Następnego dnia w pracy wszyscy na niego patrzą z wyraźną niechęcią. Boyd nadal nie wrócił ze swojej konferencji, a Hale'a jeszcze nie ma w biurze, więc po prostu zajmuje swoje zwyczajowe krzesło i zaczyna przedzierać się przed dane, które wprowadzić powinien dzisiaj. Ma trochę dokumentów do skserowania, ale w drodze do pomieszczenia z drukami zamiera, bo Derek Hale we własnej osobie kiwa na niego swoim cholernie wielkim palcem.

Pozostali z jego działu oczywiście zauważają to i zaczynają się kolejne szepty, które Stiles ignoruje, bo Erica przytula się do niego mocno. Derek nie mruga nawet okiem, kiedy odwraca się na pięcie w kierunku swojego biura i najwyraźniej mają podążyć za nim.

- Panie Hale mam tylko do skserowania dokumenty i… - urywa Stiles, bo mężczyzna zatrzymuje się gwałtownie i wyjmuje z jego rąk teczkę, a potem ją przegląda przez ułamek sekundy bez zainteresowania.

- Ty – rzuca Hale, wskazując na jedną z pracownic Boyda. – Jak masz na imię? – pyta.

- Shelly – odpowiada kobieta i na jej policzki wślizguje się nieprzyjemny rumieniec, więc nie tylko Stiles reaguje tak gwałtownie na Dereka, co jest pocieszające.

- Świetnie. Skseruj to, a potem odłóż na biurko Stilesa, Sheryl – rzuca Hale, a potem kieruje się ponownie do swojego biura, zirytowany zapewne opóźnieniem.

Jego sekretarka w końcu ma dla niego wielką stertę dokumentów i Stiles jest niemal pewien, że kolejny dzień będzie wyglądał jak poprzedni. Erica przynajmniej teraz ma więcej zabawek w gabinecie, odkąd postarał się, aby pokazać jej jak się robi origami. Jest od niego o wiele lepsza – prawdę powiedziawszy. To zapewne ma coś wspólnego z jej unikatową wyobraźnią przestrzenną. I nie jest niezwykłe dla ludzi cierpiących na padaczkę. Stiles odrobił swoje lekcje.

Derek siada za swoim biurkiem i zaczyna czytać, więc Stiles włącza laptop, starając się skupić na wprowadzaniu danych. Erica buszuje pomiędzy nimi, a potem siada koło niego i zaczyna grzebać w jego papierach.

- Słonko – zaczyna Stiles.

Erica spogląda na niego tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami.

- Okej, poczytasz mi? – proponuje. – Jeśli tylko to skończę, pokażę ci kolejne figurki do składania – obiecuje.

Erica zerka na zapisane równo kartki i stara się wyjąkać chociaż jedno słowo, ale to nie jest tekst ciągły. Jedynie numery kont i oznaczenia przetargów.

- Nie, słonko. Po jednej literce – pokazuje jej palcem.

Hale spogląda w ich stronę ciekawie, ale nie powstrzymuje go, więc najwyraźniej mogą zająć się wspólnie jego pracą. W końcu musiał jakoś wykonywać swoje zadania, co nie jest łatwe, kiedy Erica zaczyna się nudzić już po paru minutach. Aby zajmować się dzieckiem, należy poświęcać mu całą uwagę. Wie o tym, ale trudno to pogodzić z wprowadzaniem danych.

Erica na szczęście wydaje się zafascynowana ciągami, które nie mają najmniejszego sensu. Czyta powoli i ostrożnie, i patrzy na ekran, jakby sprawdzała czy Stiles się nie myli, więc on ma akurat tyle czasu, aby sprawdzić czy ona nie pomyliła linijek. Nie wie czy powinien się wtrącać, ale mała zapewne została wyciągnięta ze szkoły w środku roku szkolnego. Hale'ów stać było na prywatnych nauczycieli, ale najwyraźniej – skoro siedziała w biurze – Derek jeszcze na to nie wpadł. Nie była niemowlęciem, ale rozwijającym się małym człowiekiem, który powinien mieć kontakt z nauczycielami.

Fakt, że była cholernie inteligentna na pewno pomagał jej stopniom przez ten cały czas.

