FrejaAleeera1 – o tym gdzie jest mały Potter będzie wiadomo już niebawem :) Jeśli chodzi o Alexandra... Nie, nie wzorowałam się na Damienie. Chociaż zachowanie małego Dołohowa ma swoje wytłumaczenie, ale na to trzeba jeszcze poczekać. Zresztą, chyba nie sądzisz, że mając takich rodziców jakiekolwiek dziecko byłoby zupełnie normalne? ;)
Tymczasem zapraszam na następny rozdział.
4 listopada 1984
Od trzech dni, czyli swojego powrotu do Hogwartu, unikał Dumbledore'a zupełnie tak, jakby ten był zarażony smoczą ospą.
Zaproszenia do gabinetu zbywał tłumaczeniami, jakoby miał dużo pracy, a na dowód wskazywał rosnące z dnia na dzień stosy wypracowań i listę szlabanów w najbliższym czasie.
Przy stole prezydialnym w Wielkiej Sali pojawiał się na chwilę, by porwać kawę i kilka tostów, sycząc, że jest w trakcie przygotowywania bardzo skomplikowanej, eksperymentalnej mikstury. Wtedy jakoś wszyscy nauczyciele tracili zainteresowanie jego osobą. W sytuacjach awaryjnych przychodził na korytarz prowadzący do Pokoju Wspólnego Puchonów, łaskotał wielką gruszkę na obrazie i zjadał posiłek wśród nader gorliwych skrzatów.
Natychmiast po lekcjach ulatniał się do swojego gabinetu, warcząc i prychając na wszystkie istoty ludzkie w zasięgu wzroku.
Swoje patrole wśród ciemnych, ponurych korytarzy odbywał pod silnym zaklęciem maskującym, jakby bojąc się, że dyrektor nagle wyskoczy zza jakiejś zbłąkanej zbroi, zaciągnie go za uszy do gabinetu i napoi herbatką doprawioną jego własnym Veritaserum.
Oczywiście wiedział, że taki stan nie będzie utrzymywać się wiecznie. Mimo całej swojej wielkości, Hogwart nie mógł mu zagwarantować, że aż do emerytury nie spotka dyrektora tegoż przybytku.
Gdyby mógł przekazać Dumbledore'owi ważne informacje, pobiegłby do jego gabinetu z własnej, nieprzymuszonej woli, aż by się kurzyło. Jednak nie mógł tego zrobić. Pod koniec spotkania Czarny Pan dotknął Znaku każdego ze swoich sług nakazując milczenie w sprawie swojego powrotu. A dyrektor niestety miał przykrą tendencję do wtykania nosa we wszystkie osobiste sprawy i drążenia tak długo, aż człowiek się nie poddał. Ot, taka milsza wersja Czarnego Pana. Zamiast legilimencji – bystre spojrzenie błękitnych oczu znad okularów. Zamiast uroczego cruciatusa – herbata i ciasteczka, aż człowiek nie dostanie cukrzycy.
A ostatnią rzeczą na którą Severus Snape miał w tej chwili ochotę było uzewnętrznianie się przed wcieleniem dobra w ciele dobrotliwego staruszka. Po prostu nie wyobrażał sobie, że wchodzi raźnym krokiem do pięknego, owalnego gabinetu wypełnionego srebrnymi urządzeniami o niewiadomym przeznaczeniu i pod czujnym okiem feniksa, staje naprzeciw biurka, by spokojnym tonem zrelacjonować całe spotkanie z małą, śmierciożerczą rodzinką. Co miałby zresztą powiedzieć? Nie mógł pisnąć nawet słowa o torturach, wężu czy samym Lordzie. Padłby bez życia przed rzeczonym biurkiem, zanim zdążyłby sklecić choćby jedno sensowne zdanie. Zatem co? Że Dołohow spowodował, że jego mroczna część przypomniała o swoim istnieniu? Że ze stoickim spokojem obserwował jak troje czterolatków bez zająknięcia torturuje niewiele młodsze dzieciaki? Że zamiast na wykrwawiające się ciała wpatrywał się w inne ciało? Znacznie bardziej żywe, należące do matki jednego z tychże czterolatków? Z pewnością Dumbledore by się ucieszył, że jego jedyny szpieg zaczyna znów pogrążać się w otaczającym Czarnego Pana mroku. Zakładając oczywiście, że w międzyczasie nie dostałby zawału. Co rzecz jasna mogło się wydarzyć, a znając jego ostatnie szczęście, wydarzyłoby się na pewno.
