04.


Obudził go gwar rozmów dochodzący zza kurtyn. Odsunął je, a jego oczom ukazało się zgromadzenie drugorocznych Ślizgonów. Nawet dziewczyny pojawiły się w jego pokoju.

Merlinie, a tak strasznie bolała go głowa.

– Która godzina? – jęknął, bo nie był w stanie wydobyć z siebie nic więcej.

– No, nareszcie się obudziłeś! – Draco praktycznie zrzucił go z łóżka i wytargał na środek pokoju, a potem rzucił w niego poduszką.

Evander rzucił zaklęcie Tempus i zaklął. Była druga w nocy.

– Mówiłem, żeby mnie nie budzić!

– Cicho! – syknął Draco. – I tak już przegapiłeś najlepsze!

– Czyli co takiego? – mruknął niezainteresowany.

– Czyli otwarcie Komnaty Tajemnic – powiedział mrocznym głosem Zabini.

Evander zerknął na niego nerwowo.

– Dzięki za ten podniosły nastrój, Blaise, ale jakby mi ktoś podał szczegóły… – szybko odzyskał panowanie nad sobą.

Draco zabrał głos, opowiadając jak to wychodząc z uczty Krukoni (albo to byli Gryfoni?) odkryli martwą kotkę Filcha i napis na ścianie. Opowieść przejął Blaise, mówiąc, że na miejscu zbrodni była Gryfońska Złota Trójca, więc Draco nie omieszkał stwierdzić, że Granger będzie następna.

– To było głupie, Draco – mruknął Evander z automatu. Jego rozespany mózg w przyspieszonym tempie przetwarzał informacje. – Pani Norris rzeczywiście nie żyje?

– Podobno żyje, ale kto by się nią przejmował? Wszyscy wolelibyśmy, żeby była martwa – odezwała się Pansy.

Evander uśmiechnął się blado.

– I na prawdę nie mogliście mi tego powiedzieć jutro rano? – westchnął, łapiąc się za głowę.

Ślizgoni popatrzeli na niego, jakby oszalał.

– Czy to nie zrobiło na tobie najmniejszego wrażenia, Verlaine? – zapytała Daphne.

– Wierz mi lub nie, zrobiłoby większe jutro rano. Okropnie boli mnie głowa.


Ich pokój nadal był okupowany przez cały drugi rocznik. Malfoy był w łazience, kiedy Evander się przebudził i usłyszał przyciszony głos Theodora.

– A mi się wydaje, że Draco nie bez powodu się odezwał. Pomyślcie, on planował to otwarcie od samego początku. To dlatego zaprzyjaźnił się ze szlamą. Żeby Verlaine nie myślał, że jest w jakiś sposób zagrożony. Przecież mógłby zaatakować Draco we śnie.

Evander roześmiał się głośno. Nott tak go rozbawił, że przez dobrych kilka minut nie potrafił przestać. Nott gromił go wzrokiem.

– Co tu się dzieje? Co cię tak śmieszy? – zapytał Draco wchodząc do pokoju w samych spodenkach i z mokrymi włosami, czym wywołał poruszenie żeńskiej części widowni.

Evander starał się uspokoić, ale wciąż nie mógł złapać oddechu.

– Też myślę, że to możliwe. Ale Draco by się nie przyznał nawet gdyby to był on, prawda Draco? – zaszczebiotała Pansy.

Draco spojrzał na nią nie rozumiejąc o co chodzi.

– Oni myślą, że to ty jesteś dziedzicem, Draco – Evanderowi udało się w końcu wydusić z siebie poprawnie zbudowane zdanie.

Draco również się roześmiał.

– Chciałbym, wierzcie mi. Granger byłaby pierwsza na liście.

– Proszę. Macie dowód. Każdy głupi – (Evander podkreślił słowo głupi, patrząc przy tym na Notta) – by się domyślił, że jeśli za tym stałby Draco, to panna Wiem-To-Wszystko leżałaby w Skrzydle Szpitalnym jako pierwsza.

– A ty się nie boisz? – rzucił w jego stronę Theodor. – Skoro to nie Draco. W końcu jesteś szlamą.

