Nowy rozdział. Kolejny się sprawdza.

Enjoy.


Yorkshire, 30 sierpnia 1984

Westchnął cicho, stojąc pod jedną ze ścian bogato urządzonego salonu Dołohowa. Nie miał jeszcze okazji zerknąć na gobelin, który zdawał się kusić go z drugiej strony pokoju. Co prawda poznał już chłopca i z pewnością nie wydawał się on Potterem, jednak tak długo, aż nie obejrzy tego cholernego drzewa genealogicznego i nie wypowie słowa- klucza w towarzystwie dzieciaka, musiał tu zostać. Ze znużeniem przebiegł wzrokiem po innych postaciach rozstawionych po całym pomieszczeniu. W niczym go nie zaskoczyli zapraszając Notta, Avery'ego, Jugsona i Malfoya wraz z małżonkami i dzieciakami.

Te na szczęście siedziały w miarę cicho pod jednym z okien, na stosie poduszek przygotowanych przez skrzaty. Draco rozmawiał wesoło z małym Teodorem, co jakiś czas gestykulując. Przez chwilę zastanawiał się jak wiele czasu pozostało mu na taką beztroskę, dopóki Lucjusz nie zacznie wdrażać swoich metod wychowawczych. Aleda siedziała cicho, grając w jakąś grę której nie znał z małym Jugsonem, Marcusem. Przynajmniej jednego mógł być pewien. Potter na pewno nie stał się nagle synem Jugsona. Chłopiec miał najwyżej dwa, trzy lata.

Narcyza, Alvena i nieuchwytna do tej pory Lucrecja stały nieopodal kominka. Kobieta faktycznie wyglądała na poważnie chorą. Była bardzo blada i nawet gruba warstwa makijażu nie potrafiła zamaskować potu perlącego się na jej czole. Co chwilę udawała, że poprawia włosy, gdy tak naprawdę drapała się po szyi. Wszystkie panie dyskutowały o czymś zawzięcie. Zdziwiła go jednak nieobecność pani domu. Annika zniknęła jakiś czas temu, wraz z synem. Dołohow nadal był obecny i w tej chwili przekomarzał się z Malfoy'em. Prawie przewrócił oczami. Te ich słowne przepychanki przeszły już prawie do legendy. Mógł się założyć o roczną pensję, że mogliby tak robić nawet w trakcie mordowania i tortur.

W tym momencie zauważył, że Nott kiwa ręką w jego stronę. Normalnie z pewnością skwitowałby to jedynie ironicznym uniesieniem brwi, ale teraz Nott stal dokładnie pod tą ścianą, na której był przeklęty gobelin. Zmusił się do wyprodukowania czegoś na kształt uprzejmego uśmiechu i ruszył w jego stronę.

- Snape, sporo czasu już minęło – ciężko było doszukać się w tym zdaniu czegoś poza powitaniem, ale Severus dojrzał tam dobrze skrytą groźbę.

- Dumbledore mnie pilnuje, Nott. Nie mogę wymykać się w niewiadome miejsca. A w roku szkolnym, jak zapewne się domyślasz, ciężko jest zrobić coś tak, by zgraja szczeniaków tego nie zauważyła – odparł ironicznie.

- Ah, tak. Nie martw się tyle. Za kilka lat nasze pociechy ustawią ich do pionu.

Tego się właśnie obawiał, ale na jego usta wypłynął pobłażliwy uśmieszek.

- Nareszcie, Nott. Szlamy coraz bardziej się panoszą.

Od niechcenia spojrzał na rodowód Dołohowów, sięgający do XIV wieku. Podejrzewał, że dalsza część znajduje się w gabinecie. Na szczęście to na tym egzemplarzu umieszczono interesującą go osobę. Ciężko byłoby wymyślić jakąś wiarygodną wymówkę, by dostać się do gabinetu Dołohowa. W oka mgnieniu odnalazł interesującą go gałąź. Nie zmienił wyrazu twarzy, nadal wyglądając na uprzejmie zainteresowanego, chociaż przez jego umysł przelała się fala zawodu. Srebrna. Cholera.

