Kiedy Erica znika po raz drugi, Derek nawet nie potrafi winić nowej opiekunki. Trzeciej w tym tygodniu, która nie wie jak rozmawiać z jego dzieckiem. Erica jest inteligentna. Zobaczył to od razu pierwszego dnia, gdy dziewczynka zamiast standardowego rysunku w dłoni, miała plan piętra. Oczywiście liczba biur się nie zgadzała. Proporcja nie była doskonała, ale Erica już potrafiła określać mniej więcej skalę, a to było już wiele jak na dziecko w jej wieku, które nigdy nie miało do czynienia z tego typu rzeczami.
Pierwsze dni były ciężkie, jeśli jednym słowem miał określić, co faktycznie działo się w jego mieszkaniu. Wright wróciła pierwszym lotem do Houston, gdy tylko podpisał papiery, zostawiając go z ośmiolatką i garścią leków.
- Ma padaczkę – wyjaśniła kobieta z opieki społecznej. – Będzie najlepiej, jeśli zabierze ją pan do lekarza następnego dnia, a wtedy on wytłumaczy panu dokładnie co to oznacza – dodała i po chwili jej już nie było.
Erica za to siedziała na kanapie obitej drogą włoską skórą i ściskała w dłoniach okropnie pobrudzonego misia.
Nie bardzo wiedział co powinien zrobić. Wright oznajmiła mu wcześniej, że Erica nie wie o nim. Na razie też powinno to tak zostać. Musiał zdobyć jej zaufanie, oswoić ją z nowym miejscem i z sobą, zanim zaczną poważną rozmowę o jej matce. O nim.
Erica spojrzała na niego, marszcząc brwi.
- Zostawiła mnie, prawda? – spytała i wyglądała całkiem jak Cora, jego siostra.
Brwi, układ kości policzkowych, dziedzictwo jego rodziny w tak małej osóbce.
- Kto? – spytał wymijająco.
- Ciocia. Zostawiła mnie – ciągnęła dalej dziewczynka niezrażona tym, że nie udziela jej żadnej konkretnej odpowiedzi. – Mark mówił, że wyjeżdżamy czasami, ciocie nas zostawiają i nie wracamy więcej – wyjaśniła cicho, lustrując go wzrokiem.
Nie bardzo wiedział co ma jej odpowiedzieć. Nie wiedział kim jest ów Mark, ale możliwe, że był jednym z jej kolegów z sierocińca.
- Czy jesteś moim nowym tatusiem? – spytała wprost Erica.
Słowa Wright gdzieś tam szumiały mu z tyłu głowy, ale odchrząknął podejmując nagle decyzję.
- Nie. Jestem twoim tatusiem. Po prostu. Nie nowym – wyjaśnił, starając się używać prostych słów.
Erica siedziała przez chwilę, jakby nie wiedziała za bardzo o co chodzi. A potem, gdy zrozumiała, że nie żartuje, zaczął się koszmar.
Teraz Derek spogląda na nią ukrytą pod biurkiem jednego z pracowników niższego rzędu i nie potrafi zrozumieć jakim cudem ten dzieciak, który jest asystentem Boyda, w ciągu dwóch minut zrobił więcej niż trzy opiekunki w ciągu dni. Kobiety zresztą przyszły ze znakomitymi referencjami, ale Erica wykańczała je pytaniami o Kate. Nie wiedział nawet jak wiele w sierocińcu dowiedziała się o swojej matce. Nie powinien być jednak zdziwiony. Dzieci potrafią być okrutne.
- Jenny na pewno nie chciała zabrać ci misia – zaczyna starając się brzmieć na spokojnego, ale koniec końców mała przeszkadza mu dzisiaj chyba setny raz.
Przyjście do biura, gdy wciąż oswaja Ericę z Nowym Jorkiem, było poronionym pomysłem, ale nie mógł jej zostawić samej z opiekunką w domu. Erica nie ufa tej kobiecie, a jemu wierzy tylko dlatego, że obiecał, że jej nie zostawi.
- Chciała – upiera się dziewczynka. – Powiedziała, że mi go odda, gdy przestanę zadawać głupie pytania – odpowiada i tak, to na pewno był cytat.
Derek nie wie co zrobić najpierw, wyciągnąć małą spod biurka czy zwolnić Jenny. W połowie dnia pracy musiałby wyjść z biura, co oznacza kolejną nieprzespaną noc nad dokumentami i nadrabianie jutro tego, czego nie zdąży skończyć w domu.
Nagle jest bardzo świadom tego jak wiele osób przechodzi obok nich i gapi się otwarcie. Marszczy brwi i czuje się o wiele lepiej, gdy ludzie wracają do swojej pracy.