Jest trochę zaskoczony, kiedy okazuje się, że kończą. Wszystkie cyfry są na swoim miejscu i akompaniują im odpowiednie litery. Derek przygląda im się ciekawie, kiedy Stiles zamyka laptop i siadają ponownie na dywanie. Waha się, ponieważ Hale pewnie ma jakieś standardy dotyczące ludzi. Dorośli zazwyczaj nie czołgają się po podłodze, ale Erica uwielbia siedzieć na tej miękkiej podłodze, kiedy rysują i składają origami. Czeka na jakąś uwagę, ale kiedy podnosi głowę ponownie, Hale składa zamaszysty podpis na dokumencie.

- Twój tata nie był zły? – pyta Erica.

- Nie – odpowiada. – Jestem już dorosły, więc mogę czasem wracać później – dodaje.

Erica kiwa głową, jakby totalnie rozumiała co miał na myśli.

- Ale musisz dalej sprzątać w swoim pokoju ?– rzuca niepewnie dziewczynka.

Stiles wydyma usta.

- W całym domu – odpowiada i Erica wydaje się przerażona. – Kiedy mieszkasz sama musisz sprzątać cały dom. Nie ma ci kto pomóc, ale z drugiej strony nie sprzątasz cudzego bałaganu.

- To gdzie mieszka twój tata? – pyta Erica.

Odpowiedź nie jest łatwa, więc stara się to jakoś przełożyć na normalny język.

- My nie jesteśmy stąd. Mój tata był szeryfem – wyjaśnia Stiles. – Wiesz co robi szeryf? – pyta.

- Ma broń i jeździ konno – rzuca Erica.

Nie może się nie zaśmiać.

- Pewnie w Teksasie tak, ale my jesteśmy z Kalifornii i mój tata miał radiowóz. Łapał złych ludzi – wyjaśnia. – Ale mieszkaliśmy w małym miasteczku i często jest tak, że dzieci wyprowadzają się na studia. Dostałem pracę w Nowym Jorku, a to było bardzo daleko od domu. Jest nas tylko dwóch, odkąd mama nie żyje, więc mój tata zdecydował, że kiedy przejdzie na emeryturę, zamieszka blisko mnie – ciągnie dalej. – Nie chciał mieszkać z dorosłym synem, więc znalazł sobie taki dom, gdzie jest mnóstwo ludzi w jego wieku i z mnóstwem czasu. I tam spotkał Melissę, więc to był raczej dobry pomysł.

- Och – mówi Erica. – Dom dla starych ludzi?

- Nie próbuj nazywać mojego ojca starym – prycha Stiles i przewraca oczami. – Ale tak w tajemnicy powiem ci, że dokładnie tak.

Erica przykłada palec do ust, udając, że nic od niej nikt nie wydostanie. I dobrze.

- Poznam go? Poznam twojego tatę? – pyta mała.

- Uhm, nie wiem – przyznaje Stiles. – On mnie nie odwiedza w pracy za często. Czasem przynosi mi lunch, bo Melissa robi najlepsze kanapki na świecie, ale on nie lubi dużych miast – przyznaje i zamiera, kiedy zdaje sobie sprawę, że Derek patrzy na niego wprost.

Spodziewa się niemal, że Hale wróci do czytania swoich dokumentów, kiedy mężczyzna spogląda wymownie na swój zegarek, a potem ponownie na niego. Stiles nie wie czy to niezbyt subtelne informowanie go, że powinien wrócić do pracy, ale w końcu zajmuje się Ericą, więc nie wie co jest grane.

- Lunch – rzuca Hale, wstając od swojego biurka. – Co macie ochotę zjeść? Jennifer zamówi dla nas jedzenie – dodaje.

ooo

Jennifer przynosi dla nich jedzenie, a potem znika na własną przerwę. Na końcu języka ma, że Stiles też może wziąć piętnaście minut dla siebie, ale Erica jest niemal przyklejona do boku chłopaka. Młodego mężczyzny – przypomina sobie Derek. Stiles nie jest dzieciakiem, chociaż wygląda jak jeden. Jego kończyny są za długie i cały jest nienaturalnie szczupły. Jest w nim coś kobiecego, może to te usta, które wyglądają tak, jakby ktoś całował je godzinami. Pewnie są dobrze ukrwione od tego jak wiele chłopak gada.

