Kolejny.
Enjoy!
31 października 1984
Tego dnia już od wczesnego popołudnia nie miał co ze sobą zrobić.
Lekcje zostały odwołane zaraz po drugim śniadaniu, na wyraźną prośbę uczniów chcących przygotować się do uroczystej uczty. Normalnie by oponował przeciwko takiemu marnotrawieniu czasu. W końcu rok szkolny nie trwał wieczność, a w czerwcu wszyscy studenci musieli mieć opanowaną określoną część materiału. Tym razem jednak nie miał na to sił.
Nadal był wściekły na Dumbledore'a. Gdy miesiąc temu zawitał do jego gabinetu po dziwacznej wizycie u Anniki, sam nie wiedział na co liczył. Ale z pewnością nie na zapewnienie, że bez problemu może wyjść do ich posiadłości, a on się wszystkim zajmie. Jego obawy, zrodzone przez niepokojącą rozmowę w bawialni skwitował jedynie machnięciem dłoni, zupełnie jakby nadal był krnąbrnym uczniem.
Zostawała jeszcze sama Annika. Starał się o niej nie myśleć, ale już którąś noc z rzędu zakończył przedwcześnie, z kropelkami potu na twarzy i bolesną erekcją pulsującą tuż pod rozgrzaną kołdrą. Niezależnie od tego co robił, wizja tej kobiety rozkładającej przed nim nogi, nie chciała go opuścić.
Sam nie wiedział skąd wzięła się ta niecodzienna obsesja. Nie była w końcu pierwszą kobietą, której pożądał. Dotąd jednak nie zdarzyło mu się fantazjować o żonie innego śmierciożercy.
I jeszcze ta tajemnica, która zdawała się ją owiewać, kusząc i wołając o odkrycie, do czego skwapliwie się przymierzał. Bezskutecznie jak dotąd. Nigdy jeszcze nie zawiódł się na swoim analitycznym umyśle, aż do teraz. Nie umiał znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia dla tej dziwnej zażyłości między Anniką a Czarnym Panem. Każda kolejna hipoteza przebijała absurdem poprzednią, co niezmiernie go frustrowało.
Dodatkowo zastanawiała go kwestia wyprawy Belli i Dołohowa. Rudolfusem w zasadzie się nie przejmował. Dziwił się nawet, że zabrali go ze sobą. Jakoś wątpił, by to Bella nalegała na obecność męża. Dokładnie tak, jak większość małżeństw w arystokratycznym półświatku, pobrali się tylko i wyłącznie ze względu na wolę swoich rodziców. Mieli chociaż to szczęście, że posiadali wspólne zainteresowania. Jakby nie patrzeć, ślepe uwielbienie Czarnego Pana również się do nich zaliczało.
Ale to było wszystko. Nawiązali jedynie kruchą nić porozumienia. Ona go tolerowała, a on ubóstwiał ziemię po której stąpała. Czasem zastanawiał się, czy może Rudolfus jednak się w niej nie zakochał. Ale te myśli szybko odchodziły. Z jego oczu wyzierało tylko jedno - pożądanie.
Zaś sama Bella była trudnym do zgryzienia orzechem. Jeszcze przed jej uwiezieniem w Azkabanie był gotów twierdzić, że jedyne głębsze uczucie żywi do swojego Lorda. Jednak nie tak dawny pokaz w rezydencji Dołohowa sprawił, że zaczął się wahać. Swojego chrześniaka traktowała tak, jakby był jej własnym synem. Nie był pewien czy to miłość, bo ciężko było określić jak to uczucie manifestowałaby Bella, ale z pewnością była to pewna czułość i opiekuńczość. Co samo w sobie powodowało u niego dreszcze. Opiekuńcza Bellatrix Lestrange. Piekło zaczynało zamarzać.
Oczywiście ten fakt Dumbledore również zlekceważył. Doprawdy, myślałby kto, że to największy czarodziej ostatnich pokoleń, a nie potrafił dostrzec największej oczywistości kilku ostatnich miesięcy. Zamiast skupiać się na tym co wiedzą, błądzili w ciemnościach, opierając się na zagadkowych lub nieistniejących wskazówkach.
