Tran nie ma dla niego żadnych konkretów. Derek nie jest specjalnie zaskoczony. Shanon jest niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o kwestię reakcji opinii publicznej. Nie byłby zdziwiony, gdyby prowadziła badania w tłumie przypadkowych osób zapisując ich reakcje, aby potem przygotować plan działania pokrywający wszystko, co mogło się zdarzyć. Nawet nieprawdopodobne scenariusze nie zdziwiłyby go. W końcu miał dziecko i to dopiero zaczynało do niego powoli docierać.

Może zaczynał się już przyzwyczajać do Erici. Codzienne kąpiele, wspólne mycie zębów, czytanie książek do snu – to wszystko weszło mu w krew, jakby od zawsze miał małą przy sobie. Nie wie co o tym myśleć. Nie chce się czuć zbyt pewnym, bo wtedy popełnia się zazwyczaj błędy.

Przy Kate czuł się pewnie. I wspaniale. Nie przypomina sobie, aby kiedykolwiek kochał kogoś spoza rodziny tak mocno.

A potem zabiła wszystkich, na których mu zależało.

Bywają chwile, że żałuje, iż Petera nie było pomiędzy nimi. Wuj wydzwania do niego od kilku dni, a on nie odbiera telefonu. Nie mają sobie nic do powiedzenia. Nie potrafi zrozumieć nawet dlaczego przez te kilka lat sponsorował jego rozrywki. Może wyrzuty sumienia doprowadziły go na skraj szaleństwa. Peter potrafił to wykorzystać.

Erica wygląda jak anioł, kiedy śpi. Jej blond kręcone włosy są rozsypane na poduszce i Derek nie potrafi zmusić się do tego, żeby zamknąć drzwi i pójść do własnej sypialni. Ma dokumenty do przeczytania, umowy do podpisania. Nadal nie wie co zrobić z tym wszystkim, co powiedziała mu Tran. Nie widział powodu, aby robić kolejne badania DNA, skoro Ericę połączono z nim czystym cudownym przypadkiem. Nie sądzi, aby sierociniec miał jakieś niecne plany względem niego. Na pewno też nie spodziewali się, że jego firma zadotuje placówkę. Nie mógł jednak powstrzymać się przed anonimową darowizną, która zapewne nie będzie aż tak tajemnicza dla kobiety, która przywiozła Ericę aż tutaj – do Nowego Jorku. Do niego.

ooo

Melissa pakuje dla niego ciastka i Stiles w zasadzie nie może się doczekać kiedy Erica ich spróbuje. Jest pewien, że Derek nie będzie aż tak zainteresowany, skoro nie posiadały w sobie czekolady, ale facet i tak zawsze wgryza się w coś słodkiego w ciągu dnia. Melissa pewnie nie wie, że Stiles planuje kogoś częstować czymś, co zapewne uważała za 'spontanicznego gnieciucha'. On jednak wiedział, że nie było nic lepszego niż domowe ciastko.

Boyd ma zniknąć na kilka dni, więc cały ich wydział jest postawiony w stan gotowości. Wszyscy prócz niego mają dodatkowe zadania i trochę dziwnie się czuje z tym, że został tak oficjalnie odizolowany z ich grupy. Wolałby wykonywać tę samą pracę co wszyscy, aby nie mieli mu nic do zarzucenia. Trudno jednak sprzeczać się z własnym szefem w tej kwestii. I szefem swojego szefa – jeśli ma być szczery, bo wie doskonale, że pewnie Derek maczał w tym palce. Stiles sądził, że do tej pory mężczyzna znajdzie jakąś stałą opiekunkę, ale mijają kolejne dni i nie zostaje odwołany.

Bynajmniej nie żałuje. Jego praca dotad była nudna. Wprowadzał dane, robił ksera dokumentów i ponownie stukał w klawiaturę. Teraz nie wie, co stanie się każdego dnia. I w pewnym sensie to jest cudowne.

Kiedy siada przy swoim biurku, nawet nie stara się udawać, że pracuje. Bardziej porządkuje wszystko to, co będzie musiał przenieść już za parę minut do gabinetu prezesa. Drzwi windy zresztą otwierają się niedługo potem i Erica wyskakuje ze środka, biegnąc w jego stronę.

