasna strona i ciemna strona. Piękna i bestia. Zgrabny, krótki opis. Zupełnie jak instrukcje w podręcznikach dla pierwszorocznych idiotów.
Tylko ta jedna noc coś zepsuła. Wcześniej jego uczucia były tematem tabu. Wiedziała o nich, oczywiście. W końcu była piekielnie bystra. Ale wtedy...
Przed oczami migały mu fragmenty tamtego dnia. Dnia, który zmienił wszystko. Ognista. Dużo, za dużo ognistej. Jej śmiech. Jego głos. Ogień w kominku w jego rodzinnym domu. Lily zjeżdżająca po poręczy schodów, pokazująca gdzie ma czystokrwiste zasady. Lily patrząca tęsknie w stronę portretu jego rodziny. Lily mówiąca o swojej siostrze. On, obejmujący ją ramieniem. Łzy Lily. Jego dłoń, z palcami upstrzonymi plamami od eliksirów. Ognista. Bełkot Lily. Jego rozmyty wzrok. Zbłąkana dłoń na kolanie. Wzdychająca Lily, wpatrująca się w niego zamglonymi oczami. Jakaś zbłąkana myśl, niestrudzenie tłukąca się we wnętrzu umysłu ze światełkiem, że jest ważna. Brak sformułowania dla myśli. Ręce, wszędzie ręce. Gorączkowa potyczka ze schodami. Plątanina dwóch par kończyn. Gwałtowne zetknięcie warg. Sypialnia. Szaty na podłodze. Ugięcie materaca pod dwoma ciałami. Jej dłonie poznające jego plecy. Jego dłonie poznające jej piersi, o których marzył tyle razy. Jej usta, zostawiające szlak mokrych śladów na jego torsie. Jego usta, poznające fakturę jej uda. Jej język, muskający grdykę. Jego język, trącający sutek. Jej westchnienie, stłumione przez alkohol. Jego jęk, gdy otarła się o jego męskość. Jej oczy, płonące w świetle księżyca wpadającego przez niezasłonięte okno. Jego warkniecie, gdy w nią wchodził. Jej wygięcie się w luk. Moment, o którym zawsze marzył. Wspólne uniesienie.
W tym momencie życzyłby sobie końca. Tak byłoby idealnie. Ale zdradzieckie wspomnienia nadal płynęły, tworząc depresyjną historię początku końca jego miłości. I tak więcej niż na to zasługiwał.
A potem nadszedł ranek. Eliksir na kaca. Wróciły wspomnienia. Jej blada twarz i zlęknione spojrzenie. Jego serce, które na moment zamarło. Jej głos, gdy mówiła, że lepiej będzie jeśli o tym zapomną. Jego przytakniecie, chociaż myśli krzyczały coś innego. Powrót do rzeczywistości. Jakiś czas później, jej dziwne zachowanie. Jego pytające spojrzenia śledzące każdy jej ruch. Jej wzruszenie ramion. Odpowiedź, że powie mu później. A później była misja. Przeklęta, pierdolona misja.
Tamtego dnia wezwanie nadeszło niespodziewanie w trakcie śniadania. Zdążył tylko syknąć z bólu, przywołać swoją szatę, maskę i cmoknąć ją w policzek na pożegnanie. Nie zauważył jej pełnych zmartwienia oczu.
Niewiele pamiętał z tamtego okresu. Jedynie, że była to masakra. Tym razem niestety dla nich. Stracili dwudziestu trzech ludzi, na szczęście z niższego kręgu. Jego trafiła jakaś paskudna klątwa.
Gdy się obudził, miał wrażenie jakby usiadł na nim smok, a szybkie spojrzenie na własne ciało uświadomiło mu, że nie pomylił się tak bardzo. Kiedy tylko do pokoju wszedł Avery ze znudzonym wyrazem twarzy wiedział już, że coś poszło bardzo, bardzo źle.
- Który dzisiaj jest?
- Czwarty grudnia – odpowiedział, nadal oglądając jego malownicze siniaki.
- Grudnia?! Powiedz chociaż, że nadal mamy ten sam rok!
- Oczywiście – prychnął.
