Wydaje mu się, że wszystko wraca do pewnego rodzaju normy. Erica bawi się z nim na dywanie gabinetu swojego ojca, a on pospiesznie każdego dnia kończy pracę, aby móc spędzić z nią chociaż kilka chwil. Derek jednak o wiele częściej podchodzi do nich, choćby tylko po to, aby dotknąć Erici. I to przypomina trochę oswajanie dzikiego zwierza. Z tym, że Hale jest dzikusem. Nie wie jak ma zbliżyć się do córki i stara się tak bardzo nie naciskać, że w efekcie się oddala. Gdyby Derek był adopcyjnym rodzicem, zapewne byłoby prościej. Wybrałby moment do posiadania dziecka. Ono nie byłoby obciążone historią, której Stiles nie zna.
Po piętrze zaczynają krążyć plotki. I w zasadzie z przyjemnością zamyka się w wygodnym biurze Dereka, ponieważ w pewien sposób mężczyzna odcina go od tych wszystkich, którzy dotąd sądzili, że nie pasował do Nowego Jorku. I mieli w tej kwestii rację. Jego ojciec jest szeryfem z małego miasteczka, a on sam lubi znać sąsiadów. Dla niego to naturalne. Dla kobiety z dołu, której przedstawił się pierwszy raz jest zapewne ćpunem roznoszącym ciasteczka z marihuaną.
On starał się być tylko miłym.
Nowojorczycy jednak spoglądają na to podejrzliwie, więc z Derekiem nawet nie próbuje. Erica jednak to całkiem inna sprawa.
Mała wydaje się zafascynowana zabawkami, które kupił dla niej wraz z ojcem. Wszystko jest w drewnie i z pozoru zdaje się proste. Ot, zwykła układanka. Jednak potrzebne do tego umiejętności wybiegają poza to, co sam potrafi. Erica nie ma mimo to najmniejszych problemów z ułożeniem figur w kształty, które przedstawiono na obrazku.
Derek przygląda im się przez krótką chwilę, zanim podchodzi i marszczy brwi na widok drewnianych brył, które zazębiają się za siebie.
- To zabawka dla dla dzieci trochę starszych, ale pomyślałem… - zaczyna Stiles, bo nie wie czy ta cisza jest dobra.
Trudno jest wyciągnąć z mężczyzny cokolwiek. Jego twarz tak rzadko wyraża jakiekolwiek emocje, że można byłoby go pomylić z figurą woskową w muzeum.
- Bo jestem mądra – mówi Erica, ponieważ to faktycznie jest doskonałe wyjaśnienie wszystkiego.
- Jestem o tym przekonany, skarbie – odpowiada Derek. – Miałem po prostu takie same… klocki, kiedy byłem dzieckiem. Były przekazywane z pokolenia na pokolenie w mojej rodzinie – wyjaśnia dziwnie zduszonym tonem.
To jest pierwszy raz jak dzieli się jakimkolwiek szczegółem ze swojego życia i Stiles ma ochotę wstać i wyjść, ale jest jak sparaliżowany. Odnosi wrażenie, że zakłóca bardzo intymną chwilę. Derek zresztą zerka na niego, jakby był zaskoczony, że powiedział coś takiego przy obcym. I już wcześniej wiedział, że Hale jest skryty, ale nie sądził, że nawet wspomnienia z dzieciństwa przynoszą mu taki ból.
Erica niczego nie zauważa, zbyt pochłonięta układaniem. I cieszy się każdą pochwałą, każdą najmniejszą aprobatą. Nie trudno jednak mówić jej miłe rzeczy, kiedy wyczucie proporcji, które posiada wykracza poza normę. Nawet Stiles nie jest w stanie tak rysować, a dzieli ich dobre dwadzieścia lat różnicy.
- Mogę? – pyta nagle Derek i wyciąga dłoń w stronę zabawki.
Erica wydaje się zaskoczona, ale oddaje ojcu klocki bez najmniejszego protestu. Hale'owi nie zajmuje długo utworzenie takiej skończonej konstrukcji bez ostrych zakończeń, które byłyby nieforemne. Nawet Stiles jest pod wrażeniem, ale chwalenie dorosłego mężczyzny jak małego dziecka chyba nie jest na miejscu, więc uparcie milczy.
