Generalnie jestem przeciwna notkom odautorskim, ale pragnę Wam w tym miejscu podziękować, bo każdy komentarz, każdy fav i każdy follow sprawia, że następna część, Afirmacja Krwi, powstaje nawet szybciej, niż się spodziewałam :3
rosein.
03.
Poniedziałki Ślizgoni zaczynali podwójną historią magii. Evander nie mógł nacieszyć się swoim szczęściem. Ponieważ w Slytherinie nie było nikogo, kto z chęcią słuchałby Binnsa i robił notatki, już w zeszłym roku umówili się, że wyznaczą dyżury. W ten sposób Evander miał w tym roku praktycznie prawie całe poniedziałki wolne, za wyjątkiem około trzech w semestrze. Zgodnie z kolejnością alfabetyczną w tym tygodniu dyżur miała Daphne Greengrass, więc zaraz po śniadaniu Evander odwiedził bibliotekę i następne dwie godziny spędził na poszukiwaniach kwintesencji, starając się nie usnąć przy monotonnym wykładzie profesora.
Dowiedział się nieco więcej o piątym elemencie (do tej pory niewiele o tym mówili na zajęciach. Zupełnie nie rozumiał dlaczego, bo to wiele wyjaśniało), a w szóstym rozdziale znalazł uniwersalny przepis na wymyślanie zaklęć. Skończył czytać w połowie drugiej lekcji, więc przez resztę czasu kartkował książkę, zatrzymując się na co ciekawszych tematach.
Po lunchu nie miał już zajęć, więc wrócił do biblioteki. Oddał W poszukiwaniu kwintesencji i ruszył do działu ze szkolnymi podręcznikami. Nie chciał wypożyczać książki. Miranda Goshawk kochała odnośniki i miała ich mnóstwo w Standardowej księdze zaklęć, stopień drugi, odwołujących się do stopnia pierwszego, a nierzadko i do książek dla starszych roczników. Dlatego tę konkretną pozycję postanowił przeczytać w bibliotece.
Siedział tam, otoczony siedmioma księgami, do późnego wieczora, a także całe następne popołudnie, przez co pominął kolację i na lekcję astronomii poszedł głodny. W brzuchu burczało mu tak głośno, że miał ochotę rzucić się z wieży, byle uniknąć rzucanych mu przez kolegów zdegustowanych spojrzeń. Theodor nie omieszkał komentować koncertu, jaki dawał jego brzuch, za każdym razem nawiązując do jakiejś planety czy kosmicznego zjawiska, czym zyskiwał aplauz większości Ślizgonów.
Evander zerkał na Draco, ale ten najwyraźniej się obraził, bo od incydentu na stadionie nie odezwał się do niego ani słowem. Chociaż nadal siadał obok niego na lekcjach i w Wielkiej Sali.
W środę Evander był tak zmęczony, że zrezygnował na dużo przed zamknięciem biblioteki i po prostu poszedł spać. Zadane przez Toma lektury skończył czytać dopiero w czwartek, ale zamiast go odwiedzić musiał napisać esej na zaklęcia, który odkładał przez ostatnie dni. Dlatego z Tomem spotkał się dopiero w piątek.
– Sporo czasu ci to zajęło – skomentował jego pojawienie się Riddle.
– A skąd ty to możesz wiedzieć? – odwarknął Evander, siadając na swoim stałym miejscu.
Zaczął lubić ten fotel. Był w idealnej odległości od kominka i doskonale było z niego widać cały, wprawdzie aktualnie pusty, pokój wspólny. Fotel Toma oczywiście, oprócz tego, że posiadał te same zalety, był nieco okazalszy, mniej zniszczony i wyglądał na wygodniejszy. Evander jeszcze nie próbował w nim usiąść, chociaż planował to w najbliższym czasie zrobić. Tymczasem zadowolił się swoim.
– Miałem rację – oznajmił zanim Tom usiadł obok niego. Zdziwione spojrzenie miało go zachęcić do rozwinięcia tematu. – W sprawie Draco. Ojciec mu kazał. Jeszcze nie wiem co z tym zrobię.
Tom z gracją zajął swoje miejsce i odwrócił w jego stronę z delikatnym uśmiechem. Oczywiście przemilczał tę część wypowiedzi, w której musiałby przyznać Evanderowi słuszność.
– Może powinieneś to wykorzystać. Szansa na skoczenie w hierarchii z ostatniego miejsca na podium nie zdarza się w Slytherinie zbyt często.
Skinął głową. Widział płynące z tego korzyści. Zastanawiał się tylko na jakich zasadach miałoby to działać, skoro uważał Draco za totalnego palanta, z którym nie da się normalnie rozmawiać.
– Przeczytałeś wszystko, co ci kazałem? – zapytał Tom i nie czekając na jego odpowiedź zaczął go przepytywać.
Evander siedział w ostatniej ławce i powoli wodził różdżką po okręgu. poczekał aż eliksir zmieni odcień na jaśniejszy, odłożył różdżkę i zerknął do podręcznika.
Dodać smoczą wątrobę i energicznie mieszać. Snape na tablicy napisał: Wątrobę poszatkować tuż przed wrzuceniem.