- Co jest, Snape? Podziwiasz?

- Dokładnie, przyjacielu.

- A jak tam twoje drzewo, co? Ktoś przybył?

Był to wyraźny przytyk, ale Snape go zignorował.

- Mój egzemplarz jest schowany głęboko w garderobie, Nott. Był paskudny.

- To mogłeś zamówić sobie nowy – zarechotał okropnie, jakby to, co powiedział było bardzo dobrym żartem, i poklepał się po wydatnym brzuchu. Lata nic nie robienia w końcu zaczęły zbierać swoje żniwo.

Szczęście w nieszczęściu, przez jego głośne zachowanie, ktoś do nich podszedł i Severus mógł przenieść wzrok z nadal śmiejącego się Notta na nowo przybyłego. Niestety, stanął oko w oko z gospodarzem.

- Snape, milo że wpadłeś – sarkazm był tak widoczny, jakby nosił na sobie kamizelkę z robaczków świętojańskich, ozdobioną grającymi fanfarami.

- Przyjemność po mojej stronie – odparł beznamiętnie – A gdzie twoja urocza małżonka i syn?

- Przygotowują niespodziankę specjalną – uśmiechnął się złośliwie – Z pewnością ci się spodoba.

Starał się zwalczyć nieprzyjemne złe przeczucie, rosnące w jego umyśle, ale bezskutecznie. Jeżeli Dołohow uważał, że sprawi mu to przyjemność, oznaczało mniej więcej tyle, że będzie to jeden z gorszych dni w jego życiu. A było z czym konkurować.

- Skoro tak mówisz – odparł lakonicznie.

- Oh, tak – uśmiech się poszerzył – Myślę, że jeszcze tylko chwilka – odszedł, jednak cały czas utrzymywał na nim wzrok.

Skupił się więc na błahej rozmowie z Jugsonem o obecnej sytuacji na czarnym rynku eliksirów.

Po chwili jego uwagę przyciągnęły zszokowane sapnięcia z każdej strony salonu, więc odwrócił się w stronę centrum tego zamieszania, ale zatrzymał się gwałtownie w połowie ruchu, zastygając w komicznej wręcz pozie.

To był sen. Kolejny koszmar. To musiał być koszmar, do cholery!

Bo oto właśnie w wejściu do salonu pojawiła się Bellatrix Lestrange, z najzłośliwszym uśmiechem ze swojego repertuaru na twarzy i synem Dołohowa opartym na biodrze. Maluch szczerzył się radośnie, co chwila zerkając na kogoś za plecami kobiety. Więc gdy ta się odwróciła, mógł tylko bezradnie stać i patrzeć, jak do salonu wkracza jeszcze Annika u boku Rudolfusa, gawędząc wesoło, a za nimi jak cień podążał Rabastan.

Pani domu, zauważając reakcje swoich gości, wystąpiła:

- Przedstawiam naszą niespodziankę specjalną. Bella, Rudolfus i Rabastan zostali wczoraj oczyszczeni ze wszystkich zarzutów.

Zewsząd rozległy się zachwycone westchnienia, ale najgłośniejsza okazała się stoicka na co dzień Narcyza, ze śmiechem obejmująca siostrę tak, by nie przygnieść malucha.

On jedynie stal i najzwyczajniej w świecie się gapił. Jak, do cholery, oni tego dokonali?! Za nim wstawił się Dumbledore, poza tym on naprawdę przeszedł na jasną stronę. A oni?! Przecież były niezbite dowody!

Po chwili jednak przekonał się, że z pewnością nie usłyszy szczegółów.

Teraz musiał jedynie w jakikolwiek sposób przemycić to cholerne nazwisko w wypowiedzi tak, żeby dzieciak je usłyszał i będzie mógł w końcu stąd wyjść.

- Bello, Rudolfusie, Rabastanie – kiwał powoli głową w stronę każdej z wymienionych osób – Milo was znów zobaczyć – zatrzymał się o dwa kroki od Belli.

