Derek nie wie co myśleć o tym, że Stiles zna smak jego ulubionych lodów. To nie jest tajna wiedza i podejrzewa, że zamawiał je dostatecznie często, aby to okazało się oczywiste. Stiles jednak zwrócił na to uwagę. I może to wydaje mu się takie niepokojące, bo on o chłopaku nie wie nic. Stilinski ma ojca. A jego ojciec ma dziewczynę, która była pielęgniarką. Nie pochodzi z Nowego Jorku, ale jego CV jest pełne niepotrzebnych informacji. Derek nie wie nawet na co patrzeć.
To trudne za nim nadążyć, więc może dlatego zmusza chłopaka do zwolnienia tempa swoim milczeniem. To skuteczne zagranie zawsze przynosiło dotąd żądany skutek, ale nie ma pojęcia czy stosowanie go na kimś innym niż rekinach biznesu jest odpowiednie. Przecież nie chce, aby Stiles traktował go chłodno, bo Erica na pewno zauważyłaby coś podobnego. I może nawet odrzuciłaby ją ta dychotomia pomiędzy jego zachowaniem w stosunku do niej, a tym jaki byłby jego stosunek do Stilinskiego.
Zresztą przebyli już tę długą drogę od zwykłej relacji szef-pracownik do czegoś więcej, czego Derek nie potrafił nazwać. Nie byli przyjaciółmi – o tym był przekonany. Jednak Stiles pomógł mu, kiedy Erica trafiła do szpitala i chociaż Derek o to nie prosił – chłopak został do późna.
Stiles jednak zna ulubiony smak jego lodów i to wydaje się nagle intymne. I nie ma pojęcia co z tym zrobić, więc kiedy chłopak odwraca głowę, zapewne po to, aby powiedzieć coś idiotycznie bezsensownego, co nie będzie miało znaczenia, ale jednocześnie przegoni tę ciszę w jego umyśle, Derek udaje, że jest już pogrążony w pracy. Czuje się jak tchórz, ale to nie pierwszy raz i nie ostatni.
Problem polega na tym, że nie zna nikogo takiego jak Stiles. I nigdy nie znał. Jego dawni koledzy byli zbyt zajęci własnymi osobami, aby zwracać uwagę na cokolwiek innego. I nikt nie opiekowałby się jego dzieckiem bez upewnienia się jakie korzyści mu to przyniesie. A gdyby nie oznajmił Stilesowi wprost, chłopak zapewne nie spytałby o zapłatę. Nadal nie rozmawiali o pieniądzach. Nie ma pojęcia czy ta stawka odpowiada Stilinskiemu. Tylko on wyciąga ten temat, kiedy musi skłonić jakoś Stilesa do pozostania dłużej i ten argument mu już brzydnie. Ma też wrażenie, że chłopak nie traktuje tego dostatecznie poważnie. Jakby pieniądze miały dla niego wartość drugorzędną, co jest śmieszne. Ceny mieszkań w Nowym Jorku są drastycznie wysokie. Nawet w tak fatalnej dzielnicy, w której mieszka Stiles.
Kiedy ostrożnie podnosi wzrok znad dokumentów, Erica siedzi na dywanie, opierając się o nogi Stilinskiego. Jego córka bawi się ponownie tymi klockami, które podarował jej opiekun. I Stiles kupił dla niej zabawkę, nie prosząc potem o zwrot poniesionych kosztów. Derek nie wie czy powinien wręczyć mu kilka dolarów z własnego portfela, aby zaznaczyć granicę i udawać, że dalej są obcymi. Nie potrafi zdecydować, bo nie ma pojęcia jakie to przyniesie skutki. Może jeśli Stiles uzna, że to tylko praca, przestanie troszczyć się o jego dziecko.
