02.
Prawie zaspał. Wspiął się po schodach i pospiesznie przeszedł przez hol, mijając wracających ze śniadania uczniów. Szybkim i zdecydowanym krokiem przeszedł przez Wielką Salę, nie zwracając na nikogo uwagi i kierując się prosto do stołu Ślizgonów. W ciągu pierwszego tygodnia szkoły to jedno naprawdę nieźle udało mu się opanować. Z całą resztą szło raz lepiej, raz gorzej.
Draco przesunął się na ławie, robiąc mu miejsce. Rozejrzał się szybko, ale w zasięgu wzroku nie było wolnej przestrzeni, a jako drugoroczniak nie zamierzał się pchać między starsze roczniki. Usiadł z miną mówiącą, że najchętniej byłby zupełnie gdzie indziej.
– Cześć.
Evander zmierzył Draco wzrokiem, jak robił to co rano przez ostatni tydzień. Draco nie zrezygnował z prób zaprzyjaźnienia się z nim, chociaż nie przykładał się do tego tak gorliwie jak pierwszego dnia. Evander ignorował go jak tylko mógł, nie wierząc w coś takiego jak czyste intencje u Malfoya. O dziwo jednak, Draco zdołał jakoś namówić swój orszak do współpracy i teraz wszyscy, wyraźnie niechętnie, byli dla niego mili.
Evander bardzo się starał to ignorować.
Sięgnął po kanapkę. Był okropnie głodny, bo poprzedniego dnia zasiedział się w bibliotece i nie zdążył na kolację. Ledwo przełknął pierwszy kęs, kiedy przez okno na szczycie wleciało stadko sów.
Spodziewał się poczty. Dwa dni temu złożył zamówienie na prenumeratę Proroka, chociaż starał się nie myśleć o powodach, które nim wtedy kierowały. Zapłacił sowie pięć knutów i wziął kolejnego gryza, zanim zaczął czytać. Draco zaglądał mu przez ramię, kiedy wpatrywał się w zdjęcie wyglądającej jak ropucha kobiety.
DOLORES UMBRIDGE NOWYM STARSZYM PODSEKRETARZEM MINISTRA
Dolores Jane Umbridge, trzydziestosiedmioletnia szefowa Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów została wczoraj mianowana przez Korneliusza Knota nowym Starszym Podsekretarzem Ministra Magii. Knot tak uzasadnia swoją decyzję: "Pani Umbridge jest osobą bardzo skrupulatną i konsekwentną. Wiele razy dowiodła swego oddania dla Ministerstwa i społeczności czarodziejów pracując na swoim dotychczasowym stanowisku". Minister nie ukrywa, że z zadowoleniem rozstaje się z poprzednim Podsekretarzem. Archer Creaseworthy złożył wypowiedzenie miesiąc temu, za powód podając zły stan zdrowia, o czym informowaliśmy w numerze 92/226 naszego dziennika. Były Podsekretarz zmaga się z nieuleczalną chorobą, która uniemożliwia mu dalsze prowadzenie biura Knota. "Dolores to dobra kandydatka" mówi Creaseworthy i dodaje "Jest młoda i ambitna, jestem przekonany, że doskonale da sobie radę."
Umbridge przejmie biuro Creaseworthy'ego już w najbliższy poniedziałek. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się też, że stanowisko Szefa Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów po Umbridge objąć ma właściciel cieszącej się ogromnym zaufaniem czarodziejów kancelarii prawnej, Bartemiusz Crouch Junior. Wiele oczekuje się po powrocie do polityki syna Bartemiusza Croucha Seniora, Szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Zdążył przeczytać jeszcze dwa inne artykuły i zjeść trzy kanapki, po czym uznał, że czas się zbierać. Dwie godziny Transmutacji nie brzmiały zachęcająco, szczególnie, że siedział na nich zaraz obok Draco, który zapewne znowu będzie próbował coś do niego mówić.
Musiał przyznać, że brak szykan ze strony Ślizgonów bardzo ułatwiał mu życie. Był spokojniejszy i czuł się bardziej sobą, przez co łatwiej mu było utrzymywać maskę obojętności na twarzy. Za każdym razem, gdy o tym myślał, przed oczami stawał mu Tom Riddle i jego znudzenie, chłód i odraza. Poza krótkimi na mgnienie oka wyjątkami to były jedyne emocje, jakie u niego zauważył. Imponowało mu to. Takim opanowaniem nie powstydziłby się nawet jego wuj czy Lucjusz Malfoy.
Evander westchnął do swoich myśli, wypakowując podręcznik.
– Co jest? - usłyszał po swojej lewej.
Draco. Prawie westchnął po raz drugi. Rozpakował podręcznik do transmutacji, wyciągnął z torby kałamarz, pergamin i pióro. Poustawiał wszystko na ławce, utrzymując porządek.
– Dziś są eliminacje na szukającego. Idziesz?