- Snape! - warknęła – Piesek salonowy Dumbledore'a. Co ty tu robisz?

- Zostałem zaproszony, podobnie jak i ty. Chciałbym jednakowoż przypomnieć zebranym, że przebywam w otoczeniu tego starca tylko i wyłącznie z polecenia Czarnego Pana. Gdy wróci z pewnością będzie zadowolony ze zgromadzonych informacji.

- Ah, tak. Ale jakże chętnie skorzystałeś z jego ochrony przed Azkabanem – wycedziła jadowicie.

Chłopiec patrzył z zaciekawieniem raz na niego, raz na nia.

- Tylko głupiec by z tego nie skorzystał, Bello. Upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu. Uniknąłem niezwykle komfortowego zakwaterowania w Azkabanie na czas niepokreślony i nadal mogłem szpiegować dyrektora. Jak sama zapewne pamiętasz, po ataku na Potterów niezwykle chętnie zabierano się za każdego potencjalnego śmierciożercę – wypowiadając ostatnie zdanie, kątem oka obserwował reakcję dziecka.

- Ciociu – mała raczka dotknęła włosów Belli, teraz zaplecionych w misterny warkocz.

- Tak, kochanie? - zwróciła się do niego tak ciepłym tonem, że lekko zszokowany uchylił usta. Musiała to zauważyć, bo polewając każde słowo odpowiednią dawką jadu, wycedziła – Czego się dziwisz, Snape? Jestem jego matką chrzestną – po czym znów zwróciła się do dziecka, by przemówić łagodnym głosem, który niemalże otulał – Słucham cię.

- Kim są Potterowie?

- Potterowie to szumowiny, które zlikwidował Czarny Pan skarbie.

- Aha – maluch zdawał się intensywnie o czymś myśleć – To znaczy, że byli szlamami?

Teraz miał już absolutną pewność, że to syn Dołohowa.

- Ona była szlamą, Alexandrze. Lily Potter – myślał, że już dawno się na to uodpornił, ale nadal czuł się jakby ktoś wbił mu sztylet w serce - James Potter był zdrajcą krwi. Na szczęście już nie żyją – powiedziała to tak lekkim tonem, jakby wcale nie omawiała morderstwa dwójki młodych ludzi, a jutrzejszą pogodę.

- To dobrze – chłopczyk uśmiechnął się złośliwie, a następnie objął ją za szyję.

Cholera! Jeśli czterolatek myśli takimi kategoriami, to co będzie uznawał za zło, kiedy będzie nastolatkiem? I jeszcze na dodatek ten piekielny uśmiech, wyglądający jak przekalkowany od Dołohowa. W zasadzie dzieciak cały wyglądał jak jego kopia. Podobnie zarysowana linia szczeki, ten sam kolor włosów, ta sama mimika. Jedynie w nosie i oczach widać było wyraźne wpływy Anniki. Oczy dziecka były niezwykłe. Przyznawał to z niechęcią, ale nie potrafił znaleźć innego słowa. Nie były czarne, jak ojca, tylko grafitowe z kilkoma błękitnymi plamkami.

- Idź pobawić się z Draco i Teodorem – postawiła go na ziemi i delikatnie popchnęła w stronę stosu poduszek.

Ruszył, choć z wyraźną niechęcią.

- Wybaczcie mi, ale będę musiał już iść. Staruch może zacząć coś podejrzewać. Poza tym, pojutrze zaczyna się rok szkolny. Mam jeszcze dużo pracy – zaczął żegnać się ze wszystkimi – Mam nadzieje, że następnym razem również będziemy mieć powód do świętowania.

Czym prędzej wymaszerował z pokoju i nie odwracając się za siebie, na tyle szybkim krokiem, by nie wzbudzać podejrzeń, skierował się ku bramie posiadłości, byle jak najszybciej móc się deportować.


- Dyrektorze!

