30 września 1984

Zostały mu do sprawdzenia tylko dwie rodziny. Gdyby ktoś zapytał go o zdanie, stwierdziłby, że to o dwie za dużo. Delikatnie rzecz ujmując, miał dość. Jedną kwestią jest obserwowanie śmierciożerców, które jednak nijak ma się do nachodzenia porządnych ludzi, którzy patrzyli na niego zdezorientowani kiedy zadawał nietypowe pytania. Rzecz jasna dyrektora nie obchodziła jego opinia na ten temat, a jedynie skutek prowadzonej właśnie operacji.

Operacji, która on sam nazwałby szczytem desperacji. Zwłaszcza, że wszystkie rody, które dotychczas odwiedził miały tyle wspólnego z uprowadzeniem Harrego Pottera co on z pokonaniem Grindelwalda.

Naprawdę nie rozumiał czego właściwie szukał dyrektor. Cześć z tych rodzin nie była nawet zbytnio majętna. Chyba, że w dzisiejszych czasach za majętność uznamy kilkaset galeonów w skrytce. Merlinie, przecież taki sztylet kosztuje kilkanaście tysięcy sztuk złota i nie wystarczy tylko zasobna skrytka. Trzeba mieć jeszcze odpowiednie kontakty i pozycję. Takich rzeczy nie sprzedaje się byle komu.

Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym mocnej utwierdzał się w przekonaniu, że jedyne osoby które mogłyby sobie pozwolić na tak ekstrawagancki zakup jeszcze trzy lata temu klęczały w maskach przed Czarnym Panem. Z drugiej strony... nie mieliby z tego żadnych korzyści. Po co mieliby to robić? Szczerze wątpił w dobroć ich serc. Pierwszą reakcją byłoby zamordowanie małego Pottera, a nie przyjecie go do swojej rodziny.

Westchnął z frustracji. Takie myśli donikąd go nie doprowadzą. Musi słuchać poleceń dyrektora. Wtedy być może uda im się rozwiązać tę zagadkę.


Znowu pudło.

To była jego pierwsza myśl po wyjściu z tamtego domu.

Odetchnął głęboko, dziwiąc się jednocześnie, że w jednym kraju w tym samym czasie, ale innych miejscach może być tak różna pogoda. Wokół Hogwartu zaczęły się już pierwsze przymrozki, a drzewa od kilkunastu dni były bez liści. Tutaj jednak, w północnej Walii dopiero zaczynała się jesień.

Ostatni raz obejrzał się za siebie, na biały domek przycupnięty na szczycie małego wzgórza. Doprawdy, o czym musiał myśleć Dumbledore gdy go tu wysyłał. Pokręcił jedynie głową, jakby nie było sensu szukać sensu w pomysłach siwego staruszka.

Deportował się.


Wprost na zagracone podwórko niedaleko wsi Ottery St. Catchpole. Z wahaniem spojrzał na dom i na kartkę.

Nie.

To było nierealne. A jednak się działo.

Nie wierzył, po prostu nie mógł uwierzyć, że Albus wysłał go do Weasley'ów. Byli tak nieprawdopodobnym wyborem, że prędzej uwierzyłby, że to centaury postanowiły adoptować Harrego.

Harrego? Od kiedy tak go nazywał?

Zamrugał kilkakrotnie, spojrzał znów na kartkę, jakby próbował zmusić ją by pokazywała inne koordynaty aportacji.

Nic takiego nadal się nie stało. Szereg cyfr nadal wesoło widniał na pergaminie.

Przynajmniej wiedział już co takiego miał na myśli Dumbledore mówiąc mu, żeby nie reagował impulsywnie. Faktycznie w pierwszym odruchu chciał się odwrócić i znaleźć daleko od tego miejsca, ale jakiś złośliwy głosik szeptał mu, żeby tego nie robił.

W końcu Albus prawie zawsze ma rację.

I kto inny byłby bardziej skłonny do zaopiekowania się biednym, skatowanym sierotą jeśli nie Molly Weasley?

Zdusił w zarodku przekleństwa, które aż mu się cisnęły na usta i ruszył ku drzwiom kuchennym. W ferworze prawie przewrócił się o zbłąkanego kurczaka.

Zebrał się w sobie i z kamienną maską na twarzy zapukał dwa razy.


- Masz jeszcze jakieś genialne pomysły, czy to już koniec?

Staruszek podniósł głowę znad opasłego, zakurzonego tomiszcza i spojrzał na swojego niezapowiedzianego gościa pytająco.

- Nie udawaj – warknął – Musiałeś wiedzieć, że nie mają z tym nic wspólnego. Po co więc mnie tam wysłałeś?