Cholera! Czyli był nieprzytomny ponad trzy miesiące. Cudownie. Nie czekając na dalszy ciąg jego wypowiedzi, praktycznie wyskoczył z łóżka, wcisnął na siebie pierwsze ubranie jakie zawinęło mu się pod rękę i nie zważając na oburzone spojrzenie kolegi, deportował się. Wprost do ogródka państwa Evans.
Matka Lily zaprosiła go do salonu, poczęstowała ciasteczkami, wepchnęła do rąk filiżankę z herbatą i dopiero wtedy dopuściła do głosu. Zapytana, czy jest może jej młodsza córka, zrobiła zdumioną minę, po czym niepewnie odpowiedziała, że Lily jest w domu.
- Jak to w domu? Przecież mieszka z państwem.
- Już nie, Severusie. Mieszka teraz u siebie. Chociaż powinnam powiedzieć, że u męża.
- M-męża? - zachłysnął się herbatą.
- O, tak! - kobieta wyraźnie się rozpromieniła – Taki miły chłopiec. Pobrali się ledwie miesiąc temu, i chociaż nie jestem zachwycona ich postępowaniem, to przynajmniej doczekam się wnuka albo wnuczki!
- Lily jest w ciąży? - zapytał głucho.
- Tak, tak, chłopcze! Jeśli chcesz, możesz ją odwiedzić, z pewnością nie będzie miała nic przeciwko. Mają taki ładny domek w Dolinie Godryka.
Nie czekał dłużej. Pożegnał się grzecznie i wyszedł. Nigdy więcej nie stanął na tym progu.
W domu, na samym szczycie utworzonej góry korespondencji leżał list zaadresowany przez Lily.
Przepraszała w nim za wszystko, co mu zrobiła. Wymówki i jeszcze raz wymówki.
Proszę, wybacz mi. Nie wiedziałam nawet czy wrócisz. Po miesiącu sadziłam, że jesteś już martwy.
Dalej nie czytał, bo list opisywał jak to się stało, że zeszła się z Potterem. Ze wszystkich ludzi, ona musiała wybrać akurat jego. Los naprawdę z niego kpił. Nie spełnił jej prośby. Nie wybaczył.
Jednak następnego roku zaczął się wahać. To on dostarczył przepowiednię, według której jakieś dziecko miało mieć moc pokonania jego Pana. Oczywiście natychmiast dostarczył wstrząsającą wiadomość swojemu mistrzowi, a pech chciał, że ten wypatrzył sobie akurat bachora Jamesa przeklętego Pottera.
Wtedy poszedł do Dumbledore'a.
Od czasu pożegnania w jego rezydencji tamtego ranka widział się z nią jeden, jedyny raz. Z nią i dzieckiem. Dwudziestego czwartego października, na tydzień przed atakiem.
Chłopczyk naprawdę był słodki. Przypominał Lily. Na szczęście.
Wizyta nie trwała długo. Zaprosiła go tylko dlatego, że Potter poszedł spotkać się w jakiejś ważnej sprawie z Dumbledorem.
A później morze winy.
Teraz chłopiec zaginął. Severus nadal uparcie twierdził, że jest nader cierpliwy, ale ponad dwa tygodnie przekopywania się przez bibliotekę zarówno szkolną, jak i tą w Snape Manor, dały mu więcej pytań niż odpowiedzi.
Zatrzasnął właśnie grube tomiszcze nad którym tak się zamyślił, i zbłąkane drobiny kurzu zawirowały w powietrzu.
W zasadzie potwierdził głownie to, czego dowiedział się już od dyrektora. Uzupełnił jedynie wiedzę o nazwiska osób, przez które ta adopcja popadła w niełaskę. Mało przydatne.
Jednak od Notta miał kilka ciekawych informacji, z którymi czekał właśnie na Albusa. Jak na zawołanie, ogień w kominku stal się szmaragdowy, a na powycierany dywanik wyszedł Albus Dumbledore we własnej osobie, zgrabnie otrzepując się z popiołu, pozostałego na żółtej szacie w tańczące pierniczki. Poczuł, że zabolały go oczy od ilości intensywnych kolorów, więc skupił wzrok na twarzy starego czarodzieja.