Evander popatrzył na niego jak na wariata. Niemożliwe, żeby Draco nie pamiętał jak kiepsko latał Evander. Był jednym z tych, którzy upewniali się, że on sam prędko o tym nie zapomni. Ćwiczył wprawdzie przez całe lato, ale nadal z miernym skutkiem. Pogodził się już z faktem, że Quidditch musiał sobie odpuścić. Miał za to więcej czasu, który zamierzał wykorzystać na naukę rzucania i łamania zaklęć ochronnych, żeby otworzyć dziennik matki.
– Nie, nie idę. Nie mam po co.
Profesor McGonagall weszła do sali, ucinając wszelkie dyskusje. Evander próbował skupić się na zajęciach, ale natręctwo Draco nie dawało mu spokoju od początku semestru. Zastanawiał się jak wyciągnąć z chłopaka powód nagłej zmiany zachowania.
– Panie Verlaine – głos nauczycielki wyrwał go z zamyślenia.
– Tak, pani profesor?
– Odpowiedz na pytanie, które zadałam.
Evander czuł, że czerwienieje. Opanowując trzęsienie rąk wziął swoją różdżkę i zaczął przekładać ją między palcami.
Przepraszam, pani profesor. Nie słuchałem.
Ktoś z przodu klasy parsknął śmiechem.
Sugeruję, żeby pan zaczął, Verlaine. Slytherin traci dwa punkty.
Evander zacisnął dłoń na różdżce. Słuchał uważnie, jak McGonagall powtarza pytanie i natychmiast podniósł rękę do góry, znając odpowiedź.
Nauczycielka zignorowała go i Evander zaklął w duchu, zdeterminowany by odzyskać punkty z nawiązką. Nie pozwolił sobie na roztargnienie do końca zajęć i dopiero pod sam koniec udało mu się odpowiedzieć na pytanie dlaczego guzik Daphne był niebieski, a nie brązowy.
– Pan Verlaine – niechętnie udzieliła mu głosu nauczycielka, kiedy okazało się, że nikt inny nie zamierza się zgłosić.
– Przypuszczam, że mogło się to zdarzyć na jednym z dwóch etapów1. Przy transformatio Daphne mogła niedokładnie przekształcić materię i zostawić niebieską chitynę żuka. Przy dispositio mogła po prostu w złej kolejności zespolić materię, a kolor niebieski jest przypadkowy i wynika z niewystarczającej koncentracji w końcowej fazie procesu.
To była dla niego czysta teoria, bo kiedy zabierał się za transmutowanie, robił to intuicyjnie. Wydawało się jednak, że McGonagall jest pod wrażeniem jego wywodu, bo podeszła do niego z wyraźnym zainteresowaniem wypisanym na twarzy.
– A według ciebie który to był etap? – zapytała.
Evander zamrugał zaskoczony. Nie spodziewał się tego pytania. Był pewien, że profesor zadowoli się jego odpowiedzią i po prostu odda mu punkty. Spojrzał na Daphne uważnie. Nie była zbyt zadowolona, że wytyka jej błąd. Oczywiste. Bez względu na to, w co grał Malfoy, żaden czystokrwisty Ślizgon nie chciał być przez niego poprawiany.
– Daphne jest zdolną czarownicą, zwykle dobrze radzi sobie na transmutacji i jest dość pewna siebie – powiedział powoli, uważnie dobierając słowa. – Stawiałbym na to, że bez przeszkód przeszła przez wymagający skupienia etap transformatio, a rozproszyła się dopiero przy dispositio, zapewne zakładając, że pełna koncentracja nie jest jej już potrzebna.
Oderwał wzrok od dziewczyny i skierował na zaskoczoną nauczycielkę. McGonagall odchrząknęła.
– Cóż, panie Verlaine. Rzeczywiście błąd nastąpił przy dispositio. Niemniej pańskie wytłumaczenie nie jest tym, czego bym oczekiwała na mojej lekcji. To nie gabinet psychologiczny tylko klasa do transmutacji.
Przez salę przeszedł szum zduszonych chichotów. Evander już miał ochotę się oburzyć. Przecież odpowiedział!
– Oczywiście, za poprawną odpowiedź otrzymuje pan dziesięć punktów. Dostałby pan więcej, gdyby pańska odpowiedź zawierała jakieś merytoryczne uzasadnienie, zamiast psychoanalizy działań koleżanki. – Spojrzała na niego znacząco. – Na zadanie domowe macie napisać na czym polegał błąd panny Greengrass, używając do tego merytorycznych argumentów. U każdego chcę zobaczyć tekst na przynajmniej pół stopy.
Evander westchnął, ale z sali wychodził zadowolony. Odzyskał punkty.
– Nie musiałeś przy całej klasie sugerować, że jestem roztrzepana – usłyszał za sobą głos Daphne.
Obrócił się powoli. Spokój, nuda, opanowanie. Spokój, nuda, opanowanie – powtarzał sobie w myślach.