Sięgnął po nóż i uważnie poszatkował wątrobę, szybko wrzucając ją do kociołka. Kolejne spojrzenie w podręcznik i znów zaczął mieszać, w myślach złorzecząc na pulsowanie nadgarstka. Przepis na Bahanocyd składał się prawie wyłącznie z samego mieszania.
Przerwał w połowie trzeciego okręgu, kiedy Snape warknął i podszedł do ławki Pottera.
– Jeśli wrzucisz tę muszlę Gryffindor straci pięćdziesiąt punktów, Potter.
Evander podjął przerwaną czynność, ale ukradkiem zerkał w stronę purpurowego z wściekłości Gryfona.
– Chyba, że chcesz nas pozabijać? – powiedział Snape przez zaciśnięte zęby. – Muszli toksyczka się NIE MIAŻDŻY, a już na pewno nie w połączeniu z wydzieliną korniczaka – warknął.
– Jaką wydzie… – Potter zająknął się, ale było już za późno.
Nauczyciel machnął różdżką i eliksir Pottera zniknął.
– Zaczynasz od początku, Potter – syknął. – Gryffindor traci pięć punktów za twoją gapiowatość.
Draco pochylił się w stronę Blaise'a i powiedział coś, na co ten przytaknął mu z nieprzyjemnym uśmieszkiem na twarzy. Evander miał złe przeczucia. Nie chciał dać się rozproszyć i zaczynać jak Potter, od nowa. Ale Draco coś kombinował, w dodatku z Blaise'em. Zacisnął dłoń na różdżce i zabrał ją znad kociołka zanim trysnęły z niej iskry.
Dodał szczyptę esencji cykuty zgodnie z przepisem. Uwagi Snape'a z tablicy mówiły, żeby zamieszać raz zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Evander dawno już przekonał się, że jeśli hogwarcki mistrz eliksirów zmieniał coś w recepturach z podręcznika, to miał ku temu powód, więc zawsze stosował się do wypisanych kredą wskazówek. Nigdy źle na tym nie wyszedł, dlatego teraz wykonał ruch nadgarstkiem i dopiero wtedy zabrał z biurka esencję z szaleju jadowitego.
Zerknął na to co dzieje się w klasie i zamarł.
Potter uwijał się jak w ukropie, próbując nadgonić stracony czas, a Weasley najwyraźniej mu pomagał. Potter jednocześnie pomagał Weasleyowi wtedy, kiedy potrzebna była różdżka (czyli przy mieszaniu, którego było mnóstwo), a Draco wychylał się, żeby…
Wydawało się, że Malfoy tylko zagląda do eliksiru Gryfona, więc Snape nie reagował. Odwrócił się, żeby okrążyć rząd ławek i przyjrzeć się kociołkom uczniów z drugiego końca sali. Evander ze zgrozą obserwował jak wyciągnięta ręka Malfoya, korzystając z nieuwagi Pottera, wrzuca coś do jego eliksiru.
Z kociołka buchnęło, huknęło i cały pokój jakby się zatrząsł. Kilka fiolek ze składnikami pospadało z półek przy ścianach. Po sali rozszedł się okropny smród. Neville Longbottom zemdlał, zrzucając swój kociołek z ławki, a jego eliksir wylał się pod nogi kilkorga Gryfonów. Większość powchodziła na krzesła, próbując się uchronić przed kontaktem z niedokończonym Bahanocydem. Potter wyglądał jak rażony piorunem, Weasley tak samo, chociaż rudy kolor jego włosów i tak przebijał się przez sadzę. Snape sprawiał wrażenie, jakby miał stracić swoje legendarne opanowanie i pozabijać wszystkich, którzy znajdą się na złym końcu jego różdżki.
Potter zaczął się usprawiedliwiać.
Nawet Snape nie mógł być tak zaślepiony nienawiścią do chłopaka, żeby nie uznać za absurdalny pomysłu, że Potter był tym, który to zrobił – celowo czy nie. Nauczyciel najwyraźniej to rozumiał, bo rzucił ostre spojrzenie w stronę Ślizgonów. Draco skulił się pod nim, niejako przyznając się do winy.
Snape pozbywał się dymu, kiedy Evander starał się uratować swój eliksir. Dolał kroplę nalewki z pięciornika kurze ziele i znów zaczął mieszać, obserwując jak Snape powoli opanowuje chaos.
Potter, którego eliksir (znowu) nie istniał, został wysłany do Skrzydła Szpitalnego z Longbottomem. Snape warknął coś o końcu lekcji.
Evander skontrolował swój eliksir. Dobrze było siedzieć z daleka od Pottera, stwierdził, kiedy okazało się, że wybuch nie wpłynął szczególnie na jego wywar. Ostatni raz machnął różdżką nad kociołkiem i przelał zawartość do fiolki. Porównał ją z próbką kontrolną uwarzoną przed zajęciami przez profesora Snape'a i z ulgą postawił na biurku nauczyciela. Spakował się i wyszedł z klasy.
Do dzwonka zostało może pięć minut, więc Ślizgoni powlekli się na dziedziniec, a potem dalej, do szklarni numer trzy.
Draco, zadowolony z siebie, podszedł do Evandera.
– Pięćdziesiąt punktów – powiedział. – Warto było.
Evander spojrzał na niego niedowierzając w to co słyszy.
– Nie sądzę. Na miejscu Pottera zemściłbym się. I to skutecznie.