- Te klocki mają jeszcze przynajmniej paręnaście możliwości ustawienia ich w ten sposób, którego producent nie przewidział – wyjaśnia Hale i jego głos brzmi tak, jakby znajdowali się na sali wykładowej.
I chyba sobie zaczyna zdawać z tego sprawę, więc odchrząkuje spinając się odrobinę.
- Chcesz spróbować, skarbie? – pyta Derek.
Erica ogląda najpierw konstrukcję z takim skupieniem, że Stiles ma ochotę się roześmiać. Dziewczynka rozkłada pospiesznie klocki przed sobą i wyciąga język z ust, kiedy znowu lustruje je wzrokiem. Zaczyna podnosić kolejne, ale nie chcą się łączyć w całość. Wydaje się sfrustrowana początkowo, ale się nie poddaje. I Stiles nie ma pojęcia jak długo się jej przyglądają, ale w końcu się jej udaje i radość w jej oczach zapewne mogłaby oświetlić całe piętro.
Derek prostuje się lekko z dumy i to jest całkowicie zrozumiałe. To trochę też niesamowite, że facet zbudował kompletnie nową konstrukcję w ciągu sekund, chociaż producenci tego nie przewidzieli. A wie, że w takich firmach pracują naprawdę ogarnięci ludzie.
Derek unosi kciuk do góry, żeby pokazać małej, że wykonała dobrą robotę. A potem tworzy kolejną figurą kompletnie ze swojej wyobraźni. I tym razem to Stiles nie może oderwać oczu.
ooo
Ma ochotę wyjść na zakupy, aby zdobyć dla Erici zabawki, które są z pozoru proste, ale wymagają pewnych predyspozycji. Jest nawet trochę na siebie wściekły, że nie pomyślał o tym wcześniej. W końcu dostrzegł, że Erica doskonale radzi sobie z rysowaniem pomieszczeń. I chociaż nie pamiętał własnych początków, rodzice opowiadali mu, że uwielbiał te stare drewniane klocki, które można było łączyć w różne budowle.
To na pewno rozwija wyobraźnie i pojęcia nie ma dlaczego nie wziął niczego takiego, kiedy odwiedzali sklep z zabawkami po raz pierwszy. Pozwolił Erice wtedy wybrać cokolwiek chciała i częściowo to był jego błąd. Powinien był wybrać coś, co przykuło jego oko, ale prawda była taka, że niespecjalnie znał się na zabawkach dla dzieci. Szczególnie dziewczynek.
Założył, że Erica będzie fanką różowych lalek i zadbał o to, aby miała ich pod dostatkiem. Nie musiał jednak długo obserwować małej bawiącej się ze Stilesem, aby stwierdzić, że mocno się pomylił. Uwielbiała rysować. Ze Stilesem nie tyle się bawili, co wymyślali kolejne gry. Zatem nie interesowała jej sama rozrywka, ale tworzenie. Takie rzeczy powinien był zauważyć wcześniej.
- Pomyślałem o kolejnych zakupach – rzuca niepewnie.
Erica patrzy na niego podejrzliwie. Już wcześniej wydawała się zaskoczona ilością rzeczy, które należały tylko dla niej. I ponownie – psycholog uprzedził go o tym. W domu dziecka wszystko było wspólne. I częściowo cieszyło go, że z taką chęcią dzieliła się zabawkami. Cora zawsze miała z tym problem. Uważała, że wszystko było jej. Wychowywanie dzieci, kiedy posiadało się takie fundusze było ciężkie – a przynajmniej tak zawsze mówiła jego matka.
- Poszedłbyś z nami? – pyta wprost, ponieważ Stiles chyba nie do końca wie do kogo to było skierowane.
Stilinski przez krótką chwilę wydaje się naprawdę zaskoczony.
- Wiesz jakie zabawki są edukacyjne – podrzuca, skoro chłopak potrzebuje wyjaśnienia. – Jeśli zabranie ci kolejnego popołudnia nie będzie problemem…
- Nie, jasne – wtrąca pospiesznie Stiles. – Tylko, że wie pan… Ja po prostu przeczytałem na pudełku – dodaje niepewnie chłopak.