A później, rzecz jasna gdyby dyrektor nie zszedł z tego świata, przeszedłby przez serię wybitnie terapeutycznych rozmów z Dumbledorem, który na przemian pytałby, co takiego się stało i wpatrywał w niego badawczo.
A w zasadzie nic się nie stało. I to było najgorsze. Świadomość, że Dołohow praktycznie nic nie zrobił. Uświadomił mu jedynie to, co sam doskonale wiedział. Tylko zakopał tę wiedzę gdzieś na szarym końcu umysłu, pod stertą kilkutonowych betonowych płyt, łudząc się, że tam jest bezpieczna. A wystarczyła piętnastominutowa rozmowa, by zburzyć to przeświadczenie.
Dlatego w tym właśnie momencie siedział w swoim gabinecie i wpatrywał się w odpowiedź, którą podczas śniadania dostarczyła szara płomykówka, co spowodowało lawinę plotek przy wszystkich stołach uczniowskich. W końcu żaden żywy czy umarły w Hogwarcie nigdy nie widział, by tłustowłosy dupek z lochów z kimś korespondował. A to, że była to korespondencja szybko potwierdzili uczniowie siedzący najbliżej stołu nauczycielskiego, niosąc radosną nowinę aż na błonia. W efekcie do południa cały zamek huczał wręcz od niesamowitych w swej oryginalności teorii. Zaczynając od jednej, wedle której profesor Snape zamawiał nielegalne eliksiry na czarnym rynku, co na szczęście szybko zostało zdementowane przez bardziej przytomnych studentów, którzy pukając się w głowy zauważali, że rzeczony profesor sam jest Mistrzem Eliksirów, zgodnie z czym jest jak najbardziej zdolny do samodzielnego uwarzenia jakiejkolwiek mikstury. A skończywszy na teorii o niesamowicie tajemniczej kochance Severusa Snape'a.
Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie zadziwiające podobieństwo do prawdy. Rzecz jasna pergamin nie pochodził od żadnej, utrzymywanej w całkowitym sekrecie kochanki. Była to odpowiedź od jedynej osoby, do której mógł się w tej chwili zwrócić. O ironio, był to mężczyzna którym, dla samej zasady bycia prawą ręką Dumbledore'a, powinien pogardzać. Nadal jednak pamiętał te wszystkie chwile przed upadkiem Czarnego Pana, gdy ten mu doradzał. Oh, Severus nie pytał rzecz jasna o problemy natury egzystencjalnej, czy w jakikolwiek sposób wkraczające w wyższe sfery. Nie. Ich rozmowy były znacznie bardziej prozaiczne. Prowadzone zawsze przy dobrym alkoholu, sprawiające, że nabierał nowej ochoty do życia.
Odpowiedz była równie krótka jak zawsze.
Nie ma problemu. Bądź o dziewiętnastej.
I to był kolejny z powodów dla którego siedział w swoim gabinecie zamiast na zwyczajowym miejscu w Wielkiej Sali, spożywając przepyszną kolację. Była osiemnasta pięćdziesiąt siedem.
Dzisiejszego dnia jeszcze usilniej unikał dyrektora. W zasadzie nie robił nic złego, ale coś mu mówiło, że Dumbledore'owi mógłby się nie spodobać jego dzisiejszy towarzysz. Owszem, uważał starca za pewnego rodzaju mentora, mimo to wolałby sam wybierać sobie przyjaciół. Nawet jeśli mieli oni nad głową ogromny napis o świadomym popieraniu Lorda Voldemorta.
A tak się złożyło, że ten konkretny przyjaciel, jeśli mógł go tak nazwać, jakiś czas temu miał dokładnie ten sam problem co on. A może nawet gorszy.
Westchnął cicho, by w wirze swoich szat wejść w zielonkawe płomienie strzelające w kominku, a następnie zachwiać się lekko na kosztownym, perskim dywanie.
- Prosiłbym, żebyś użył zaklęcia. Moja żona nie byłaby zadowolona z popiołu na tym konkretnym dywanie – gdzieś z lewej strony usłyszał głos leniwie przeciągający głoski.
Zgodnie z wolą gospodarza, machnął krótko różdżką i skierował kominkowe pozostałości w niebyt.
Spojrzał w górę i napotkał zimne, stalowoszare tęczówki wpatrujące się w niego uważnie.
- Nie powiem Severusie, zaskoczyła mnie twoja wiadomość – uśmiechnął się kpiąco – W ostatnich latach raczej z całych sił unikałeś konfrontacji. Nie chcę sobie nawet przypominać ile moich zaproszeń zignorowałeś.
- Zmiana okoliczności – burknął i usiadł na fotelu jakby był u siebie.