A dyrektor uparcie poszukiwał jakiegokolwiek śladu po Potterze. Jak należałoby się spodziewać, nieskutecznie.
Ostatnimi osobami, które go widziały było jego wujostwo. Później dzieciak przepadł. Jak kamień w wodę. Dziwił go nieco brak wyczuwalnych śladów magii na tamtej plaży, ale z drugiej strony świadczyło to wyłącznie o tym, że zabrał go ze sobą ktoś bardzo potężny. Oczywiście Dumbledore upierał się, że istnieje możliwość, że Potter sam opuścił tamto miejsce.
Spojrzał wtedy na siwowłosego mężczyznę z wyraźnym niedowierzaniem. Już nawet pomijając fakt, że Potter ma cztery lata i raczej nie był pasjonatem długich wędrówek, to jeszcze tamto miejsce było na całkowitym odludziu. Jedynymi budynkami w promieniu wielu mil były te zaniedbane domki wypoczynkowe. A i tak w tamtym czasie byli tam tylko Dursley'owie.
Co zaś tyczy się Dursley'ów... Zajmie się nimi odpowiednio.
Jednak mimo szczerych chęci nie mógł się tym zająć w tej chwili. Minęły już dwa miesiące od rozpoczęcia szkoły, a on nadal w każdej wolnej chwili siedział zasypany górami papierów. Sterty esejów oczekujących na ocenę, prośby od nadgorliwych rodziców i papierzyska od Rady wydawały się z niego kpić. W końcu warzenie eliksirów do Skrzydła Szpitalnego zajmuje trochę czasu. A oprócz tego musiał dzielić te wątłe skrawki wolnego czasu na śmierciożerców, dyrektora i normalne zajęcia. Podejrzewał, że na Privet Drive trafi zapewne w okolicach przerwy świątecznej.
Nie zauważył, że dotarł prawie do swoich kwater, aż nie wpadł na jakiegoś ucznia, który w pełnym biegu wypadł zza zakrętu. Poczuł, że krew się w nim zagotowała. Nienawidził biegania po korytarzach, o czym wszyscy wiedzieli. A ta mała, może drugo, albo trzecioroczna Puchonka miała się o tym przekonać już za parę sekund.
- Piętnaście punktów od Hufflepuffu i szlaban w następną sobotę z panem Filchem. O dwudziestej, panno Tonks – powiedział jedwabistym tonem.
- Tak, profesorze – bąknęła, a jej włosy zmieniły barwę na głęboką szarość – Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.
Skinął głową i wszedł do swoich kwater, niecierpliwie wybierając odpowiednie szaty na dzisiejszy wieczór. Zwykła odpada, zjedliby go żywcem. Z miną godną męczennika narodowego samymi opuszkami palców chwycił zieloną szatę z czarnymi lamówkami. Rodowe kolory Snape'ów. Spojrzał na nie z niesmakiem. Przypominały mu o wszystkich tych chwilach o których chciał zapomnieć. Odgonił od siebie wspomnienie domu rodzinnego, który teraz popadał w całkowitą ruinę, a on zupełnie się tym nie przejmował, spokojnie egzystując w jedynym skrzydle, które nie niosło ze sobą nieprzyjemnego bagażu. Na szczęście i tak przebywał tam tylko niecałe dwa miesiące w roku.
Skrzywił się niemiłosiernie, kiedy lustro wiszące nieopodal szafy zaczęło wymieniać co ma po kolei zrobić, jednak zastosował się do instrukcji. Włosy, zazwyczaj przetłuszczone, teraz miękko opadały na ramiona, ponieważ nie musiał sterczeć pół dnia nad parującym kociołkiem. Związał je aksamitną, czarną wstążką tuż nad karkiem. Po rzuceniu kilku drobnych zaklęć skóra nie wydawała się już pergaminowo żółta, a przyjemnie brzoskwiniowa.
W wirze swoich szat wkroczył do kominka, by poinformować Dumbledore'a, że może zacząć szukać jego zwłok, jeśli nie wróci do końca tygodnia.
