Kolejny rozdział. Następne będą w trochę większych odstępach czasowych.
Napisanych mam jeszcze siedem rozdziałów, ale wymagają jeszcze korekty, a w niektórych momentach - zmiany całego akapitu. Oczywiście nie oznacza to, że historia zakończy się w tych rozdziałach. Planuję ich więcej, chociaż jeszcze nie znam dokładnej liczby.
Dziś ostrzeżeń brak.
Enjoy.
23/24 września 1984
Kręcił się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Od kilku dni czuł dziwny niepokój. Sam nie wiedział czym dokładnie był on podyktowany. Być może tym, że jakiś czas temu Dołohow, Bellatrix i Rudolfus zniknęli bez śladu, a wszyscy jakby nabrali wody w usta. Co gorsza, nie mógł powiedzieć o tym Dumbledore'owi. Próbował, to oczywiste. Ale każda próba, czy to w formie mówionej, pisanej, czy nawet w akcie szczerej desperacji – migowej, kończyła się klęską. Gdy otwierał usta, nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa. Gdy chwytał pióro, ono zatrzymywało się kilka cali nad pergaminem. Gdy próbował gestykulować, jego dłonie wydawały się być z kamienia. Wiedział dlaczego tak jest, ale bynajmniej go to nie pocieszało. Skoro przysięga się uaktywniła, miało to coś wspólnego z Czarnym Panem. Wiedział, że to okrutne, ale miał szczerą nadzieję, że ta trojka po prostu deportowała się na drugi koniec świata żeby wymordować paru mugoli. Z dwojga złego, lepsza jest ta opcja. Coś mu jednak mówiło, że to zupełnie nie to. Już w połowie miesiąca jego Znak jakby się wyłączył. Wcześniej wyczuwalne było lekkie mrowienie, które w niczym nie przeszkadzało, jedynie przypominało o tym, że znamię nadal tam jest. A teraz nic. Właśnie miał wstać i zająć się sprawdzaniem esejów, skoro i tak nie mógł spać, gdy z kominka nagle wypadła osmolona sowa i zrzuciła mu maleńki zwitek pergaminu na podołek.
Westchnął ciężko i z głębokim pragnieniem, by nie była to wiadomość od dyrektora, rozwinął go:
Severusie, proszę przybądź szybko. Z moim synem dzieje się coś dziwnego. Możesz przenieść się przez Fiuu. Kominek jest odblokowany. Wylądujesz w salonie. Idź schodami prosto przed siebie, aż do końca prawego korytarza. Ostatnie drzwi. Annika.
To było... zaskakujące. Był ciekaw jak bardzo sytuacja jest poważna, skoro zdecydowała się do niego napisać. I to o... zerknął na zegarek. Drugiej w nocy. Przynajmniej miał kolejny dowód na to, że Dołohowa nie ma w kraju. Gdyby był, Annika w życiu by go nie wezwała.
Przywołał swoje nieśmiertelne, nauczycielskie szaty, woląc być przygotowanym. Równie dobrze mogło się okazać, że do szkoły wróci dopiero na lekcje.
Zwrócił się w stronę kominka i przygładzając włosy, wrzucił garść proszku w dogasające płomienie. Te natychmiast wystrzeliły aż nad jego głowę. Wkroczył do paleniska.
- Rezydencja Dołohowa.
Skrzywił się wewnętrznie gdy wylądował na ciemnej, twardej posadzce. Zatrzymał się tylko na chwilę, by otrzepać się z popiołu i nie rozglądając się na boki ruszył w stronę schodów.
Jasna cholera. Dzieciak albo jada w pokoju, albo wychodzi na posiłki godzinę wcześniej. Przecież ten dom to istny labirynt bez końca. Mógł się założyć, że całość była większa od Malfoy Manor, a to było spore osiągniecie. Kiedy mijał ósme drzwi z rzędu zaczął się zastanawiać, czy w ogóle dojdzie tam przed świtem. Wbrew jego obawom, już po chwili mógł usłyszeć słaby płacz z końca korytarza. Gdy tam podszedł, zauważył, że drzwi są uchylone. Nie siląc się na pukanie, skoro pani domu sama go zaprosiła, pchnął je delikatnie, przekroczył próg i zamarł.
