01.


Evander przeszedł przez próg sali starając się nie zwracać uwagi na otaczających go uczniów. McGonagall nakazała im ustawienie się gęsiego i początkowo Evander ustawił się grzecznie w linii. Nie wytrzymał długo. W końcu miał zobaczyć jak wyglądała słynna Wielka Sala, o której opowiadał kiedyś syn Flintów, więc przepchał się do przodu i uniósł w górę wzrok, omiatając sklepienie pomieszczenia. Niebo było tego dnia przejrzyste, specjalnie zwrócił na to uwagę, kiedy płynął łódką za półolbrzymem. Wielka Sala wiernie odzwierciedlała niebo, które znajdowało się ponad nią, a kiedy Evander przyjrzał się bliżej zauważył, że jedyna konstelacja, jaką rozpoznawał, również znajdowała się w poprawnej pozycji.

Westchnął lekko, zauroczony widokiem. Opuścił głowę i jego oczy rozbiegły się we wszystkich kierunkach, chłonąc obraz, który się przed nim rozpościerał. Był tak skupiony na suficie Wielkiej Sali, że zupełnie nie zwrócił uwagi na to jaka była ogromna. Pomieszczenie wypełniały setki świec, ale mimo to nadal panował w nim półmrok. Sala nie była bardzo szeroka, ale za to długa. Mieściła w sobie cztery stoły przy których siedzieli uczniowie podzieleni kolorem szat. Dłużej przytrzymał spojrzenie na stole Slytherinu, a później Gryffindoru. Zacisnął usta w wąską linię i pomaszerował razem z resztą uczniów bliżej stojącego w poprzek sali stołu nauczycieli. Serce waliło mu jak szalone, kiedy McGonagall zaczęła odczytywać listę. W głowie nadal brzmiały mu słowa piosenki śpiewanej przez Tiarę Przydziału, kiedy siadał na stołek jako jeden z ostatnich.

Nawet nie zarejestrował faktu, że jest na roku z tym Potterem. Liczył. Dziesięciu Krukonów. Dziesięciu Puchonów. Dziewięciu Ślizgonów i siedmiu Gryfonów. Oprócz niego przy stole nauczycielskim stała dwójka przyszłych uczniów. Jednym był Weasley, więc można liczyć, że Gryfonów było ośmiu. Ostatni miał wyjść Zabini, dziesiąty Ślizgon, pomyślał Evander. Nogi trzęsły mu się ze stresu, kiedy gorączkowo myślał o tym jaką decyzję może podjąć Tiara. Jego matka była Gryfonką. Cholerną Gryfonką.

Evander nie chciał być Gryfonem. Nie mógł nim być. Spojrzał tęsknie na stół Ślizgonów, powoli unosząc Tiarę na głowę. Oddalał od siebie tę chwilę jak tylko potrafił, ale nie mógł już dłużej zwlekać. Przy stole Slytherina Draco Malfoy i Theodor Nott ściskali już ręce starszych roczników, przyjmując gratulacje.

Kapelusz opadł mu na oczy, odcinając od otoczenia.

Evander Verlaine, tak?

Chłopak przełknął ślinę. Właśnie, Verlaine, pomyślał. Jestem Verlaine. Nie mogę być Gryfonem.

Głos w jego głowie roześmiał się chrapliwie i beztrosko.

Nie możesz? Tak myślisz? Zadrwił z niego. Doprawdy, Evanderze. Chyba wiesz, kim byli twoi rodzice, prawda?

Evander zadrżał. Jego przeklęta matka. Gryffindor.

Tak, Evanderze, twoja matka należała do domu Godryka.

Ale ja nie chcę tam trafić, błagał w myślach Evander. Nie chcę. Chcę do Slytherinu. Chcę do Slytherinu. Chcę do Slytherinu, powtarzał jak mantrę.

Chcesz do Slytherinu? Przykro mi, Evanderze. Nie pasujesz tam. Twoi rodzice oboje byli Gryfonami. Tam jest twoje miejsce.


— Argh! — Evander krzyknął na całe gardło i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.

Zewsząd otaczała go ciemność. Trochę czasu mu zajęło, zanim uspokoił oddech. Oczy przyzwyczajały się do mroku, kiedy ten szarzał. Łóżko Evandera otoczone było zasłonami. Światło słoneczne przeciskało się przez wąskie szczeliny, ale nie było go na tyle dużo, żeby dostrzec jaki miały kolor.

Evander wyciągnął dłoń i, zaciskając mocno powieki odsunął kotary. Do środka wdarł się oślepiający blask i chłopak w duchu powiedział sobie, że to był jedyny powód, dla którego to zrobił. Że wcale nie bał się spojrzeć jakie barwy nosiły.

Ziewnął, przeciągnął się, próbując choć trochę rozruszać zastygłe mięśnie i powoli rozchylił powieki. Był w swoim pokoju, więc kurtyny były szare, tyle zdołał zobaczyć. Zamrugał, pozbywając się resztek sennego koszmaru. Na oparciu krzesła, które stało obok łóżka, przewieszona była szkolna szata. Podszycie miało kolor soczystej, szmaragdowej zieleni i Evander z trudem opanował westchnienie ulgi.

Czasami nadal nie potrafił uwierzyć, że mu się udało. Odkąd zrozumiał na czym polega przydział do domów jego myśli trawiła obawa, że skończy tak jak matka. Cała jego rodzina była w Slytherinie. Wszyscy Verlaine'owie należeli do domu Salazara. Wszyscy, oprócz jego matki.

Evander jej nie pamiętał. Zmarła, kiedy miał półtorej roku. Wujostwo, u których mieszkał, twierdzili, że z powodu depresji, ale Evander nie chciał wierzyć, że jego matka mogła skończyć tak żałośnie. Lubił sobie wyobrażać, że zginęła w walce. Wiedział, że to nie było możliwe, bo wojna skończyła się pół roku przed jej śmiercią, ale to było przyjemniejsze niż myśleć, że kobieta, która go urodziła, umarła bo się poddała. Lepiej było wierzyć, że był inny powód, a wujostwo go oszukują, nie chcąc - albo nie mogąc powiedzieć mu prawdy.

Evander wiedział, że wokół tamtych czasów owinięta jest zasłona milczenia, której ani wuj, ani ciotka nie chcieli ruszać. Kiedyś szukał informacji o wojnie. Nie było to bardzo trudne. Szybko natrafił na zbiór Proroków z tego okresu w bibliotece. Tak dowiedział się, że jego matka zginęła, bo należała do tajnej organizacji Dumbledore'a. Zginęła, bo próbowała schwytać Rabastana Lestrange'a. Zginęła, bo była cholerną, zapatrzoną w dyrektora Hogwartu Gryfonką.

Evander wzdrygnął się i energicznym ruchem wyskoczył z łóżka. Odkrył to lata temu i do czasu swojej pierwszej hogwarckiej uczty miał koszmary o przydziale. Kiedy sam przydział już się odbył chłopak zyskał względny spokój, ale najwyraźniej jutrzejszy powrót do szkoły znów przywołał jego najgłębsze lęki.

Głośne, natarczywe pukanie wyrwało go z rozmyślań.

— Evander! Śniadanie zniknie za dwie minuty.


Ubranie się nie zajęło mu nawet jednej, a zejście do jadalni tylko kilkanaście sekund, więc zdążył podbiec do stołu i porwać kilka kanapek zanim pyknęło i skrzat w mgnieniu oka uprzątnął stół.

Isla Verlaine spojrzała na niego z dezaprobatą przez otwarte drzwi do saloniku. Jego ciotka była niezbyt wysoką, blondwłosą czarownicą o surowym obliczu. Od dziecka próbowała wprowadzić do jego zachowania nieco ogłady, ale nigdy jej się to do końca nie udało. Owszem, pod jej krytycznym spojrzeniem Evander natychmiast próbował się opanować, ale zwykle nie wytrzymywał długo. Był w tym gorszy od swoich kuzynów. Nim trafił do Hogwartu zwykł myśleć, nie bez rozczarowania, że to jeden z dowodów na to, że był Gryfonem.