Sala balowa w rezydencji Dołohowa wyglądała... przygnębiająco.
Tak, to chyba najlepsze określenie.
Z sufitu zwieszały się upiorne, wydrążone dynie. Ściany, ozdobione wspaniałymi malunkami zakryto udrapowanymi faldami materiału w kolorze aksamitnej czerni. Pod nimi ustawiono rząd stoliczków z najwykwintniejszymi przekąskami. Na przeciwległym krańcu zaś dumnie stał dobrze wyposażony barek. Na środku pomieszczenia wyczarowano parkiet, na którym w luźnych grupkach stali goście.
Pani domu dotrzymała obietnicy. Zaproszono jedynie bardzo wąski krąg znajomych.
On z kolei stał pod jedyną wolną ścianą, nieco na lewo od barku.
- … najnowszy krzyk mody!
- … stanowczo się na to nie zgodzę, Nott.
- … dokładnie tak, jak mówiłam. Niczego innego nie można było się spodziewać.
- … tak, choruje.
- … oku jedna rezydencję, ale nadal nie jesteśmy pewni.
- … odrażające insynuacje!
- Severusie – usłyszał nagle głos niedaleko siebie, który przebijał się przez cały ten gwar.
Przed nim stała Annika, we wspaniałej, kobaltowej sukni z głębokim rozcięciem na udzie, która stanowiła dopełnienie dla niesamowicie bladej cery i oczu o pochłaniającej, chabrowej barwie. Włosy upięła w luźnego koka, który wydawał się być dziełem całkowitego przypadku, chociaż z pewnością zrobienie go zajęło kilka dobrych godzin. Szyję okalał misternie wykonany medalion z herbem rodu Wittenbergów. Na palcu dumnie dzierżyła pierścień od Dołohowa. Pięknie skrojone usta, podkreślone krwistoczerwoną szminką, ułożyły się w uśmiechu odsłaniającym lekko zęby.
- Mam nadzieję, że się nie nudzisz. Byłoby to dla nas ujmą.
- Skąd, Anniko. Podziwiałem jedynie dekoracje. Pierwszy raz spotykam się z dyniami poza Wielką Salą.
- Ah – spojrzała w górę, a jej uśmiech się poszerzył – To pomysł Alexandra. Tak długo nalegał, że musieliśmy się zgodzić. Ostatnio jest bardzo zafascynowany jedną z naszych ksiąg o wierzeniach pogańskich.
- Doskonały gust – schylił głowę w geście uznania – A gdzie jest teraz twój uroczy syn?
- Ze swoją nową guwernantką – westchnęła – Chociaż bardzo bym chciała, nie mogę spędzać z nim całej doby. Ilaia przejmie część moich obowiązków. Byłam dość... kapryśna, zdaniem Antonina, więc znalezienie jej zajęło nam stanowczo za dużo czasu. A i tak nie byłam przekonania, chociaż jej referencje były najlepszymi jakie widziałam.
- Ilaia... Chyba skądś kojarzę to imię – zamyślił się.
- Nic dziwnego, Severusie – zaśmiała się dźwięcznie – Ilaia Black. Bella nam ją poleciła. To jej kuzynka piątego stopnia, jeśli dobrze pamiętam.
- Zatem możecie być pewni, że wasz syn pozostanie w dobrych rękach.
- Ależ oczywiście, nie chciałam sugerować nic innego. Martwiła mnie jedynie kwestia jego edukacji.
- Jak to? - zainteresował się – Ostatnio zachwalałaś jego postępy. Coś się zmieniło?
- Nie, nie – potrząsnęła głową – Alexander ma jedynie niezwykłą umiejętność do owijania sobie ludzi wokół palca. Boję się jedynie, że opiekunka nie będzie kładła właściwego nacisku na naukę. Co prawda, nadal uczy go Antonin i ostatnio nawet Bella się włączyła, ku mojemu zdziwieniu. Sam wiesz, że nigdy wcześniej nie przejawiała żadnego zainteresowania dziećmi.