– Potter nie jest tobą. – Pokręcił głową.
– Dopiero co twierdziłeś, że jesteśmy tacy sami – mruknął rozbawiony.
Draco wzruszył ramionami i przez jakiś czas szli w milczeniu.
– Draco! – krzyknął za nimi Nott. Malfoy już zwalniał, żeby zrównać się z Theodorem, kiedy Evander w mgnieniu oka podjął decyzję.
– Draco – powiedział i Malfoy, przez moment rozdarty, ostatecznie przyspieszył.
– Tak?– ponaglił go wyraźnie zaciekawiony.
Zmagał się sam ze sobą jeszcze przez chwilę. Dotarli do szklarni. Profesor Sprout była już w środku, więc zajęli miejsca. Draco trwał przy nim, nie zważając na podirytowaną Sue Li, z którą zwykle współpracował na zielarstwie.
– Evander?
– Mam propozycję – powiedział. Przeprosił Krukonkę i odciągnął Draco na bok. – Będę spędzać z tobą… z wami trochę czasu, kryjąc cię przed twoim ojcem. Ale nie będziesz próbował wpływać na to co robię, z kim, gdzie i kiedy. Jeśli zechcę być sam, to będę sam. Czy taki układ ci odpowiada? – zapytał rzeczowo.
Wiedział, że Draco się zgodzi. Lucjusz na pewno miał sposoby na to, żeby nawet w Hogwarcie znać najświeższe plotki. No i nie wykluczał, że jednym z jego informatorów mógł być sam Opiekun Slytherinu. Jeżeli Evander z własnej, nieprzymuszonej woli dosiądzie się do Malfoya, Lucjusz będzie o tym wiedział najdalej na drugi dzień.
Nie rozgryzł jeszcze jaki cel miał mężczyzna, nakłaniając syna do zaprzyjaźnienia się z nim, ale czuł że miało to jakiś związek z jego wizytą w Dorchester w dzień przed jego wyjazdem.
Draco skinął głową.
– Myślę, że da się zrobić. Ale masz przebywać z nami na tyle często, żeby nikt nie miał wątpliwości, że należysz do paczki.
Evander powstrzymał westchnięcie. Miał niejasne przeczucie, że nigdy nie będzie należał do paczki.
– Myślę, że da się zrobić.
Na tej lekcji zielarstwa pracowali razem, ignorując wściekłe spojrzenia ze strony Sue Li i Theodora Notta.
Evander przeciągnął się w ławce i rozejrzał po klasie. Wszyscy oprócz Tracy drzemali. Przeklął się za to, że zaspał, ale spędził okropnie nudny wieczór w pokoju wspólnym na słuchaniu szkolnych plotek, a potem Tom przez trzy godziny uczył go różnych zaklęć ochronnych, przy każdym analizując różnice i podobieństwa do poprzednich. Evander powoli zaczynał rozumieć na czym to polegało w teorii, ale przy samym rzucaniu zaklęcia nadal działała u niego intuicja. To mu przypominało lekcje transmutacji. Za nic nie potrafił kontrolować magii, którą wykonywał.
Tom był bezwzględny jako nauczyciel. Po każdej sesji wracał wykończony, psychicznie i fizycznie, i jedyne co był w stanie zrobić, to schować dziennik pod poduszkę i w następnej chwili już spał.
Dlatego kiedy rano obudził się i zorientował, że jest spóźniony, wrzucił do torby Standardową księgę zaklęć i wyciągnął dziennik spod poduszki, umieszczając go w torbie obok podręcznika. Ostatnio wszędzie nosił go ze sobą.
Nadal odrobinę nieprzytomny, mechanicznie podszedł do stołu Ślizgonów i bez swojej zwykłej reakcji (podirytowania) usiadł na zrobionym mu przez Draco miejscu.
Rozmowy przy ich części stołu ucichły.
Evander ledwie to zarejestrował, mając świadomość, że każda sekunda jest cenna i jeśli nie zdąży zjeść śniadania, przez swój burczący brzuch znów stanie się pośmiewiskiem dla całej klasy.
Na szczęście zdążył zjeść i nawet wypił pół kubka soku pomarańczowego, kiedy wszystko zniknęło i z żalem ruszył na trzecie piętro.
Draco próbował usiąść obok niego. Evander zgromił go wzrokiem.
– Chcesz, żeby twoi przyjaciele zeszli na zawał? Usiądź z Nottem, biedak usycha z tęsknoty – zadrwił, sam śmiejąc się ze swojego żartu i zajął miejsce z przodu sali.
Pod latarnią najciemniej, mruknął do siebie i wyciągnął stary notatnik, udając, że przygotowuje się do lekcji. Odczekał, aż wszystkich ogarnie senne otępienie i zaczął pisać.
– Nudzi ci się? – zadał pytanie, doskonale znając odpowiedź.
– Nie powinieneś być teraz na lekcji? – pojawiło się po chwili.
– Nie matkuj mi, Tom. Mam lekcje z DUCHEM. Okropne nudy. Nie wziąłem nic do czytania.
Nic się nie działo, więc Evander znów sięgnął po pióro.
– Pomyślałem, że możesz mi teraz wyłożyć jakąś teorię.
Tom nadal nie odpowiadał. Evander miał ochotę się roześmiać.