– Ale musiałem, jak sądzę, odzyskać w jakiś sposób punkty, które straciliśmy wcześniej – odpowiedział powoli, celowo używając liczby mnogiej. Na tej lekcji nie tylko on je stracił. Nie zamierzał brać na siebie całej winy. – Chyba, że twój wizerunek w klasie jest ważniejszy niż odebranie pucharu Gryfonom? – zawiesił głos w wyrazie powątpiewania.
Daphne zacisnęła usta w cienką linię tak, jak to często robiła McGonagall, kiedy była wkurzona. Nauczycielce pasowało to jednak o wiele bardziej niż Daphne Greengrass. Dziewczyna prychnęła jeszcze i odeszła.
Na jej miejscu pojawił się Draco Malfoy.
– To jak, pójdziesz na eliminacje?
– Nie.
1 Etapy transmutacji wymyślone są przeze mnie (: w oparciu o Wikipedię i słownik wymyśliłam sobie cały proces.
Draco męczył go przez całe zaklęcia, na których znów usiadł blisko niego, a potem jeszcze na lunchu i w drodze na kolejną lekcję. Na szczęście na obronie nie było okazji do rozmów, bo Lockhart cały czas sprawdzał czy wszyscy w napięciu śledzą odgrywaną przez niego scenkę z Wakacji z wiedźmami, w której jedną z wiedźm grała Millicenta Bulstrode.
Evander z ulgą przywitał dzwonek ogłaszający koniec ich dzisiejszych zajęć. Po raz kolejny dziś wymknął się Malfoyowi i zniknął w dormitorium. Pokój był pusty, bo drugi rocznik Ślizgonów poszedł na stadion wziąć udział, albo przynajmniej przyglądać się eliminacjom na szukającego drużyny.
Evander opadł na łóżko, czując się wykończony po całym tygodniu zajęć. To był pierwszy weekend w tym semestrze, a oni już mieli masę zadań domowych, ale zamierzał do nich usiąść dopiero w sobotę. Musiał się zmierzyć z Tomem. Zawarli układ i Evander nie chciał go zrywać wiedząc jak wiele mógłby na nim zyskać.
Sięgnął do stojącego zaraz przy łóżku kufra. Dziennik, jak pozostałe (Evander zatrzymał się na chwilę przy pamiętniku matki, z żalem przyznając, że nie potrafi jeszcze go otworzyć) leżał przykryty stertą pozornie niepotrzebnych rzeczy. Ze zdziwieniem przywitał myśl, że nie może się doczekać spotkania. Tym razem pójdzie mu o wiele lepiej.
Prawda?
– Cześć, Tom – napisał.
Przez chwilę nic się nie działo. Evander potrafił sobie wyobrazić uniesione brwi i drwiący uśmieszek Toma, mówiący "jednak wróciłeś".
– Cześć, Evanderze. Zamierzasz mnie dziś odwiedzić? – pojawiły się litery i po chwili zniknęły.
– Tak – odpisał i dziennik natychmiast wessał go do środka.
Tom miał dokładnie taką minę, jaką sobie wyobrażał.
– Bardzo się nudziłeś beze mnie? – zapytał zanim Tom zdążył coś powiedzieć. Chciał mu dopiec po tym, jak iście gryfońsko (z trudem to przyznał przed samym sobą) wycofał się z ostatniej konwersacji.
Przez twarz Toma przemknął ledwo dostrzegalny cień irytacji. Evander nie mógł powstrzymać wyrazu triumfu. Tom na powrót przyjął maskę obojętności, ale jego oczy zdawały się błyszczeć z zainteresowania.
– Co sprawiło, że postanowiłeś wrócić tu z podkulonym ogonem?
– Dlaczego z podkulonym? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Podszedł do fotela, który zajmował poprzednio i usiadł wygodnie, zupełnie nie przejmując się tym, że Tom, który nadal nie ruszył się z miejsca przy kominku, obok którego stał, kiedy Evander się pojawił, patrzył teraz na niego z góry. Odsunął tylko głowę do tyłu i założył ręce na klatce piersiowej, przyjmując postawę chłodnego wyczekiwania. – Myślałem, że mamy układ? Chyba, że samotność nie dokucza ci aż tak bardzo i zamierzasz spędzić sam ze sobą kolejne pięćdziesiąt lat - powiedział pewnie.
– A może tak bardzo potrzebujesz mojej pomocy, że postanowiłeś zignorować wstyd palący cię od środka na wspomnienie tego jak żałośnie się ostatnio zachowałeś?
Było mu wstyd i odtwarzał w głowie tę sytuację co wieczór, analizując ją i karcąc się za głupie błędy. Faktem było też, że potrzebował pomocy w zaklęciach ochronnych.
– Wstyd mija, wspomnienia bledną, a pomoc rzeczywiście mi się przyda. Korzyści, jakie zamierzam przy tym osiągnąć warte są drobnych poświęceń.
Tom przysłuchiwał się temu z drwiącym półuśmieszkiem na ustach. W końcu ruszył się spod kominka i usiadł w fotelu obok.