- Owszem – przytaknął – Draco nie interesuje jej nawet w małym ułamku tak, jak twój syn. Chociaż zawsze wydawało mi się, że Bella traktuje cię bardziej jak siostrę niż Narcyzę.
- Lepiej nie mówić tego głośno, Severusie – wyszeptała konspiracyjnie – Cissy mogłaby czuć się urażona. Co nie zmienia faktu, że czuje się mile połechtana. Szkoda jedynie, że Bella nie ma córki – westchnęła z nostalgią – Wspaniale byłoby połączyć nas z rodem Black'ów.
- Ktoś inny wydaje ci się równie atrakcyjny?
- Sama nie wiem – wzruszyła ramionami i skinęła na przechodzącego obok skrzata. Chwile później trzymała już finezyjny kieliszek z szampanem – Być może Aleda, jeśli Alvena się zgodzi.
- Dlaczego miałaby się nie zgodzić? - uniósł brew w zdziwieniu.
- Podobno mają na oku małego Teodora. Ale to już nie moja sprawa. Antonin się tym zajmie, kiedy uzna za stosowne – jej ton dobitnie świadczył, co sądzi o wyborze Teodora Notta zamiast jej syna.
- I tylko ona? Naprawdę? Nie chce mi się wierzyć, Anniko, że nie upatrzyłaś jeszcze kogoś.
- Cóż... córka Greengrass'a zapowiada się ciekawie – wypiła łyk napoju – Mam na myśli tę starszą. Dafne. Blondynka, niebieskie oczy. Ma piękne kości policzkowe. Idealnie pasowałaby do mojego syna. Nie to, co mała Astoria. Ma za duże oczy. I te ciemne włosy... jakoś mi nie pasują.
- Znam Greengrass'a. Jego córek niestety nie miałem okazji poznać.
Annika wskazała mu podbródkiem na grupkę dzieci stojących nieopodal jednego z okien. Bez trudu wypatrzył omawianą dziewczynkę. Ułatwił to fakt, że obecne były tam tylko dwie blond grzywy, z czego jedna należała do Draco.
Musiał przyznać, że mała Greengrass'ówna zapewne wyrośnie na piękność. Dzisiejszego dnia miała na sobie zwiewną, malachitową sukienkę z kokardką w pasie. Jasne pukle luźno opadały na odsłonięte plecy. Dziewczynka była bardzo drobna i na oko mogła mieć jakieś trzy latka.
- A co ona tu robi, tak w ogóle? Podczas ostatniej wizyty wyraźnie dałaś mi do zrozumienia, że obecni będą tylko najważniejsi śmierciożercy i ich rodziny.
- Jest tutaj na moją prośbę, chociaż Antonin był... przeciwny – odparła niepewnie – Uparł się, by związać Greengrass'a Przysięgą Milczenia.
- A ty nalegałaś, ponieważ...? - to odkrycie z pewnością było ważne. Nie znal nikogo, poza Czarnym Panem, kto potrafiłby nakłonić do czegoś Dołohowa.
- Musiałam się jej przyjrzeć, oczywiście – odpowiedziała tak, jakby oznajmiała mu, że dwa dodać dwa równa się cztery. Widocznie była to jedna z tych spraw, którą rozumieją tylko matki.
- Istnieje jakiś konkretny powód dla którego tylko Wewnętrzny Krąg, mam na myśli tę część która przebywa na wolności, został zaproszony?
- Nigdy nic ci nie umknie, Severusie – obdarowała go małym uśmieszkiem czającym się w kącikach warg – Owszem, jest ku temu powód, chociaż w momencie gdy zapraszałam naszych gości jeszcze go nie znałam – w jej glosie zabrzmiała nutka lekkiej urazy, której źródła nie potrafił zidentyfikować.
- A parkiet? To jakaś nowa tradycja? Nie przypominam sobie, by tańce należały do zwyczajów tego święta.
- Doprawdy – roześmiała się – Rozmowa z tobą chwilami przypomina przesłuchanie. Ale nie. Parkiet nie służy do tańców tej nocy, a do ochrony marmurowej posadzki pod nim.