– Jeśli nie odpiszesz, to zacznę ci opowiadać o życiu szkolnym dwunastolatków.
– Nawet się nie waż – pojawiło się natychmiast w dzienniku. Evander zakaszlał, żeby zamaskować chichot.
– Daphne Greengras chyba się zakochała w Blaise'ie Zabinim. Cały czas na niego zerka. Ma takie zamglone spojrzenie.
– Skończ.
Evander rozejrzał się po klasie, ale każdy pogrążony był we śnie, albo rozmowie przez liściki. Tylko Tracy z miną skazańca notowała.
– To jak będzie z tą teorią?
Tom znowu milczał. Evander westchnął i pokiwał głową.
– Jakiś pierwszoroczniak lata za Potterem z aparatem fotograficznym.
Był pewny, że Riddle nie chce tego słuchać, a chociaż drażnienie się z Tomem raczej nie należało do najmądrzejszych rzeczy, Evanderowi tak bardzo się nudziło, że desperacko łaknął towarzystwa.
Najwyraźniej Tom również, bo na zniszczonym papierze pojawiły się kolejne słowa.
– Czy to jest ten moment, w którym powinienem zapytać "Co niezwykłego jest w tym Potterze"?
– Tak.
– Więc?
– To nasz Złoty Chłopiec.
– Słucham?
– Powinienem dopisać: Powiedział z drwiącym uśmieszkiem na twarzy. Harry Potter to bohater czarodziejskiego świata, który jako niemowlę pokonał Czarnego Pana.
– Jako niemowlę? Ciężko mi w to uwierzyć.
– Mi też. Ale tak mówią.
– Co takiego niezwykłego jest w tym Potterze?
– Ha! Jednak to napisałeś!
Milczenie przedłużało się, więc Evander w milczeniu ogłosił kapitulację i odpisał.
– W sumie to nic. Ma kupę szczęścia i dobrze lata na miotle, ale to przeciętny dzieciak, w dodatku beznadziejny na eliksirach. Jeżeli na innych lekcjach radzi sobie tak samo, jak u Snape'a, to właściwie jest mniej niż przeciętny…
– Dlaczego go nie lubisz?
Tom miał tendencję do zadawania trudnych pytań. Dlaczego go nie lubił? Nie wiedział czy w ogóle był jakiś powód. Był Ślizgonem, a Ślizgoni z definicji nie lubili Pottera.
– Właściwie to nic osobistego. Ale Potter to klasyczny przykład Gryfona z kompleksem bohatera. A wiesz jak ja "lubię" Gryfonów..
– Niechęć do samego siebie to pierwszy krok do depresji, a w konsekwencji – samobójstwa.
Czy Tom z niego żartował?
– Daruj sobie. Nie jestem Gryfonem.
– Nie jesteś.
Oburzenie zniknęło, ustępując miejsca satysfakcji. Tak! Tom w końcu przyznał, że nie był Gryfonem! Miał ochotę odtańczyć taniec radości na środku klasy. Opanowanie szerokiego uśmiechu, który za nic nie chciał zejść z jego twarzy, trwało wieki. W końcu się uspokoił, znów zaczął logicznie myśleć i zrobił się podejrzliwy.
– Mówiłeś, że nie jesteś miły.
– Mówiłem, że trzymam się faktów, dzieciaku.
No nie! Ten chłopak robił to specjalnie!
Wziął głęboki wdech i wydech. Jak Tomowi udawało się tak żonglować jego emocjami?! Zacisnął zęby. Zamknął dziennik i schował go na dnie torby. Do końca lekcji okropnie się nudził, ale nie wyciągnął go ponownie.
Kiedy Lockhart ogłosił koniec zajęć, Evander jako pierwszy wyszedł z sali.
– Gdzie idziesz? – zawołał za nim Draco.
Evander obejrzał się i przystanął. Musiał ciągle sobie powtarzać, żeby być dla niego milszym. Kiepsko mu to wychodziło.
– Do biblioteki – odpowiedział zbliżającemu się Malfoyowi.
– Znowu? – zapytał z niedowierzaniem – Idę z tobą.
Evander nie był zachwycony.
– Blaise – Draco odwrócił się do kolegi. – Gdyby ktoś nas szukał, będziemy w bibliotece. Eliksiry – wyjaśnił zdziwionemu Zabiniemu.
Evander przewrócił oczami i ruszył nie czekając na blondyna.
– Nie musisz ze mną tam iść. Już i tak wszyscy dawno zauważyli, że spędzamy ze sobą zbyt dużo czasu. Jeszcze trochę i zaczną się plotki.
Draco zachichotał.
– Nie wiem o czym mówisz. Dbam o swoją edukację. Nie mogę pozwolić, by ta szlama Granger we wszystkim mnie przewyższała.
– Kiedy mówisz szlama nadal mam ochotę się wzdrygnąć – powiedział Evander zanim zdążył się ugryźć w język.
Draco zamilkł. W bibliotece każdy z nich poszedł w swoją stronę. Draco najwyraźniej zapomniał już o eliksirach i postanowił wykorzystać okazję. Przyniósł do stolika jedną z pozycji dodatkowych, które często podawał im Flitwick.
– Jeżeli są jakieś przedmioty, na których mogę ją wyprzedzić, to są to zaklęcia i obrona – stwierdził.