– Powtarzasz mi to od ponad roku, owszem – powiedział spokojnie. – A przecież moja matka pochodzi z rodu starszego niż twój – zadrwił.

– Nie prawda. Nottowie–

– Nottowie są tak zakompleksieni, że stworzyli głupi rejestr tylko po to, żeby utwierdzić siebie i innych w przekonaniu, że są czystej krwi.

– Nazywasz go głupim, bo twojego nazwiska w nim nie ma.

– Nazywam go głupim, bo został stworzony przez głupiego, zakompleksionego człowieka, który doprowadzi do zagłady świat czarodziejów. Tak, Nott – wycelował w niego palcem. – Gdyby nie ten głupi rejestr, czarodzieje czystej krwi nie mieli by kajdan na rękach i nie zawierali małżeństw w tak wąskim gronie, że nie minęło nawet dwieście lat, a została nas garstka. Moja rodzina ma korzenie we Francji, które sięgają dwunastego wieku. Powiedz mi Nott, możesz się poszczycić tym samym?

Powiedział to. Od początku zeszłego roku dusił w sobie te argumenty, a Theodor Nott, z tą jego wyższością irytował go tak bardzo, że udawanie jak mało go to obchodzi przerosło w końcu jego siły.

Wszyscy, łącznie z Nottem, którego totalnie zatkało, milczeli.

– Nie sądzę, żeby dziedzic pozbywał się czarodziei półkrwi. Kiedyś może miało to jakiś sens, ale w naszych czasach? Pod koniec przyszłego stulecia już by nas nie było. Jeśli dziedzic nie jest skończonym idiotą to na pewno zdaje sobie z tego sprawę…

– Nie wiedziałem, że masz taki… wyrobiony pogląd – przyznał z zadumą Blaise.

– Nikt mnie o to wcześniej nie pytał – burknął Evander i podniósł się, zabierając ze sobą swoją poduszkę i odkładając ją na łóżko. – Ktoś idzie do łazienki?

Nikt mu nie odpowiedział, więc Evander zabrał potrzebne rzeczy i wyszedł. Zza drzwi usłyszał jeszcze:

– Ma rację.

– Jasne! Ostatnio ciągle ma rację. Obudźcie się! To szlama!

Zamknął drzwi łazienki nie mając ochoty słuchać dalej. Opinia Notta nie miała w tym momencie najmniejszego znaczenia. Musiał uporać się z faktem, że to on – no, nie całkiem on, ale jednak – otworzył Komnatę, o której teraz będzie mówić cała szkoła.

Westchnął, odkręcając wodę i pozwalając jej spływać po skórze. Nie bardzo wiedział jak się do tego odnieść. Powinien zachowywać się normalnie, ale nie bardzo wiedział co to normalnie znaczyło w jego przypadku. Od początku roku był inny. Kwestią czasu było, aż ktoś to zauważy. Co miał im wtedy powiedzieć?

Uda mu się zachować prawdę w tajemnicy, jeżeli w którymś momencie padną na niego podejrzenia?

A co najważniejsze… Czy będą kolejne ataki? Zależało to właściwie tylko od niego. Od tego czy pozwoli na to Tomowi.

Musiał z nim porozmawiać. Wejście do dziennika nie wchodziło w grę. Bał się, że znów straci nad sobą kontrolę, a Tom w biały dzień wymorduje pół szkoły. Nagle zdał sobie sprawę, że chłopak mógłby to zrobić. W jego oczach było coś co mówiło, że już zabił.

Pukanie w drzwi łazienki wyrwało go z zamyślenia. Pośpiesznie dokończył prysznic i ubrał się, gotowy by zejść na śniadanie.

W korytarzu minął się z Vincentem i zobaczył jak Zabini znika w ścianie, wychodząc z pokoju wspólnego. Nie spieszył się, ale i tak zrównał się z nimi w połowie drogi. Pogrążony we własnych myślach nawet nie zauważył, że kiedy weszli do Wielkiej Sali nastała dziwna, nienaturalna cisza.

– Potter – wycedził Malfoy, pierwszy zauważając idącego tuż przed nimi Gryfona.