- Cześć słonko – rzuca krótko. – Mam dla ciebie prezent – dodaje i podaje jej ciastka.

Oczy Erici są tak cudownie wielkie, kiedy ściska w dłoniach niewielkie pudełko. Derek patrzy na niego jakoś dziwnie, ale z drugiej strony wzrok Hale'a nigdy nie należał do takich całkiem normalnych. Zawsze jest coś takiego w oczach mężczyzny, co sprawia, że Stiles ma ciarki. A może chodzi ogólnie o to jak Hale się nosi.

Stiles widywał w telewizji tych idealnych ludzi, którzy zarabiali miliony, wyglądali doskonale w każdej minucie swojego życia i sądził, że to tylko wykreowany kłamliwy wizerunek na potrzeby mediów. Kiedy jednak patrzy na Dereka Hale'a, odbiera mu mowę. Facet ma pod ramieniem nawet teczkę z dokumentami, które zapewne przeglądał w nocy, pracując w domu niczym cyborg. A wyglądał o wiele lepiej niż Stiles po przespaniu pełnych ośmiu godzin.

- Panie Hale – mówi i nagle dociera do niego, że publicznie witają się po raz pierwszy.

Zazwyczaj bez słowa dołączał do Erici i Dereka w drodze do biura, ale ciastka zaburzyły ich tryb dnia. Jest też świadom, że ludzie obserwują ich.

- Stiles – rzuca mężczyzna.

Trudno wyczytać z jego tonu cokolwiek. Stiles jednak bez słowa zabiera dokumenty ze swojego biurka, starając się niczego ine pogubić, bo oczywiście nie pamiętał, aby włożyć je w szarą teczkę, która spiełaby je w coś eleganckiego. Erica nie łapie go za rękę bardziej zainteresowana ciastkami. Po chwili drzwi gabinetu Hale'a zamykają się za nimi i każdy z nich zajmuje się swoją pracą.

ooo

Stiles jest dla niego zagadką. Derek łapie się na tym, że zaczyna obserwować chłopaka o wiele częściej niż zwykle. Nie ma pojęcia dlaczego Stilinski przyniósł Erice domowe ciastka, ale ten gest robi z nim dziwne rzeczy. Jego matka piekła dla nich, chociaż nikt w jego rodzinie nie grzeszył czymś takim jak nadmiar czasu. Laura studiowała i udzielała się charytatywnie. Jego ojciec prowadził firmę, był kimś w tym mieście, a to oznaczało golfa w weekendy z nudnymi ludźmi i gale. A jednak widywał rodziców. I swoje dzieciństwo uważa za bardzo udane. Chce, aby Erica tak myślała o nim, kiedy za parę lat wróci do tych chwil.

Może mogliby zrobić razem ciastka. Problem w tym, że on nie piecze. I może jej własna matka powinna tutaj siedzieć razem z nią, kochać go nadal. Derek nie wie czy poślubiłby Kate. Nie chce wiedzieć. Nie chce o tym myśleć. Nie chce patrzeć na te przeklęte ciastka, które różnią się od siebie kształtem tak bardzo, że wie, iż ktokolwiek przygotował je dla Stilesa, musiał się spieszyć. A jednak znalazł te kilka chwil, aby upiec Stilinskiemu pieprzoną przekąskę do pracy na osłodę.

Pod pewnymi względami Stiles jest szczęśliwszy od niego. Albo po prostu szczęśliwszy. Derek nie potrafi za bardzo przypomnieć sobie jak wyglądała radość. Miłość jednak na pewno smakowała ciastkami, zwykłymi, pokrytymi cukrem ciastkami, które przygotowywano na prędce.

- Poczęstuję tatę – rzuca Erica.

Ona zawsze o nim myśli, co jest miłe. I staje się dla niego dziwne, że to 'zawsze' trwa zaledwie kilkanaście dni. Woli jednak tą wieczność niż udrękę, w której żył wcześniej.

To trochę słodko-gorzkie. Kiedy widzi małą nie potrafi nie czuć czegoś ciepłego w klatce piersiowej, rozpierającego go od środka, utrudniającego oddychanie. I trudno mu nie wspominać tego wszystkiego, co stało się. To jednak boli o wiele mniej. Nie wie czy tak powinno być. I nie chce znać zdania swojego terapeuty na ten temat. Zaczyna zastanawiać się czy połowa jego problemów to nie wymysł psychoanalityka, do którego poszedł, bo wydawało się to logicznym posunięciem. Nie zabił się. Z drugiej jednak strony nie przeszło mu to też przez myśl wcześniej.