Evander spojrzał na niego znad Magii eksperymentalnej Diademy Nuttley.
– Aż tak ci na tym zależy?
– To szla… – przerwał. – Och, daj spokój, Evander. U ciebie chociaż jeden z rodziców był czarodziejem. W rankingu jest daleko pod tobą.
– W rankingu szlam?
Draco wściekł się i zasłonił podręcznikiem. Evander, nie bez satysfakcji, powrócił do własnej lektury. Nie wiedział dlaczego taką przyjemność sprawiało mu przypominanie Draco, że przecież nadal uważa go za szlamę. W jakiś pokrętny sposób dawało to Evanderowi kontrolę nad tą dziwną relacją. Draco czasem wydawał się zapominać, że to tylko układ, który zawarli prawie dwa miesiące temu na lekcji zielarstwa. Co jakiś czas przypominał więc Draco jaka jest prawda i że to od Evandera zależy czy cała ta farsa będzie wiarygodna. Przypominał też samemu sobie, bo ze zdziwieniem zauważył, że zaczął się przyzwyczajać do natrętnego blondyna zabiegającego (na polecenie ojca! Zdecydowanie powinien o tym pamiętać) o jego uwagę.
Na kwadrans przed ósmą Evander zatrzasnął swoją książkę, sprawiając tym samym, że Draco podskoczył w krześle. Kilka osób spojrzało na niego krzywo. Evander wzruszył ramionami.
– Proszę kończyć. Za piętnaście minut zamykam bibliotekę – rozległ się zwielokrotniony głos pani Pince.
Draco zebrał notatki i schował je do torby.
– To było bardzo produktywne popołudnie – stwierdził.
Evander popatrzył na niego podejrzliwie.
– I wcale nie uważasz, że zmarnowałeś pół weekendu? – zapytał z powątpiewaniem.
– Jeżeli dzięki temu utrę nosa Granger, to nie.
Evander roześmiał się pod nosem.
– Ale jeśli już o marnowaniu weekendu mówimy… – zaczął Draco i Evanderowi zrzedła mina, bo przeczuwał co będzie dalej. – Teraz posiedzimy trochę w pokoju wspólnym.
Westchnął cierpiętniczo, dając się zaciągnąć do lochów.
Dziwnie się czuł, siedząc w pokoju wspólnym pełnym Ślizgonów. Jako drugoklasiści mieli jedne z najgorszych krzeseł, chociaż patrząc na sposób, w jaki siedział na jednym z nich Malfoy nigdy nie można by się domyślić, że są choć trochę niewygodne.
Evander co jakiś czas zerkał w stronę swojego ulubionego fotela, w którym siedział na spotkaniach z Tomem. Teraz zajmował go Terence Higgs, a w miejscu Toma siedział Marcus Flint. Evanderowi przez myśl przeszło, że Tom byłby zdegustowany, widząc kto dzierży jego pozycję w Slytherinie. Wyobraził sobie co by było, gdyby nagle się pojawił na środku pokoju i z trudem stłumił uśmiech. Tak, Tom mógłby wywrócić hierarchię do góry nogami za pomocą kilku rzuconych od niechcenia zdań. I… ewentualnie kilku machnięć różdżką.
Chciałby mieć taki posłuch.
Siedzący obok niego Draco szturchnął go lekko w ramię. Evander rzucił mu chłodne spojrzenie i Draco wzdrygnął się, po czym zapytał:
– Wszystko gra? Zawiesiłeś się.
Evander poruszył się niespokojnie, wracając do rzeczywistości. Jego ręka bezwiednie powędrowała do torby, w której ukryty był dziennik.
– Chyba jestem śpiący – powiedział, nawet nie musząc kłamać. – Jutro uczta, wszyscy powinniśmy się wyspać.
Było już po północy i chociaż następnego dnia była sobota, to i tak nie mogli sobie pozwolić na spanie do oporu. Śniadanie trwało do jedenastej, a lunch wypadał na rzecz wielkiej uczty z okazji Święta Duchów.
Poparli go Blaise i Pansy (zła, że zmuszona była to zrobić) i po chwili wszyscy zaczęli się zbierać.
– Żadna szlama nie będzie mi mówić kiedy mam iść do łóżka – warknął Nott sprawiając, że wszyscy zamarli w połowie ruchu.
Kilka osób zerknęło na Draco, zastanawiając się jak zachowa się blondyn. Evander westchnął, stawiając na taktykę: Spokój, nuda, opanowanie.
– Więc zostań, Nott. Nikt cię na smyczy do pokoju nie zaciągnie – powiedział czując, że trochę przegina.
Kątem oka zauważył jak Draco rozluźnia mięśnie w poczuciu ulgi, że nie musi się za nim wstawiać.
Och, nie. Czas był najwyższy, żeby Evander wziął sprawy we własne ręce.
Chyba za dużo czasu spędzał z Tomem.
Obrócił się powoli, udając maksymalnie znudzonego (a przynajmniej mając nadzieję, że tak wygląda) i to był błąd. Zostały mu sekundy na reakcję. Theodor Nott miał już różdżkę w dłoni i mierzył nią w jego kierunku. Założenie, że jeśli będzie się zachowywał jak Tom, to ludzie będą go tak traktować póki co było bardzo, ale to bardzo na wyrost.