Erica grzebie widelcem w swojej sałacie i brudzi koszulkę, ale to najmniejszy problem. Mają całą szafkę jej ubrań tutaj. Jej małe sukienki wiszą koło jego garniturów.

Stiles zerka na niego niepewnie, zapewne skrępowany. I Derek jest do tego przyzwyczajony, ale to nie znaczy, że to lubi. Spogląda na mężczyznę, marszcząc brwi, ale tylko pogarsza sytuację. Ta cisza doprowadza go do szaleństwa, ale nie ma pojęcia jak podjąć rozmowę. Musiałby się przyznać do tego, że podsłuchiwał, a ma wrażenie, że to co Stiles mówił nie było skierowane do niego. I mężczyzna byłby skrępowany tylko bardziej.

- Przeglądałem twoje CV – rzuca w końcu.

Stiles spogląda na niego wzrokiem niczym jeleń, który spotkał się twarzą z twarz z reflektorem samochodu.

- No cóż – rzuca Stilinski. – Nie jest imponujące…

- Nie, nie jest – przyznaje Derek. – Pedagogika? – pyta.

Stiles wzrusza ramionami, zanim zdąża się powstrzymać.

- Lubię dzieci. Moja mama była nauczycielką – mówi mężczyzna i wygląda na zaskoczonego, że to w ogóle wyszło z jego ust.

Derek jest równie zdziwiony jego szczerością. To naprawdę rzadkie.

- A kim była moja mama? – pyta Erica nieśmiało.

A sądził, że nie może być gorzej.

- Księgową – odpowiada krótko i konkretnie. – Lubiła liczby.

Nie dodaje, że chciała jego milionów.

Stiles spogląda na niego ewidentnie skrępowany. I nie byłby zaskoczony, gdyby Stilinski chciał jednak zjeść lunch gdzie indziej. Derek zapłacił za jego jedzenie, ale nie chciał go uwiązywać tutaj w czasie wolnym. To było złamaniem wszystkich przepisów i Stiles musi o tym wiedzieć, ale nie wychodzi. Wygląda też tak bardzo nieodpowiednio na włoskiej skórze jego kanapy. Jego garnitur zapewne pamiętał lepsze czasy.

- Ja też lubię liczby – mówi Erica.

- Naprawdę? Jak szła ci matematyka? Założę się, że byłaś dobra – rzuca Stiles.

Erica rozpromienia się, słysząc komplement. Wydaje się kwitnąć, co jest nieprzyjemnym przypomnieniem, że sam nie radzi sobie z nią w ogóle. Mała odżywa, kiedy jest w towarzystwie Stilesa, a potem cichnie, kiedy wracają do pustego mieszkania, które teraz jest ich domem. Może powinien pomyśleć o kupieniu czegoś poza miastem z ogrodem, gdzie mała mogłaby biegać. Dzieci potrzebowały przestrzeni – przynajmniej tak twierdził psycholog, z którym się spotykali raz w tygodniu.

- Szkoła – mówi Derek i jest zszokowany tym, że nie wpadł na to wcześniej.

Mała ma osiem lat, a nie dwa. Ten rok zapewne jest już stracony. Wright mówiła, że Erica była przenoszona z sierocińca do sierocińca zanim trafiła do Houston, więc uczęszczała na zajęcia niesystematycznie. Musiała jednak wrócić do szkoły. I pewnie powinien załatwić jej prywatnego nauczyciela na teraz, żeby zaczęła powoli się wdrażać w nowe realia.

Stiles spogląda na niego otwarcie z pewnym zainteresowaniem. Pewnie studia pedagogiczne sprawiły, że znał się nie tylko na rozmawianiu z dziećmi i tłumaczeniu im trudnych tematów. Trudno Derekowi jednak pytać, bo nie chce wyjść na idiotę, który nie pomyślał przez tydzień o tym, że jego własna córka powinna iść do szkoły. To wiele o nim mówi.

- Pójdę do szkoły? – pyta Erica ciekawie.

- Oczywiście, skarbie. Dlaczego miałabyś nie iść? – rzuca Derek niemal od razu. – Na razie jednak pobędziesz trochę z tatą, a potem poszukamy jakiejś miłej szkoły. Nie chodziłaś do szkoły… - zaczyna i urywa, bo nie chce wypowiadać słów 'dom dziecka' za wszelką cenę.