Ta myśl wydaje się śmieszna. Stiles zajął się Ericą już wtedy kiedy nie wiedział czyim dzieckiem była. Po prostu zaopiekował się małą zgubą, co jest tak niespotykane w tym mieście, że Dereka zaczyna coś ściskać w klatce piersiowej.
ooo
Odnosi wrażenie, że czas jego pracy jest krótszy niż przeważnie. Może sam fakt, że głównie bawi się z Ericą tak oddziałuje na jego mózg, że nie zauważa mijających godzin. Derek ogranicza od tygodni poważnie swoje spotkania. Firma pracuje nad kolejnym dużym projektem i ostatnie przyjęcie zapewne było koniecznym zagraniem biznesowym. Jaki był tego cel – Stiles nie ma pojęcia. Ekonomia i zarządzanie nie były jego ulubionymi przedmiotami na studiach.
Boyd jest jedynym, który od czasu do czasu wpada do biura Dereka. Nie inaczej jest dzisiaj. Jego bezpośredni przełożony siada na jednym z foteli niedaleko niego, gdy Hale rozmawia przez telefon, ewidentnie zajęty konwersacją. I jest na tyle ważna, że nie kończy jej na widok swojego prawnika. Boyd zatem patrzy na niego, bo Stiles jest jedynym niezajętym dorosłym w pomieszczeniu, ale trudno chyba godnie wyglądać kiedy siedzi się na dywanie i układa się klocki z córką prezesa.
Nie wie czy czasem nie zmienia się właśnie sposób postrzegania jego osoby w oczach kogoś, kto zatrudnił go jakiś czas temu. Nigdy nie miał tak bezpośredniej styczności z Boydem i pojęcia nie ma o czym mogliby rozmawiać. Facet zresztą niczego nie ułatwia swoim milczeniem. Może dlatego tak dobrze porozumiewają się z Derekiem, ponieważ żaden z nich nie przepada za korzystaniem z mowy.
Stiles wie, że to niesprawiedliwe, ale nie potrafi się powstrzymać. Potrzebuje jakiegoś punktu zaczepienia. Wyrósł już z tego okresu, że kiedy się denerwował mówił idiotyzmy. A przynajmniej ma taką nadzieję. Zresztą Derek Hale chyba redukuje go do rozpaplanej masy raz po raz, więc może tylko wmawia sobie, że odrósł od czasów szkoły średniej.
- Kto to jest? – pyta nagle Erica.
I to jest dziecięco szczere. Mała zresztą spogląda na Boyda nie kryjąc swojej ciekawości. To trochę przerażające, że Erica siedzi zamknięta w tym biurze od tak długiego czasu i nie zna nikogo. Z trudem przypomina sobie zresztą imię sekretarki Dereka, a z tą przecież widzi się codziennie.
To też nie rola Stilesa, aby przedstawiać przyjaciół czy współpracowników Dereka.
- Wujek Boyd – rzuca nagle Hale, podchodząc bliżej. – Wujek Vernon – uściśla mężczyzna.
I to jest prawie zabawne jak Boyd się krzywi, ponieważ wszyscy wiedzą, że facet nienawidzi swojego imienia. A potem Boyd patrzy z pewnym zdziwieniem na Dereka, jakby nie wiedział dlaczego Hale nagle powiedział coś takiego.
Stiles jest tylko minimalnie zaskoczony. Imię Boyda wyrywa chichot z ust Erici, a on wie, że Derek zrobiłby wszystko, żeby tylko ją rozbawić. I mężczyzna nie kryje zadowolenia, że plan się powiódł.
Erica uśmiecha się szeroko, ponieważ niechęć Boyda jest oczywista. No i to imię jest odpowiednio feralne, aby budziło rozbawienie. Może to jednak pierwszy żart, który Derek zrobił od wielu lat, bo w biurze zapada cisza i Hale zaczyna się spinać jak zawsze, kiedy czuje się niekomfortowo. Stiles niemal czeka na jakiś ostrzejszy ton, ale mężczyzna wypuszcza z ust po prostu długie westchnienie pełne rezygnacji, co jest chyba jeszcze gorsze.
- Co masz dla mnie Boyd? – pyta wprost Derek.
Prawnik spogląda sugestywnie w jego stronę i Stiles instynktownie zaczyna się podnosić z dywanu, ale Hale kładzie mu rękę na ramieniu, powstrzymując skutecznie przy ziemi.