Znalazł się w przepięknym pokoju dziecinnym, którego wystrój stanowczo nie podpowiadał do jakiego rodzaju ludzi należą rodzice malca. Na ścianach widniały malunki drzemiących w tej chwili smoków, z których nozdrzy ulatywały kłęby dymu. Raz po raz, gdy któryś z nich mocniej zachrapał, mała strużka ognia oświetlała fragment ściany. Centralną część pokoju zajmowało ogromne łóżko, które bez problemu pomieściłoby całe przedszkole. Pościel zdobiona jednorożcami w całości pokryta była różnorakimi pluszakami, a wokół kolumienek wiły się malutkie, wyrzeźbione węże. Na przeciwległej ścianie umieszczono kominek z najlepszego gatunkowo marmuru, a przed nim na podłodze spoczywał puchaty, biały dywan. Niezliczone półki i półeczki uginały się pod ciężarem wszelkiej maści zabawek i kilku dziecięcych różdżek.
Jednak nie sam pokój sprawił, że zamarł, a widok dokładnie naprzeciwko niego.
Pod wykuszowym oknem, w tej chwili zasłoniętym jedwabną zasłoną, z którego zapewne rozciągał się zapierający dech w piersi widok, stała kanapa. Na kanapie zaś spoczywało drobne ciałko czterolatka zawiniętego w koc. Nad nim z kolei pochylała się Annika.
To był właśnie ten widok, który sprawił, że zaparło mu dech w piersi.
Kobieta miała na sobie tylko bardzo krótką koszulkę nocną, która teraz odkrywała jej zgrabne uda i znaczną część mlecznobiałych pośladków. Przeklinał sam siebie za to, że w momencie gdy przyszedł do chorego dzieciaka, podnieca się widokiem jego matki. Niestety, był jedynie mężczyzną. A Annika nie dość, że była naprawdę piękna, to jeszcze była żoną Dołohowa. Już samo to dolewało oliwy do ognia. W tym momencie jeszcze bardziej znienawidził tego faceta. Za to, że to on takie wspaniałe ciało miał w swoim łóżku na co dzień. Za to, że to on mógł się w niej bezkarnie zanurzać. Za to, że to jemu urodziła syna i dziedzica, tak podobnego do niego.
Gdyby to była jakakolwiek inna kobieta zapewne podszedłby do niej i bezceremonialnie zadarł koszulkę jeszcze wyżej, a następnie wziąłby ja tu i teraz. Nawet na tej cholernej pościeli w jednorożce. Nawet w obecności jej syna. Ale to nie była inna kobieta. To była Annika. Pomijając już nawet fakt, że Dołohow obdarłby go ze skóry gdyby zgwałcił jego żonę, to ona pozostawała równie niebezpieczna co on. Być może nawet bardziej. Widział setki sytuacji, gdzie jej wygląd był tylko pięknie wyglądającą zasłoną dla śmiertelnie niebezpiecznego wnętrza. Pewnie dlatego zaprzyjaźniła się z Bellą, a nie Narcyzą. Obie były piękne, ale to Bella była chodzącą zagładą. Narcyza poprzestawała na mniejszych i większych manipulacjach.
Zatem jedyną drogą by dostać się do łóżka Anniki było czekanie aż sama go do niego zaprosi. Czyli nigdy.
Otrząsnąwszy się ostatecznie, odchrząknął.
- Wzywałaś mnie.
Odwróciła się bardzo szybko. Za szybko. Przyjrzał się jej uważnie i zauważył ślady ledwo zaschniętych łez na policzkach. To odkrycie było wstrząsające. Nigdy nie zauważył, żeby płakała. Co oznaczało mniej więcej tyle, że naprawdę kochała syna całym swoim sercem. To jakoś go zmiękczyło i spojrzał na kruche ciałko trzęsące się nawet pod grubą warstwą koców.
- Severus... - pociągnęła nosem – Wybacz mi proszę, że napisałam o tak nieludzkiej godzinie. Ale Alexander... Gorączkuje już od kilku godzin, a ja miałam tylko jedną fiolkę eliksiru... Myślałam, że to wystarczy, ale dosłownie chwilę temu temperatura skoczyła jeszcze bardziej. Wiem, że nie darzycie się z Antoninem sympatią, ale nie miałam do kogo się zwrócić.