– Co przyjdzie ci z nauczenia się zaklęć ochronnych? – zapytał, kiedy cisza zaczęła już Evanderowi ciążyć na tyle, że zaczął kombinować jak ją przerwać.
– Oprócz tego, że zabezpieczę swój dziennik? – Z ulgą przywitał zmianę tematu. – Zrozumiem je i zrozumiem też jak je łamać. Otworzę pamiętnik matki i dowiem się kim był mój ojciec.
Tom nie odrywał od niego wzroku. Cały czas go analizował, Evander był tego pewny. Odwdzięczał się tym samym, wmawiając sobie, że wcale nie peszy go wnikliwe spojrzenie Riddle'a.
– I to właśnie jest cel, dla którego chcesz poświęcić wszystko co trzeba po drodze – stwierdził.
Evander nie patrzył na to w ten sposób, ale mógłby mu przyznać rację.
– Jesteś pewny, że chcesz się tego dowiedzieć?
Przełknął ślinę.
– Tak – powiedział stanowczo, chociaż po zbyt długiej przerwie.
– Jak minął ci dzień? – zapytał Tom, zbijając go z tropu. Evander spojrzał na niego jak na szaleńca. – Myślałem, że mamy układ? – powtórzył jego słowa sprzed chwili. – Dotrzymasz mi towarzystwa, a ja w zamian nauczę cię łamania zaklęć ochronnych.
– Mam opowiadać co robiłem na lekcjach? – zdziwił się.
– Jestem dziennikiem, Evanderze. Możesz mi się zwierzać – powiedział Tom kusząco.
Efekt zniszczył drwiący uśmieszek, błąkający mu się na twarzy. Evander odwzajemnił go, rejestrując absurdalność tej sytuacji i kompletnie ją ignorując.
– Pewien czystokrwisty palant nagle usiłuje się ze mną zaprzyjaźnić – powiedział, patrząc mu w oczy wyzywająco. – Strasznie mnie denerwuje, bo widzę, że nie chce tego robić, jakby ktoś go do tego zmuszał.
Oparł się wygodnie w fotelu i wyciągnął nogi, zmuszając się do przeniesienia wzroku na buchające w kominku szare płomienie.
– A nazywa się?
– Draco Malfoy.
Dłuższa pauza sprawiła, że Evander zerknął na Toma. Ten zdawał się nad czymś głęboko zastanawiać.
– To rzeczywiście dziwne – odezwał się w końcu. – Malfoyowie nienawidzą szlamowatej krwi – powiedział.
Evander obrócił się w fotelu, żeby łatwiej mu było się przyglądać.
– Nie uważasz tego za dziwne – stwierdził głośno zanim mógł to przemyśleć.
– Czyżby? – Emocja, którą Evander wypatrzył na jego twarzy zniknęła gdy tylko to powiedział, pozostając nieuchwytną. – Skąd to przypuszczenie?
– Nie mam pojęcia – przyznał szczerze. – Po prostu to wiem.
– Więc uważasz, że ktoś to na nim wymusił? – zignorował go Tom. – A może Malfoy uznał to po prostu za korzystne i, jak to ująłeś, usiłuje się z tobą zaprzyjaźnić pomimo swojej niechęci do siebie?
– To niemożliwe.
– Nic nie jest niemożliwe – uciął Tom. – Czy to nie ty mówiłeś, że starasz się zmienić?
– Nic takiego nie mówiłem – powiedział ostrożnie Evander.
– Ale starasz się to zrobić. Widzę to po twoim zachowaniu.
Evander pokręcił głową.
– Draco zaczął jeszcze w pociągu. Nie mógł wiedzieć, co zamierzałem zrobić.
– Twoja postawa aż krzyczy: Potrafię się zachowywać jak czystej krwi czarodziej, udowodnię to – powiedział przeciągając sylaby dla zdwojenia efektu.
– Nie sądzę, żeby Draco był na tyle inteligentny, żeby to wychwycić…
Tom pochylił się przez oparcie fotela. Jego twarz znalazła się kilka cali od jego własnej. Evander przełknął ślinę.
– Nie doceniasz instynktu samozachowawczego czystokrwistych czarodziejów, Evanderze – powiedział, a widząc, że wywarł zamierzony efekt odchylił się i wrócił do lekkiego, niemal znudzonego tonu. – Jak wygląda hierarchia w Slytherinie na twoim roku?
Evander, wciąż wstrząśnięty intensywnością poprzednich słów Riddle'a, półgłosem wyjaśnił ranking.
– Malfoy, później Nott i Zabini, goryle Malfoya: Crabbe i Goyle. Wśród dziewczyn prym wiedzie Parkinson, ale nawet ona stoi za osiłkami Draco. Greengrass, Davis i Bulstrode, na końcu ja – mruknął.
– Jak to się stało, że Malfoy ma chłopców na posyłki? Pokonał ich w pojedynku? Jak zdobył szczyt w hierarchii? – z każdym pytaniem Evander zdumiewał się coraz bardziej.