— Witaj, Isla, kuzynie — usłyszał zza pleców. Z ustami pełnymi jedzenia obrócił się i prawie zadławił, kiedy w drzwiach stanął Lucjusz Malfoy.

Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał i Evander był mu za to wdzięczny. Przełknął szybko to co miał w ustach i spojrzał na stos kanapek w lewej dłoni. Zawstydzony odłożył je na stół, otrzepując ręce z kruszek i wycierając je o spodnie. Po chwili już był gotowy, by przywitać gościa. Odwrócił się, odczekał, aż Lucjusz przywita się z Islą i jej mężem (swoją drogą kiedy on się pojawił w salonie? Evander nie widział, żeby wchodził do pomieszczenia), po czym sam podszedł do niego i wyciągnął dłoń.

— Panie Malfoy, miło pana znów widzieć — powiedział.

Lucjusz uśmiechnął się na jego widok. Evander odwzajemnił uśmiech, nie musząc nawet udawać. Podziwiał tego mężczyznę. Lucjusz zachowywał się jak każdy czystokrwisty czarodziej, ale miał przy tym pewien urok, który umiejętnie wykorzystywał, grając swoje role. Evander trochę mu tej umiejętności zazdrościł.

— Evander, chłopcze. Urosłeś — zauważył.

Zadowolenie z faktu, że Malfoy to zauważył natychmiast pojawiło się na jego twarzy i zaraz po tym zniknęło. Evander wiedział, że to tylko dyplomatyczne pochlebstwo, pewnie nawet nie skierowane do niego.

Przyznał sobie rację w duchu, kiedy blondyn odwrócił się od niego i korzystając z zapraszającego gestu usiadł w fotelu obok wuja Lairda i pogrążył się w rozmowie z nim. To oznaczało, iż musiał zostawić ich samych. Wycofał się z salonu i przeszedł przez jadalnię, zatrzymując się przy wyjściu na boczny ogród. Nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Całe lato przesiedział w bibliotece, czytając artykuły o wojnie i unikając młodszych kuzynów, albo ćwiczył latanie, które nie wychodziło mu zbyt dobrze.

— O gnomie mowa, a gnom tuż tuż — mruknął Evander, kiedy na horyzoncie pojawił się jeden z nich.

Za każdym razem, gdy widział Aidena, czuł jak z zazdrości skręcają mu się trzewia. Chłopak poruszał się z gracją, o jakiej Evander mógł tylko marzyć. Zacisnął zęby i wykrzywił usta w parodii uśmiechu.

— Co jest, Evander? Już nie latasz? Tak szybko się poddałeś? — Chłopak położył dłonie na biodrach i zatrzymał się tuż przed nim, szydząc. Był niższy od Evandera o dwa, może trzy cale, miał drobne ciało i, jak reszta Verlaine'ów, złociste blond włosy. Oczy błyszczały mu złowrogo, kiedy się na nim skupiał.

Evander uniósł brodę i spojrzał na niego z góry, lekceważąc ton jego głosu i pokręcił głową. Jeżeli wda się teraz w dyskusję, Aiden znów go pokona. Jego pewność siebie przytłaczała Evandera. Tracił rezon i w końcu wykładał się, chociaż miał zaplanowaną ripostę.

— Nie martw się, kuzynku — Aiden poklepał go po plecach. — Wytrzymaj jeszcze rok. W przyszłym wyręczę cię w godnym reprezentowaniu naszego nazwiska.

Evander zmrużył oczy, ale nic nie powiedział. Starał się wyglądać wyniośle, ale obawiał się, że w jego wykonaniu musiało to wyglądać groteskowo. Gdy Aiden zniknął w budynku Evander westchnął ciężko. Ruszył przed siebie, w nadziei, że spacer rozwieje jego piętrzące się wątpliwości.


Gdy wracał słońce chyliło się już ku zachodowi. Był tak bardzo głodny, że jego żołądek odpuścił już sobie burczenie, jakby postanowił nie marnować resztek energii na zbyteczne powiadomienia. Nazajutrz miał wrócić do szkoły i uwolnić się od przytłaczających go spraw.

Wszedł głównym wejściem, jako że spacerując oddalił się bardziej na północ niż początkowo sądził. Ze zdziwieniem ujrzał idącego w jego kierunku Lucjusza Malfoya. Co mężczyzna robił u nich tak długo? I to w dzień przed wyjazdem do szkoły. Zamiast spędzać ostatnie chwile ze swoim synem.

Odległość między nimi zmniejszała się. Evander mógł już dostrzec rysy twarzy Lucjusza. Blondyn przystanął i rozciągnął usta w wystudiowanym, onieśmielającym uśmiechu.

— Panie Malfoy? — zdziwił się chłopak, zrównując się z nim i również przystając.

Lucjusz Malfoy przekrzywił niemal niezauważalnie głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. Wyciągnął dłoń i ścisnął podbródek Evandera pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym i tym samym zmuszając go do spojrzenia na siebie. Stalowo-szare oczy przeszyły go na wskroś. Evander poczuł sztylety wbijające mu się w pusty żołądek.

Stali tak przez chwilę, ale dla Evandera trwało to strasznie długo. W końcu Lucjusz puścił go wolno. Chłopak złapał się za brodę i zaczął bezwiednie masować miejsce, w którym jeszcze przed chwilą trzymały go w żelaznym uścisku smukłe palce Malfoya.

— Panie Malfoy? — powtórzył, wywołując tym ironiczny uśmieszek.

— Słyszałem, że się z Draco nie dogadujecie — powiedział, zadziwiając Evandera doborem tematu.

Chłopak uniósł brwi. Pomimo swoich niepowodzeń z bachorami jego ciotki przy Lucjuszu wydawało mu się, że bardzo łatwo jest grać osobę, którą chciał się stać.

— Nie ująłbym tego tak dramatycznie — mruknął Evander. — Draco i ja… Po prostu się różnimy - powiedział miękko.

Nie zamierzał go urazić. Nagłe zainteresowanie Lucjusza Malfoya, chociaż za nic by tego nie przyznał, pochlebiało mu i uznawał je w tym momencie za bardzo przyjemne.

— Może — westchnął Lucjusz.

Jednak jego wyraz twarzy świadczył o tym, że zupełnie się z tym nie zgadza. Evander zmrużył oczy zastanawiając się nad tym przez chwilę. Zawsze uważał, że Draco jest zbyt wyniosły i rozkapryszony jak na jego gust. No i był czarodziejem czystej krwi, podczas gdy Evander… Wszyscy z jego rocznika, tak samo jak Aiden, Alan, ciotka i wuj, byli przekonani, że ojcem Evandera był szlamowaty czarodziej. Albo, co gorsza, mugol. Takie przypadki zdarzały się niesłychanie rzadko, ale wszyscy doskonale pamiętali o Andromedzie, siostrze Narcyzy Malfoy. Taka opinia o Evanderze nie przysposobiła mu wielu przyjaciół wśród Ślizgonów, a już na pewno nie zyskała przychylności wielkiego księcia Slytherinu - Draco Malfoya.

Evander zmusił się do uśmiechu, ale spojrzawszy w oczy Lucjusza po chwili jego uśmiech stał się niemal autentyczny.

— Miło było pana znowu zobaczyć, panie Malfoy — powiedział i skinął głową uprzejmie.

— Ciebie również, chłopcze. Powodzenia w nadchodzącym roku szkolnym, Evanderze — odpowiedział mu mężczyzna. Jego oczy błyszczały z zaciekawienia, kiedy przyglądał mu się jeszcze przez chwilę.