Cóż, stwierdzenie że nie darzą się sympatią było chyba największym eufemizmem usłyszanym przez niego w ciągu dekady jak nie dłużej, ale jedno trzeba było jej oddać. Nawet w chwili słabości potrafiła przywołać właściwą maskę obojętnej arystokratki i ukryć prawdziwe uczucia w paru zdawkowych zdaniach. Narcyza tego nie umiała. Gdy coś działo się Draco, stawała się drżącym kłębkiem nerwów, który płakał z byle powodu.
Nie odpowiedział, tylko podszedł bliżej i wyciągając różdżkę z kieszeni szaty, rzucił skomplikowany czar diagnostyczny. Gdy promyczek do niego wrócił, dowiedział się tego, czego się spodziewał.
- Twój syn ma zapalenie płuc. Na szczęście to dopiero początek pierwszego stadium, dlatego nie kaszle. Podam mu dwa eliksiry. Pierwszy jest typowo na zapalenie, a drugi na zbicie gorączki, współpracuje ściśle z tym pierwszym. Osobno jest całkowicie bezużyteczny.
Wyminąwszy kobietę pochylił się nad chłopcem i bardzo delikatnie przelał mu do gardła obie mikstury. Jedna w kolorze dojrzalej pistacji i smaku kredy przeszła gładko. Przy przeciwgorączkowej o ciemnoczerwonym zabarwieniu musiał dwoma palcami rozmasować krtań dziecka.
- Gotowe – wyprostował się i odwrócił w stronę Anniki – Najpóźniej do jutrzejszego wieczora będzie zdrów jak ryba. Do tego czasu zalecałbym pozostanie w łóżku. Przekaż skrzatom, żeby jadł tylko lekkostrawne rzeczy. Inaczej żołądek będzie się buntował.
- Dobrze – wzięła malca w objęcia, delikatnie włożyła do łóżka i nakryła kołdrą – Severusie, pozwolisz na chwilę do bawialni?
Skinął krótko głową zastanawiając się o co chodzi.
Na progu raz jeszcze spojrzała na syna, a jej twarz rozjaśnił delikatny uśmiech. Poprowadziła go tą samą drogą którą przyszedł, ale pod schodami zamiast w prawo, poszła w lewo, wgłąb domu. Przez całą drogę starał się patrzeć wszędzie, tylko nie na jej falujące biodra. Średnio mu to wychodziło. Zupełnie jakby miały w sobie urok przyciągania, albo coś w tym rodzaju. Przed jego oczami nagle pojawiła się niechciana wizja jego samego, jak przypiera ją do ściany i bierze brutalnie. Potrząsnął głową, by się jej pozbyć, ale było już za późno i jego penis wyraźnie dawał o sobie znać. Przeklinając samego siebie, że nie wziął peleryny, która mogłaby to zakryć, wkroczył do bawialni w której jeszcze nigdy nie był.
Pomieszczenie zdawało się być idealną kopią salonu w którym bywał najczęściej. Jednak po uważniejszym przyjrzeniu się bez problemu można było znaleźć różnice. Przepiękny gobelin na jednej ze ścian ukazywał ród Wittenberg'ów. Sofy miały kilka tonów jaśniejsze obicia. Kominek z kolei był ciemniejszy. Okna odrobinę wyższe. Ale to sufit sprawił, że z wrażenia aż uchylił usta. Była to żywa mapa nieba. Ewidentnie wzorowano się na sklepieniu Wielkiej Sali w Hogwarcie, chociaż nie do końca. Tamto pokazywało dosłowny stan nieba. A to tutaj jakby prześwitem co znajduje się za chmurami. Widział wyraźnie odcinającą się sylwetkę Saturna z jego pierścieniami, a gdzieś w rogu majaczyła Droga Mleczna. Gdyby położył się na środku pokoju bez problemu mógłby wskazać poszczególne konstelacje.
- Widzę, że podoba ci się moja mapa – głos Anniki dobiegł do niego jakby z oddali, chociaż słychać w nim było wyraźne nutki rozbawienia.
- Twoja mapa? - zapytał głucho, przenosząc na nią spojrzenie.
- Tak – skinęła głową i miękko opadła na kanapę, dłonią wskazując by poszedł w jej ślady – Można powiedzieć, że to mój pokój. Uwielbiam tu przebywać. Układ Słoneczny mnie uspakaja.
