betowała okularnicaM :*


Obserwowanie śpiącego Stilesa powinno być dziwne, bo Derek nigdy nie patrzył w ten sposób na ludzi, z którymi uprawiał seks. Pewnie dlatego mocno oddzielano te dwie rzeczy – związki oraz pracę. Wsłuchiwanie się jednak w oddech chłopaka nie było, aż tak wytrącające z równowagi jak powinno. Stiles nie ruszał się zbyt wiele przez sen, co zawsze go zaskakiwało. W ciągu dnia chłopak był często nie do opanowania.

Erica dołączyła do niego w pokoju i nie powiedziała ani słowa na temat tego, że zamiast usiąść w salonie, wisiał w sypialni Stilinskiego. Musiała wiedzieć. Derek był pewien, że pomimo starań jego zachowanie względem chłopaka musiało ulec zmianie. Stiles był świetnym aktorem – zmuszony do grania swojej roli na oczach milionów, ale nie mógł umknąć wyszkolonemu agentowi, który za zadanie miał wychwytywać takie nieścisłości.

Reyes nie mogła go jednak oceniać zbyt surowo, skoro nie przechodzili nieprzyjemnej rozmowy na temat 'dlaczego nie powinien sypiać z synem Prezydenta'. Na pamięć znał listę powodów i nie potrzebował, aby ktokolwiek na głos wypowiadał jego wątpliwości.

W jego głowie wyklarował się pewien plan i byłby do wykonania w każdej chwili. Laura byłaby wniebowzięta, gdyby przeszedł w stan spoczynku. Od zawsze uważała, że narażał się za bardzo. I nie wykorzystywała go jako elementu swojej kampanii. Jego służba krajowi była kompletnie pro bono. Jego rodzina nie czerpała z tego żadnych korzyści i Peter niejednokrotnie twierdził, że już i tak zbyt wiele poświęcili dla dobra sprawiedliwości.

- Jakieś konkrety? – spytał wprost.

Erica westchnęła przeciągle.

- Rozmawiałam z Boydem, ale są dobrzy. Nie mamy nic. Żaden z agentów się nie wyróżnia. Moje kontakty w Iraku nie mówią o tym, aby planowano coś przeciwko Prezydentowi. Musimy założyć, że chodziło o porwanie. Stiles miał być źródłem nacisku – wyjaśniła Reyes jednym tchem. – Coś mi jednak nie pasuje.

- Prezydent nie podpisuje żadnych trudnych ustaw. Wojsko nie zwiększa kontyngentów w Azji – rzucił Derek.

Jego też trapiło, że atak nastąpił w momencie, w którym w polityce kraju nastąpiła stagnacja. Powodem mogła być konferencja. Stiles ruszył poza obszar, gdzie mieli pełną kontrolę. A chłopak nie bywał często na konferencjach naukowych. Kolejna okazja mogła się nadarzyć o wiele za późno i terroryści musieli wykalkulować, że to ich jedyna szansa.

- Jeśli chcieli go porwać teraz, musieli mieć jakiś pomysł na transport, a co najważniejsze miejsce do przetrzymywania go, aż nadejdzie czas – rzucił Derek.

- Sprawdziliśmy hotel, parkingi i najbliższe ulice. Stąd wiem, że to musiał być ktoś od nas. Tylko nasze prywatne samochody znajdowały się na tyle blisko wyjścia, aby można było nimi przetransportować Stilinskiego – poinformowała go Erica.

Zapadło nieprzyjemne milczenie. Na dobrą sprawę utknęli w martwym punkcie. Nie znali tajnych planów Prezydenta względem Iraku czy Afganistanu, ale najwyraźniej w najbliższym czasie miało zawrzeć. I musieli być przygotowani, że terroryści uderzą w najbardziej czuły punkt w tej chwili. Prezydent nigdy nie ukrywał, że jedyny syn jest jego słabą stroną. Matka Stilesa umarła młodo, zostawiając ich obu. Stilinski nigdy nie ożenił się ponownie i szeptano, że to była ta miłość na całe życie. Derek uważałby, że to chwyt kampanii, gdyby nie fakt, że przez te lata, kiedy ochraniał Stilesa, w domu Stilinskich nigdy nie wspomniano o innej kobiecie. John Stilinski nie miewał nawet przelotnych romansów.