Drugi mężczyzna skwitował to jedynie lekkim uniesieniem brwi i przywołał butelkę najlepszej, szkockiej whisky i dwie szklanki z lodem.
- Na lepsze, czy gorsze?
- Sam nie wiem – kiwnął głową dwukrotnie na znak, że potrzebuje podwójnej porcji.
- Ale doszedłeś do wniosku, że to właśnie ja ci pomogę? - zapytał z niedowierzaniem – Ze wszystkich ludzi... Czyżby przypomniały ci się stare, dobre czasy?
- Jakbyś nie wiedział, Lucjuszu – parsknął, gładząc palcem krawędź szklanki – Nie ma nikogo innego do kogo mógłbym się zwrócić.
- Tak... Wywnioskowałem to z twojego listu. Skąd jednak pomysł, że jestem w stanie ci pomóc?
- Po prostu wiem – skwitował z ponurym uśmiechem.
- Twoja tajemniczość chyba zaczyna mnie drażnić.
- Co ty nie powiesz? - ale widząc upartą minę rozmówcy odpuścił i wyrzucił z siebie na wydechu – Dołohow mi coś powiedział.
Ku jego zdumieniu Lucjusz jedynie zaśmiał się, by po chwili pokręcić głową.
- Wybacz mi – parsknął i znów pokręcił głową – Stary, dobry Dołohow. No, nie do końca stary – zachichotał – Zawsze miał tą wspaniałą umiejętność, prawda? Zmiana światopoglądu w mniej niż pół godziny. Mógłby konkurować w tej dziedzinie z naszym panem.
- Wiesz... - wycedził jadowicie – Mnie to nie bawi. Raczej stawia w kłopotliwej sytuacji.
- Co takiego ci powiedział? - wychylił się z zainteresowaniem.
- Właśnie cały problem tkwi w tym, że prawdę Lucjuszu. Tylko prawdę.
- I wynika z tego...?
- Że jestem zimnym sukinsynem.
- Przecież to nie nowość, Severusie.
- Nie kpij – warknął przez zaciśnięte zęby – Chodzi o to, że rozmowa zaczęła się od pewnego pragnienia, które nigdy nie zostanie zrealizowane.
- A co? - wyszczerzył się blondyn, co zupełnie nie pasowało do jego codziennej, wyrachowanej postawy – Zapragnąłeś być Merlinem naszych czasów?
- Nie – odpowiedział nad wyraz spokojnie – Moim marzeniem jest zanurzenie się w ciele słodkiej Anniki. Branie jej tak, że obojgu zabrakło by tchu. Patrzenie, jak obciąga mi swoimi jedwabistymi wargami.
- O – postukał palcami o ścianę szklaneczki – Chyba zaczynam rozumieć dlaczego przyszedłeś akurat do mnie.
Skinął głową.
- Być może tobie Dołohow nie zaserwował prania mózgu w pięknym stylu, ale nadal masz podobne doświadczenia.
- To co innego – mruknął, tracąc resztki humoru – Sytuacja może wydawać się podobna, ale tak nie jest – okręcił wokół palca swój rodowy sygnet – Ciebie ogranicza tylko odmowa Antonina, jak się domyślam...
- Annika także nie wydaje się chętna – wtrącił.
- Gdyby Dołohow się zgodził, nie miałaby nic do gadania – machnął wypielęgnowaną dłonią, jakby odpędzał natrętną muchę – Wiesz przecież jak to działa. Kobiety mogą sobie być silne i wyzwolone, ale prawda jest taka, że nie mogą otwarcie sprzeciwić się woli męża.
Nagle przypomniała mu się Annika rzucająca ukradkowe spojrzenia na małą Dafne Greengrass.
- A u mnie – Malfoy kontynuował jakby nie zauważył jego zamyślenia – To nie tylko kwestia umowy czy zgody, Severusie. Ja jestem związany rodowymi przysięgami. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to by była hańba.
- Zatem... Jak sobie poradziłeś? - westchnął zrezygnowany – Nie mogę przecież wiecznie do niej wzdychać. To jest chore.
- Nie poradziłem sobie – odparł prosto – A teraz, kiedy nasz pan powrócił, zanurzam się we własnym piekle jeszcze częściej. Nie zrozum mnie źle, ale jakaś samolubna część mnie liczyła na to, że więcej jej nie spotkam.
- Cóż... mogę jej unikać.
Lucjusz spojrzał na niego sceptycznie.
- Taak? Już to widzę jak odmawiasz Czarnemu Panu. Co mu powiesz? Że nie będziesz odpowiadał na wezwania, bo na sam widok jego ulubienicy masz ochotę rżnąć wszystko co się rusza? O tak. Z pewnością będzie zachwycony.