Mała jednak łapie w lot.

- Chodziłam, ale Mark nie mówił, co się z nami dzieje, kiedy znikamy – odpowiada Erica.

Nie wie co powiedzieć, ale to brzmi drastycznie.

Stiles śmieje się jednak dźwięcznie, chociaż trochę wymuszenie.

- Nie zniknęłaś. Przecież jesteś – rzuca Stilinski, a potem łaskocze jego córkę. – Jak mogłabyś zniknąć, skoro jesteś. Jesteś czy cię nie ma? – pyta i nie przestaje.

Erica próbuje się bronić, a potem zaczyna krzyczeć, że faktycznie jest i nie zniknęła. Ta forma perswazji wydaje się naprawdę dziwna, ale jest skuteczna. Stiles zerka na niego przez cały czas, jakby zastanawiał się czy nie przekroczył jakiejś linii. A to stało się już dawno temu. W końcu mała zaufała najpierw temu dziwnego dzieciakowi z działu prawnego, a nie jemu. Stiles nie miał jednak wiele z tym wspólnego, więc trzymanie tego przeciwko niemu wydawało się bezsensowne.

Co nie zmienia faktu, że Derek bywa zirytowany od czasu do czasu. Chciałby, aby mógł sam porozmawiać z Ericą, ale za każdym razem, kiedy zostają sami ma w głowie pustkę. Nie wie o czym mogliby pogadać, ale przynajmniej wczoraj spędzili wieczór rozmawiając o Stilesie. Dlatego przejrzał CV mężczyzny. Erica chciała odpowiedzi na pytania, których nie miał, więc postawił na nogi kierownika działu personalnego i zmusił go do wysłania mu na maila wszystkiego co miał na Stilesa.

Nie było tego wiele. Mężczyzna wydaje się cholerną enigmą.

Jego oczy błyszczą radością, a mieszka w tej dzielnicy Nowego Jorku, gdzie Derek nie pozwoliłby się szwendać własnym psom, gdyby takie posiadał. Płaca Stilesa jest tak niska, że nie dziwi go, że chłopak nie protestował na wieść o dodatkowych zarobkach. Jednak kiedy mężczyzna mówił o tym, że ekonomia była jego planem dodatkowym, nie kłamał. I wydawał się naprawdę dogadywać z Ericą. Poświęcał jej całą uwagę.

Tak nie powinno wyglądać szczęście, a jednak Stiles uśmiechał się częściej niż ktokolwiek inny, kogo Derek znał.

- Mark pewnie próbował cię nastraszyć – mówi nagle chłopak. – Miałem takiego kolegę, który ciągle mnie straszył, bo wokół naszego miasteczka był wielki las, więc chodziły te opowieści o wilkołakach i czarownicach. A ja nie miałem żadnego rodzeństwa, więc nie wiedziałem, że dzieci się tak straszą nawzajem. I raz wracaliśmy podczas burzy przez Rezerwat i Jackson powiedział mi, że w starym domu są duchy, a potem krzyknął, jakby się wystraszył - ciągnie Stiles.

- I co? – pyta Erica z szeroko otwartymi ustami, chociaż Derek nie widzi niczego fascynującego w tej opowieści.

Stiles wzrusza ramionami i przedłuża ciszę. To pewnie jakiś dobry zabieg, który ma budować napięcie.

- I nic – odpowiada w końcu mężczyzna. – Biegłem tak szybko, że prawie rozwaliłem nos o drzwi mojego domu. Jackson myślał, że to zabawne, a potem się zgubił i mój tata go szukał z innymi szeryfami z okręgu, bo Jackson przeprowadził się nie tak dawno i nie wiedział, że Rezerwat ciągnie się przez całą północną część stanu. To naprawdę duży las – mówi Stiles.

- Och – wyrywa się Erice. – Pójdziemy kiedyś na spacer do lasu? – pyta mała niemal od razu.

- Pewnie, jeśli obiecujesz, że się nie zgubisz – rzuca Derek, ponieważ to akurat jest oczywiste.

Erica przewraca oczami.

- Nie musimy się martwić. Tata Stilesa nas znajdzie – stwierdza jego córka.