- Jedno mnie martwi – podjęła Erica nagle.

Miał ochotę się roześmiać. Jego martwiło wszystko. Mógłby odejść już teraz i zwrócić się do Laury z pytaniem czy mogliby razem pracować. Nie znał się na polityce, ale mógłby doradzać jej w kwestiach wojskowych. Jednak w sytuacji, gdy życie Stilesa było w stałym zagrożeniu, a ich agencję zinfiltrowano, no mógł odejść, zostawiając chłopaka samemu sobie. Erica i Boyd byli dobrzy, ale to on miał największe kwalifikacje, aby znaleźć kreta.

- Wszyscy mieli amerykańskie paszporty – powiedziała Erica.

- Nie byliby pierwszymi – stwierdził sucho.

Ich rząd miał w zwyczaju szastać amerykańskim obywatelstwem na prawo i lewo nawet za strzępki informacji o terrorystach. Kiedy szukano bin Ladena do ich kraju przedostało się setki osób, dzięki niewielkim przysługom poczynionym amerykańskiemu wywiadowi. Spora część z tych ludzi specjalnie podawała nic nieznaczące informacje, aby przedostać się do Stanów. CIA i FBI od lat próbowały uniemożliwić rozwijanie się komórek terrorystycznych na ich rodzimym terenie.

- Nie słyszałeś ich – ciągnęła dalej Erica. – Jest spora różnica pomiędzy posiadaniem paszportu i obywatelstwem. Krzyczeli do siebie bez naleciałości.

- Sugerujesz, że byli Amerykanami? – spytał z niedowierzaniem.

- A jeśli to komórka nowego terroryzmu? Amerykańskich Muzułmanów, którzy nawrócili się i teraz chcieli pokazać swoich braciom z Iraku, że wspierają ich? – spytała Reyes.

- Nie rozpoznamy ich – westchnął Derek.

Tego mogli obawiać się najbardziej. Muzułmaninem mógł być każdy i kolor skóry wraz z charakterystycznym akcentem nie ostrzegałby ich. Nie zwiększałby ich ostrożności. I równie dobrze to mógł być jeden z ich agentów. Religia nie miała znaczenia podczas wykonywania tej pracy. Derek osobiście znał wielu muzułmanów, którzy byli ogromnie oddani krajowi. I przeżyli atak na WTC silniej od innych. W końcu ktoś przeinaczał słowa ich świętej księgi, aby siać niepokój i śmierć. Oni też pracowali ze zdwojonymi siłami, aby dopaść innych.

- Nie wiem co możemy jeszcze zrobić – przyznała Reyes.

- Obserwujemy każdego – powiedział. – Rozkazy się nie zmieniają. Mamy oko na wszystko. Oficjalnie udajemy, że nic się nie stało. Nic niestandardowego. W razie kłopotów, ufamy tylko sobie – rzucił.

Reyes skinęła głową, a potem spojrzała na śpiącego Stilesa, który przewrócił się na drugi bok. Nie widział jego twarzy, a jedynie plecy. Stilinski albo zawsze spał jak kamień, albo tak przyzwyczaił się do ich obecności, że nie budził się, kiedy buszowali po jego pokoju.

- Wygląda tak spokojnie – westchnęła Erica.

- Teraz zaczynasz jak jego matka – zakpił.

Spojrzała na niego ostro.

- Kochanką nie mogę być, czyż nie ? – rzuciła Reyes.

Nie umknął przed jej wzrokiem.

- Nie wiem o czym mówisz – powiedział, nie mrugnąwszy nawet okiem.

- Ponieważ nie mówię o niczym. Jestem agentem ochrony, a nie źródłem dla brukowców – prychnęła Erica, zanim odwróciła się na pięcie i cicho nie oddaliła się w stronę drzwi.

ooo

Stiles spoglądał na niego ze swojego miejsca w samochodzie. Uzgodnili, że cały czas ktoś będzie bezpośrednio wraz z nim i chociaż Derek wolał siedzenie zaraz obok kierowcy, wsunął się ten jeden raz do środka. Chłopak zerkał na niego raz po raz i uśmiechał się lekko, samymi kącikami ust. Gdyby ktokolwiek to zobaczył, zapewne domyśliłby się, że istnieje pomiędzy nimi coś więcej. Derek nie martwił się jednak o podobne plotki. Mówiono już w prasie o Erice i Stilesie, bo ta parka miała bardzo swoisty stosunek do siebie. Oboje szli w zażarte, jeśli chodziło o dogryzanie sobie i chociaż podejrzewał, że Reyes była zauroczona synem Prezydenta, pewnie jej przeszło, kiedy jeszcze jako nastolatek wyciął im pierwszy numer.