Gdyby zajęcia w Hogwarcie zaczynały się kilka dni wcześniej, uczniowie mieliby pierwszą i najpewniej jedyną okazję, by zobaczyć swojego znienawidzonego profesora w takim stanie. Severus bowiem, nic sobie nie robiąc z pokrzykiwań portretów i zszokowanej profesor McGonagall, która wyglądała jakby wrosła w posadzkę, przebiegł całą drogę od bramy, aż do kamiennego posągu gargulca na drugim pietrze. W efekcie z połowy korytarza wykrzyknął hasło, wskoczył na schody i wpadł do gabinetu zaczerwieniony, z rozwichrzonymi włosami tak, że bez problemu mogłyby konkurować z fryzurą noszoną zazwyczaj przez Jamesa Pottera.

- Severusie, mój drogi – Dumbledore spokojnie odłożył na biurko jedną z książek i znad okularów spojrzał na Snape'a, który bez problemu zauważyłby iskierki rozbawienia w tych intensywnie niebieskich oczach, gdyby tylko się skupił – Czy możesz mi wyjaśnić dlaczego portrety zaalarmowały mnie, że oszalałeś i biegasz po całej szkole?

- Ja wcale nie biegałem po całej szkole! - warknął, ledwo łapiąc oddech – Biegłem do gabinetu!

- Ah tak. To zrozumiałe, chłopcze – uśmiechnął się niczym dobry dziadek na podwieczorku u ulubionego wnuka – Co zatem jest tak pilne, że najbardziej opanowana osoba w tym zamku traci opanowanie?

- Oni... Nie wiem jak to zrobili, ale to zrobili!

- Kto, Severusie?

- Dołohow i jego żona, a kto?! Od początku wiedziałem, że ich powrót zapowiada rychłe kłopoty!

- Oczywiście, oczywiście – starzec nadal się uśmiechał – Powiedz mi zatem, dlaczego nie zeznawałeś przeciw niemu? Musiałeś zdawać sobie sprawę, że twoje słowa byłyby obciążające.

- Nie mogłem! - warknął – Mówiłem ci przecież! Jest kilkoro śmierciożerców, których swego czasu Czarny Pan obdarował pewnego rodzaju immunitetem! Obowiązuje mnie umowa milczenia! Wobec wszystkich, którzy tam byli!

- A kogo dokładnie zaprosili?

- Notta, Avery'ego, Malfoya i Jugsona. Wraz z żonami i durnymi bachorami! A tak przy okazji- synalek Jugsona ma jakieś dwa, trzy lata, więc to z pewnością nie on. A bachor Dołohowa jest dokładnie taki sam jak ojciec. Nie ma szans, żeby to był Potter.

- A linia? - czoło dyrektora przecięła wąska zmarszczka zamyślenia.

- Srebrna. A wiesz co jest jeszcze lepsze, dyrektorze? Gówniarz urodził się tego samego dnia co ojciec! Trzynasty marca! Jak rodzinnie. A chcesz wiedzieć, jak zareagował na nasze ustalone słowo?

Dumbledore machnął ręką, by kontynuował, nie zwracając uwagi na nagłe przejście na nieoficjalną formę zwracania się do niego. Zresztą od samego początku na to nalegał, ale Severus był zbyt uparty, twierdząc, że nie czuje się z tym pewnie.

- Zapytał, czy byli szlamami! Gdy dowiedział się, że nie żyją, stwierdził, że to dobrze! I miał dokładnie ten sam uśmieszek co Dołohow, kiedy obserwował Molly, jak zobaczyła zakatowanych braci! A on ma cztery lata! To co będzie robił w takim razie jak będzie miał czternaście?! Zacznie mordować, gdy ktoś krzywo na niego spojrzy?

- Rozumiem, że cię to bulwersuje, Severusie – powiedział łagodnie – Ale nic nie możemy z tym zrobić. Nie lezy to ani w mojej, ani w twojej mocy. To rodzice są odpowiedzialni za dziecko. A teraz- powiedz mi, czy to zachowanie młodego pana Dołohowa tak cię wyprowadziło z równowagi?

- Nie – westchnął, po czym opadł na fotel i potarł dłonią oczy – Bellatrix, Rudolfus i Rabastan zostali uniewinnieni.