Prawda była prosta i bolesna. Nie zrobił nic. Po prostu wszyscy uznali, że tak jest. Nazwisko Malfoy… Nott mógłby mu się przeciwstawić, ale nie miał charakteru przywódcy. Malfoy też go nie miał, ale był tak nawykły do rozkazywania, że przyszło mu to naturalnie również w Hogwarcie. Evander… Gdyby był prawdziwym Verlainem, też mógłby stanąć w walce o władzę.
Tom obserwował jak analizuje wszystko z nowego punktu widzenia. Czekał, aż dojdzie do odpowiednich wniosków.
– Sugerujesz, że Draco instynktownie wyczuł, że zacznę się liczyć?
– I jak każdy Malfoy zamierza być pierwszym, który wyciągnie rękę i najwięcej na tym skorzysta.
– Nie, nadal brzmi to zbyt absurdalnie. Nie znasz Draco. Inny Malfoy tak, ale nie Draco. To palant.
Tom zachichotał.
– Jak uważasz.
Evander spojrzał na niego podejrzliwie.
– Odpuszczasz? Albo jesteś tak bardzo pewny siebie, albo… – myślał przez chwilę. – Chcesz, żebym myślał, że nie obchodzi cię czy mnie przekonałeś, bo i tak wiesz lepiej. Mam założyć, że masz rację, a potem doszukiwać się potwierdzenia tej tezy w zachowaniu Malfoya. Jednocześnie wiesz coś, o czym nie chcesz mi powiedzieć. Nie, Tom – nie pozwolił mu dojść do słowa. – Jest coś, co przemilczałeś. To znaczy, że chcesz odciągnąć moją uwagę od prawdy. Nie wiem czym nie chcesz się ze mną podzielić, ale nie dam się nabrać na twoje manipulacje – zakończył, ponownie krzyżując ręce na piersi.
Po minie, jaką zrobił Riddle wyczuwał, że tym razem on miał rację.
– Interesujące – powiedział Tom.
Evander uniósł brwi. Spodziewał się zmiany tematu, co nie znaczyło, że mu się ona spodoba.
– Bardzo interesujące – powtórzył chłopak. – I cała ta twoja teza opiera się na założeniu, że w którymś momencie prawdopodobnie coś przemilczałem?
Evander zignorował drwinę.
– Ufam swojej intuicji. Zwykle dobrze na tym wychodzę – powiedział pewnie.
Tom, o dziwo, przytaknął.
– Widzę, że masz pewną naturalną zdolność do… dostrzegania rzeczy przez większość osób niedostrzegalnych – powiedział uśmiechając się złowieszczo. Evander poczuł się jak obiekt badawczy, kiedy Tom pochylił się nad nim i, przekrzywiając lekko głowę przyglądał mu się chłodno. – Nie korzystasz z tego zbyt często, prawda?
Evander zamrugał. Częściowo dlatego, że musiał przerwać kontakt wzrokowy, który zaczynał mu już ciążyć, a częściowo w wyrazie niedowierzania.
– Ja… Skąd niby…
– Skąd wiem? Evanderze – zaczął dość protekcjonalnie, co go tylko poddenerwowało. – Gdybyś korzystał, młody Malfoy biegałby za tobą z wachlarzem i dzbankiem soku dyniowego.
Evander przełknął ślinę. To było niemo…
– Wiem co teraz myślisz – powiedział chłodno. – Nie ma rzeczy niemożliwych.
Przerwał, chociaż wydawało się, że chce powiedzieć coś jeszcze. Evander czekał, aż się zdecyduje. Kiedy Tom to zauważył uśmiechnął się tylko, jakby właśnie udowodnił wyższość swojej tezy.
– No, to sobie pogawędziliśmy – powiedział Evander po chwili przygniatającej ciszy. – Co z zaklęciami ochronnymi?
Tom odwrócił twarz do ognia. Szare cienie błąkały się po jego szarej twarzy.
– Odwiedź mnie jutro. Dziś i tak zbyt dużo czasu tu spędziłeś – powiedział tylko i w następnej chwili Evander leżał już na swoim łóżku.
Zza drzwi dobiegały coraz intensywniejsze głosy. Sekundę później do pokoju wszedł Draco, spocony i ze zmierzwionymi włosami, a Evander pożałował, że nie zasłonił kurtyn, bo mógłby udawać, że śpi.
– W pokoju wspólnym jest impreza – powiedział.
Evander przyglądał mu się uważnie, mając w pamięci dopiero co odbytą rozmowę.
– Nie jestem zainteresowany – powiedział.
– Daj spokój, Evander. Nie daj się prosić.
Wstał, mając w głowie szalony pomysł, i podszedł do blondyna, zatrzymując się w skrajnie niekomfortowej dla obu odległości trzech, może czterech cali.
– Powiedz mi, Draco – zaczął cicho. – Jaki jest prawdziwy powód twojej nagłej próby ocieplenia relacji ze mną?