- Ochrony...?
W odpowiedzi jedynie uśmiechnęła się tajemniczo.
- Anniko, kochanie wszędzie cię szukałem – oboje spojrzeli w prawo, by ujrzeć podchodzącego do nich Dołohowa ze szklaneczką whisky w dłoni – I Snape.
- Dlaczego mnie szukałeś? - zapytała szybko, by zapobiec docinkom.
- Bella chciała się upewnić, że wszystko jest gotowe.
Annika zmarszczyła brwi, między którymi pojawiła się maleńka, pionowa kreska.
- A cóż ja mam do tego? To wy zajmowaliście się zorganizowaniem naszej atrakcji.
- Ależ skarbie, mam na myśli tę drugą – uśmiechnął się czarująco.
- A, tak – rozpromieniła się – Przypuszczam, że już niedługo. Przeproszę was na chwilę.
Gdy wychodziła z sali obaj mężczyźni odprowadzali ją wzrokiem.
- Słyszałem, że chcesz przelecieć moją żonę, Snape – Dołohow powiedział to nadal patrząc na wejście do sali.
- Skąd wiesz? - spojrzał na niego podejrzliwie i ledwo zauważalnie przełknął gule formującą się w gardle.
- To mój dom – odpowiedział krotko – Wiem, co się w nim dzieje.
- Skoro to nie było pytanie, to czego chcesz?
- W zamian? - zaśmiał się – Naprawdę myślisz, że jesteś w stanie mnie przekupić?
- Nie wiem. Warto się przekonać.
Dołohow odwrócił się i spojrzał na niego oczami, które wyraźnie coś kalkulowały.
- Wiesz, Snape – zaczął konwersacyjnym tonem – Nie wiem, skąd u nas ta wrogość. Jesteśmy do siebie podobni... w pewnych kwestiach.
- Doprawdy? - zapytał powątpiewająco.
- Spójrz chociażby na kobiety, które nam się podobają. Moja Annika jest ruda. Tak samo, jak ta twoja wywłoka – na usta wpłynął mu obleśny uśmiech, gdy zauważył nagle spięcie Severusa – Obaj lubimy niebezpieczeństwo. Ten dreszczyk emocji. Przyznaj, że Annika nie podobała ci się na początku. Widziałem na rajdach jakie kobiety wybierasz. Zupełne przeciwieństwa. Czarnowłose, o ciemniejszej karnacji, z dużymi piersiami. Co się zmieniło, Snape?
- Skoro jesteś taki bystry, to może sam zgadnij.
- Oh, ależ ja to wiem. Chciałem dać ci jedynie szansę, żebyś mógł przyznać to sam – parsknął – Ale skoro wolisz usłyszeć to ode mnie... Owszem, pożądasz jej ciała. Ale znacznie bardziej kręci cię jej umysł. Nieprawdaż? Taki zawiły. Ma tyle masek. Bezwzględny morderca. Nieprzejednana towarzyszka. Znakomity polityk i strateg. Troskliwa matka. Niebezpieczna kusicielka. Wybierz sobie coś.
- O co ci naprawdę chodzi? Rozmawiamy o strukturze umysłu twojej żony, który przyznaję, jest pasjonujący? Czy o naszym podobieństwie? Czy może o tym, czego chciałbyś w zamian za jej ciało?
- O wszystkim. Ale widzę, że jesteś niecierpliwy. Szkoda. Widzisz, to po prostu łączy się w jedno. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Annikę, zainteresował mnie jej nietypowy, jak na kręgi w których się obracałem, typ urody. Dopiero później odkryłem, że rozmowa z nią jest równie fascynująca, co jej powierzchowność. Kolejna cecha, która nas łączy.
- Zgrabnie ujęte. Zapomniałeś tylko, że istnieje jedna bardzo ważna różnica między nami.
- Oświeć mnie zatem – skupił na nim oczy tak podobne do jego własnych, a jednocześnie tak różne.