W końcu odszedł, zostawiając Evandera stojącego samotnie po środku alejki prowadzącej do dworku. Zachowanie Lucjusza było dziwne, jeśli wspomnieć, że mężczyzna nigdy nie poświęcał mu więcej uwagi niż to było konieczne. Owszem, był wobec niego uprzejmy, co zapewne było jednym z powodów, dla których Evander go lubił, ale Lucjusz Malfoy nigdy nie zdobył się na nic ponad wymianę drobnych uprzejmości. W czym i tak przewyższał większość gości jego wuja, którzy zwykle go po prostu ignorowali.

Zastanawiając się nad zachowaniem Lucjusza Evander szedł powoli, nie zauważając nawet, kiedy przekroczył próg domu i wyminął Lairda w korytarzu prowadzącym na schody.

— Evander — głos jego wuja dosięgnął go, kiedy postawił stopę na pierwszym stopniu.

Zatrzymał się i obrócił powoli, wyraźnie zdziwiony. Przez większość czasu wujostwo traktowali go z chłodną obojętnością i chociaż nie było mu u nich źle, nie czuł się tutaj jak w domu i za każdym razem, kiedy kierowana była na niego uwaga dorosłych, nie wróżyło to niczego dobrego.

— Tak, wuju? — wymamrotał. Pod ostrym spojrzeniem Lairda wyprostował się jednak i odchrząknął. - Słucham?

Jego głos był już nieco pewniejszy. Laird Verlaine był bardzo zaborczym człowiekiem, o czym Evander przekonał się na początku wakacji. Został zaproszony na rozmowę krótko po powrocie z Hogwartu.


Widziałem na peronie, że z nikim się nie żegnasz. Twoja postawa aż krzyczy cuchnącym szlamem przodkiem. Nie tak zachowuje się czarodziej noszący nazwisko Verlaine - zaczął i Evander zapadł się w fotelu, w którym siedział.

Laird oświadczył mu, że bez względu na pochodzenie jego ojca, skoro Evander nosił nazwisko Verlaine'ów oczekiwał, że chłopak będzie je godnie reprezentował. Wyraził swoje głębokie niezadowolenie uległym zachowaniem Evandera i stwierdził, że chociaż tolerował je pod swoim dachem, był niezmiernie rozczarowany, że Evander z dala od swoich dokuczliwych kuzynów nadal prezentował tak haniebną postawę. Evander doskonale pamiętał słowa, których użył mężczyzna, zanim go wyprosił z gabinetu.

Oczekuję, że będziesz chodził jak Verlaine, mówił jak Verlaine i wyglądał jak Verlaine. Nie obchodzi mnie co myślą ludzie na temat pochodzenia twojego ojca. Jego tutaj nie ma, jestem ja. A ty jesteś moim bratankiem. Plus fort ensemble, Silniejsi razem - przytoczył rodowe motto. — Wrócisz do Hogwartu dumny i wyprostowany i przyniesiesz chlubę rodzinie zanim moi synowie dorosną na tyle, żeby cię z tego wyręczyć. Czy to jasne?

Evander czuł ciepło rozchodzące się po ciele. Nie wiedział czy taki był zamysł jego wuja, ale był mu w tamtym momencie niesamowicie wdzięczny. Jego słowa bardzo podniosły go na duchu. Do tej pory myślał, że nie jest zbyt mile widziany w tej rodzinie i chociaż nadal mogło tak być, to otwarcie udzielone mu wsparcie przez Lairda sprawiło, że jego pewność siebie nieco wzrosła. Zapewnił swojego wuja, że zrobi wszystko by spełnić jego oczekiwania. I chociaż w zachowaniu jego wuja po tamtej rozmowie nic się nie zmieniło, tak samo jak ciotki czy kuzynów, nadal przez większość czasu traktowali go, jakby nie istniał, to Evander zauważył, że mężczyzna czasem bacznie mu się przyglądał. Pod czujnym okiem Lairda Evander zaczął bardziej panować nad tym co mówił i robił. Nie zawsze mu to wychodziło, ale był pewny, że wuj dostrzegł już różnicę w jego zachowaniu.


Laird przyglądał mu się uważnie, zbijając go tym z tropu. Evander zamrugał, ale nawet nie drgnął wiedząc, że testowana jest jego kontrola nad ciałem i umysłem. Zwalczył chęć przestąpienia z nogi na nogę, dyskretnie wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze.

— Chcę z tobą porozmawiać — powiedział ostatecznie, jakby uznał, że Evander opanował się w stopniu satysfakcjonującym go w tym momencie.

Evander skinął głową.

— Dobrze, wuju — odpowiedział i ruszył w jego stronę. Mężczyzna obrócił się i nie czekając na niego oddalił się w stronę swojego gabinetu.

Kiedy Laird Verlaine chciał porozmawiać, to zawsze musiał być gabinet. Evander był święcie przekonany, że to z powodu atmosfery, jaka panowała w pomieszczeniu. Nie chodziło nawet o mroczne, słabo oświetlone przez niewielką ilość świec miejsce pełne wysokich po sufit regałów mieszczących często zakazane księgi, ale też własne zapiski całych pokoleń Verlaine'ów, ani nawet o tę rzeźbę testrala w rogu, której przeznaczenia Evander nigdy nie mógł pojąć. Atmosfera gabinetu Lairda Verlaine'a pojawiała się, kiedy człowiek zapadał się w niepozornie wyglądającym fotelu, który uniemożliwiał przyjęcie godnej pozycji siedzącemu. Jego wuj siedział na twardym, wysokim siedzisku, więc górował nawet nad człowiekiem swojego wzrostu. Nic dziwnego, że Evander nie czuł się komfortowo w tym miejscu.

— Usiądź - rozległ się głos jego wuja gdy tylko wszedł.

Tym razem będąc nieco mądrzejszym, Evander usiadł na brzegu siedziska i wyprostował plecy. Wuj uniósł brew na ten widok, a potem na jego twarzy pojawił się aprobujący uśmieszek. Evander w odpowiedzi wyprostował się jeszcze bardziej.

— Ponieważ twoja matka zostawiła cię mnie, a ja postanowiłem, że wychowam cię na Verlaine'a, czas, żeby zacząć wprowadzać cię w tradycje rodzinne.

Evander zmarszczył brwi zaciekawiony. Jutro wyjeżdżał do Hogwartu. Czy istniały tradycje rodzinne, do których wprowadzenie mogło trwać jeden wieczór? Najwyraźniej tak, chociaż Evander nie miał pojęcia na czym mogły polegać. Poczuł wdzięczność. Aprobata Lairda wiele dla niego znaczyła, więc nie zadał pytania, bojąc się, że okaże się zbyt niecierpliwy, ale kiedy wuj tylko mu się przyglądał, nie zwracając uwagi na mijane minuty, Evander postanowił w końcu zapytać.

— Co to za tradycja? — powiedział po długim namyśle.

— Pamiętniki — odpowiedział jego wuj i widząc wzrastającą w nim konsternację nachylił się przez biurko i przystąpił do wyjaśnień. — Każdy Verlaine, a właściwie każdy szanujący się czarodziej czystej krwi pisze pamiętnik. To dziedzictwo, które zostawiamy przyszłym pokoleniom.

— Przecież to… — przerwał mu Evander i natychmiast skarcił się w duchu za swój niewyparzony język. Kiedy jasne było, że wuj zamierza pozwolić mu dokończyć zdanie i wręcz czeka na opinię chłopaka, Evander kontynuował skruszony — infantylne.

Zadowolone oblicze wuja spochmurniało, kiedy usłyszał jak chłopak uznaje jego przodków za dziecinnych. Opanował się przed wzrastającym gniewem, jakby uznał, że rozmowa zajmie mu więcej czasu niż planował i zupełnie nic nie mógł z tym zrobić.

— Jeżeli masz zamiar się w nim użalać nad sobą, to rzeczywiście będzie to infantylne. Ale nie temu służą dzienniki, które piszemy. Pamiętnik czarodzieja jest jego świadectwem. Opisem jego poglądów, dokonań, obrazem epoki w której żył. Zwykle nie zawiera nawet uncji informacji o intymnych szczegółach.