Dumbledore złączył palce wskazujące w charakterystycznym geście i Severus musiał uruchomić cały zapas swojej słynnej cierpliwości żeby nie urwać mu głowy.

- Wybacz, ale chyba nie do końca pojmuję. Sugerujesz, że wysłałem cię tam znając z góry wynik? - zacięta mina Snape'a mówiła sama za siebie – Mylisz się. Molly była bardzo prawdopodobna. Bardziej niż śmierciożercy. Jest ludzka. A czy to nie ludzkie, pomóc dziecku w potrzebie?

- Czy zapomniałeś, dyrektorze – wycedził – że oni są biedni?

- Nie – odparł spokojnie – Jednak najwyraźniej ty zapomniałeś, że są czystej krwi i posiadają kilka ciekawych pamiątek rodzinnych.

- Owszem. Zdjęć i starych różdżek. Pokazała mi je. Jeśli tak mają wyglądać te poszukiwania, jak szumnie je nazywamy, może po prostu dajmy temu spokój?

- Chcesz się poddać? - spojrzał na Mistrza Eliksirów z ciekawością.

- Nie, nie chcę! - naprawdę tracił już cierpliwość do tych gierek – Ale minęły prawie dwa miesiące, a Pottera ani widu, ani słychu! Nie mamy nic. Z jakimi podstawami mamy go szukać? Może chcesz nasłać aurorów na wszystkich brytyjskich czarodziejów żeby sprawdzili ich alibi? Bądź poważny! On się nie znajdzie!

- Być może masz rację – zaczął powoli – Nie zmienia to jednak w żaden sposób naszej sytuacji.

- Sytuacji? - powtórzył jak papuga. Chyba zaczynał się gubić.

- Musimy mieć Harrego Pottera, Severusie. To nie podlega dyskusji. Jeśli czarodziejski świat się dowie, że on zniknął, nastąpi katastrofa. I nie, nie demonizuję. Voldemort nie umarł, chłopcze. A tylko Harry może stawić mu czoło. Teraz oczywiście jest za mały, ale stanowi symbol.

- Rozumiem – potarł ręką oczy – Ale nie wyczaruje ci go – zatrzymał się na chwilę, gdy zorientował się jak dziwnie to zabrzmiało – Nie mogę wytrzasnąć go z księżyca. Ty też nie.

- Na szczęście mamy jeszcze kilka lat żeby nad tym pomyśleć – odparł chyba zbyt swobodnym tonem, bo Severus spojrzał na niego wilkiem – Rzecz jasna nie przestaniemy szukać. Do tego czasu chciałbym, żebyś skupił się na bieżących obowiązkach. Ja za to uruchomię kilka moich dawno zapomnianych kontaktów. Może uda mi się coś wskórać. A jeśli chodzi o kontakty...

Spojrzał na Severusa pytająco i ten po prostu musiał się skrzywić.

- Widziałem się z Anniką. Potwierdziła, że Dołohow i reszta wyjechali. Tyle. Nie powiedziała nic więcej. Nie żebyś się tego spodziewał, rzecz jasna.

- To wszystko?

- Hm, niezupełnie – odparł i wpatrzył się w jakiś punkt nad ramieniem dyrektora – Zrobiła mi test.

- Jaki test?

Wziął głęboki oddech.

- Kusiła mnie.

- Ah, tak? - błękitne oczy zamigotały przekornie.

- I co? Tylko tyle masz do powiedzenia? - zironizował.

- Staram się to zrozumieć, Severusie. Uległeś?

Zacisnął zęby, ale udało mu się wycisnąć zduszone – Tak.

Widząc zszokowany wzrok dyrektora szybko naprostował.

- Ale to niczego nie doszło.

Opowiedzenie całego spotkania zajęło mu dobrą godzinę i na dworze było już całkowicie ciemno. Starał się nie pominąć niczego, być może dyrektor zauważy coś, co jemu umknęło.

- Tak – pogładził się po długiej, białej brodzie – To trochę komplikuje sytuację, ale nie przejmuj się tym na razie. Jeśli zaś chodzi o wyjście... nie widzę przeciwwskazań. Omówię to z Minerwą.

- Mam się nie przejmować? To twoja rada? Ona coś knuje. Stanowczo nie mogę tego zlekceważyć.

- Zrobisz to – głos dyrektora stal się twardy niczym stal – Nie będziesz popadał w jeszcze większy konflikt z Dołohowem. Wszystko samo się wyjaśni.

Kiedy będzie za późno.

Na głos jednak powiedział jedynie:

- Dobrze.

I wyszedł.