- Jesteś skurwielem bez serca. Być może kochasz żonę i syna, ale traktujesz ich jak drogocenne klejnoty w swojej kolekcji. Czyż nie tak właśnie traktowałeś Annikę zanim za ciebie wyszła? Twoim głównym celem było zdobycie jej. A gdybyś napotkał po drodze jakiegoś rywala, zabiłbyś go bez wahania.
- Jesteś tak ślepy, Severusie – zaśmiał się cicho, złowieszczo – A czy ty nie błagałeś Czarnego Pana o życie szanownej pani Potter? Czy nie błagałeś tylko o jej życie? Los jej syna i męża był ci całkowicie obojętny. Nadal jest. Przeżywasz jedynie wciąż i wciąż jej odejście. Dlaczego nie opłakujesz całej rodziny? Przecież miłość polega na bezwarunkowym oddaniu, nieprawdaż? A ona przecież kochała ich obu. Powinieneś cieszyć się jej szczęściem, skoro jesteś tak prawy. Chyba jednak nie jesteś, skoro zachowujesz się podobnie do mnie. To oczywiste, że kocham Annikę. Na tyle, na ile jest to możliwe w naszym bezdusznym, czystokrwistym świecie. Ale jestem egoistą. Jak każdy. Wątpię, czy na świecie znajdziesz chociażby jedną osobę, która bez zmrużenia oka będzie obserwować, jak kochana osoba odchodzi do innego – przerwał na chwilę i z satysfakcją obserwował, jak jego słowa wprowadziły Snape'a w osłupienie – Zatem... Czy naprawdę uważasz, że jesteśmy aż tak różni?
Nie zdołał wydusić z siebie choć słowa, więc jedynie pokręcił głową.
- Właśnie – z satysfakcją skwitował Dołohow – A teraz... powiedz mi, czy ty chciałbyś podzielić się ze mną swoją słodką Lily?
Nadal jedynie stal i patrzył na niego w niemym szoku.
- Kiedy będziesz gotowy, daj mi odpowiedz. Wtedy...
Jednak nie dowiedział się co się wtedy stanie, bo w tym momencie przez sale przemknął wielobarwny pocisk, który zatrzymał się tuż przed nimi. Zamrugał kilka razy i dopiero wtedy zobaczył, że to syn Dołohowa.
- Tato, mama mówi, że to już!
- Dobrze, Alexandrze – pogłaskał czarną czuprynę dziecka, a następnie zwrócił się do reszty zebranych – Proszę o uwagę!
Miał wrażenie, jakby dookoła niego wyłączono dźwięk. Nawet dzieciaki siedziały grzecznie jak aniołki. Wszystkie twarze zwróciły się w stronę Dołohowa, wpatrując się w niego z oczekiwaniem. Nawet on, mimowolnie, skierował na niego swój wzrok.
- Dzisiejszy dzień przejdzie do historii! - w tym momencie do sali niepostrzeżenie wślizgnęła się Annika i wolnym krokiem podeszła, by stanąć obok męża i syna – Czekaliśmy na niego z utęsknieniem. Nareszcie nadszedł. Radujmy się wszyscy, bo znów nadeszły wspaniałe czasy, a niedługo cały świat czarodziejski będzie u naszych stóp. Drodzy przyjaciele, przedstawiam gościa honorowego!
W tym momencie wysokie, dwuskrzydłowe drzwi rozwarły się i do pomieszczenia weszła zakapturzona postać, obleczona drogocennymi, czarnymi niczym noc szatami, a za nią niczym cień kroczyła Bellatrix w oszałamiającej, burgundowej sukni z długim trenem, wyglądającej jak zakrwawiona suknia ślubna. Musiał przyznać, że pasowałoby to do niej doskonale. Nie wiedział jak była ubrana na własnym ślubie, ale szczerze wątpił, by jej wybór padł na klasyczną biel.
Oderwał wzrok od Bellatrix i skupił się na przybyszu. Miał wrażenie, że skądś go zna, chociaż nie miał pewności skąd. Postać była wysoka, bardzo szczupła i... tyle. Więcej nie mógł powiedzieć. Nie widział nawet rąk nieznajomego, bo rękawy szaty niemalże ciągnęły się po ziemi. Kaptur zaś szczelnie ukrywał twarz przed ciekawskimi oczami. Wtedy znów zerknął na Belle, na twarzy której widniało czyste uwielbienie. Uwielbienie, które widywał tyle razy...