Evander słuchał go uważnie, ale w głowie rodziły mu się już pierwsze pytania. Wykorzystał pauzę, jaką zrobił Laird.

— A co jeśli ktoś go przeczyta? Czy to nie jest niebezpieczne?

Wuj uniósł lekko głowę. Spodziewał się tego pytania. Co nie znaczyło, że uważał je za mądre.

— Jesteś czarodziejem, czyż nie? — zadrwił. — Dlatego właśnie pamiętniki zaczyna się pisać tak wcześnie, kiedy nie ma w nich jeszcze zbyt wielu informacji, których utrata mogłaby być niekorzystna. — Laird uśmiechnął się nieprzyjemnie. Dobrze wiedział, że ujawnienie przemyśleń tak młodych czarodziejów może być brzemienne w skutkach.

Evander uświadomił sobie czemu ma to służyć. Nagle pomysł pisania pamiętnika wydał mu się bardzo interesującym ćwiczeniem dla młodego, czystokrwistego czarodzieja.

Tylko, że on nie był czystokrwistym czarodziejem.

Odsunął tę myśl od siebie, napominając się, że przecież obiecał wujowi, że się nim stanie. Jeżeli pisanie pamiętnika miało mu w tym dopomóc to dlaczego nie?

— Wyglądasz jakbyś rozwikłał zagadkę stulecia i zamierzał ją wykorzystać do niecnych celów.

Evander uniósł wzrok znad swoich dłoni, na które nie wiedział kiedy zaczął się wgapiać. Albo się przesłyszał, albo jego wuj właśnie zażartował.

— Zrozumiałem powód, dla którego kultywuje się tę tradycję wśród czystokrwistych, wuju - odpowiedział. Wuj zachęcił go, żeby wypowiedział na głos swoje podejrzenia. - Chodzi o naukę, często na własnych błędach, by zawsze trzymać swoje najszczersze opinie we własnej głowie. Domyślam się, że zdobycie czyjegoś dziennika może być bardzo kuszące i często dochodzi do kradzieży, więc należy się spodziewać, że będzie on pod ochroną mocnych zaklęć i, nawet po ich złamaniu, informacje w nim zawarte okażą się bezwartościowe.

— Nie do końca — powiedział Laird i Evander poczuł ukłucie w żołądku z powodu rozczarowania.

— Przede wszystkim posiadanie dziennika skłania do poszukiwań zaklęć, które jak najlepiej go ochronią, co pozwala nam cały czas się rozwijać. Następnie, tak jak powiedziałeś, chodzi o podawanie informacji w taki sposób, żeby w przypadku utraty dziennik nie zdradzał zbyt wiele. Natomiast główny powód podałem ci zaraz na początku naszej rozmowy, Evanderze. To jest świadectwo naszych dokonań i obraz świata w którym żyjemy. Żeby lepiej to zrozumieć mam dla ciebie prezent.

Evander zamarł, mając trudności z przyswojeniem ostatniego wypowiedzianego przez wuja zdania.

— Prezent?

Wuj uśmiechnął się do niego niemal przyjaźnie, wprawiając chłopaka w jeszcze większe osłupienie. Otworzył szufladę biurka i wyjął z niej cztery dzienniki. Pierwszy z nich był z czarnej skóry, z eleganckim, barwionym na szmaragdowo wiązaniem. Na środku wytłoczony był ozdobny romb. Zapach świeżo garbowanej skóry przytłumił znajdujące się pod spodem pełne zakurzonego pergaminu tomy. Pachniało nowością.

— Ten jest dla ciebie — powiedział Laird.

Evander sięgnął po dziennik. Był duży i ciężki. W głowie układał już plan na to jaki rodzaj zapisków prowadzić i zrozumiał, że ta piękna księga starczy mu prawdopodobnie na cały pobyt w Hogwarcie. Westchnął cicho, odwiązując zielone sznurki i otwierając księgę z niemal nabożną czcią. To będzie przedmiot, który pomoże mu stać się godnym członkiem jego rodu. Nie mógł się doczekać postawienia w nim pierwszych liter.

Laird przyglądał mu się niemal ze smutkiem, ale Evander zbyt był pochłonięty myślami, żeby to uznać za coś istotnego.

— Dziękuję — wyszeptał.

— To pamiętnik Claude'a Verlaine'a — Evander odebrał kolejną księgę, w myślach szybko odnajdując nazwisko mężczyzny na drzewie genealogicznym swojej rodziny. Mężczyzna żył w drugiej połowie dziewiętnastego wieku w Szkocji, po tym jak jego rodzice wynieśli się z Francji, dając początek brytyjskiej gałęzi ich rodu. — Jego zaklęcia ochronne zostały złamane przez Jacquesa na czwartym roku jego pobytu w Hogwarcie i od tej pory dziennik służy Verlaine'om za nieocenione źródło wiedzy o powodach, jakie kierowały naszymi przodkami podczas migracji do Anglii. Będziesz siódmą osobą, która skorzysta z zawartej tam wiedzy.

Evander nie mógł się doczekać aż zacznie go czytać. Z ciekawością zaglądał też na pozostałe dwa pamiętniki. Jeden, tak jak dziennik Claude'a, był nadal sporym, choć dużo mniejszym tomem pełnym pożółkłych kartek pergaminu, drugi natomiast był niepozornym notesem. Wyglądał jak zwyczajny zeszyt na zapiski. Niczym nie przypominał imponujących pamiętników, które leżały obok niego. Laird dostrzegł jego spojrzenie i pośpieszył z wyjaśnieniem.

— To jest pamiętnik twojej matki — powiedział, czym przykuł uwagę Evandera. Chłopak natychmiast sięgnął po księgę.

— Jest zamknięty — mruknął rozczarowany, kiedy okazało się, że nie potrafi go otworzyć.

— Tak — odparł Laird. — Aby zachęcić młodych czarodziejów do pogłębiania wiedzy o zaklęciach ochronnych, których wiedza jest konieczna w późniejszym życiu, daje się im taki zamknięty pamiętnik po to, by znaleźli sposób na złamanie jego zabezpieczeń. W ten sposób lepiej poznasz zaklęcia, którymi obłożysz swój własny pamiętnik. W normalnych okolicznościach nie dostałbyś do rąk pamiętnika swojej matki, ale ona nie żyje, a mam pewne podejrzenia, że mogła w nim zamieścić wskazówki dotyczące tożsamości twojego ojca - powiedział.

Evander rozszerzył oczy w zdumieniu. Poruszył się niespokojnie, a jego palce bezskutecznie, jak w transie, próbowały odchylić okładkę dziennika. Wuj nie skomentował jego zachowania. Zapewne doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że Evander zrobi wszystko, żeby otworzyć dziennik.

— Dlaczego sam nie otworzyłeś pamiętnika? — zapytał chłopak zanim zdążył to przemyśleć.

— Nie potrafię tego zrobić.

Evander zdumiał się słysząc to stwierdzenie. Laird był dorosłym, dziedzicem rodu, a z tego co słyszał to całkiem niezłym czarodziejem. Jeżeli on nie potrafił złamać barier, to dlaczego sądził, że Evander poradzi sobie z tym zadaniem lepiej? Miał za sobą ledwie rok nauki i nie miał pojęcia o zaklęciach ochronnych.

— Możliwe, że Arlie nałożyła na niego zaklęcia identyfikujące. To by było całkiem w jej stylu. Wiedziała, że będę próbował przeczytać jej zapiski, więc mogła zaczarować dziennik tak, żeby otworzył się tylko na jej potomków. Mógłbym siłą próbować otworzyć dziennik — powiedział odpowiadając na kolejne rodzące się w głowie Evandera pytanie — ale nie chciałem tego robić.