- Słonko, nie ma głupich pytań – mówi w pewnej chwili dzieciak Boyda.
Erica patrzy na młodego mężczyznę, jakby mu nie wierzyła.
- Kiedy byłem w twoim wieku cały czas zdawałem setki pytań. Moja mama odpowiadała na te, na które znała odpowiedź. Na inne odpowiedzi szukałem w książkach – dodaje chłopak.
Erica marszczy brwi.
- Moja mama nie lubiła odpowiadać na pytania – odpowiada dziewczynka i Derek czuje, że powinien w tej chwili przerwać tę rozmowę zanim wszystko posunie się za daleko, ale Erica wyczołgując się spod biurka patrzy na asystenta Boyda z lekkim uśmiechem. – Czy ty lubisz odpowiadać na pytania? – ciekawi się jego córka.
Chłopak wzrusza ramionami.
- To zależy od pytań – odpowiada mężczyzna wymijająco. – Panie Hale – zwraca się nagle do niego dzieciak. – Mogę ją odprowadzić do rodziców albo nie wiem… - urywa nagle speszony.
- Erica zostaje w moim gabinecie – informuje chłopaka i wie, że to wymijająca odpowiedź.
Dzieciak chyba jednak chwyta w lot, że ma nie wściubiać nosa gdzie nie trzeba.
- Dlaczego zabili moją mamę? – pyta Erica, korzystając z chwili ciszy.
Chłopak sztywnieje i zwraca nagle całą swoją uwagę na jego córkę.
ooo
- Dlaczego zabili moją mamę? – pyta Erica i Stiles spanikowany nie ma pojęcia co odpowiedzieć.
Jest dobry w układanki i szybko dodaje dwa do dwóch. Jakoś w ciągu tej krótkiej wymiany zdań, może po spiętym wyrazie Dereka Hale'a orientuje się, że Erica musi być jego córką. Zapewne nieślubną, bo prezes nie ma żony. W zasadzie jedyną kobietą, o której było wiadomo, że się z nią spotykał, była Kate Argent.
Prasa tak nagłośniła całą sprawę, że nie było niemal nikogo w kraju, kto nie wiedziałby o tragedii całej rodziny, która zginęła w pożarze i bardzo długim procesie, który ciągnął się latami. Wygrzebano tak wiele brudów, że Stiles nie był nawet za bardzo zdziwiony, gdy Derek Hale okazał się wyjątkowo posępną osobą.
Mężczyzna nie uśmiechał się. Był notorycznie spięty i wymagający. Sztywno trzymał się zasad i Stiles znał to z autopsji, bo sam zastosował podobną metodę radzenia sobie z żałobą po śmierci matki.
Pytanie Erici wyrywa go z rozmowy z Hale'em bardzo boleśnie. Nie bardzo wie czy istnieje jakakolwiek dobra odpowiedź. Czeka na mężczyznę, który chyba powinien coś powiedzieć, ale Derek milczy i na jego twarzy pojawia się jedna z tych niepokojących emocji. Ból, który jeszcze nie został zapomniany.
Stiles w zasadzie nie jest pewien co robi, kiedy przyklęka koło Erici i uśmiecha się lekko.
- Twoja mama zrobiła coś bardzo złego – mówi bardzo ostrożnie, bo nie wie ile z tego wszystkiego dziewczynka już ogarnęła. Daje też czas Hale'owi, żeby mu przerwał, ale mężczyzna wydaje się dość zaskoczony, że Stiles w ogóle podjął temat. – Czasami, kiedy zrobisz coś złego musisz za karę postać w kącie albo posprzątać zabawki, albo nie wolno ci się bawić z innymi dziećmi – tłumaczy i Erica kiwa głową.
- Albo zabierają mi misia - stwierdza dziewczynka.
- Nie – mówią obaj i Stiles przez chwilę patrzy na Dereka.
Mężczyzna jest ewidentnie spięty, ale nie kontynuuje.
- Nie – powtarza cierpliwie Stiles. – Nie zrobiłaś nic złego. Masz prawo zadawać pytanie jakiekolwiek chcesz. Nie zawsze ktoś będzie potrafił na nie odpowiedzieć – urywa, bo nie wie co dodać.
Erica marszczy brwi, ale kiwa głową, że zrozumiała.
- Czyli dostanę mojego misia? I Jenny nie zabierze mi go, jeśli nie będę siedzieć cicho? – pyta dalej dziewczynka i to ponownie brzmi jak cytat, co wcale nie podoba się Stilesowi.