Draco stracił rezon. Evander zdusił w sobie chęć przedwcześnie okazanego triumfu.
– Nie ma powodu. Znudziło mi się dręczenie cię.
Kłamał. Wzrok uciekał mu co chwilę, jakby nie mógł znieść spojrzenia Evandera. Tylko, że… Draco był tchórzem. Wszyscy to wiedzieli. Jeśli da mu komfort przestrzeni…
Cofnął się o krok.
– Czyżby? – grał dalej.
Draco stanął nieco pewniej, ale mimo odzyskania kontroli nad najbliższym otoczeniem nadal nie potrafił wytrzymać jego wzroku.
– Zrobiło się nudno. – Wzruszył ramionami, próbując rozładować napięcie. – Ślizgoni powinni się trzymać razem. W końcu z jakiegoś powodu tu trafiłeś, co nie?
Próbował liczyć ile razy Draco odwrócił wzrok, ale przy trzecim dał sobie spokój uznając, że nie warto.
– Jakoś ci nie wierzę – powiedział i wyszedł z pokoju.
Równie dobrze mógł wziąć prysznic i iść spać. Zamierzał wstać w sobotę dość wcześnie i uporać się ze wszystkimi zadaniami, żeby mieć więcej czasu na czytanie książek, które zabrał z domu.
– Dostałem się – krzyknął za nim Draco, kiedy zatrzaskiwał drzwi. – Jestem w drużynie!
Długo nie mógł zasnąć, próbując wymyślić jaką korzyść mógł mieć Draco z zaprzyjaźnienia się z nim. Bardzo dokładnie przeanalizował sytuację, w której pierwszy raz tego roku szkolnego się spotkali i nie znalazł momentu pasującego do tezy Riddle'a. Bawił go ten wyścig o to kto ma rację. Kto postawi prawidłową hipotezę. Tom stanowił wyzwanie, jakiego próżno mógł szukać wśród rówieśników.
Obudził się jako pierwszy. Był w doskonałym humorze. Zabrał ze sobą podręcznik z eliksirów, pergamin i pióro i zszedł na śniadanie, nadal analizując wczorajszą rozmowę. Sporą przyjemność sprawiło mu dojście do wniosku, że Tom się mylił. Powodem tej dziwnej satysfakcji mógł być fakt, że Tom nie wyglądał na kogoś, kto myli się często. Nie, Tom nie mylił się wcale. On po prostu skłamał. Ale Evander o tym wiedział. I rozwikła tę zagadkę, choćby po to, żeby utrzeć nosa Tomowi. Bo jeżeli teza Toma nie była prawdziwa, to znaczyło, że Draco rzeczywiście został przez kogoś zmuszony.
Nie mógł to być nikt z uczniów, bo wyraźnie to Draco był inicjatorem w temacie. Pozostali Ślizgoni odzywali się do niego jeszcze mniej chętnie, a przynajmniej nie starali się tej niechęci ukrywać.
Ktoś z zewnątrz. Któryś z nauczycieli? Nie… Nawet Snape próbował na początku ukrócić szykanowanie Evandera, ale dość szybko przestał się mieszać. A nikt nie miał większego autorytetu od Snape'a wśród Ślizgonów.
– Wakacje... – mruknął do siebie Evander, sięgając po kanapkę.
Nalał sobie soku.
– Co takiego stało się w wakacje… – dalej mruczał do siebie, kiedy obok niego na ławę zwaliło się coś ciężkiego.
– Co się stało w wakacje? – zapytał lekko Draco, kładąc przed sobą talerz i pełny dzban soku dyniowego.
Evanderowi przypomniał się komentarz Toma i mimowolnie uśmiechnął się, wbijając wzrok w swój talerz. Moment później był już poważny, ale nie sądził, żeby umknęło to uwadze Draco, który przyglądał mu się, wkładając do ust porcję bekonu.
Malfoy siedział ubrany w zielony strój do gry w Quidditcha.
– Mamy dziś pierwszy trening – powiedział zauważając jego spojrzenie.
– Gratulacje – powiedział chłodno.
Draco potrzebował chwili na przetworzenie tego co usłyszał.
– Dzięki - odpowiedział ostrożnie. – Czy to znaczy, że…
– Nie, Draco – wtrącił. Zostawił niedojedzoną kanapkę, chwycił książkę, którą miał ze sobą i ruszył ku wyjściu z sali. – Nie znaczy.
Malfoy dogonił go dopiero w holu. Dzień był ciepły, a na niebie nie było żadnej chmurki, co można było stwierdzić już w Wielkiej Sali, więc żal byłoby go nie wykorzystać. Niestety, Draco nie miał w planach siedzenia pod drzewem i odrabiania zadań domowych, najwyraźniej nie zamierzał też pozwolić na to Evanderowi.
– Co robisz? – warknął, kiedy Malfoy złapał go pod ramię i nakierował na ścieżkę wiodącą ku boisku.
– Zabieram cię na trening Quidditcha – Draco wzruszył ramionami.