- Severusie, milo cię widzieć, mój chłopcze.
- Dyrektorze – skinął głową, wskazując fotel nieopodal kominka – Herbaty?
- Poproszę – i zanim Snape zdążył chociażby unieść różdżkę, dodał – Dwie kostki cukru.
Po chwili obaj siedzieli, sącząc powoli swoje napoje. Po kilku minutach Dumbledore postanowił przerwać ciszę, która zaczynała powoli ciążyć:
- Czego się dowiedziałeś?
- Z książek? - prychnął – W zasadzie niczego. Mam jeszcze więcej pytań. Wolisz, żebym najpierw je zadał, czy przekazać ci wiadomości od Notta?
- Pytaj, chłopcze.
- Zastanawiałem się, jakim kolorem oznaczana jest linia dziecka na gobelinie rodziny. W końcu to nadal jest adopcja. Chociaż całkowicie ekstremalna.
- Hmm... Myślę, że mimo wszystko będzie to pomarańczowy mimo, że nie ma na ten temat żadnych danych. Ale na te małe arcydzieła rzucane są bardzo potężne zaklęcia. Jak wiesz, nie można przy nich manipulować. Żeby usunąć kogoś z takiego gobelinu, należy go wypalić. Raczej tak samo jest przy innych próbach ingerencji. Gdyby ktoś chciał zmienić kolor linii, musiałby to zrobić w sposób całkowicie mugolski.
Severus przytaknął, a jego dotąd spięte ramiona, ledwo zauważanie się rozluźniły.
- Chyba, że... - zaczął dyrektor, a Snape poczuł, że zaciska nerwowo szczeki – Ta magia byłaby silniejsza i zmusiłaby gobelin do samoistnej aktualizacji. Dopóki nie zdobędziemy twardych dowodów lub przesłanek, dopóty przyjdzie nam zgadywać.
- A blizna? - mężczyzna wyraźnie nie chciał ustąpić - Rytuał nadaje nowy wygląd, więc każdą skazę teoretycznie mógłby zmazać...
- Właśnie Severusie, teoretycznie. Nie wiemy w zasadzie nic o bliźnie Harrego. Tylko tyle, że powstała na skutek bardzo wrogiej klątwy. Czyli nie mówi nam to nic. Równie dobrze może w sobie zawierać element magiczny, albo i nie.
- Czyli... chłopak może nadal ją mieć, ale równie dobrze może jej nie mieć?
- Tak.
- W takim razie... Czy pamięć chłopca mogłaby zareagować na słowa- klucze?
- Wybacz mi, chłopcze, ale nie rozumiem.
- Słowa- klucze – zaczął niecierpliwie – to nazwa takiego zbioru wyrazów, który dla naszej psychiki ma szczególne znaczenie. Na przykład dla mnie jednym z nich jest eliksir. Dla pana chociażby Grindelwald. Wypowiedzenie tego słowa powoduje niekontrolowany napływ wspomnień i myśli na dany temat. Ja, na podane słowo przypomniałbym sobie cały kurs na Mistrza Eliksirów, większość lekcji i samodzielne warzenie. U pana – wojna i pojedynek.
- Ciekawe zagadnienie – Dumbledore zetknął końcówki palców – Jak myślisz, jakie słowo byłoby najlepsze w przypadku młodego Harrego?
- Czy to nie oczywiste, dyrektorze? - zapytał z lekką ironią – Potter.
- Tak... To może mieć sens. Czy słowo musi zostać powiedziane bezpośrednio do danej osoby?
- Nie – potrząsnął głową – Wystarczy, by to usłyszała.
- Cóż, dobrze. Jakie wieści?
- Avery ma czteroletnie dziecko, córkę. Jugson ma syna, niestety nie wiem w jakim wieku. Dołohow wrócił do Anglii całkiem niedawno. Tez ma syna.
- W jakim wieku?
- Nie wiem. Ale na pewno młodszy niż sześć lat. Z pewnością zauważyłbym, gdyby jego żona była w ciąży. Być może była w niej, gdy już wyjeżdżali, lub zaszła dopiero na miejscu.