Evander zmrużył oczy podejrzliwie. Nagłe ogrzanie jego stosunków z wujem było dla niego dziwne od początku, ale teraz zaczynał mieć niejasne przeczucie, że nie mówiono mu całej prawdy. Żywe zainteresowanie, jakim go obdarowano dwukrotnie w dzisiejszym dniu, było podejrzane. Evander dotknął miejsca, na którym kilka chwil temu spoczęły palce Lucjusza Malfoya. Zacisnął usta w cienką linię.

— A jeśli uda mi się otworzyć pamiętnik i zachowam te informacje dla siebie? — zapytał czując, że wuj chce poznać prawdę na temat jego pochodzenia. Jeśli nie była to czysta ciekawość to jako dziedzic rodu miał też obowiązek przechowywania sekretów rodziny.

— Nie zachowasz — odpowiedział mężczyzna z taką pewnością w głosie, że Evander aż się zagotował od środka. Już miał powiedzieć coś, czego z pewnością będzie później żałował, ale Laird go uprzedził.

— Ten dziennik — zaczął jego wuj, przesuwając w jego kierunku małą książeczkę — jest, jakby to ująć — zawiesił głos, jakby się zastanawiał jakiego słowa użyć, chociaż doskonale wiedział które będzie pasować najlepiej. — Zagadką.

Chłopak odebrał notes i obejrzał. Na okładce była data.

1942.

Obrócił go i na spodzie dojrzał mugolski adres. Skrzywił się.

— Należał do mugolaka — powiedział.

— Czyli macie ze sobą coś wspólnego — skomentował jego wuj.

Evander nie odpowiedział, nie chcąc konfrontować swoich nadziei z oziębłą niechęcią, jaką jego wuj żywił do jego domniemanego mugolskiego ojca. Powrócił do oględzin dziennika. Był… pusty.

— Tu nic nie ma — zauważył głupio.

— Tak.

— Więc…

— Niech to będzie dla ciebie zachętą do bycia… kreatywnym — powiedział Laird. Evander otworzył dziennik na pierwszej stronie. Zobaczył schludne pismo właściciela notesu. T.M. Riddle. Zagadka.

— Skąd wiadomo, że to pamiętnik? A nie zwykły, niezapisany notes?

Laird przyjrzał mu się uważnie. Evander nie wytrzymał i pokręcił się w fotelu, nie mogąc dłużej wysiedzieć bez ruchu. Nie chciał tu być, już nie. Zbyt dużo się dziś zdarzyło i chciał to na spokojnie przeanalizować, tymczasem tkwił tu, pod czujnym wzrokiem swojego wuja, z mugolskim notesem jakiegoś szlamowatego spryciarza. Skarcił się za użycie obraźliwego słowa, mając świadomość, że sam także może być szlamą, ale zaraz potem wyparł te myśli z głowy. Jego wuj oczekiwał, że będzie się zachowywał jak czystokrwisty czarodziej i, bez względu na jego ukryte motywy, właśnie wprowadzał go w sekrety rodu, więc postanowił, że przestanie wyrzucać sobie nieszlachetne pochodzenie.

— Przyjrzyj mu się - powiedział Laird. — Emanuje czarną magią.

Evander prawie upuścił notes na kolana. Ręce zadrżały mu lekko. Laird roześmiał się szyderczo.

— Czego oni was uczą w tej szkole, co? — mruknął. — Stary Dumbledore coraz śmielej sobie poczyna, z tego co widzę. — Westchnął i dodał głośno — To ciekawy egzemplarz. Sam decyduje komu zdradzić swoje sekrety. Potraktuj go jako inspirację.

Evander skinął głową. Jego zaciekawienie pamiętnikiem wzrosło.

— Kim był T.M. Riddle?

Laird wstał nagle. Łagodny uśmiech nie pasował do jego postawy.

— Dość pytań na dziś — powiedział miękko. Jego oczy mówiły mu jednak, że rozmowa właśnie została zakończona i oczekuje się od Evandera, że opuści gabinet.

Evander zrozumiał przesłanie. Zebrał książki i podziękował uprzejmie, wychodząc.


Będąc już w swoim pokoju, najedzony i przebrany w piżamę rozsiadł się na łóżku i rozłożył wszystkie dzienniki na pościeli. Przyglądał się im zaciekawiony. Sięgnął do pamiętnika matki i pogłaskał okładkę. Jaka była? W co się ubierała, co jadła, jak brzmiał jej śmiech?

Niechętnie odsunął dłoń i sięgnął po dziennik Claude'a Verlaine'a. Miał już mgliste pojęcie tego jak chciałby, żeby wyglądał jego własny pamiętnik, więc potrzebował skonfrontować swoje wyobrażenie z zapiskami przodka.


Zasnął w trakcie czytania. Zyskał tę pewność w momencie, w którym promienie słoneczne boleśnie poraziły jego oczy, nieblokowane, jak to zwykle miało miejsce, przez zasłonięte kurtyny łóżka.

Zwlekł się z materaca i spojrzał na zegar. Była ósma. Za dwie godziny miał się pojawić gotowy w holu, z którego jego wuj odprowadzi go na peron. Szybko wziął prysznic i się ubrał, chcąc jeszcze przed wyjściem zajrzeć do dziennika Claude'a. Zszedł na śniadanie pamiętając, żeby się wyprostować zanim wejdzie do jadalni. Przywitał się z wujostwem i dołączył do stołu. Laird oczywiście w żaden sposób nie pokazał, że jest ciekawy czy Evander zaczął czytać.

Wnioskując z tempa, w jakim pochłaniał swoją porcję chłopak był pewny, że i tak znał już odpowiedź na to pytanie.

— Mamoooo — zawył siedzący na przeciw niego mały Alan. — A kiedy ja i Aiden pójdziemy do Hogwartu?

Isla skarciła syna spojrzeniem. Chłopak wydął usta, naburmuszając się. Zadawał to pytanie całe lato, najwyraźniej mając nadzieję, że jeśli dostatecznie zmęczy nim rodziców, ci pozwolą mu wybrać się tego roku z Evanderem. Laird nie reagował na te pytania, więc chłopak uwiesił się na swojej matce, doprowadzając ją tym samym do skrajnej irytacji.

— Zachowuj się, jak jesteś przy stole — powiedziała jego ciotka przez zęby, kiedy malec nie przestawał ją ciągnąc za rękaw.

Chłopak jęczał jeszcze przez chwilę, więc Evander nie zamierzał drażnić go dłużej swoją obecnością. Wiedział jaki Alan potrafił być uparty, a ciotka zaczynała już ciskać piorunujące spojrzenia w jego stronę. Wychylił kubek z sokiem do dna i wymówił się od stołu.


Wziął głęboki wdech i wydech, zanim przeszedł przez portal na peron. Przez całą drogę od punktu aportacyjnego na dworzec starał się zachowywać dystyngowanie. Bez drwiącego z niego Aidena nie było to nawet takie trudne. Potrafił.

Pociąg wydał z siebie przeciągły gwizd, poganiając uczniów i ich opiekunów. Evander zmierzył spojrzeniem tłum zastanawiając się co czuje. Ze zdziwieniem stwierdził, że ekscytacja Hogwartem zniknęła. Jego myśli krążyły teraz wokół jego własnych spraw, wokół matki, pozostałych dzienników i słów, które przez lato usłyszał od wuja. Jego koledzy z roku nagle stali się mniej ważni. To było dziwne odkrycie, ale nie czuł się z nim źle. Było nawet odrobinę pomocne.

Jego wzrok zatrzymał się na moment na wysokim mężczyźnie z długimi blond włosami, który również spoglądał w ich stronę, ledwie zauważalnie się uśmiechając. Evander zerknął na Lairda w momencie, w którym ten wykonał nieznaczny ruch głową na powitanie. Kiedy ponownie spojrzał na Lucjusza Malfoya, ten mówił coś do syna. Nic przyjemnego, jak sądził po zaciśniętych w wyrazie wstrzymywanej frustracji ustach Draco.