Nie zna się na znęcaniu nad dziećmi i nie wie, gdzie przebiega granica, ale serce pedagoga podpowiada mu, że tak nie powinno zwracać się do małoletnich. Prawie niczego nie pamięta już z podstaw psychologii, a i praktyki wydają mu się teraz niewyraźne, ale instynkt podpowiada mu, że Erica potrzebuje ciszy i spokoju. Kogoś zaufanego, kto pomógłby się jej oswoić z nowym miejscem. Opiekunka, którą zatrudnia Hale, nie jest tą osobą.
- Wrócisz do mojego gabinetu? – pyta mężczyzna nagle. – Jenny zaraz odda ci misia. Porozmawiam z nią – obiecuje Derek.
Erica w końcu wysuwa się w pełni spod biurka, chociaż wciąż ma tę charakterystyczną zmarszczkę między brwiami, jakby podejrzewała podstęp.
Stiles odsuwa krzesło, żeby nie uderzyła się w głowę i dziewczynka przemyka koło niego ostrożnie.
ooo
Erica w końcu wychodzi spod biurka i obiecuje wrócić do jego gabinetu co jest przełomem. Mała nie ma w zwyczaju napadów złości i nie płacze bez powodu, ale ma tendencje do znikania. To musi mieć coś wspólnego z domem dziecka, w którym się wychowywała. Pewne zachowania zostają wyuczone bardzo szybko i bardzo wcześnie. Derek to wie, bo ostatnie noce spędza głównie na czytaniu wszystkiego, co wpada mu w ręce. Rozmawiał z kobietą z opieki społecznej i psychologiem, ale każdy wydaje się dziwnie bezradny. Zarzucają go bezsensownymi sloganami, które nijak nie odnoszą się do ich sytuacji. Bo jak wytłumaczyć dziecku, że jej matka nienawidziła go tak bardzo, że nigdy mu nie powiedziała o jej istnieniu? Jak ma wytłumaczyć Erice, że Kate podpaliła całą jego rodzinę i patrzyła z przyjemnością jak płonie ich posiadłość?
Jenny wydawała się miła. Jej główna zaleta polegała na tym, że nie zamierzała wskoczyć mu do łóżka czego nie mógł powiedzieć o innych nianiach, z którymi rozmawiał. Jedna starsza kobieta wycofała się, gdy szczerze powiedział jej kim jest Erica i dlaczego Kate nie opiekuje się dzieckiem. I prawdę powiedziawszy do tej pory nie wiedział czy kobieta nie pokazała się na kolejnym spotkaniu ze względu na wyrok, który wykonano na Argent czy przez to, że Erica była nieślubnym dzieckiem.
Był za młody na ojca. Zdawał sobie z tego sprawę. Było zbyt wcześnie. Nie pozbierał się i widział jak ludzie nawet tutaj w biurze na niego patrzą. Jak sztywnieją na jego widok lub w ich wzroku pojawia się litość.
Dzieciak Boyda zaskoczył go. Był trochę zdezorientowany na początku, ale szybko zdał sobie sprawę kim jest Erica. Nie bez pomocy dziewczynki. Nie odepchnął jej jednak ani nie odtrącił.
Erica złapała go w końcu za rękę i Derek prawie poczuł ulgę, dopóki nie przypomniał sobie, że jej ufność wynika bardziej z tego, że jej opiekunowie zmieniali się tak często, że nie bała się obcych twarzy. To też musiało się zmienić. Musiał być stałym elementem w jej życiu podobnie jak jakaś zaufana osoba, która opiekowałaby się nią dopóki nie znalazłby jakiejś godnej szkoły. A raczej przedszkola.
- Przyjdź do mojego gabinetu za dziesięć minut – mówi Derek.
Dzieciak otwiera szerzej usta, ale nie wydostaje się przez nie żaden dźwięk. I dobrze. Chłopak ma tendencje do paplania, a przynajmniej tak twierdzi Boyd. A co jak co, ale w tej kwestii mają z prawnikiem wspólne zdanie.
Erica patrzy niepewnie na Jenny, gdy wchodzą do środka, ale kobieta uśmiecha się niechętnie. Kolejny znak, że coś jest nie tak. Jego córka nie rzuca się też w ramiona opiekunki. Prawie nigdy jej nie dotyka, jeśli to nie jest konieczne. Nie ma tej chemii, która wskazywałaby na zaufanie.
Derek zamyka boczne drzwi i zasiada na kanapie, ignorując fakt, że przez ostatnie dwadzieścia minut zamiast podpisywać aneksy do umów, szukał córki. Pukanie jest ciche i niepewne, ale kiedy dzieciak wchodzi do środka stara się udawać starszego niż jest w rzeczywistości. Derek zna to z autopsji, bo tak mniej więcej wyglądały jego pierwsze lata jako prezesa. Udawanie, że zna się na tym co robi lepiej niż faktycznie.