- Moi słudzy – zimny, wysoki, lekko syczący głos rozniósł się echem po pomieszczeniu, wywołując zszokowane sapnięcia i westchnienia, a chwilę później wszyscy, jak jeden organizm, padli na kolana.
Severus aż się zachwiał. Gdy zastanawiał się, co takiego Bella, Dołohow i Lestrange robili za granicą, nigdy nie wpadłby na to, że wyjechali by wskrzesić Czarnego Pana. A co do tego, że była to ich sprawka był absolutnie pewny.
- Nie myli was wzrok, moi towarzysze. Powróciłem. By kontynuować nasze wspólne dzieło – wyjął z rękawa swoją różdżkę, nie wiadomo w jaki sposób odzyskaną i machnął nią krótko, a u szczytu parkietu pojawił się tron.
Wykonany z ciemnobrązowego drewna, stojący na grubym podeście z jednolitego, czarnego kamienia, z wytoczonym wizerunkiem węża w zagłówku.
Czarny Pan podszedł do niego i z gracją usiadł, przesuwając różdżkę między palcami niczym batutę.
Bella przystanęła u boku siostry, która z kolei trzymała dłonie na ramionach Draco.
Alexander z kolei wystąpił na środek sali, dzierżąc w dłoni sporych rozmiarów wiklinowy koszyk. Wszyscy spojrzeli na niego zszokowani, jednocześnie z lękiem wpatrując się w Czarnego Pana. A maluch stal tam nadal i wesoło się uśmiechał.
- Tak, Alex? - teraz wszyscy mieli już lekko otwarte usta. Z pewnością nie tego się spodziewali. Oczywiście, nikt nie życzył chłopcu by znalazł się pod wpływem klątwy torturującej, ale nie śmieli nawet przypuszczać, że Lord odezwie się do smarkacza tak... miło. Ponadto Severus po raz pierwszy słyszał, by ktoś zwrócił się do chłopca zdrobniale. Nawet jego rodzice używali pełnej formy imienia. Tak, jak było przyjęte. Zdrobnień używali rówieśnicy.
- Mam prezent – oznajmił dobitnie, a Snape szybko zamrugał, żeby się upewnić, czy na pewno nie śpi.
- Tak? A co to takiego? - Lord wychylił się w ich stronę, zupełnie jakby chciał podejrzeć co znajduje się w koszyku.
Alexander jakby czytał w myślach najgroźniejszego czarnoksiężnika tego wieku, postawił kosz u swoich stop i delikatnie uniósł przykrywkę.
Wypełzł z niego dość krótki wąż, o pięknym zielono-brązowym zabarwieniu i dwoma rzędami kłów w paszczy.
- Ma na imię Nagini. Jest jeszcze dość młoda.
Czarny Pan w zamyśleniu skinął głową i wpatrywał się w ślepia kilka minut, aż Lord ponownie się odezwał.
- Bardzo przemyślany prezent, Alexandrze – uniósł leciutko wargi w czymś na kształt uśmiechu – Chodź do mnie. Twoi rodzice będą teraz trochę zajęci – maluch nie bez pomocy wdrapał się na oparcie tronu i w oczekiwaniu wpatrywał się w twarz Czarnego Pana – Wprowadzić więźniów.
Rudolfus wszedł do sali balowej, różdżką lewitując za sobą cztery nieprzytomne ciała. Poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku. Dzieci.
- Na środek, Rudolfusie.
Głuchy odgłos obwieścił wykonanie polecenia, a Lestrange skłonił się.
- Anniko, Bello, Rudolfusie, Antoninie – po kolei wskazywał dłonią na wymienione osoby – Należy wam się zaszczyt pierwszej tury. To wy jesteście odpowiedzialni mojego powrotu. Chociaż moja droga Annika nie bezpośrednio... - wygiął blade wargi w imitacji uśmiechu - Jakieś specjalne życzenia?