- Skorzystamy z twojego biura – rzuca Hale. – Skarbie, tata wychodzi do tego pokoju ze ślicznym obrazem. Stiles wie gdzie będę, ale wrócę bardzo szybko – obiecuje Derek.
Erica nie wydaje się bynajmniej zaniepokojona. Jeśli już, marszczy brwi w konsternacji. Pewnie nie rozumie dlaczego dorosły jej mówi, gdzie będzie. Stiles jednak jest przekonany, że już za kilka minut zda sobie sprawę, że zostali sami w biurze. I brak ojca, który jest przy niej bez przerwy od kilku tygodni, zapewne będzie zauważalny.
Derek zamyka drzwi biura za sobą szczelnie i cicho, zostawiając ich samych.
ooo
Boyd przygląda mu się podejrzliwie, jakby nie do końca wiedział od czego zacząć.
- Kłopoty ze Stanleyem? – pyta wprost.
Podejrzewał to od dawna. Temu człowiekowi nie można było ufać.
- Nie – odpowiada jego przyjaciel. – Nazwałeś mnie po imieniu – dodaje jednak takim tonem, jakby coś się stało faktycznie.
Derek rozumie, że jego próba żartu wyszła fatalnie i nie planował tego powtarzać. Chociaż Erice się podobało. Może redukował się do poziomu swojego dziecka. Czytał, że rodzicom się czasami zdarzało coś podobnego.
- Po to mnie wyciągnąłeś z biura? – prycha.
- Nie. Jestem po prostu zaskoczony, że aż tak bardzo wczułeś się w rolę ojca – mówi Boyd całkiem szczerze.
Derek nie wie jaką minę ma teraz, ale jego przyjaciel pochyla się pospiesznie w jego stronę i wyciąga dłoń, jakby chciał mu ją położyć na ramieniu, co jest idiotyczne, bo on nie przyjmuje takich gestów, a Boyd ich nie oferuje.
- To dobrze. Widzę, że czujesz się z tym dobrze. Wiedziałem, że będziesz genialnym ojcem, Derek. Spodziewałem się jednak, że dłużej zajmie ci przyzwyczajenie się do dziecka. Jesteś… Nie lubisz zmian – wyjaśnia Boyd.
- Stiles sporo pomógł – przyznaje.
Boyd nie wydaje się zaskoczony.
- Obserwowałem go. Jest naturalny – zaczyna prawnik. – Myślałeś co z tym zrobić?
- Zrobić? – wyrywa mu się, ponieważ nie ma pojęcia do czego zmierza ta rozmowa.
- Ma predyspozycje, ale pracuje w firmie. On nie może być zadowolony z tego, że opiekuje się dzieckiem w godzinach pracy, Derek. To jest dużo poniżej jego kwalifikacji – wzdycha Boyd.
- Nie mogę go awansować, bo opiekuje się Ericą – prycha, bo takie zadośćuczynienie wydaje mu się mocno nieodpowiednie. – Poza tym to twój pracownik – przypomina mu.
- Którego traktujesz jako swoją niańkę – mówi Boyd wprost. – To nie leży w kwestii jego kompetencji. I wiem, że mu płacisz dodatkowo, ale to nadal nie jest jego praca marzeń. Każdy ma jakieś ambicje. I w mieście to nie byłby pierwszy przyszły prezes, który zaczynał od niańczenia cudzych dzieci.
Derek wie, że wgapia się w niego z szerokootwartymi ustami, ale nie potrafi inaczej.
- Nie mówię, że ma być prezesem akurat tej firmy, ale to nie byłoby nienaturalne, gdyby ktoś chłopaka zauważył. Normalnie w takich sytuacjach, przy okazji takich spotkań jak to poprzednie w twoim mieszkaniu, mógłbyś go przedstawić ludziom z branży. Na pewno mu to nie zaszkodzi – ciągnie dalej Boyd. – Nie powiesz mi, że Erica nie zasnęła po jakiejś godzinie, a potem siedział, nudząc się jak mops, gdy my omawialiśmy sprawy dla dorosłych.