— Pójdę już, zanim wszystkie przedziały będą zajęte — powiedział.

Wuj położył mu dłoń na ramieniu. Evander uśmiechnął się do siebie wiedząc, że to najwylewniejsze pożegnanie na jakie mógł liczyć z jego strony.

Przeszedł trzy wagony, zanim znalazł pusty przedział, ale i tak nie mógł się nim cieszyć zbyt długo. Układał właśnie kufer na półce, próbując jednocześnie wytargać z niego jedną z książek, kiedy drzwi otworzyły się i usłyszał głos księcia Slytherinu.

— Siadamy tutaj — powiedział Draco Malfoy.

Evander obrócił się i rzucił mu wściekłe spojrzenie. Chłopak też spojrzał na niego krzywo, ale zaraz się opanował, co przypomniało Evanderowi, że też powinien. Wziął głęboki wdech.

— Dlaczego tutaj? — powiedział Theodor wchodząc za moszczącym się już na siedzeniu Draco. — Odkąd to zadajesz się ze szlamą?

— Wszystkie przedziały już zajęte — powiedział z niezbyt udaną nonszalancją Draco. Nie miał w tym wielkiej wprawy. — Siadaj! — Rozkazał przyjacielowi.

Evander usiadł na swoim miejscu zanim któryś ze świty Draco mógłby mu je zająć.

— Z bólem stwierdzam, że Nott ma rację — wykrzywił się w parodii uśmiechu do Theodora. — Od kiedy to z własnej woli przebywasz ze mną w jednym pomieszczeniu, Malfoy?

— Wolę szlamę ze Slytherinu niż czystokrwistego Gryfona. Och, nie pomyśl sobie zbyt dużo, ale z takim Weasleyem na pewno wygrywasz — Draco machnął ręką. — Siadajcie w końcu — zirytował się na stojących w drzwiach osiłków.

Do przedziału wszedł też Blaise. Za nim stała jeszcze Pansy Parkinson i Evander z ulgą stwierdził, że dla dziewczyny nie starczy już miejsca. Kiedy to pojęła, Pansy wypluła z siebie kilka przekleństw i odeszła obrażona. Blaise zamknął drzwi i zapadła niezręczna cisza.

Pociąg gwizdnął ostatni raz, drzwi do wagonów zamknęły się i ruszyli. Evander obserwował uciekający z coraz większą prędkością peron i machających na nim ludzi. Nie wydawał się już taki tłoczny, chociaż nadal większość rodzin żegnała swoje dzieci. Jego wuja już nie było. Z jakimś przewrotnym poczuciem satysfakcji stwierdził, że Lucjusza Malfoya również. Krótkie spojrzenie na siedzącego na przeciw niego Draco powiedziało mu, że też obserwował machające postacie, ale jego mina była nieprzenikniona.

— Jak minęły wam wakacje? — zapytał Draco po chwili.

Evander nie podniósł głowy znad książki, którą zaczął czytać jak tylko opuścili peron. Nie spodziewał się, żeby pytanie zostało skierowane do niego. Vincent odezwał się pierwszy i Evander z trudem skupił się na czytanym tekście. Nie chciał zdradzać się z tematem swoich zainteresowań, dlatego nie wyjął z kufra tomu trzeciego Prywatność w Świecie Magii: Schowki i Skrytki Isabelli Crumb ani Zaklęć Ochronnych i jak je tworzyć Diademy Nuttley, które zabrał z biblioteczki w Dorchester. Na jego kolanach spoczywał podręcznik od Flitwicka Ekstremalne inkantacje autorstwa Violety Stitch, nad którym usilnie starał się skoncentrować, z niewielkim powodzeniem blokując docierające do niego strzępki rozmowy.

— A ty, Evander?

Podniósł głowę zaskoczony.

— Słucham?

Draco przewrócił oczami, po czym powtórzył pytanie, przeciągając sylaby, jakby rozmawiał z kimś o bardzo niskim ilorazie inteligencji. Evander się obruszył.

— Jak ty spędziłeś wakacje?

Evander nie od razu odpowiedział. Rozejrzał się po przedziale, prześlizgując wzrokiem po wpatrzonych w niego twarzach. U Notta dostrzegł wyraz obrzydzenia.

— Nie sądzę, żeby was to interesowało… — mruknął i wzruszył ramionami.

— Ale interesuje — naciskał Draco. Wyciągnął rękę w jego kierunku i Evander westchnął ciężko, pozwalając by książka opadła mu na kolana pod naciskiem dłoni blondyna.

— Od kiedy, jeśli mogę zapytać?

— Od dzisiaj. Więc? — zachęcił go, brzmiąc podejrzanie miło.

— Czytałem — odpowiedział w końcu i chociaż nie minął się z prawdą, bo rzeczywiście większość czasu spędził w bibliotece, to wiedział również, że taka odpowiedź zniechęci jego kolegów do zadawania następnych pytań.

Nie zniechęciła.

— Co czytałeś?

— Draco, daj mu spokój. To nic nie warta szlama.

— To niesamowite, Theo — warknął Evander. — Już drugi raz w ciągu godziny się z tobą zgadzam. Oczywiście w tej części, w której każesz mu się ode mnie odpieprzyć.

Chciał wrócić do czytania, ale widok zablokowała mu ręka, której palec wskazujący wbił mu się w klatkę piersiową.

— Nikt. Mi. Nic. Nie. Kazał.

— W takim razie pozwól, że ja to zrobię, Malfoy… — zacisnął dłoń na nadgarstku chłopaka i zaczął się podnosić.

— A ja byłem w Bułgarii — przerwał mu Blaise. Oboje z Draco spojrzeli na niego z nienawiścią. — Mąż mojej matki miał tam jakieś interesy. Podobno z tamtejszym ministrem. Moja matka mówi, że planują coś ekstra, tylko muszą się najpierw dogadać z ministrami i to może trwać lata, ale jak się uda to to będzie wydarzenie stulecia — paplał Zabini.

Nie słuchał. Udawał, że czyta, ale co chwilę zerkał na Draco, próbując opanować wściekłość. Nie wiedział skąd wziął odwagę by tym razem ciągnąć to dalej. Zazwyczaj wycofywał się, uciekał jak tchórz, ale teraz nie bardzo miał gdzie - skazany na siedzenie w przedziale przez najbliższych kilka godzin. Poza tym, cały czas dźwięczało mu w głowie polecenie wuja, by zachowywał się godnie. Ta wymiana zdań może i nie była godna, ale na pewno była lepsza niż ucieczka.

Kiedy jego wzrok napotkał stalowe spojrzenie Draco przestał zaglądać i wrócił do czytania. Do końca podróży nikt już go nie zaczepiał i Evander miał wystarczająco czasu, żeby przejrzeć ostatnie dwa rozdziały Ekstremalnych Inkantacji we względnym spokoju. Z przebraniem się, jak zwykle zresztą, zwlekał na ostatni moment, więc gdy wyszedł z toalety pociąg już się zatrzymywał. Z wagonu wyszedł jako pierwszy i pewnym krokiem ruszył w kierunku samoporuszających się powozów. Nie łudził się, że będzie w nim jechał sam, ale kiedy zobaczył jak w jego kierunku szybko przemieszczał się Draco Malfoy tylko westchnął z irytacji. Chłopak najwyraźniej się na niego uwziął.

Draco bez słowa wszedł za nim do pojazdu. Powozy mieściły więcej osób, więc dołączyła do nich także Pansy Parkinson, ciągnąc za sobą Tracy. Dziewczyny wyczuły napiętą atmosferę, więc popatrzyły tylko po sobie i siedziały cicho, wyraźnie żałując, że się tu znalazły. Ciszę przerywały stukot kół pojazdów i okazjonalne parsknięcia Theodora. Evander nieco swobodniej poczuł się dopiero w Wielkiej Sali, chociaż i tam miał swoich kolegów z roku w zasięgu wzroku. Usiadł przy jakimś trzecioklasiście, którego kojarzył z meczów Quidditcha. Jak on miał, Maisey? Baisey? A może Waisey1? Na przeciwko siebie miał Adriana Puceya, którego kojarzył z naprawdę dobrej, a koncertowo spieprzonej akcji z zeszłego roku.