- Panie Hale, chciałem bardzo przeprosić. Wiem, że przekroczyłem… - zaczyna dzieciak zanim zamyka drzwi.
- Faktycznie dużo mówisz – przerywa mu bezceremonialnie Derek, obserwując z samczą przyjemnością, że dzieciak się czerwieni.
To imponujący rumieniec. Ludzie w Nowym Jorku chyba genetycznie uodpornili się na wstyd i zażenowanie, więc dzieciak nie może być stąd. Zapewne to student, który został po szkole w mieście, które go zafascynowało i żałował tego każdego dnia. Mijał takich pracowników na wszystkich piętrach. Niedoszłych aktorów, piosenkarzy, modeli, a nawet księży.
- Jak się nazywasz? – pyta Derek, bo to pierwsza informacja, którą powinien uzyskać.
Boyd zawsze używa dziwnego słowa na nazywanie dzieciaka, ale ono jest nie do zapamiętanie.
- Stilinski – przedstawia się chłopak. – Stiles Stilinski – dodaje.
Brzmi trochę jak James Bond i Derek czuje jak jego kąciki ust mimowolnie się unoszą.
- Pracuję dla… - zaczyna Stiles.
- Dla Boyda. Wiem dla kogo pracujesz – informuje go Derek. – Może usiądziesz? – proponuje.
Stiles niemal natychmiast siada po drugiej stronie szklanego stolika, zesztywniały i zdeterminowany. To dość ciekawe połączenie.
- Jak zapewne wiesz, Erica jest moją córką – zaczyna Derek, zastanawiając się jak poprowadzić tę rozmowę. – Nikt na razie o tym nie wie. I jeśli doniesiesz o tym komukolwiek, upewnię się, że po zwolnieniu, które na pewno nastąpi, nie znajdziesz pracy w całym stanie – mówi bardzo powoli.
Spodziewa się, że dzieciak znowu się zarumieni, ale ten wydaje się święcie oburzony.
- Dlaczego miałbym? Kto w ogóle… Jak pan może myśleć… - zaczyna Stiles, wstając niemal natychmiast.
To zabawne, że nie potrafi dokończyć żadnego z tych zdań. Boyd zapewne zabiłby za ten widok.
- Nie cofnę mojego ostrzeżenia – mówi spokojnie Derek. – Chyba rozumiesz dlaczego to dla mnie ważne. Moja córka i jej bezpieczeństwo są dla mnie ważne – wyjaśnia z napięciem w głosie.
Stiles nie wydaje się uspokojony. Wciąż stoi chyba irytując się coraz bardziej, co jest dziwne.
- Bezpieczeństwo? Może zatem powinien pan pogadać ze swoją opiekunką do dziecka. Połowa z tego co mówiła Erica to były cytaty – informuje go sucho Stiles. – Mówią tak dzieciaki, na których ktoś stosuje słowną agresję – dodaje tym samym tonem. – Albo niech pan zacznie spędzać z nią więcej czasu i faktycznie porozmawia dlaczego…
- Dość! – przerywa mu Derek. – Od kilku dni nie robię niczego innego niż rozmowy. Jak nie z psychologami to opieką społeczną! Nie sypiam! I jeśli ktoś się o niej dowie… – warczy, zaciskając na czymś palce. – Pracuję po sto godzin w tygodniu… - urywa, gdy orientuje się, że sam teraz stoi niecałe dziesięć centymetrów od dzieciaka, który chyba jest tak samo zaskoczony jak on całym tym wybuchem.
Ściska w dłoniach kawałek jego marynarki, pewnie mnąc go niesamowicie.
- Myślisz, że co się dzieje z jedynymi potomkami takich rodzin jak moja? – pyta Derek już ciszej.
Odrywa też wzrok od zaskakująco ciepłych oczu mężczyzny.
- Nie miałem pojęcia – mówi chłopak słabo i Derek nie chce wiedzieć nawet co Stilesowi przyszło do głowy.
Pożar jego rezydencji, inne zamachy, których próbowano później, gdy już studiował…
- O to właśnie chodzi! Skoro nie wiesz to po co się odzywasz? – pyta Derek, wracając na swoje miejsce, po drugiej stronie biurka.
Nie pamięta kiedy ostatnio tak stracił panowanie nad sobą, ale ostatnie dni kompletnie go rozchwiały.
- Jeśli mogę coś zrobić… - zaczyna Stiles i Derek marszczy brwi.
- Ani słowa nikomu o mojej córce – mówi tylko, wskazując na drzwi wyjściowe.