A potem Derek znalazł pod swoim pokojem hotelowym dziwkę.

Stiles i Scott bywali utrapieniem w trochę abstrakcyjny sposób. Nigdy celowo nie utrudniali im pracy, ale mieli niestworzone pomysły. I wiele rzeczy działo się całkiem przypadkowo.

- Jak mija twój dzień? – spytał Stiles.

- Musisz wybierać ciekawsze konferencje – odparł.

Siedział za Stilesem przez trzy godziny, starając się nie zasnąć podczas ostatniego wykładu. Matt przyniósł dla nich kawy, ale nie mogli ich pić w nieskończoność i nie rozstroić sobie żołądka.

- Nie było aż tak źle – prychnął Stiles. – Może powinienem robić dzień dla ochrony? Ustalcie jakiś aktualnie lecący film w kinie, który podoba wam się najbardziej i możemy pójść na poczwórną randkę. Ja, ty oraz dwóch kolejnych agentów, ponieważ moje życie jest piękne – sarknął, ale nie było w tym jadu.

- Nie możesz na razie iść do kina. Skorzystaj z prywatnej sali kinowej w hotelu – rzucił Derek.

- Za pieniądze podatników? – spytał z niedowierzaniem Stiles.

Derek wzruszył ramionami.

- Przed wyborami nie mogę – przyznał szczerze Stiles. – Ojciec będzie ubiegał się o kolejną kadencję – dodał.

Derek nie był specjalnie zaskoczony.

- Melissa twierdzi, że ostatni atak na mnie podniesie notowania ojca – poinformował go chłopak.

Derek uniósł brew, bo pojęcia nie miał jak inaczej mógłby zareagować.

- Przykro mi zatem, że staramy się, aby nie dochodziło do takich sytuacji – rzucił.

Stiles spojrzał na niego, a potem zaczął się śmiać jak opętany. Derek był pewien, że ich kierowca spojrzał we wsteczne lusterko, aby zorientować się czy wszystko w porządku.

- Wiedziałem, że jesteś zabawny na ten swój sztywny, brutalny sposób – prychnął Stilinski.

- Uważasz, że jestem sztywny i brutalny? – spytał Derek ciekawie.

Stiles nie zastanawiał się nawet na chwilę.

- To pierwsze to oczywiście tak. Widziałeś się w lustrze? Masz tak spięte ramiona, że przez kilka pierwszych miesięcy, gdy mnie ochraniałeś, chciałem cię trącić patykiem i sprawdzić czy nie jesteś blaszany – przyznał Stiles. – I jesteś brutalny. Mówisz o zabijaniu przez siedemdziesiąt pięć procent swojego wolnego czasu – przypomniał mu całkiem niepotrzebnie.

- Gdybyście nie irytowali mnie tak ze Scottem, byłbym pacyfistą – odparł.

- Czy ja cię nadal irytuję? – spytał Stiles, patrząc na niego podejrzliwie.

- Bezustannie – przyznał Derek, patrząc na niego wymownie.

Policzki Stilesa zarumieniły się odrobinę i chłopak odchrząknął, ewidentnie zbity z tematu.

- Więc mój ojciec chce znowu kandydować – podjął Stilinski.

- To chyba dobra decyzja – rzucił Derek, nie bardzo wiedząc do czego to zmierza.

- Tak, to doskonała decyzja. Ojciec jest naprawdę dobrym Prezydentem, wiesz – powiedział Stiles.

I Derek wiedział. Stilinski miał w sobie coś. Ten rozsądek i wyważenie. Terroryści zapewne nie wiedzieli, że nawet gdyby udało im się uprowadzić Stilesa, Stilinski zrobiłby to co do niego należy, niezależnie od ceny. Nawet jeśli to byłoby życie jego syna. Radzenie sobie potem z konsekwencjami tego, to była całkiem inna sprawa.