Derek ma ochotę się trochę roześmiać, bo nie spodziewał się niczego innego. Nie sądzi, aby Stiles znał się na zabawkach dla dzieci, bo to jego jakieś hobby. Ma jednak dobre oko i przede wszystkim spędza z jego córką o wiele więcej czasu niż on. Derek po prostu nie wie nawet gdzie zacząć. Może Erica wspomniała o czymś, co mogłoby się jej przydać. Kiedy pyta wprost, mała nigdy nie odpowiada.
- Co powiesz, skarbie, na wspólny wypad do sklepu? – rzuca, tym razem do dziecka.
Mała nie wydaje się, aż tak podekscytowana, ale kiedy dojdzie do niej, że to oznacza, że wyjdą wcześniej i spędzą razem popołudnie, na pewno się ucieszy. Chce zabrać ją na lody i może na obiad do jakiejś niewielkiej restauracyjki z dala od oczu ciekawskich. Do tej pory siedzieli zamknięci w mieszkaniu i może Boyd ma rację. Potrzebował urlopu, czasu, który mógłby spędzić z córką. Jego grafik jednak jest napięty jak nigdy.
Teoretycznie powinno go to cieszyć, w końcu obroty firmy wzrastały, ale Erica nadal bawiła się w jego biurze, co nie było najlepszym rozwiązaniem.
- Dobrze – mówi jego córka ostrożnie. – I Stiles też z nami idzie? – upewnia się. – Tylko nie kupujmy lalek. Mam ich duuuuużoooo – przeciąga, a potem wydyma wargi.
Derek nie chce myśleć, że Kate też tak robiła, kiedy uważała, że jest zabawna. A może wszystko to było tylko grą. Nie byłby zaskoczony. Nigdy nie doszedł do tego, czy kochała go chociaż przez krótki moment. Jaka miłość jednak doprowadzała do takiej tragedii?
ooo
Stiles jest skrępowany, bo chociaż to nie pierwszy raz kiedy siedzi w limuzynie Dereka Hale'a, nadal nie może się przyzwyczaić. Dla Erici to zwykły samochód. Jest wciśnięta pomiędzy nich i stara się oglądać budynki przez przyciemnianą szybę całą drogę do niewielkiego sklepiku, którego nazwę i adres Stiles podał kierowcy wcześniej. Derek wyjaśnił mu, że początkowo zabierał Ericę do tych wielkich centrów handlowych dla dzieci. Nie widział jednak tak niszowych zabawek na półkach. I nic dziwnego. Zapewne sieciówki wyciskały ostatnie centy z rodziców oszalałych na widok telewizyjnych postaci dzieci. To była kwestia całkowicie marketingowa.
Wysiadają przy niewielkim sklepiku, który nie wyróżnia się również witryną. Drewniany konik przyciąga jednak uwagę Erici niemal natychmiast. I mała przylega do wystawowej szyby w ciągu kilku chwil, urywając się im obu. Derek łapie ją za nadgarstek, a potem niepewnie splata ich palce, jakby nie wiedział czy ten dotyk jest dozwolony. Jakby nie był pewien jak mała zareaguje, ale to nie problem. Erica nawet tego nie zauważa, kiedy jest pochłonięta wgapianiem się w najprostszą zabawkę w dziejach.
Stiles zastanawiał się nawet gdzie w mieszkaniu Hale'a można byłoby zawiesić huśtawkę, ale to niemożliwe przy tym rozkładzie pomieszczeń. Korytarz jest zbyt często używany, aby zagracać go. No i chociaż Derek ma ogromny metraż – posiada w zasadzie dwa pokoje, z których jego gabinet chyba został przerobiony na pokój dla dziecka. To mieszkanie nigdy nie miało zostać wynajęte nawet przez rodzinę. I aż krzyczy starym kawalerem, co Stilesa początkowo nie zaskoczyło. Derek wydawał mu się samotnikiem. Nie słyszał o Hale'u zbyt wiele, a jego życie miłosne podobno nie istniało.