- To co mam zrobić? - warknął – A później? Za kilka lat jej syn idzie do szkoły, na Merlina! Nie pozbędę się jej w żaden sposób!
- Nie przesadzasz? Znajdź sobie... no nie wiem, substytut czy coś.
- Co...?
- Czekaj – uniósł dłonie w obronnym geście – Daj mi skończyć. Co jest w niej takiego szczególnego, że zapragnąłeś właśnie jej? Z pewnością nie jest to pierwsza rudowłosa jaką zobaczyłeś. Przyznaję, ma niezwykle oczy, ale to chyba jeszcze nie powód...
- Jej osobowość – przerwał mu z miną człowieka, któremu ktoś kazał wyznać największy sekret życia.
- Osobowość... Możesz jaśniej?
- Ona... jest nietypowa. Trochę jak miks sióstr Black. Troskliwość i miłość Andromedy, spryt i manipulacje Narcyzy z brutalnością i okrucieństwem Bellatrix.
- Wiesz, że brzmisz jak zakochany idiota? - zapytał ze śmiechem.
Odpowiedział kpiącym uniesieniem brwi.
- Prędzej Czarny Pan obdaruje nas wszystkich jednorożcami.
- Oj – Lucjusz teatralnie załamał ręce – W takim razie to bardzo możliwe. Widziałeś jak zareagował na Alexandra?
- Byłem tam.
- Wszyscy myśleli, że chłopiec padnie trupem...
- Tak, też mnie to zastanawia. Zgaduję, że także nie masz na to wyjaśnienia?
- Niestety – zacmokał z niezadowoleniem – Odnośnie naszego pana... Jak zamierzasz tłumaczyć swoje małe wycieczki Dumbledore'owi, skoro nie możesz powiedzieć mu nic? Nawet nikłego kłamstewka?
- Nie wiem jeszcze – wzruszył ramionami – A tak w ogóle, gdzie zgubiłeś Narcyzę?
Skrzywił się.
- Opróżnia naszą skrytkę. Wybrała się na zakupy z Anniką i Bellą.
- Doprawdy? Jestem ciekaw jak przechodnie reagują na ich widok.
Blondyn nie skomentował, zajęty przywoływaniem większej ilości alkoholu.
- Wiesz już jakim cudem doszło do uniewinnienia?
- Tylko przypuszczenia, jak na razie – odparł wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu spraw – Narcyzie nie udało się skłonić Belli do zwierzeń. Annika również milczy jak zaklęta. Jednak moje kontakty w Ministerstwie są w posiadaniu kilku, wartych sypnięcia galeonem, kasków. Jeżeli założymy oczywiście, że o takie informacje nam chodzi...
- Do rzeczy – warknął, niezbyt przejęty oburzoną miną Lucjusza za obcesowe przerwanie jego wywodu. Z autopsji wiedział, że mógłby tu siedzieć nawet tydzień, a i tak nie dobrnęliby do meritum.
- Spieszy ci się? - zapytał uprzejmie.
- Jakbyś nie wiedział – wykonał ponaglający gest.
- No wiesz – prychnął Malfoy – Możesz tak traktować tych smarkaczy...
- Błagam, Lucjuszu. Chce to skończyć dzisiaj.
Z miną godną primadonny Malfoy senior odpowiedział:
- Chodzi o Karkarowa. Tyle wiem bez wydawania worków złota.
- Cholera. To nam niewiele mówi. Chyba...
- O, znam ten wyraz twarzy. Mów.
- Być może doprowadzili do wymiany.
- Wymiany? Hm, trudne do wykonania, ale nie niemożliwe. Jeżeli masz rację, wszystkiego dowiemy się już niebawem. Ale, ale... - zaczął, gdy Snape podnosił się z fotela – To nie wszystko.
Severus usiadł z powrotem i utkwił pytające spojrzenie w gospodarzu.
- Doszły do mnie również bardzo intrygujące wieści, Severusie. O tobie.
Blondyn zawiesił w nim spojrzenie, wyraźnie bawiąc się niedomówieniami.
- Tak? - zapytał spokojnie.
- Podobno szukasz informacji o Adopcji Krwi.
Poczuł, że oblał go zimny pot, ale udało mu się utrzymać obojętną minę.
- Widzę, że twoi szpiedzy jak zwykle spisali się na medal. Winszuję. - z kpiącym uśmiechem uniósł prawie pustą szklankę na znak toastu. Malfoy zignorował jego słowa.