Tiara zaczęła coroczny występ. Evander poczuł jak ściska mu się żołądek, a przed oczami staje mu scena ze snu, w której zostaje Gryfonem. Musiał zblednąć, bo zauważył, że Pucey spojrzał na niego dziwnie przez moment, zanim nie wrócił do obserwowania podestu i stojących na nim pierwszaków. Evander rozejrzał się wokół, ale nikt inny nie zwracał na niego uwagi. Wrócił wzrokiem do Tiary Przydziału, kiedy ta skończyła śpiewać, a McGonagall wywołała pierwszego ucznia. Evander w napięciu przyglądał się jak kapelusz opada na głowę kolejnych pierwszorocznych. Kiedy po długiej debacie z długowłosą blondynką rozpruł się, krzycząc "Ravenclaw", do Evandera to dotarło.

Czy Tiara mogła wiedzieć kto był jego ojcem? Nikt nie wiedział jak działał kapelusz Gryffindora, ale wszyscy zgadzali się z tym, że często jego słowa były prorocze. Skąd Tiara miała wiedzę o przyszłości — nie wiedział i nie potrzebował wiedzieć. Jego interesowała przeszłość, a konkretnie przeszłość jego, jego matki i tajemniczego nieznajomego, który się z nią związał. Gdyby miał możliwość porozmawiania z nią…

Jak bardzo było to niewykonalne?


1 Chodzi o ścigającego o nazwisku Vaisey.


Farley podała mu hasło i jego twarz mimowolnie wykrzywiła się w reakcji na złośliwość losu.

— Świetnie — mruknął do siebie, dając się ponieść tłumowi.

Natychmiast usłyszał za sobą nieprzyjemny baryton Notta.

— Chcę zobaczyć jak Verlaine to mówi.

— Chyba mu to przez gardło nie przejdzie — poznał głos Davis. — Czysta krew, ale nie moja, bo przecież jestem szlamą — próbowała go przedrzeźniać. — Ałć, za co?!

Zmusił się by się nie obracać. Nie zamierzał dać im satysfakcji, jaką niewątpliwie by mieli wiedząc, że to usłyszał. Przyśpieszył kroku i przeszedł przez przejście w ścianie, natychmiast kierując się na koniec korytarza w męskiej części. Otworzył drzwi po lewej i spowolnił ruchy. Oddychaj spokojnie i głęboko, powtarzał sobie. Nerwowość tylko ich podjudzi.

Utrzymując nieprzenikniony wyraz twarzy, wiedząc jak krucha jest to maska, otworzył kufer i zaczął rozpakowywanie. Theodor i Draco zawsze siedzieli u Blaise'a, więc Evander miał ciszę i spokój. Pierwszy szedł pod prysznic, a potem miał sporo czasu dla siebie.

Kiedy wrócił, ze zdziwieniem stwierdził, że wszyscy przenieśli się do jego pokoju. Naprawdę zaczynał myśleć, że los się na niego uwziął. Postanowił zignorować współlokatorów i ich gości i z wymuszonym spokojem wyciągnął z kufra dziennik Claude'a Verlaine'a. Zasunął kotary, odgradzając się od widoku kolegów, ale niestety, nie od produkowanego przez nich hałasu.

Lumos — mruknął żałując, że nie zna żadnego zaklęcia wyciszającego.

Otworzył księgę, ale nie potrafił się skupić. Był przyzwyczajony, że zawsze ma ciszę i spokój. Czy to w swoim pokoju w Dorchester, czy w bibliotece, czy w dormitorium, w którym zazwyczaj było pusto. Miał ochotę czymś rzucić. Albo odsunąć kotary, podejść do nich i zacząć dusić każdego z nich, po kolei.

Jak zachowałby się czystokrwisty czarodziej?

Teraz zadawał sobie to pytanie po kilka razy dziennie. Zamiast próbować na nie odpowiedzieć (czystokrwisty czarodziej miałby moc i autorytet, więc wystarczyłoby jedno jego słowo), po prostu zignorował kolegów po raz setny dzisiaj. A zamiast pamiętnika swojego przodka wyciągnął z kufra dziennik tego Riddle'a. Jakie krył sekrety?

Ten dziennik emanuje czarną magią, przypomniał sobie słowa wuja.

Chwycił za różdżkę i wycelował w niezapisane kartki.

Aperacjum — szepnął.

Nic się nie wydarzyło. Wiedział, że tak będzie, ale i tak musiał spróbować. Właściwie miał pewien pomysł, ale komentarz o czarnej magii sprawiał, że miał opory by go wypróbować.

W końcu stwierdził, że i tak nic innego nie wymyśli.

Sięgnął po pióro i kałamarz. Opowiadający coś Blaise przerwał w pół słowa, zapewne zauważając wysuwającą się zza kotar rękę Evandera, po czym podjął temat. Evander nie zwrócił na to większej uwagi.

Zamoczył pióro w atramencie, otworzył na pierwszej stronie i zaczął pisać.

— Cześć. Jestem Evander Verlaine.

Atrament błyszczał przez chwilę w słabym świetle różdżki, po czym wsiąknął w kartkę bez śladu.

Cześć, Evanderze Verlaine. Ja jestem Tom Riddle.

Słowa pojawiły się po dłuższej chwili. Evander zadrżał, na wpół przerażony, na wpół podekscytowany. Podniósł głowę, ale zza kurtyny nadal dobiegały go przytłumione głosy zupełnie go ignorujących uczniów z rocznika. Uspokoił się i przyłożył pióro do kartki, zastanawiając się co napisać.

— Dostałem twój dziennik od wuja. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? — naskrobał po chwili.

Litery zniknęły, a sekundę później zaczęły się pojawiać nowe.

Dlaczego miałbym mieć? Moje wspomnienia są dobrze chronione — odpisał Tom.

Evander westchnął.

— Chciałbym wiedzieć jak. Też mam dziennik, nie znam jeszcze zbyt wielu zaklęć ochronnych…

Nie zamierzam ci tego zdradzać.

Evander obruszył się i już chciał odłożyć dziennik, kiedy atrament znów zalśnił czernią na papierze.

Ale mogę ci pomóc z twoim dziennikiem.

Evander zamrugał. Naprawdę mógł? Zamoczył końcówkę pióra w kałamarzu i zaczął pisać.

— Dzięki. To miłe z twojej strony.

Nie jestem miły, Evanderze. Proponuję układ.

Evander uniósł brwi. Zabrzmiało bardzo ślizgońsko. Od razu stał się czujny.

— Układ? Co więc mam dać w zamian?

Swój czas, Evanderze. Chcę, żebyś mnie odwiedzał. Życie w dzienniku jest dość nudne.

Och… Evander spojrzał na dziennik podejrzliwie. To nie wydawała się być równoważna wymiana. Czuł, że ten Tom nie mówi mu wszystkiego, ale zamierzał zaryzykować.

— Dobrze — zgodził się.

Dziennik wyrwał mu się z dłoni, powodując, że pióro wypadło mu z ręki i zaplamiło pościel atramentem. Zeszyt przekartkował się sam, lewitując w powietrzu, otworzył się na ostatniej stronie i opadł mu z powrotem na kolana. Evander przyjrzał się kartce, zauważając na niej mały kwadracik, w którym coś się poruszało. Przysunął dziennik bliżej i coś pociągnęło go do przodu. Upadł niezgrabnie na podłogę, więc szybko się podniósł, otrzepał piżamę i się wyprostował.