- Po prostu jest spora szansa, że ojciec jednak zostanie Prezydentem na kolejną kadencję – przyznał Stiles. – Pewnie będę miał agentów ochrony… - podjął, spoglądając na niego.

- Nie będę jednym z nich – poinformował go Derek. – Do tego czasu będę w stanie spoczynku.

Stiles wydawał się lekko zaskoczony.

- Nie mogę odejść tuż po incydencie – oznajmił mu Derek. – Nie osłabię twojej ochrony w takiej chwili. Przyjęcie kogoś nowego byłoby błędem – dodał.

- Tak, tak. Oczywiście. Po prostu… - zaczął chłopak i urwał. – Zastanawiam się co będziesz robił. Normalnie byli agenci zakładają firmy ochroniarskie. Ty masz pewnie doświadczenie z krajów Bliskiego i Dalekiego Wschodu, i podróże…

Derek prychnął. Oczywiście powinien był przypuszczać, że Stiles zacznie kombinować jak pomóc mu na całkiem nowym gruncie zawodowym. Chłopak dwóm poprzednim agentom swojej ochrony wystawił nawet rekomendacje. Może słowo syna Prezydenta nie było tyle warte, co samego Johna Stilinskiego, ale obaj byli podkomendni Dereka zarabiali obecnie dobre tysiące ochraniając synów szejków.

- Nazywam się Hale – przypomniał mu.

Stiles uniósł brew.

Pewnie powinni byli o tym porozmawiać, kiedy chłopak spotkał Corę, ale zwierzenia przychodziły mu zawsze z trudem.

- Jak Peter Hale – podrzucił, ale Stiles nie rozpoznał imienia prezesa ich rodzinnej firmy.

Chłopak pewnie nie był zaznajomiony z biznesem prowadzonym w Teksasie i nic dziwnego. Sam był z Kalifornii.

- Jak senator Laura Hale – dodał.

Oczy Stilesa zrobiły się wielkie jak spodki.

- To twoja kuzynka? – spytał zaskoczony Stilinski.

- Moja siostra. W domu mówimy na nią Lola, ale niech ci się to nie wymsknie, bo nawet Reyes cię nie ochroni – poinformował go całkiem poważnie.

I czekał, aż Stiles złoży fakty do kupy. Wiele czasu to też nie zajęło. Chłopak po chwili spoglądał na niego w czystym szoku.

- Czy twoja rodzina nie… - zaczął Stilinski i urwał, czerwieniąc się wściekle.

- Nie żyją – dokończył za niego Derek. – Wuj Peter zajmował się nami przez ten czas, kiedy byliśmy dziećmi ,aż do uzyskania pełnoletności. Laura chciała po mamie wejść w politykę. Peter zajmował się firmą, więc nie widzieliśmy powodu, aby to zmieniać – wyjaśnił.

Stiles patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, jakby widział go po raz pierwszy. Pomiędzy nimi zapadła nieprzyjemna cisza i Derek tego obawiał się od samego początku. Jeśli ludzie nie odchodzili, bo jego zawód był problemem, bagaż związany z rodzinną tragedią dobijał resztę. Stiles jednak spoglądał na niego bez litości i współczucia, którego Derek tak nienawidził.

- Dlaczego pracujesz jako mój ochroniarz? – spytał wprost chłopak.

- Mówiłem ci już, że jedna misja nie poszła po myśli dowództwa – przypomniał Derek.

- Tak, ale kiedy cię przenieśli do niańczenia mnie, mogłeś odejść – rzucił Stiles i potrząsnął głową, jakby kompletnie nie wiedział co o tym myśleć.

- Nie żartowałem. Nadal jestem czynnym agentem. Mają prawo zadzwonić w każdej chwili i zmienić mój przydział. W tej sekundzie może zapadać rozkaz o wysłaniu mnie pod adres, który będzie jedynie współrzędnymi na mapie z jednolinijkowym poleceniem i brakiem kontekstu – przyznał bez cienia żalu.

Stiles patrzył na niego lekko przerażony.

- To się nazywa służba krajowi – dodał tylko.