Przed pierwszą klątwą musiał uskoczyć. Druga uderzyła w krzesło, za którym się schował, wyciągając z kieszeni własną różdżkę. W pokoju natychmiast nastała cisza, a uczniowie, nie wyłączając starszych roczników, zbili się w kupkę na jednym końcu pokoju, z zainteresowaniem obserwując pojedynek z bezpiecznej pozycji.
W Slytherinie, jeśli walczono między sobą, to tylko o władzę. Evander przełknął ślinę zdając sobie sprawę ile zależy od tego, co teraz się stanie.
– Sam wybrałeś taką formę, Nott – zawołał mając nadzieję na zdekoncentrowanie przeciwnika.
– Słucham? – usłyszał i korzystając z szansy wyszedł zza fotela, stając na wprost Theodora.
– Po prostu nie miej później do nikogo pretensji – mruknął nieco ciszej i wzruszył ramionami.
Nott najwyraźniej jeszcze bardziej się zdenerwował, bo wykrzykując formuły posłał w jego kierunku kolejne dwie klątwy.
Evander powiedział Protego! i machnął różdżką, więc te tylko odbiły się od tarczy. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Evander zwolnił oddech. Nie spuszczał wzroku z Theo.
Masz pewną naturalną zdolność do dostrzegania rzeczy przez większość osób niedostrzegalnych. Czy to był właśnie ten moment, by z niej skorzystać?
Nott napiął mięśnie, mając kolejną klątwę na końcu języka i wtedy Evander zaatakował.
– Flipendo.
Nie krzyknął. Powiedział to tak cicho, że Nott prawdopodobnie nawet nie usłyszał co mówi. Nie rozpoznał ruchu różdżką, a kiedy zobaczył mknące ku niemu niebieskie światło, było już za późno.
Evander bez trudu odsunął się trasy rzuconego przez niego zaklęcia.
Notta odrzuciło o kilka metrów i miał szczęście, bo wpadł na kanapę. Podniósł się i już miał zamiar wrócić do pojedynku, kiedy na środku pojawił się Draco.
– Wystarczy – zarządził, a kiedy Nott nie wyglądał, jakby miał zamiar go posłuchać, Draco kiwnął na Vina i Gregory'ego, i Theodor nie miał innego wyjścia. Musiał odpuścić.
Wśród starszych roczników wybuchł zwyczajowy gwar, kiedy wracali na swoje miejsca. Co chwilę któryś z nich zerkał na Evandera, jakby próbując zapamiętać jego twarz. Po kilku minutach po pojedynku nie został nawet ślad, jeśli nie liczyć nowego, ale jednego z wielu, rozdarcia na fotelu, za którym wcześniej schował się Evander.
Mając pewność, że nikt nie pośle mu zaklęcia prosto w plecy (Crabbe i Goyle nadal przytrzymywali Theodora) Evander pierwszy poszedł do dormitorium.
Odpuścił sobie wizytę u Toma, odkładając ją na jutro. W głowie miał kompletny chaos. Wolał sobie najpierw samemu wszystko poukładać, zanim stanie przed Riddle'em.
Draco wszedł do sypialni jako pierwszy. Rzucił mu krótkie spojrzenie, którego Evander z początku nie rozszyfrował, po czym zrobił miejsce Nottowi.
Malfoy był rozdarty między lojalnością wobec Notta (w końcu to potomek szanowanego czystokrwistego rodu) a udawaniem przyjaźni z Evanderem. W dodatku, Evander teraz już wyczuwał to po sposobie, w jaki ten na niego zerkał, Draco zmagał się z własną naturą, która kazała mu wyprzeć się słabszego i stanąć po stronie silniejszego.
Gdyby nie mętlik w głowie, Evander chyba by się roześmiał.
Wywalczona poprzedniego wieczoru pozycja od razu wpłynęła na codzienne życie Evandera. Rano, kiedy szedł wzdłuż stołu ku części zajmowanej przez drugorocznych, kilkoro Ślizgonów poklepało go po plecach ze słowami "dobry byłeś wczoraj" albo "niezły pojedynek, mały" czy "mistrzowskie zagranie".
Kiedy podszedł, jego koledzy z klasy zamilkli. Zerknął na drugi koniec sali. Severus Snape uważnie ich obserwował, co tylko utwierdziło go w słuszności jego wcześniejszej hipotezy dotyczącej Opiekuna.
– Cześć – powiedział, starając się nie brzmieć na aż tak zestresowanego, jak się w tej chwili czuł.
Draco szturchnął Pansy i dziewczyna bez słowa skargi ustąpiła mu miejsca. Evander czuł się dziwnie. Rozejrzał się po twarzach swoich kolegów i nie mogąc znieść dłużej unoszącego się w powietrzu napięcia, westchnął głośno.
– Umieram z głodu – mruknął i sięgnął po swoją zwykłą kanapkę z dżemem.
Nott siedział najdalej i zaciskał zęby, powstrzymując się od palnięcia zapewne czegoś totalnie głupiego.
Dopiero dźwięk nalewanego do kubka soku wyrwał wszystkich z transu i Draco natychmiast zaczął dyskusję.
– Słyszałem, że Potterowi udało się wyjść z gabinetu Filcha bez szlabanu. I niech mi ktoś spróbuje wmówić, że Złoty Chłopiec nie ma w tej szkole forów!