- Dlaczego nikt nie wiedział, że ma dziecko?
- Nie utrzymywali z nikim kontaktu, nawet swoimi rodzicami – burknął – żeby nie zdradzić swojej prawdziwej lojalności, jak to ujął górnolotnie Nott.
- Wiemy gdzie byli?
- Nie – warknął, wyraźnie zły na ten fakt – Nikt nie wie, oprócz nich i widma Czarnego Pana. Mieli kogoś szpiegować, ale kogo, tego nie wiem.
- Dlaczego wrócili właśnie teraz?
- Bo mieli wrócić. Taki dostali rozkaz od Czarnego Pana. Ich misja miała trwać pięć lat. Właśnie minęły.
- Szukali go?
- Nie mam pojęcia, dyrektorze. Nawet jeśli, to z pewnością nie zaczepiali losowych przechodniów w nieznanym nam kraju. Nie chcieliby zwracać uwagi lokalnych władz. Zwłaszcza znając metody Dołohowa. Zresztą Annika także nie jest taka święta.
- Co masz na myśli? - Dumbledore zmarszczył brwi – Nie wspominałeś by miała Mroczny Znak.
- Bo go nie ma – warknął – Ale była na każdym zebraniu razem z mężem. Nie brała udziału w rajdach, ale chętnie dołączała się do tortur na miejscu. Czarny Pan... obdarzył ją jakimś kredytem zaufania. Była traktowana jak normalny śmierciożerca. Nie mam pojęcia dlaczego.
- Cóż... na razie mnie to nie martwi, skoro Voldemort nadal przebywa w niebycie – nie zwrócił uwagi na skrzywienie Snape'a na dźwięk przezwiska dawnego pana – Nie mniej, to dość ciekawa informacja. Czy istnieje możliwość, byś zobaczył się z Jugsonem i Dołohowem?
- Owszem – uśmiechnął się ironicznie – Nawet szybciej, niż mogliśmy się spodziewać. Jutro w rezydencji Dołohowa. Chce nam przedstawić swojego drogocennego potomka – dodał z przekąsem.
- Severusie – w glosie Albusa słychać było ostrzeżenie – Wiem, że ci cię to nie podoba, tak samo jak mi, ale musisz traktować te dzieci nad wyraz dobrze. Zarówno teraz, jak i wtedy gdy przybędą do szkoły. Zawsze jednak możesz mieć nadzieję, że poślą swoje dzieci do Durmstrangu.
- Bardzo płonne nadzieje, chciał pan powiedzieć, dyrektorze – parsknął – Obaj doskonale wiemy, że Narcyza nigdy nie puści swojego drogiego Draco tak daleko od domu. A z tego co pamiętam, w rodzinie Dołohowa istnieje jakaś głupia tradycja o posyłaniu swoich dzieci do Hogwartu. Gdyby mieli córkę, zapewne wyglądałoby to inaczej. A jeśli chodzi o córkę Avery'ego, Aledę, to sytuacja jest absolutnie komiczna. Alvena ma na jej punkcie jeszcze większą obsesję niż ta, którą może szczycić się Narcyza.
- Dobrze. Na razie nie musimy się tym przejmować. Przecież nie widujesz tych dzieciaków codziennie. Spróbuj za to proszę w miarę możliwości zerknąć na gobelin Dołohowa.
- Oczywiście, dyrektorze – skinął poważnie, chociaż nadal miał minę, jakby zjadł coś paskudnego – I jeszcze jedna sprawa. Dołohow zaczął coś działać w sprawie Bellatrix i Rudolfusa. Ale co i w jakiej konkretnie sprawie, oczywiście nie wiem.
- Jest wiele możliwości. Powszechnie wiadomo, że się z nimi przyjaźnił – postukał się palcem po brodzie – No dobrze. Nie będę ci więcej przeszkadzał. Przyjdź proszę do mojego biura, gdy dowiesz się czegoś jeszcze. Miłego popołudnia, Severusie.
- Tak, z pewnością – mruknął, patrząc wilkiem na stos ksiąg na biurku.