- Panie – Dołohow odchrząknął – Chcielibyśmy, aby Alexander także miał swój udział...
- Hm, ciekawe... - wyszeptał, po czym zwrócił twarz ku chłopcu – Jednak myślę, że jeszcze nie czas.
Dołohow cofnął się o krok na znak zgody, chociaż jego syn wyglądał jakby chciał się targować. Przez chwilę miał wrażenie, jakby mierzyli się spojrzeniami po czym Alexander odwrócił wzrok i wpatrzył się obojętnie w kąt sali. W tym momencie kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.
Czarny Pan skinął głową. Chłopiec uśmiechnął się z zadowoleniem, a on rozdziawił usta w niemym zdziwieniu. Padł znak, by zaczynali.
Bella i Annika postanowiły widocznie, że będą działać w komitywie. Podobnie Dołohow i Lestrange. On jednak nie patrzył na tortury. Nie obchodziły go krzyki maltretowanych dzieci. Patrzył na kobiety. Obie piękne. Obie fascynujące. Obie niebezpieczne. Zdawałoby się, że takich rzeczy się nie zapomina. Nieprawda. Dopiero teraz przypomniał sobie jak dokładna była Bella. Jaki błysk w oczach miała Annika. Jak Bella odrzucała głowę w tył, śmiejąc się do rozpuku. Jak Annika wyginała się lekko, jak drapieżnik. Żywa broń. Jedyne kobiety, które zasłużyły sobie na jakikolwiek szacunek Czarnego Pana.
Ledwo zauważył, że jedna dziewczynka nie ma już ręki, która odrzucona niczym stara zabawka, leżała na samym skraju parkietu, przybierającego powoli demoniczną, czerwoną barwę. Prawie umknął mu fakt, że jeden z chłopców został zmuszony do wypicia rozrastającej się kałuży własnej krwi. Gdzieś na obrzeżach umysłu słyszał potępieńcze wycie, które mogłoby zbudzić umarłego. Jego oczy w milczącej fascynacji obserwowały jak brzuch drugiej dziewczynki zostaje rozpłatany na pół, a jej jelita stają się groteskowymi girlandami.
Nie wiedział, ile tak trwał, ale wiedział, że dzisiejsza rozmowa z Dołohowem obudziła w nim to, co dawno temu pogrzebał. W dniu, gdy los Lily został przesądzony. Czystą, niczym nieskrepowaną euforię z zadawania bólu.
Jedynie jakaś mała część jego duszy starała się protestować, gdy miejsce rodziców zajęli Draco, Teodor i Alexander.
Nadal jednak trwał, wpatrując się jak rezolutny, czarnowłosy czterolatek rzuca klątwę łamania kości różdżką swojego ojca, na inne dziecko. Dopiero teraz mógł w pełni zrozumieć co miała na myśli Annika, gdy zachwycała się umiejętnościami syna. Istotnie, chłopiec odziedziczył po swoim ojcu wygląd, jednak gracja polującej pantery, niespotykana u kogoś tak młodego, z pewnością była chaotycznym dziełem wspaniałych genów obojga rodziców. To było... wspaniałe. Alexander zdawał się mieć całkowitą kontrolę nad swoją magią. Magią, która w jego wieku powinna dopiero kiełkować. Jeśli nadal będzie rozwijał się w takim tempie, za piętnaście lat jedynie wygląd będzie świadczył o podobieństwie do ojca. Nie wątpił w finezję Dołohowa, aczkolwiek nawet on nie reprezentował takiego poziomu w tak młodym wieku.
Draco i Teodor z kolei uciekali się raczej do mniej subtelnych sposobów, pewnie trzymając w dłoniach noże.
Gdy po kolejnych dwudziestu minutach Czarny Pan dopuścił do zabawy całą resztę zgromadzenia z torturowanych dzieciaków zostały jedynie drżące i łkające worki mięsa.
A Lord Voldemort uśmiechał się z diabolicznym zadowoleniem.