– A co ja, twoja dziewczyna, żeby oglądać jak robisz z siebie durnia na miotle?
Draco obruszył się na te słowa i trochę poczerwieniał.
– Przestań się tak opierać, kiedy oferuję ci swoją przyjaźń, Verlaine – burknął nie zwalniając kroku.
– Nic ci się nie stanie, w końcu to nie pierwszy raz – odparował.
Nikt, nigdy, nie wracał przy Draco do sprawy sprzed roku, kiedy to słynny Harry Potter odmówił zaprzyjaźnienia się z nim. Draco zacisnął pięści, wyraźnie zmełł przekleństwo w ustach i wziął głęboki wdech.
– Czasami mam wrażenie, że jesteś taki sam jak on – syknął.
– To po co tak usilnie próbujesz się ze mną zadawać, co? Ktoś cię zmusza? – Kiedy Draco milczał, zaciskając usta w ten charakterystyczny sposób, który już u niego widział, Evandera oświeciło. – Ojciec ci kazał, prawda?
Draco nie zareagował od razu. Był wściekły. Miał ochotę go uderzyć, Evander wyczuwał to po sposobie w jaki mięśnie chłopaka spięły się, gotowe do zadania ciosu. Nie odsunął się. Wiedział, że Draco się opanuje. Nie ma nic bardziej hańbiącego dla czystokrwistego czarodzieja niż prymitywna, mugolska bójka.
– Tu jesteś, Draco! – usłyszeli głos Flinta dobiegający od strony zamku. – Wzięliśmy twoją miotłę – dodał kapitan Ślizgonów, kiedy się z nimi zrównał.
Obaj odwrócili się do zbliżającej się drużyny. Flint zauważył zdenerwowanie Draco i spojrzał na Evandera badawczo.
– Masz jakiś problem ze szlamą, Draco? – warknął.
Evander triumfująco spojrzał na Malfoya, ale ten nie dał się zbić z tropu tym razem.
– Verlaine jest ze mną – powiedział całkowicie się opanowawszy. – Będzie obserwować trening.
Evander już miał coś powiedzieć, ale zrezygnował widząc twarze członków zespołu czekające na jedno słowo księcia Slytherinu, żeby mu dołożyć.
– Chodź – warknął na niego Draco i odebrał swoją miotłę od Flinta.
Evander, chcąc czy nie, musiał podążyć za nimi.
– Co do cholery! Uszczypnijcie mnie, bo chyba śnię – krzyknął Maisey2.
Spojrzał w kierunku, w którym wzrok miał utkwiony ścigający. Na boisku znajdowała się drużyna Gryfonów.
Evander westchnął, wietrząc tylko więcej cholernie uciążliwych, a zupełnie niepotrzebnych sytuacji, w których nie chciał brać udziału.
– Flint3! – rozległ się głos kapitana czerwonych, kiedy tylko weszli na boisko. – To nasz czas treningu!
Evander wycofał się, nie chcąc mieć z tym nic wspólnego. Obrońca Ślizgonów, który stał najbliżej Evandera wspomniał coś o pozwoleniu od Snape'a i Evander podziękował w duchu Merlinowi za obdarzenie mieszkańców tego domu sprytem.
– Macie nowego szukającego? Kogo?
Draco wyszedł zza pleców swoich nowych kolegów z uśmiechem mówiącym "mam ochotę komuś przyłożyć".
– Komuś chyba jeszcze nie przeszło – mruknął do siebie Evander, śmiejąc się z całej sytuacji. Sądząc po obecności Pottera i jego zbliżającej się świty Draco zaraz sobie ulży.
Flint wspomniał coś o nowych Nimbusach, które na Evanderze nie robiły większego wrażenia, ale najwyraźniej na Gryfonach tak, bo zamilkli. Weasley i Granger dotarli, od razu flankując Pottera. Malfoy rzucił niewybredny komentarz o miotłach Gryfonów.
– Przynajmniej żaden członek drużyny Gryfonów nie musiał się do niej wkupywać. Każdy po prostu miał talent.
Evander parsknął ze śmiechu zanim zdążył się powstrzymać, zwracając tym na siebie uwagę wszystkich obecnych. No co, mieli trochę racji.
– W takim razie szanse zostały sprawiedliwie wyrównane, więc o co to święte oburzenie? – znowu się roześmiał. Gryfoni patrzyli na niego jakby miał nierówno pod sufitem.
– Nikt cię nie pytał o zdanie, ty nędzna szlamo.
Przez moment Evander był pewny, że to było do niego. Opuściła go pewność siebie, którą zdołał zbudować przez ostatni tydzień. A potem zobaczył szok i gniew na twarzach Gryfonów i młodszego Weasleya wyciągającego różdżkę. Został zepchnięty na bok przez Flinta, kiedy rzucili się na nich bliźniacy-pałkarze.