- Czyżbym o czymś nie wiedział?
- Jest wiele rzeczy o których nie wiesz. I lepiej żebyś się nie dowiedział – dodał z naciskiem.
- Nie zbyjesz mnie tak łatwo – zacmokał – Przecież wiesz, że możesz mi ufać. A nikt inny nie ma tak bogatych zbiorów. Mogłyby być pomocne.
Najpierw chciał odmówić bez poświęcenia nawet chwili na zastanowienie się. Jednak... Nie miał innego wyjścia, czyż nie? Sam nigdy nie znajdzie niczego przydatnego zwłaszcza, że musiał dzielić swój czas między poszukiwania a obowiązki.
Dumbledore nie zabronił mu mówienia. Była mowa jedynie o Ministerstwie. Z drugiej strony Malfoy potrafił być bardziej niż przebiegły. Spojrzawszy w stalowoszare tęczówki, podjął decyzję.
Skinął głową.
Prawie dwie godziny i pół butelki whisky później udało mu się jako tako wyjaśnić większą część sprawy.
- Ah, czyli Potter.
- Mhm. Masz pomysł?
- Jeszcze nie wiem. Musze się zastanowić.
- Czarny Pan...
- Dowie się i tak. Nawet jeśli nie ode mnie. Chyba nie sądziłeś, że uda ci się utrzymywać go w nieświadomości przez kolejnych kilka lat? - zakpił – Bądź poważny. Przecież nie polował na dzieciaka bez powodu – Snape zacisnął szczęki tak mocno, że zaczął bać się o swoje zęby – Z pewnością każe mieć na niego oko. Pierwszy patrol wszystko mu wyśpiewa, a wtedy...
- Będę miał przejebane.
- Dokładnie.
- Niezbyt pocieszające.
Malfoy wzruszył ramionami.
- Jeśli chciałbyś pocieszenia nie powiedziałbyś o tym akurat mi.
- Niby kogo innego miałem do wyboru? - warknął, uciskając nasadę nosa.
- Mogłeś nie mówić nikomu – wzruszył lekko ramionami.
- Prawdę powiedziawszy miałem dość. Szukam go od trzech miesięcy.
- Ale po co? - zmarszczył delikatnie brwi.
- Słucham? - oburzył się – Ty akurat powinieneś zdawać sobie sprawę z tego, jak ważny jest Potter dla Dumbledore'a.
- Ty idioto! - Malfoy podniósł się gwałtownie i zaczął spacerować przed kominkiem – Właśnie dlatego powinieneś powiedzieć mi o tym wcześniej! Marnowałeś czas! - spojrzał na Snape'a w poszukiwaniu jakiegoś błysku zrozumienia w obsydianowych oczach. Nie dostrzegłszy go westchnął z frustracji i w akcie kapitulacji przeciągnął dłonią po twarzy – Nie rozumiesz? Jaka jest istota tej Adopcji?
- Zmienia rodziców biologicznych – skwitował.
- Tak – warknął – I robi to za pomocą modyfikacji kodu genetycznego. Zwłaszcza ty powinieneś to wiedzieć. Chyba, że tytuł Mistrza Eliksirów kupiłeś na Nokturnie.
- Wiem o tym – zirytował się, ale jedyną widoczną oznaką było lekkie ściągnięcie warg.
- W takim razie po co go szukasz? - zapytał spokojnie – To już nigdy nie będzie to samo dziecko. Efektów Adopcji nie da się zniwelować. Rozumiesz Severusie? Być może uda ci się odnaleźć chłopca który kiedyś był Harrym Potterem, ale nie przywrócisz mu właściwej postaci – pokręcił głową – To niewykonalne. Wszystko co się z nim wiązało, przepadło.
Snape jedynie siedział zamrożony szokiem.
- Dlaczego...?
- Ten stary dureń kazał ci go szukać? - zmrużył oczy – Zapewne po to by zająć czymś twój niespokojny umysł – zironizował – Oh, weź się w garść! Słuchaj nadal jego poleceń, ale... odpuść.
- Nic by nie pomogło? Nawet gdyby jego nowi rodzice zdecydowali się anulować rytuał?
- Dlaczego, na Merlina, mieliby to zrobić? - zapytał szczerze zdumiony.
- Z czystej przyzwoitości – wywarczał, powoli odzyskując swoją naturalną prezencję.
- Oczekujesz przyzwoitości po kimś, kto przywłaszczył sobie dziecko? Daj spokój, przecież to nie koniec świata.
Być może dla ciebie.
Żaden z nich nie zauważył oczu śledzących każdy ich ruch zza arrasu.