– Pottera i jego świty oczywiście nie ma.
Evander rozejrzał się po sali. Nie zwracał na niego zbyt wielkiej uwagi (chociaż przy Draco ciężko było Złotego Chłopca ignorować kompletnie), ale musiał przyznać, że jemu też nie rzuciła się w oczy czarna czupryna okalająca charakterystyczne okrągłe okulary.
– Pewnie znów wpakuje się w jakieś kłopoty, jak to Potter. Powinieneś się raczej z tego cieszyć.
– Taaa – mruknął Draco. – Słyszałem, że Bezgłowy Nick zaprosił ich na swoją imprezę. Chyba nawet mu współczuję.
– A Daphne chyba chce, żebyś z nią zatańczył – zmienił temat. – Gapi się w naszą stronę od godziny.
Draco wytrzeszczył na niego oczy, doprowadzając Evandera do śmiechu, przez który prawie zakrztusił się ponczem.
– Nie.
– Tak.
– Błagam, tylko nie to. Jednak zaczynam zazdrościć Potterowi.
– Chcesz się zawinąć? Przed główną atrakcją?
– Chrzanić atrakcje, Verlaine. Nie. Będę. Tańczył.
Evander nie poczuł się w obowiązku go uprzedzić.
– No, chyba że ze mną – powiedziała lekko Daphne i ujęła Malfoya pod rękę. Draco zrobił minę cierpiętnika, ale dobre wychowanie wzięło górę i dał się poprowadzić na parkiet, niechętnie przejmując inicjatywę.
Zachichotał na ten widok. Obok niego pojawił się natomiast Blaise Zabini.
– Założę się, że marzy w tym momencie o tym, by być na twoim miejscu.
Evander skinął głową, teraz już otwarcie się śmiejąc. Jego radość trwała jednak krótko, bo przed nimi pojawiła się Sue, Krukonka, z którą do niedawna pracował na zielarstwie.
– Zatańczysz? – zapytała wprost, rzeczowa jak zawsze.
Evander posłał Zabiniemu wściekłe spojrzenie i wyszedł na parkiet.
– Wykazałbym się sporym nietaktem, gdybym odmówił, czyż nie? – odpowiedział, delikatnie dając do zrozumienia, że gdyby miał wybór to tak, odmówiłby.
– Na szczęście dla mnie, jesteś dobrze wychowanym czarodziejem – odpowiedziała mu Sue, uśmiechając się chytrze.
Kątem oka zobaczył jak Zabini podchodzi do Tracy i wyciąga ku niej rękę, a ta oblewa się rumieńcem.
Dziewczyny w tym wieku są okropne.
Godzinę później zaczynał się już nudzić. Myślami był przy dzienniku i jego interesującym, chociaż jednocześnie strasznie wkurzającym autorze.
– Draco – zawołał czując, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej.
Wszyscy tańczyli, tylko udając jak bardzo tego nie lubią. Podszedł do Malfoya, który trzymał w ramionach (w bezpiecznej odległości) pannę Greengrass i nachylił się, szepcząc mu do ucha, kiedy muzyka akurat przycichła:
– Znikam zanim zanudzę się na śmierć. Postarajcie się mnie nie budzić, po wczorajszym źle spałem – powiedział i mrugnął do niego, oddalając się zanim usłyszał odpowiedź.
Wszedł do pustego pokoju i zwalczył chęć przetestowania fotela Toma. Obiecał sobie, że zrobi to będąc w jego pokoju wspólnym. Skierował kroki prosto do dormitorium, zasunął zasłony i wyciągnął z kieszeni w szacie dziennik Toma.
– Jestem – napisał tak szybko jak potrafił.
– To dobrze, bo chcę ci coś pokazać.
Uniósł brwi w zdumieniu.
– No dobrze, zaciekawiłeś mnie.
– Wchodzisz?
– Tak.
Jakiś czas temu zauważył, że Tom za każdym razem potrzebuje jego zgody, żeby zaprosić go do siebie. Dziennik wciągnął go do środka, tak jak zawsze, ale zamiast pokoju wspólnego, albo pustej klasy, w której ćwiczyli zaklęcia, Evander znalazł się w pustce.
– Tom?
Podniósł ręce do oczu, a przynajmniej tak mu się wydawało, ale nic nie zobaczył ani nie poczuł. Nie wiedział czy jest tak ciemno, że nie widział dłoni, czy w ogóle ich nie miał.
– Spokojnie, Evanderze – usłyszał i nagle świat wokół niego wrócił.
Znajdował się w swoim pokoju, we własnym łóżku. Poczuł chwilową ulgę, zanim nie zorientował się, że coś jednak jest nie tak. Chciał się poruszyć, ale nie potrafił. Panika znów go ogarnęła. Jego własne ciało go nie słuchało. Był daleki od bycia spokojnym.
Tom?
Coś mu mówiło, że to jego sprawka. Nigdy nie zakładał złych intencji dziennika, w końcu dostał go od wuja, a on chyba nie życzył mu śmierci?
Oblałby go zimny pot, gdyby tylko było to możliwe. Nagle zmiana zachowania wuja, a także – cholera! – Lucjusza i za jego sprawą Draco, nabrały nowego znaczenia. Wszyscy życzyli mu śmierci…
– Przestań się nad sobą użalać – usłyszał własny głos.