Erica podchodzi do niego z szerokim uśmiechem i Derek nie może się powstrzymać. Odpowiada tym samym.

ooo

Derek Hale ma zabójczy uśmiech. Może to szczęście, że facet nie nosi go na twarzy przez cały czas. Stiles wątpi, aby ktokolwiek mógł funkcjonować w pomieszczeniu, w którym mężczyzna się uśmiechał. Po raz pierwszy czuje się tak bardzo gejowsko. Na pewno wgapianie się w swojego szefa nie jest inteligentnym posunięciem, ale nie może się powstrzymać.

- Kto je zrobił? – pyta Hale.

Erica patrzy niemal natychmiast na niego, oczekując odpowiedzi.

Stiles musi się ogarnąć, a to nie jest aż takie proste.

- Melissa – odpowiada w końcu.

- Dziewczyna twojego ojca – mówi Hale, jakby starał się przypomnieć coś. – Emerytowana pielęgniarka.

- Tak, dokładnie – rzuca, nie wiedząc do czego to zmierza. – One nie są jakieś specjalne… - zaczyna pospiesznie, bo nagle w niego uderza, że facet płacący za dania więcej niż wynosi jego pensja, je ciastka Melissy.

- Są bardzo dobre – wchodzi mu w słowo Hale.

To może być grzecznościowe, ale Stiles i tak czuje pewną ulgę. Myślał rano o Erice, kiedy zabierał ciastka od Melissy, ale dopiero teraz dociera do niego, że Derek przychodzi z pakietem.

- Przekaż tej kobiecie, że są naprawdę bardzo dobre – ciągnie dalej Hale. – Moja matka robiła podobne. Nigdy nie miała czasu, więc były trochę przypalone – dodaje i mruga oczami, jakby nie wiedział skąd się to wzięło. – Twoja babcia – uściśla, kiedy pospiesznie kieruje swoją uwagę na Ericę.

Stiles nie wie czy powinien spytać, aby pociągnąć faceta za język, ale to tak drażliwy temat, że trudno mu cokolwiek wykrztusić.

- Moja babcia – mówi Erica zaskoczona. – Mam babcię? – dziwi się. – Kiedy ją zobaczę? – pyta pospiesznie i z takim entuzjazmem, że Stilesa coś ściska w środku.

Wie, co spotkało matkę Dereka. Pojęcia jednak nie ma, co z rodziną Erici z tej drugiej strony. Sądzi, że nawet jeśli ktokolwiek egzystuje, stara się trzymać od wszystkich z daleka.

To był wyjątkowo głośny proces.

- Twoja babcia… - zaczyna Derek i urywa. – Myślisz, że zabranie jej do… babci byłoby dobrym pomysłem? – pyta nagle Hale i patrzy ponownie wprost na niego.

Jakby Stiles miał wszystkiego odpowiedzi.

- Myślę, że to nie zaszkodziłoby – mówi, bo strata kogoś, kogo nie poznała, nie powinna zaboleć.

Może się jednak mylić. W końcu mówią o dziecku.

- Twoja babcia nie żyje – informuje Ericę Derek. – Ale możemy pójść na jej grób złożyć kwiaty. Jest pochowana razem z twoim dziadkiem i twoimi ciotkami – tłumaczy jej i jego głos wydaje się zduszony.

Stiles ma ochotę wyjść, ale coś wciska go w kanapę. Zamiast tego zatem stara się być mniejszy, ale to wcale nie pomaga. Derek patrzy na niego po chwili, jakby oceniał jego reakcję na to, co powiedział i to jest coś nowego. Stiles ma ochotę powiedzieć mu, że wszystko w porządku, ale to idiotyczne. Nic nie jest w porządku i wszystko jest zarazem. To jedna z tych sytuacji, do której prawidłowy komentarz nie istnieje. Zatem patrzy na Hale'a i nie mówi ani słowa.

- Stiles, a twoja babcia żyje? – pyta nagle Erica.