Rzadko który człowiek miał sposobność, by ujrzeć Albusa Dumbledore'a w stanie głębokiego szoku. Severus zaliczał się do nich właśnie w tym momencie, chociaż bynajmniej się z tego nie cieszył. Skoro Dumbledore jest w szoku, znaczy mniej więcej tyle, że sytuacja jest katastrofalna.

- C-co...? - wydyszał.

Kolejny punkt. Dodać do listy. Jeśli mało osób widziało zszokowanego dyrektora, to chyba nikt jeszcze nie widział, by się jąkał i wyduszał z siebie słowo. Być może matka. Chociaż to też nie było pewne, bowiem wśród społeczności czarodziejskiej

panowało przekonanie, że Dumbledore urodził się już z długą brodą, nieskończoną mądrością i elokwencją. Teraz za to wcale nie wyglądał jak ucieleśnienie owej elokwencji. Gdyby nie powaga sytuacji, Severus zapewne roześmiałby się na głos, czego nie robił od prawie czterech lat.

- Uniewinnieni. Przez panią Minister we własnej osobie. Pofatygowała się nawet do Azkabanu. Wie pan, co to oznacza? - zapytał o wiele spokojniej.

Wolał nie myśleć o tym, co to oznaczało dla niego. Bellatrix była jedyną osoba w szeregach, która wiedziała o jego uczuciu do Lily. A stało się to przez głupi, niefortunny wypadek. Usłyszała, jak błagał Czarnego Pana o jej życie. Oczywiście ten, jako istota całkowicie odrzucająca koncepcję uczuć, nie dopatrzył się w tym niczego głębszego poza zwyczajnym pożądaniem, ale Bella mimo swego nieludzkiego okrucieństwa nadal pozostawała kobietą więc prawdopodobnie posiadała jakąś intuicję. I niestety domyśliła się prawdy. Naprawdę, wolał nie zastanawiać się nad tym, co zrobi z tym faktem. W końcu to atak na tę właśnie rodzinę spowodował upadek jej umiłowanego Pana i Mistrza.

- To oznacza, że nadchodzą trudne czasy, mój chłopcze. Bardzo trudne – dyrektor westchnął i wsparł brodę na dłoni – Nie powiem, że się tego nie spodziewałem, ale nie sadziłem, że nastąpi to tak szybko. Na dobrą sprawę nasz świat dopiero się odbudowuje. Gdyby Voldemort właśnie teraz powróciłby do sil, nie mielibyśmy żadnych szans. Zakon istnieje obecnie jedynie w teorii. Praktycznie jest nas jedynie garstka. U Voldemorta tę garstkę stanowią ludzie bezwzględnie mu lojalni. A cale masy ruszą za nim, jeśli tylko ich wezwie. Jeszcze do tego wszystkie mroczne stworzenia. Zastanawia mnie tylko... dlaczego postanowili uwolnić właśnie Bellatrix, jej męża i jego brata? I dlaczego akurat teraz?

- Nie wiem, dyrektorze, i raczej się nie dowiem. Są wobec mnie bardzo nieufni. Prawie na każdym kroku spotykałem przytyki, a później wdałem się w ciekawą dysputę z Bellą, czy jestem twoim pieskiem salonowym, czy raczej nie.

- Cóż, to prawdę powiedziawszy przypiera nas do muru. Nie możesz za bardzo wypytywać, bo to od razu zwróci uwagę. A nie mamy nikogo innego tak blisko jego zaufanych sług. Myślałem co prawda nad wprowadzeniem kogoś nowego, jednak czas potrzebny na prawidłowe przeprowadzenie tak ryzykownej operacji jest luksusem, którego w tej chwili nie posiadamy. Nie znasz tam może nikogo, kto zdawałby się chociaż odrobinę wahać?

- Nie, dyrektorze. Ci którzy tam byli z pewnością są szaleni, ale nie głupi. Samo małżeństwo Dołohowów bez problemu wybrnęłoby nawet z utarczki z samym diabłem. A teraz, gdy mają do dyspozycji całą resztę... Są niepokonani. Ci, którzy zostali wytrwale poszukiwali swego pana. Są gotowi oddać za niego życie. Do licha! Większość z nich zapewne ceni go bardziej niż własne dzieci!