Tom?
– Pozwolisz, że ci na razie nie odpowiem, Chyba, że zamierzasz utracić swoją niedawno zdobytą reputację?
Skąd wiesz o… Zawsze wiedziałeś? Jesteś legilimentą?
– Jestem, ale to tak nie działa – odpowiedział Riddle. – A teraz uspokój się i nie myśl tyle, bo mnie to dekoncentruje. Zamierzam ci coś pokazać, pamiętasz?
Tom sięgnął po dziennik i schował go w wewnętrznej kieszeni szaty. Evander obserwował wszystko własnymi oczami, nie mając żadnego wpływu na wykonywane przez jego ciało ruchy.
Nic a nic mu się to nie podobało, ale zamilkł, czekając na rozwój sytuacji. Gdzieś w tyle jego głowy tliła się iskierka nadziei, że nie jest to doskonale ukartowany wyrok śmierci.
– Obrzydliwie żałosne – skomentował jego myśli Tom, kiedy przechodził (przechodzili?) przez pusty pokój wspólny.
Wspinaczka po schodach wydawała się trwać wieki. Przez moment Evandera ogarnęła kolejna fala paniki, kiedy zbliżali się do sali wejściowej, a hałas z Wielkiej Sali stawał się coraz głośniejszy. Jeżeli Tom wejdzie między Ślizgonów w jego ciele i zacznie zachowywać się jak.. cóż, jak Tom…
Ostentacyjne westchnięcie zatrzymało jego proces myślowy. Tom minął kilkoro uczniów, którzy znajdowali się w sali wejściowej i ruszył schodami na górę.
Chyba nie zamierzasz… O nie, zamierzasz! Jednak chcesz zniszczyć resztki mojej reputacji!
– Zamknij się wreszcie – mruknął Tom.
Weszli do łazienki dla dziewczyn. Evander czuł jakby mu się kręciło w głowie.
– Witaj Marto. Kopę lat – powiedział Tom do ducha, którego Evander pierwszy raz widział na oczy. – Pięćdziesiąt.
Marta płakała, jęcząc coś niezrozumiałego, ale słysząc jego głos przerwała, wychylając głowę zza drzwi kabiny.
– Nie znam cię – odpowiedziała. – To toaleta dla dziewczyn. Wynoś się.
– Oczywiście, że mnie znasz, Marto. Och, nie w tym ciele.
Odwrócił się od niej i stanął przy umywalkach. Wyciągnął rękę, gładząc jeden z kranów z namaszczeniem, jak dawno nie widziany skarb.
Evander był skołowany. A potem Tom wydał z siebie (z niego…) dziwny syk i duch Marty zapiszczał z przerażenia.
– Ty!
– Ja – odpowiedział Tom, uśmiechając się kpiąco.
– Wyglądasz inaczej.
Evander miał tego dość. Niemożność kontrolowania własnego ciała to więcej niż mógł znieść. Jego umysł szamotał się, próbował przejąć choćby rękę, choćby stopę, ale absolutnie nic się nie działo.
– Przestań się opierać i patrz, dzieciaku.
Umywalka zniknęła, nawet nie zauważył kiedy. W jej miejscu ział sporej wielkości otwór.
Riddle znów coś wysyczał, po czym odsunął się, a Evander zyskał szersze pole widzenia. Duch Marty zniknął.
Co to za syki?
– Wężomowa – wyjaśnił.
Wężo… co? Jesteś… Ty jesteś…
Tom wywrócił oczami, o czym Evander dowiedział się tylko dlatego, że stali przy rzędzie luster.
Dziedzic Slytherina. No przecież! Gauntowie!
– Miło, że pamiętasz – zadrwił. – Miałem nadzieję, że jesteś bardziej inteligentny.
Evander miał ochotę się obrazić, ale w tej samej chwili z dziury po umywalce coś się wynurzyło.
Na brodę Merlina!
Tom wyciągnął rękę i pogłaskał wyłaniającego się z dziury węża. Miał ponad dziesięć metrów i ledwo mieścił się w łazience, wypełniając ją niemal całkowicie.
– Czas się przewietrzyć – powiedział do niego prawie pieszczotliwie.
Następne wydarzenia Evander pamiętał jak przez mgłę. Wyszli przodem, a wąż sunął zaraz za nim. Tom wyraźnie zerkał ku Wielkiej Sali i Evandera zmroziło. Jak miałby udowodnić, że to nie on kierował ogromnym wężem, skoro to z jego ust wydobywały się te syki?
Powiedziałem Draco, że idę spać. Powinienem być w łóżku…
– Uspokój się, nikogo dzisiaj nie zabijemy.
Dzisiaj?
Jego ciało zatrzęsło się od wstrzymywanego śmiechu.
– Oho, oto i nasza pierwsza ofiara.
Evander dostrzegł kotkę woźnego w momencie, w którym Tom syczał coś do swojego węża.
Czy mówiąc nikogo miałeś na myśli tylko ludzi? Obserwował jak kotka spina się i pada jak nieżywa.
– Mówiąc nikogo, miałem na myśli nikogo. Nie jest martwa. – Kolejny syk. – Jest spetryfikowana.
Uniósł różdżkę i zaczął nią pisać na ścianie.
Evander jęknął.