Założyła nogę na nogę, a on dopiero teraz zastanowił się dlaczego nie założyła chociażby szlafroka. Wcześniej mógł to zrozumieć, w końcu bala się o swoje dziecko, więc zapewne ostatnie co miała w głowie, to ubranie. Ale teraz... próbował znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie, ale nic nie przychodziło mu na myśl. Nawet jeśli nie mijali po drodze jej sypialni, to przecież mogła go przywołać...
Zorientował się że zbyt długo milczy i jak idiota wpatruje się w jej nagie udo, kiedy odchrząknęła i spojrzała na niego znacząco.
- Wybacz. Zamyśliłem się.
Uśmiechnęła się, a jemu przemknęło przez myśl, że ten uśmiech z pewnością ma w sobie coś, co mu się nie podoba.
- Zrozumiałe. W końcu wyciągnęłam cię z łóżka o bardzo nieprzyzwoitej porze.
Wiedział, że nie miała nic takiego na myśli, ale jego durna wyobraźnia zareagowała od razu, podsyłając bardzo kuszące wizje. A ona mówiła dalej.
- Jednak nie zaprosiłam cię tutaj byś mógł podziwiać pokój, chociaż mogłoby się to wydawać kuszącą opcją na spędzenie reszty nocy – jej oczy zamigotały, a jemu przyszło na myśl dziwne skojarzenie z Lily, chociaż podobny miały tylko kolor włosów.
- Jeszcze raz dziękuję, Severusie. Mam u ciebie dług wdzięczności. Gdybyś czegoś potrzebował, daj mi znać.
Wiedział, że to głupie. Po prostu wiedział. Ale jakaś mało inteligentna część jego natury stwierdziła, że warto zaryzykować.
- Potrzebuje czegoś. Jednakże wątpię, byś mogła mi to dać.
- A dlaczegoż to? - uniosła brew zaintrygowana.
- Ponieważ nie sadzę, by twój drogi małżonek był z tego tytułu zadowolony. Spodziewałbym się raczej, że obetnie mi głowę i ozdobi nią puste miejsce nad kominkiem.
Zaśmiała się rozbawiona, co zabrzmiało tak, jakby śpiew feniksa otulał jego ciało. Chciał sam siebie spoliczkować za to, że gapi się na nią jak rozemocjonowany hormonami nastolatek.
- Nie spodziewam się Antonina wcześniej, niż na początku października. Możemy więc ustalić, że jeżeli ty do niego nie pobiegniesz w wieściami, to raczej się nie dowie.
- A gdzie się podział nasz drogi Dołohow na tak długo? I powtórzę raz jeszcze, wątpię, byś chciała mi to dać.
- Załatwia kilka spraw w naszym poprzednim miejscu zamieszkania – postukała paznokciami i krawędź kanapy – Sprawdź mnie zatem. Drinka?
Skinął głową, chociaż wiedział, że nie powinien. Machnęła dłonią i na stoliczku przed nimi wylądowały dwie szklanki z Ognistą.
- Częstuj się – uśmiechnęła się czarująco i umoczyła lekko wargi w swojej porcji – Zatem?
- Cóż... ujmę to w ten sposób, że raczej powinnaś unikać przyjmowania kolegów swojego męża w takim stroju.
Nie zmieszała się ani trochę. Nadal powoli sączyła alkohol i wbijała w niego czujne spojrzenie chabrowych oczu.
- Obawiam się, że nie rozumiem, Severusie. Zechciałbyś poszerzyć wyjaśnienia?
Zdawał sobie sprawę z tego, że kopie sobie grób, ale perspektywa była tak piękna, że nie mógł się powstrzymać i kontynuował jej grę.
- Oczywiście, Anniko. Powiedzmy, że... zanim wszedłem do pokoju twego syna spędziłem dobre kilka minut na progu.
- O, doprawdy? - uśmiechnęła się ukazując rząd idealnie prostych, białych zębów.
- Tak – wbił w nią spojrzenie obsydianowych oczu – Ponieważ wpatrywałem się w twój jakże apetycznie wypięty tyłek i zastanawiałem się na ile sposobów mógłbym cię brać.
- Ciekawe – nie speszyła się ani trochę.
Kolejna cecha wspólna z Bellatrix. Gdyby nie widział ich drzew genealogicznych mógłby pomyśleć, że są rodzonymi siostrami. Obie miały wspaniałą umiejętność mówienia o sprawach, które większość ludzi uznawała za wstydliwe, w najmniej oczekiwanych momentach.