- Tak, wiem że to fanatycy, nie musisz mi przypominać.

- Bardzo niebezpieczni fanatycy. I chyba jednak muszę, skoro chociażby rozważasz opcję przeciągnięcia ich na naszą stronę. W tamtym pokoju znajdowała się elita społeczności brytyjskiej, dyrektorze. Najczystsza krew z możliwych. Mogę się założyć, że gdy Draco, Teodor i Alexander przekroczą mury tego zamku, zostaną jego niekoronowanymi królami.

- Alexander?

- Tak – przytaknął niecierpliwie – Syn Dołohowa. Dostał imię po pradziadku od strony matki, jeśli dobrze zapamiętałem tamto piekielne drzewo.

- Piękne imię.

- Piękne...? Co?! Dumbledore! Rozmawiamy o nadchodzącej wojnie i możliwych tego konsekwencjach, a ty zachwycasz się imieniem jakiegoś gówniarza, który ledwo co wyrósł z pieluch?!

- Trzeba dostrzegać dobre strony w każdym aspekcie życia, Severusie – odparł, delikatnie się uśmiechając.

To był właśnie ten typ uśmiechu, który powodował, że krew się w nim gotowała. Był niemalże pewien, że zgrzytanie jego zębów jest doskonale słyszalne nawet na Wieży Astronomicznej.

- I ty dostrzegasz tę dobrą stronę w jakimś imieniu?!

- Niepotrzebnie się podburzasz. Nie zapominaj o swojej roli. Nie możesz okazywać nienawiści w stosunku do chłopca. Skąd wiesz, może jeżeli podejdziemy do niego bez uprzedzeń okaże cię bardzo miłym chłopcem i kiedyś przyłączy się do naszej sprawy? Bardzo łatwo jest wpływać na młode umysły, Severusie.

- Czy ty siebie słyszysz, do cholery?! Wiesz, czym chwalił się Dołohow Malfoy'owi? Jego ukochany synek rozkazał skrzatce się ukarać, po tym jak przypadkowo upuściła jedną z jego zabawek! Upuściła! Nie zniszczyła! Tylko upuściła! A wiesz, co kazał jej zrobić? Przytrzasnąć sobie uszy drzwiami! Jedno mogę ci przyznać, jest piekielnie inteligentny jak na czterolatka, ale już teraz to zło wcielone! Wszystkie magiczne dzieci doskonale wiedzą, że uszy są najwrażliwszą częścią ciała skrzata! Nie wierzę, że zrobił to przypadkiem! A musiałbyś zobaczyć jeszcze minę Dołohowa, kiedy to opowiadał. Może wtedy przejrzałbyś na oczy. On się nad tym rozpływał. Zupełnie jakby jego synek zdobył cholerny Order cholernego Merlina cholernej Pierwszej Klasy! A co będzie dalej? Jak skończy siedem lat pozwolą mu uczestniczyć w torturach? A jak przyjedzie do Hogwartu będzie już miał za sobą pierwsze morderstwo? Dumbledore, Bellatrix jest jego matką chrzestną! Mając takich rodziców i dodatkową opiekunkę, nie może być dobry! To się po prostu wyklucza! Nawet Narcyza przejrzała odrobinę na oczy i nie zrobiła jej matką chrzestną Draco! Alvena nią jest! Mogę się założyć, że na kolejne urodziny Bellatrix sprezentuje mu łańcuchy albo nauczy zaklęcia rozpruwającego wnętrzności! Chłopak już się uczy czarnej magii! Dołohow sam o tym wspomniał!

Odetchnął ciężko i opadł na fotel, przymykając oczy.

- Czy mam sprawdzić kogoś jeszcze?

- Owszem, ale w tej chwili nie podam ci nazwisk. Być może... myliłem się co do sprawców tego zamieszania. Przypuszczalnie będziemy musieli rozejrzeć się po drugiej stronie barykady.