Był w pokoju wspólnym Ślizgonów, ale kolory były jakieś wyblakłe. Ogień trzaskał w kominku, ale zamiast żółto-pomarańczowy był szary. Pokój był prawie pusty. W jednym z foteli siedział chłopak, szesnasto- może siedemnastoletni.

— Tom?

Chłopak skinął głową, po czym gestem wskazał mu stojący obok fotel. Evander usiadł niepewnie. Nie wiedział co o tym myśleć. Nigdy wcześniej nie spotkał się z tego rodzaju magią.

— Witaj, Evanderze.

— Erm… Cześć. J-jak to zrobiłeś? To znaczy — zatoczył dłonią kółko w powietrzu. — to...

Tom spoglądał na niego uważnie, nie odzywając się ani słowem i Evander speszył się i zamilkł.

— To potężna magia — odpowiedział w końcu. — Nie sądzę, by uczeń…

— Drugi rok — mruknął Evander słysząc pauzę.

— Nie sądzę, żeby uczeń drugiego roku był w stanie stworzyć coś takiego, nawet gdyby miał przepis podany na tacy.

Powiedział to tak obojętnym tonem, że Evanderowi zrobiło się zimno. Wzdrygnął się. Przez jakiś czas panowała cisza, ale Evander nie mógł jej znieść. Przypominało mu to wizyty w gabinecie wuja, dlatego opanował chęć wiercenia się w fotelu, szczególnie widząc jak sztywno Tom siedzi w swoim. Nie powstrzymał się jednak od rozejrzenia ponownie po pokoju.

— To Hogwart z twoich czasów? Niewiele się zmieniło — zauważył.

Tom również rozejrzał się po pomieszczeniu.

— Który mamy teraz rok? — zapytał.

— Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi — odpowiedział natychmiast.

Tom spojrzał w szare płomienie kominka.

— Pięćdziesiąt lat — szepnął wyraźnie wstrząśnięty.

Evander milczał przez chwilę, chcąc dać Tomowi czas na oswojenie się z wiadomością.

— Jesteś spokrewniony z Verlaine'ami? — zapytał w końcu, zastanawiając się jak dziennik trafił w ręce jego wuja.

Tom nie poruszył się. Wyglądał na znudzonego.

— Nie — odpowiedział. — Tylko z Gauntami, z tego co mi wiadomo.

— Z Gaun… Tymi Gauntami? Dziedzicami Salazara Slytherina?

Tom w końcu na niego spojrzał. Uśmiechnął się nieznacznie. Evander przyjrzał mu się dokładniej. Jego oczy nie ukazywały rozbawienia. Raczej chłodne zainteresowanie.

— Tak.

— Ale… Dziennik jest mugolski. Dlaczego dziedzic tak wspaniałych rodów korzystał z mugolskiego zeszytu?

Tom zmarszczył brwi. Evander natychmiast wyczuł, że go rozgniewał. Nie zamierzał tego robić. Jego nastawienie względem starszego chłopaka diametralnie się zmieniło, kiedy usłyszał, że Tom był czystej krwi czarodziejem.

— Dość o mnie. Opowiedz mi coś o sobie. O swoich czasach.

Evander natychmiast skorzystał z okazji do zmiany tematu. Nie wiedział skąd to przeczucie, ale miał wrażenie, że Toma nie powinno się denerwować.

— No więc… Jestem w szkole. Na drugim roku, jak już mówiłem.

— Jesteś Ślizgonem — bardziej stwierdził niż zapytał Tom. Pod jego czujnym spojrzeniem Evander zmalał. — Nie zachowujesz się jak Ślizgon.

— Ja… - zastanawiał się czy może to powiedzieć. Z drugiej strony, komu Tom miałby to powtórzyć? Był tylko wspomnieniem z dziennika. Najwyżej go wyśmieje, a przecież nie on pierwszy by to zrobił. — Nie jestem pewien czy powinienem być w Slytherinie.

Tom milczał przez chwilę.

— Dlaczego? — zapytał w końcu.

Jego rzeczowy głos zaskoczył Evandera. Nie wyśmiał go, po prostu zapytał dlaczego tak uważa.

— Moja matka była Gryfonką. Była Jasna - powiedział, jakby to była obelga. — A ojciec… Nie znam go. Nie wiem kim był. Ale na pewno też był Jasny. Albo… Mógł być mugolem — dodał cicho.

Tom roześmiał się krótko.

— To bardzo mocne uzasadnienie — zadrwił. — A co z kontrargumentami?

— Eee — zająknął się. — Matka była Verlaine. Wszyscy prócz niej trafiali do Slytherinu. Odkąd pamiętam mieszkam z wujem i jego żoną. Wszyscy prócz mojej matki popierali Czarnego Pana.

Cień przemknął przez twarz Toma Riddle'a. Evander przerwał.

— Na pewno jest coś jeszcze — zachęcił go Tom, którego twarz znów przybrała maskę na pograniczu kompletnego znudzenia.

— No więc, nie chcę być w Gryffindorze. Nie wiem czy to ma jakieś znaczenie, ale zawsze chciałem być w Slytherinie.

Tom wzruszył ramionami.

— Z tego co wiem, Tiara często bierze pod uwagę zdanie samych uczniów.

Evander uśmiechnął się lekko.

— Skoro już trafiłeś do Slytherinu, dlaczego nadal tak cię to martwi?

Evander zamrugał. Też czasem zadawał sobie to pytanie. Ale znał też na nie odpowiedź.

— Ciężko jest być szlamą w Slytherinie.

— Skąd wiesz, że jesteś szlamą?

— A skąd mam wiedzieć, że nie jestem?

— Jesteś szlamą — powiedział Tom bezlitośnie chłodnym tonem.

Evander zamilkł, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.

— Uważasz się za szlamę, więc tak cię traktują. Mam rację?

— Ja…

Tom spojrzał na niego z góry, doskonale wiedząc, że ma rację.

— Zachowuj się jak czystokrwisty czarodziej, a za takiego cię będą mieć — powiedział jeszcze.

— Skąd ty to możesz wiedzieć? Myślisz, że to takie proste? Myślisz, że nie próbowałem?

Starszy chłopak przez moment zdradził się ze swoim zniecierpliwieniem.

— Nie próbuj. Zrób to. Jeżeli zamierzasz tylko próbować, to od razu daj sobie spokój i zaakceptuj porażkę — powiedział, jakby opisywał coś obrzydliwego.

Słowo porażka podziałało. Evander oburzył się i wstał.

— Nie zamierzam się poddać — warknął buntowniczo.

Tom leniwie uniósł wzrok. Jego słowa nie spowodowały w nim żadnej reakcji i to jeszcze bardziej zdenerwowało Evandera.

— Zachowujesz się jak prawdziwy Gryfon — obraził go Tom. — Usiądź i rozmawiaj, jak na czystokrwistego czarodzieja przystało. Jeśli nie nauczysz się nad sobą panować to niczego nie osiągniesz.

Evander nie potrafił się nie zgodzić z tym argumentem, ale był zbyt wzburzony. Chciał wyjść.

— Wypuść mnie stąd.

Tom uniósł brwi, nie odzywając się słowem.

— Wypuść mnie.

W następnej chwili spadł na łóżko, a dziennik leżał na jego brzuchu. Obok niego leżały różdżka, pióro i kałamarz, z którego wylał się na kołdrę prawie cały atrament.

Evander syknął z wściekłości. Krótkim machnięciem różdżki wyczyścił plamy z tuszu, rozsunął zasłonę i schował dziennik do kufra.

W pomieszczeniu nastała cisza. Rzucił okiem na łóżko Theodora, na którym wszyscy siedzieli, przyglądając mu się w milczeniu.

— Co? — warknął.

Zasunął kotary nie czekając na odpowiedź i schował się pod kołdrę, próbując zasnąć. To był ciężki dzień, więc pomimo nawału myśli kwadrans później już spał.