Huknęło i Weasleya odrzuciło na kilka metrów. Evander spojrzał w kierunku Draco, ale ten tylko wzruszył ramionami. Ronald Weasley zaczął pluć ślimakami. Evander zatrząsł się ze wstrzymywanego śmiechu.
– Chyba macie po treningu – rzucił w stronę drużyny Gryffindoru.
Wood rozejrzał się, w mig pojmując kogo brakowało. Potter oddalał się już, do spółki z Granger prowadząc rudzielca w stronę chatki gajowego.
– Dziś na pierwszej stronie: Złoty Chłopiec opuszcza trening, żeby towarzyszyć przyjacielowi podczas rzygania ślimakami – zaintonował nagłówek z gazet. Spojrzał na nich z udawanym współczuciem. – Wy, Gryfoni, jesteście zbyt narwani. I tak to się później kończy – przemówił moralizatorskim tonem i pokiwał głową. Jego oczy kipiały drwiną.
– Nie za dobrze się czujesz w tej roli? – szepnął mu do ucha Draco, kiedy zespół lwów zszedł z boiska.
Evander obrócił się w jego stronę.
– Nie wiem o czym mówisz – odpowiedział uśmiechając się niewinnie i ruszył w stronę trybun.
Usiadł na najwyższym miejscu, czerpiąc przyjemność z bycia na wysokości bez konieczności wsiadania na miotłę. Otworzył podręcznik i wyciągnął pergamin i pióro, ale nie zaczął pisać. Przez chwilę bezmyślnie obserwował jak Draco wsiada na miotłę i podrywa ją w górę.
Draco dobrze latał. Miał wyczucie, panował nad miotłą i nie bał się trudniejszych manewrów. Mimo, że nie widział samych eliminacji Evander miał przeczucie, że Draco wcale nie musiał się do drużyny wkupywać. Choć nie miał też wątpliwości, że to zrobił.
Niestety, chociaż Draco na prawdę był dobry, Potter… Potter był o wiele lepszy. Evander nie interesował się zbytnio Quidditchem, ale miał oczy i rozum. Gryfoni mieli w drużynie same talenty. Cała nadzieja w miotłach Malfoya, stwierdził z żalem.
2 Znów Vaisey. Evander nie interesuje się Quidditchem aż tak...
3 Ta i kilka następnych wypowiedzi w tej scenie pochodzą z książki Harry Potter i Komnata Tajemnic w przekładzie Andrzeja Polkowskiego i są własnością J.K. Rowling.
– Oglądałeś.
Draco stał przed nim z założonymi rękami, zadowolony z siebie.
– Nie – skłamał.
– Widziałem. Jak myślisz, mamy szanse w tym roku?
Evander zastanawiał się czy warto zetrzeć ten uśmieszek z twarzy chłopaka. Po krótkiej analizie za i przeciw uznał, że tak.
– Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Chyba, że Potter spadnie z miotły i wyeliminuje się ze wszystkich rozgrywek. Wtedy macie puchar w kieszeni – przyznał łaskawie.
Draco zacisnął zęby.
– Wcale nie jest taki cudowny – warknął.
Evander zatrzasnął książkę i wstał.
– Przykro mi, Draco, ale jest – powiedział mijając go.
Draco najwyraźniej pękł, bo chwycił go za ramię i odwrócił do siebie. Evander nie pozwolił mu dojść do słowa.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, Draco. Czy to ojciec kazał ci się ze mną przyjaźnić?
Draco wrzał, nie wiedząc jak się zachować. Ani przyznanie się, ani zaprzeczenie nie kończyło się dla niego zwycięstwem. Evander nie zamierzał mu pomagać, po prostu czekał, aż chłopak zdecyduje się na którąś z opcji.
Wyminął go i odszedł. Evander spojrzał za nim z niejasnym przeczuciem, że to jeszcze nie koniec. Pozostał na trybunach, uznając że to całkiem wygodne do odrabiania zadań domowych miejsce.
– Co to za książka?
– W poszukiwaniu kwintesencji. Szósty rok. Potrzebujesz rozdziałów drugiego i piątego.
– Mogę przeczytać je tutaj?
Tom spojrzał na niego z politowaniem.
– Mam całkiem niezłą pamięć, ale wątpię, bym znał treść każdej przeczytanej książki słowo w słowo. Znajdziesz ją w szkolnej bibliotece.
Evander westchnął. Były momenty, w których zapominał, że to tylko wspomnienie.
– Oprócz tego przeczytasz ostatni rozdział Teorii Magii Wafflinga i cały tom siódmy Standardowej księgi zaklęć.
Evander znowu westchnął, tym razem o wiele głośniej, niechętnie odbierając od Riddle'a ciężkie tomiszcza i przeglądając okładki, żeby łatwiej je zapamiętać.
– Wróć, jak to przeczytasz.
Evander spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Jesteś niemożliwy, wiesz?
Tom uśmiechnął się tylko z przekąsem i odesłał go, sprawiając, że uderzył głową o kolumienkę łóżka.
– Cholera – zaklął pod nosem i potarł bolące miejsce.