- Nie – przyznaje krótko.

Erica wydyma usta, jakby nie wiedziała co z tym teraz zrobić. Może porównuje ich oboje, aby rozeznać się w sytuacji. Stiles nie potrafi określić do czego mała dąży. Nie wydaje się jednak poruszona aż tak bardzo, bo po chwili wraca do rysowania i kruszenia wszędzie ciastkami Melissy. Stiles podkrada jedno, bo nie może się powstrzymać. To jedne z jego ulubionych.

ooo

Stiles odkłada jego laptop na bok, co jest obwieszczeniem końca jego oficjalnej pracy, a potem odkłada swoją marynarkę na kanapę, zanim siada na podłodze. Jego koszula jest wymięta, chociaż nie minęły nawet trzy godziny pracy. Derekowi nie umyka, że chłopak zawsze wygląda na dziwnie sflaczałego. To ubranie nie pasuje do niego. To prawie tak, jakby ubrał garnitur po starszym bracie. Marynarka wisi na nim. Koszula jest zbyt wielka, zbyt luźna. Stilinski jest wąski, szczupły. Nazwałby go niedożywionym, gdyby nie widział na własne oczy ile chłopak potrafi pochłonąć w ciągu jednego posiłku.

Nie nosi podkoszulka, więc widać jego sutki. To jedna z tych rzeczy, którą dzieciak powinien wiedzieć, kiedy zakłada koszulę. Derek jednak jakoś wątpi, aby dotarło do niego jakie to nieeleganckie. Derek też nie piśnie nawet słowa, bo musiałby przyznać, że gapił się na cudze sutki, a to też nie jest aż tak kulturalne. Kiedyś nie przepadał za trzymaniem się ściśle reguł, ale teraz są dla niego wszystkim. Tylko one pozwalają mu się komunikować ze światem. Paradoksalnie dwójka ludzi, która obecnie urzędujew jego życiu nie trzyma się zasad. Erica jest zbyt mała, aby rozumieć konwenanse. Stiles natomiast wydaje się nie przywiązywać do nich nawet wagi. I to jest dziwne. W pewien sposób odświeżające.

- Czy dziewczyna twojego ojca zgodziłaby się upiec dla nas jeszcze te ciastka? – pyta, ponieważ Erica wgryza się w ostatnie.

I te słodycze są na pewno lepsze niż napchane chemią wyroby z cukierni. Derek ma dla nich dzisiaj owoce, ale w zasadzie nie widzi powodu dlaczego wszyscy nie mają się rozpieszczać.

- Zapłacę – dodaje, aby wszystko było jasne.

Stiles patrzy na niego tymi swoimi wielkimi niewinnymi oczami, jakby pojęcia znowu nie miał skąd ta fiksacja na temat pieniądza.

- Poproszę Melissę, ale… - zaczyna chłopak i urywa. – Ona je piecze za darmo. To nic specjalnego. Nie trzeba… - milknie i wkrada się pomiędzy nich znowu ta niezręczność. – Nie przyniosłem ich, żeby pan za je płacił – uściśla w końcu Stiles i jest w jego głosie pewna odraza, która uderza w Dereka jakoś mocno. – Melissa nawet nie wie, że nie tylko ja je jadłem. Pewnie byłaby wściekła. Normalnie piecze o wiele lepiej. Po prostu wczoraj nie miała czasu, a chciała…

- Wiem dokładnie kiedy piecze się takie ciastka – mówi Derek, wchodząc mu w słowo. – Pytam tylko czy istnieje szansa, że kiedykolwiek jeszcze je dostaniemy – rzuca, ponieważ nadal nie dostał swojej odpowiedzi.

Stiles ma w zwyczaju kluczenie wokół tego o co jest pytany. I chłopak nie robi tego specjalnie, co jest jeszcze bardziej irytujące.

- Jasne, bez żadnego problemu. Znaczy zaraz po tym jak Melissa zmyje mi głowę za częstowanie ludzi bez pytania jej wypiekami – przyznaje Stiles bez cienia żenady. – Ale ona nie weźmie od pana pieniędzy – dodaje.

Derek ma ochotę spytać czy Stiles myśli podobnie. Zna jednak odpowiedź na to pytanie i nie wie co z nią zrobić.