- Zaiste.
- A co, jeśli bym powiedziała, że taki był mój zamiar?
- Odpowiedziałbym, że jesteś szalona.
- O Belli tez tak mówią, co nie znaczy, że jest to prawda.
- Jednakże Bella jeszcze nigdy nie wykorzystała swego dziecka do uwiedzenia mężczyzny.
- Być może dlatego, że go nie ma? - mruknęła rozbawiona.
- Być może – odparł lakonicznie.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, Severusie, że w innej sytuacji byś mnie nie zapragnął?
- W co grasz, Anniko? - odstawił gwałtownie szklaneczkę.
- A ty? - odparowała.
- Gdybym cię nie znał, mógłbym pomyśleć, że zdradzasz swojego męża na prawo i lewo.
- I myślisz, że mnie znasz?
Cholera, była naprawdę dobra. Teraz jeszcze lepiej rozumiał dlaczego Dołohow tak usilnie dążył, by została jego żoną.
- Przypuszczam.
- Przypuszczenia maja to do siebie, że bywają złudne – powiedziała, zerkając w stronę jednej z gwiazd.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że kusisz diabla?
- Może tego właśnie chcę?
- A jeżeli ja nie chcę?
- To dawno już byś wyszedł, Severusie – roześmiała się – Przyznaj, że aż cię mierzi na samą myśl o Antoninie we mnie. O mnie na kolanach przed nim. W rożnych miejscach tego domu. Choćbyś miał żyć tysiąc lat, nigdy nie odgadłbyś nawet połowy. I syn. Wisienka na torcie. Marzenie każdego mężczyzny czystej krwi. Zastanawia mnie... czy ty mu aby nie zazdrościsz?
- Oczywiście, że mu zazdroszczę – syknął – Tylko głupiec by tego nie robił. Dołohow ma wszystko. Zawsze miał. Zobaczył cię. Rok później byliście zaręczeni. Jak w cholernej bajce.
- Dlaczego sam nie sprawisz sobie takiego życia? Masz dość pieniędzy, by nie pracować. Zamiast tego tkwisz w tej szkole, uwieziony w murach przez większą część roku. Kiedy zamierzasz się ożenić i zapewnić sobie ciągłość rodu?
Poczuł bolesne ukłucie w sercu na wspomnienie o ślubie. Szkoda tylko, że jedyna kobieta z którą mógłby i chciał się ożenić, była martwa od prawie trzech lat. Utrzymał kamienny wyraz twarzy.
- To moja pasja – odpowiedział krótko.
- Pasje można realizować także w domu.
- Mówił ci ktoś, że jesteś mistrzynią w zmianach tematu? - parsknął – Z rozmowy o moim pragnieniu zanurzenia się w twoim ciele, przeszliśmy do planów zawodowych.
- Tak, kilka razy słyszałam coś podobnego – uśmiechnęła się przekornie.
- Czyli, jak rozumiem, nie oddasz mi się?
- Nie, Severusie – potrząsnęła głową – Nie mogłabym tego zrobić Antoninowi.
- W takim razie po co to wszystko?
- Test – odparła krótko, odstawiając szklankę, która w momencie zetknięcia z blatem stolika zniknęła.
- Test? - powtórzył z niedowierzaniem.
- Przepraszam, Severusie. Nie bierz tego do siebie. Naprawdę cię lubię.
- Zdałem chociaż ten test?
- Być może – uśmiechnęła się zagadkowo.
- Czy w takim razie mogę mieć jedno pytanie?
Zastanowiła się, po czym skinęła krótko.
- Jak to jest, że Czarny Pan traktował się na takich samych prawach co naznaczonych śmierciożerców, a nawet lepiej? Dlaczego nigdy nie brałaś udziału w rajdach, a torturach tak? Jakim cudem obdarzył cię takim zaufaniem?
- Tak wiele pytań, a mało odpowiedzi – westchnęła – Przykro mi, Severusie, ale nie jestem odpowiednią osobą, by ci to wyjaśnić. Poza tym, obawiam się że i tak byś nie zrozumiał.
- A kto jest tą osobą?
- Czarny Pan, oczywiście. Jednakże nie łudź się, że kiedykolwiek ci to wyjawi.
- Zatem wiesz tylko ty i Mistrz?
- Może tak, może nie.