- Chyba nie podejrzewasz... - Snape spojrzał na niego z niedowierzaniem – Niby kto?

- Sam już nie wiem kogo podejrzewać, a kogo nie. Musisz jednak wiedzieć, że Harry w dzień porwania nie wyglądał zbyt dobrze i istnieje prawdopodobieństwo, że wziął go ktoś, kto żywił do niego lub jego rodziców pozytywne uczucia.

- Co masz na myśli mówiąc, że nie wyglądał zbyt dobrze? - zapytał zwodniczo spokojnym tonem.

Zmieszanie Dumbledore'a tylko utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest tu mocno nie w porządku.

- Był skatowany. Chciałbym powiedzieć pobity... ale nie mogę. Prawdopodobnie miał złamaną rękę.

- Skatowany – powtórzył głucho.

Wpatrzył się w twarz dyrektora. Widział tam smutek, przygnębienie, strach, ale nie...

- Ty wiedziałeś – wyszeptał.

Odpowiedziało mu wymowne milczenie.

- Wiedziałeś i nic z tym nie zrobiłeś.

- A co, według ciebie, mogłem zrobić?

- Nie wiem, zabrać go stamtąd, nie wiem! - podniósł się gwałtownie i teraz jak najbardziej przypominał nauczyciela, którego bali się wszyscy uczniowie – Cokolwiek, byle nie pozwolić na coś takiego! To był syn Lily! Nie miałeś prawa tak go potraktować!

- Severusie... Czy gdyby chłopiec nie był jej synem, tak samo przejmowałbyś się jego losem?

- A co to ma...? Oczywiście! I nie odwracaj kota ogonem Dumbledore! Okłamywałeś mnie! Mówiłeś, że jest bezpieczny!

- Był bezpieczny – dyrektor odparł kategorycznie – Ochrona, którą zapewniła mu matka zapewniała mu bezpieczeństwo przed zwolennikami Voldemorta...

- … ale nie przed własnymi krewnymi – przerwał mu zimno – To właśnie chciałeś powiedzieć? Że nie było żadnego miejsca, gdzie nie mogli dostać się śmierciożercy? Bzdury! Jestem w stanie wskazać co najmniej trzy miejsca, które nadawałyby się idealnie! Dlaczego naprawdę go tam umieściłeś?

- Powiedziałem ci prawdę, Severusie – zagrzmiał dyrektor, a Snape automatycznie cofnął się o krok – Jedyną prawdziwą ochronę mogła mu zapewnić tylko tarcza Lily. Aby ją aktywować, Harry musiał nazywać domem miejsce gdzie żyli krewni jego matki, lub jego samego*. Co sprowadza nas do Petunii Dursley. Żadna inna tarcza nie byłaby dostatecznie silna. - jego głos złagodniał – Uwierz mi, gdybym mógł wybrać cokolwiek innego, zrobiłbym to bez wahania.

Snape wyglądał jakby uchodziło z niego powietrze. Po chwili usiadł na powrót przed biurkiem i schował twarz w dłoniach. Minęło kilka minut zanim wyprostował się i spojrzał prosto w jasnoniebieskie oczy Dumbledore'a.

- Wierzę ci – odpowiedział, chociaż głos miał zachrypnięty.

Dyrektor odezwał się ponownie po krótkiej przerwie.

- W ciągu kilku dni dam ci listę nazwisk które powinieneś sprawdzić. Nie wszystkie znajdziesz w granicach kraju. Nie zwlekaj. Im dłużej Harry jest pod władzą tej magii, tym... zresztą nie będę ci tego tłumaczył. Sam doskonale o tym wiesz.

Przytaknął.

- Wiem.

- Proszę cię tylko o jedno. Cokolwiek się stanie... nie reaguj impulsywnie.


Wiele godzin później, siedząc już w swoich komnatach, nadal zastanawiał się nad ostatnimi słowami dyrektora.


* celowa zmiana. W książce była mowa jedynie o krewnych ze strony matki.