Derek zdaje sobie z tego sprawę, bo kiedy wszedł do pokoju małej, Stiles grał akurat w coś na telefonie, siedząc na podłodze z plecami opartymi o ścianę. Opiekowanie się Ericą zapewne nie jest tym, o czym chłopak wywodzący się z małego miasteczka marzył, kiedy przyjechał do Nowego Jorku. I Boyd ma rację. Derek jest o tym przekonany nawet. Trudno mu jednak wyobrazić sobie chłopaka na spotkaniu jakimkolwiek. Ta koszulka i dżinsy nie nadawały się nawet do baru. A tanie garnitury, które Stiles nosił przeważnie kłuły w oczy nawet jego. Towarzystwo rozniosłoby Stilinskiego albo zaczęliby traktować go jak kelnera, ponieważ ten świat był okrutny. A Stiles nie miał siły przebicia, skoro nawet z jego pasywną agresją sobie nie radził.
- Pomyślę o tym – obiecuje jednak, ponieważ faktycznie chłopak powinien wyciągać coś więcej z tego układu.
Derek kupiłby mu samochód, gdyby nie dzielnica, w której mieszka Stiles. Zapewne ukradzionoby auto bardzo szybko. No i utrzymanie samochodu kosztuje, a nie chce mnożyć chłopakowi wydatków, których ten z pewnością nie potrzebuje.
- Skoro już to ustaliliśmy… - zaczyna Boyd, a potem na jego twarzy pojawia się nieprzyjemny wyraz, który zawsze wróży kłopoty.
Derek w pamięci wylicza punkty w kontrakcie, które mogą przynieść problemy, ale w zasadzie nie znajduje takich.
- Wpłynął do nas wniosek Petera Hale – mówi Boyd wprost. – Peter chce podziału akcji – informuje go.
Derek powinien być zdziwiony, ale nie jest. I nie wie jak się z tym czuć. Jakaś część niego wiedziała, że do tego dojdzie.
- To była firma ojca. Jest bratem mojej matki. Na jakiej podstawie? – pyta wprost.
- Na żadnej. Przegra. Nasze akcje jednak spadną, ponieważ proces na pewno trafi na pierwsze strony gazet. On chce pieniędzy, którymi go uciszysz – wyjaśnia Boyd.
I to również nie jest dla niego najmniejsze zaskoczenie.
- Jest coś jeszcze. Peter sądził, że będzie po mnie dziedziczył. W końcu lepszy nielubiany krewny niż żaden – wzdycha Derek.
- Wie o Erice? – dziwi się Boyd.
- Widział ją raz. Nie potwierdziłem niczego, ale pewnie do tego czasu ma pewność, że ona jest moją córką. Widział dziecko w moim gabinecie, to nie jest trudne do wydedukowania – mówi, ponieważ wiele mógł powiedzieć o Peterze, ale ten był szalenie inteligentnym draniem.
Nie wie co powinien teraz zrobić, ale to nie martwi go aż tak jak powinno.
- Sądzisz, że ktokolwiek się wycofa, jeśli odbędzie się rozprawa? – pyta wprost, ponieważ tylko to go interesuje.
Prasa uwielbia takie sytuacje, szczególnie że zostało ich obecnie tylko dwóch. Dwóch Hale'ów na cały Nowy Jork. Nadal nie wiedzą o Erice, ale jeśli Peter chce go szantażować córką, grubo się zdziwi. Derek nigdy nie czuł się równie słaby. Nigdy wcześniej nie miał w sobie więcej siły.
- Gdyby interesowały ich poczynania Petera, nie zdecydowaliby się na współpracę z tobą na samym początku – odpowiada Boyd.
- To dobrze – przynaje Derek. – Idziemy do sądu – decyduje.
Boyd notuje coś na marginesie, a potem zaplata dłonie na piersi.
- Masz świadomość co to oznacza? – pyta jego prawnik wprost.
- Twoi ludzie przygotują oświadczenie dla prasy, kiedy nadejdzie czas. Sądzę, że Peter blefuje – mówi, chociaż nie wie już w co wierzyć.