- Nadal jesteście po jego stronie?
Syknęła tak, że aż się wzdrygnął.
- Oczywiście! Tylko jego poglądy są słuszne.
- Wiem o tym, nie denerwuj się niepotrzebnie. Po prostu zniknęliście na tyle lat bez żadnych wieści... Nikt nawet nie wie gdzie byliście.
- Mieliśmy misje. Zupełnie jak i ty. Tyle, że nasza była terminowa. I mówisz nieprawdę twierdząc, że nikt nie wie, gdzie byliśmy.
- No tak, Czarny Pan – mruknął.
- Tak. I jeżeli on nie życzył sobie, by ktokolwiek inny wiedział, to naszym zadaniem jest uhonorować jego wolę. Jego słowo jest prawem. Powinieneś o tym pamiętać.
Był to jawny przytyk do jego błagania o życie Lily po tym, jak Czarny Pan wydał na nią wyrok. Widocznie Bella nie zachowała tej kwestii dla siebie, ale w sumie nie wiedział, dlaczego się tego nie spodziewał. Cholera.
- Pamiętam doskonale. A wracając do jednego z moich wcześniejszych pytań... skoro Dołohow załatwia wasze sprawy... To wiesz może gdzie jest nasza droga Bella i jej mąż?
- Oczywiście. Doglądają przywracania swojej posiadłości do stanu używalności.
To było ewidentne kłamstwo. A najgorsze było w tym, że ona wiedziała, że on zda sobie z tego sprawę. Czyli albo traktują go jak idiotę, który niczego się nie domyśla, albo kategorycznie wykluczają go z całej sprawy.
- O, Severusie, prawie bym zapomniała. Czuj się zaproszony do naszego dworu w Noc Duchów. Lucjusz, Nott, Avery i Jugson także będą.
- Hmm... Noc Duchów mówisz? Musiałbym wymyślić jakąś bajeczkę dla Dumbledore'a. W końcu jestem nauczycielem. Powinienem być na uczcie.
- Jestem pewna, że coś wymyślisz.
- Słusznie. Czy tego dnia ma się wydarzyć coś niezwykłego? - zapytał zdawkowo.
Wzruszyła ramionami.
- Alexander, Draco i Teodor poznają prawdziwa pasję swoich rodziców.
O Merlinie. Czterolatkowie.
- To cudownie – uśmiechnął się obłudnie – A jak nauki Alexandra?
- Doskonale, że pytasz, Severusie! - zachichotała – Wygląda na to, że mój syn jest wybitnie uzdolniony. Z początku mieliśmy nadzieję chociażby na talent do transmutacji, ale on przewyższył nasze oczekiwania. Nawet mój ojciec był zadowolony ze swego wnuka, a zaręczam ci, że bardzo trudno go usatysfakcjonować.
- Tak? A w czym jest tak dobry?
- Zaklęcia, eliksiry, transmutacja, no i oczywiście czarna magia. Bez problemu rzuca bezrożdżkowe czary, chociaż z różdżką Antonina również doskonale sobie radzi. Nie uwierzysz, ale ostatnio świadomie rzucił klątwę łamania kości na Szmatkę!
- Doprawdy? - uniósł brew – A co takiego zrobiła?
Spojrzała na niego zdumiona.
- Nic. On ćwiczył.
- Ćwiczył...
- Tak, Severusie, ćwiczył. Robi to na zmianę na trojce z naszych skrzatów.
- Nie sadzisz, że to trochę za wcześnie?
- Nie – odpowiedziała twardo – Musi być równie dobry, co my. A ja pierwszego Cruciatusa rzuciłam zanim jeszcze poszłam do szkoły. I to pełną mocą. Antonin tak samo. Nie zamierzamy dopuścić do tego, by nasz jedyny syn został kimś przeciętnym.
- Rozumiem – zerknął na zegarek na nadgarstku – Bardzo milo mi się z tobą rozmawiało, Anniko, ale muszę się zbierać. Za kilka godzin zaczynam zajęcia.
- Oczywiście, nie zatrzymuję cię – podniosła się – Zechcesz skorzystać z kominka? Będzie znacznie szybciej.
- Tak, dziękuję. Postaram się przybyć na Noc Duchów.
- Będziemy cię oczekiwać.
Gdy znikał w płomieniach przed oczami nadal miał złośliwy uśmiech Anniki.