Teraz Stiles jednak widzi, że facet potrafi dbać. I nie jest do końca przekonany czy zamknął się w sobie przez pożar czy wuja, który na pewno nie ułatwiał mu życia.
- Skarbie, chcesz wejść do środka? – pyta Derek.
Erica patrzy na swojego ojca szeroko otwartymi oczami.
- Możemy? – wyrywa się jej.
- Słonko, po to tutaj przyjechaliśmy – informuje ją Stiles.
Erica uśmiecha się do nich tak szeroko, że ma wrażenie, iż wcale nie otaczają ich nieprzyjemne brudne budynki nie do końca dobrej dzielnicy. Derek pasuje tutaj jak pięść do nosa, ale tylko na tej ulicy znajdował się zwykły sklepik z tradycyjnymi zabawkami. Ojciec powiedział mu o swoim znalezisku, kiedy na piechotę przemierzał Nowy Jork. Trochę dziwnie było obserwować emeryta skupującego takie zabawki dla siebie, ale ojciec przynajmniej znalazł hobby, które nie zakładało trzymania broni w domu spokojniej starości.
Stiles mógł tylko dziękować losowi.
Kiedy wchodzą do środka, dzwonek odzywa się przy drzwiach i dziewczyna w jego wieku uśmiecha się do nich radośnie acz odrobinę zdezorientowana, dopóki jej wzrok nie pada na Ericę, która ukryła się za nim. A potem wszystko już staje się jasne i mała sama podchodzi do półek, obserwując początkowo niepewnie zwykłe drewniane zabawki. Klocki, które są po prostu sześciennymi kostkami na pewno są skierowane do dzieci o wiele młodszych, ale w zasadzie można zrobić z nich wszystko, więc też są na liście rzeczy, które można byłoby wziąć.
Nie dziwi się Derekowi, że mężczyzna kupił dla małej dziesiątki misiów i lalek. Dziewczynki przeważnie fascynują się właśnie tym. Erica nie przepada za samochodzikami jak chłopcy, ale ma zainteresowania, które nijak nie wiążą się z jej płcią, co może zaskakiwać. Mówi to jednak Stilesowi, że mała jest na dobrej drodze, aby zostać artystką, jeśli nie architektem. Zdążył dowiedzieć się tyle o Hale'ach, że to nie powinno go dziwić. Spora część rodziny była związana z oboma światkami.
- Masz jakiś pomysł od czego zacząć? – pyta Derek i to jest prawie urocze, że jednak interesuje go zdanie Stilesa.
Stiles chciałby mieć w takiej sytuacji odpowiedzi, ale niestety jedyne co przychodzi mu do głowy jest oczywiste.
- Spytamy Erici – rzuca i rozkłada ręce, bo mała jest już z tyłu sklepu, gdzie znajduje się więcej koników bujanych.
I sądząc po odgłosie skrzypienia, właśnie próbuje jeden z produktów.
- Przepraszam za nią – mówi pospiesznie Derek.
Sprzedawczyni ma jednak nadal uśmiech na twarzy.
- Zabawki są do testowania – tłumaczy kobieta. – Może pomogę? – proponuje uprzejmie, ale Derek macha tylko na nią w drodze do swojej córki. – Jeśli panowie się na coś zdecydują, proszę dać mi znać – rzuca.
I coś w jej głosie sprawia, że Stiles zamiera. Ramiona Dereka sztywnieją całkiem zauważalnie, więc na pewno usłyszał sugestię. Dziewczyna zresztą ma zarumienione policzki i normalnie uznałby, że to przez to, iż Hale to po prostu przystojny facet. Kobieta jednak z nim nie próbowała nawet flirtować, co powinno zaświecić w jego umyśle ostrzegawcze żarówki.
Odchrząkuje nerwowo, nie wiedząc co powiedzieć, ale Derek spogląda na niego wyczekująco, jakby spodziewał się, że Stiles podąży za nim i to w tej chwili. Nie rozmawiają, kiedy Erica huśta się na koniku. Derek wydaje się jednak spięty, a to nie jest dobry znak.