– Coś jest nie tak – mruknął, zastanawiając się co.

Usiedli przy stole i natychmiast dotarły do nich szepty z sąsiednich stołów.

– Chyba się poskładam ze śmiechu – warknął Draco, wcale nie wyglądając na rozbawionego. – Potter dziedzicem?! Jaki debil na to wpadł? Chciałbym mu pogratulować, bo właśnie zdobył tytuł idioty roku.

– To ma swoje plusy – powiedział Evander, zwracając na siebie uwagę.

– Niby jakie?

– To on był na miejscu jak znaleźliście kotkę, tak? – udał, że nie pamięta. Kiedy uzyskał potwierdzenie rzucone przez Pansy, kontynuował. – Znów jest w centrum zainteresowania. Przecież on tego nienawidzi.

Draco spojrzał na niego dziwnie.

– Skąd ten pomysł?

– Zobacz jaki jest spięty. Jakby miał ochotę zapaść się pod ziemię. Na twoim miejscu, Draco, próbowałbym to wykorzystać.

Draco nie bardzo podobał się ten pomysł.

– Zaufaj mi – powiedział. Draco skrzywił się, a Evander uśmiechnął zdając sobie sprawę z absurdu tego stwierdzenia, ale kontynuował. – Wykorzystaj to w trakcie meczu. Zmęcz go docinkami, podirytuj tak, że nie będzie myślał o niczym innym prócz znalezienia się jak najdalej od ciebie. Będzie rozkojarzony i spięty. Jeśli zauważy znicz… – nagle wpadł na pomysł. – Gdyby udało się nam dotrzeć do Jordana… Przekonać go, żeby krzyknął przez megafon "dziedzic Slytherina zauważył znicza". To go rozproszy, zawaha się i wtedy go wyprzedzisz.

Draco wsłuchiwał się z błyszczącymi z podekscytowania oczami, ale Zabini natychmiast zbił go z tropu.

– Genialny plan, Verlaine. Tylko jak zamierzasz przekonać Jordana, żeby to powiedział?

Draco oklapł.

– Powiedzmy, że mamy trochę czasu na znalezienie i nauczenie się prostego zaklęcia sugestii. Nikt nie każe nam rzucać Imperiusa. To może być słabe, nieszkodliwe zaklęcie. To Jordan, z chęcią powie coś takiego, jeśli nie będzie wiedział, że wymyślił to Ślizgon.

Blaise analizował plan.

– Musimy odwiedzić bibliotekę – mruknęła Tracey z niezadowoleniem.

– Nie wszyscy na raz – od razu skontrował Zabini. – Tylko przyciągniemy uwagę.

Evander skinął głową.

Theodor Nott wstał gwałtownie, robiąc przy tym sporo hałasu. Bez słowa zabrał swoje rzeczy i wyszedł pospiesznie.

– Nott nie potrafi się pogodzić, że z tobą rozmawiamy – powiedziała Pansy, wyręczając w tym niewdzięcznym zadaniu całą resztę.

– Będzie musiał przełknąć dumę – powiedział Evander, a jego drwiący uśmieszek zdziwił część z nich.


Plotki o Potterze rozszerzały się z prędkością światła, sprawiając że Gryfon przygasał. Mogło mieć na to wpływ również zmęczenie. Z tego co opowiadał mu Draco, Gryfoni trenowali codziennie, bez względu na pogodę. Evander sugerował Ślizgonom to samo, ale najwyraźniej Flint miał gdzieś wskazówki drugoroczniaka. Draco wykorzystał to i wyciągał go czasem na błonia w cieplejsze popołudnia, ćwicząc manewry, podczas gdy Evander czytał swoje księgi o łamaniu zaklęć.

Nott cały czas próbował mu ubliżać, coraz chociaż bardziej przypominało to ostatnie zrywy konającego. Evander zwykle nie odpowiadał mu choćby słowem. Nie uważał swojej nowo zdobytej pozycji wśród Ślizgonów za zbyt pewną, więc nie zamierzał jej nadużywać. Chociaż od czasu do czasu pozwalał sobie na krótki, treściwy komentarz, który zwykle ucinał dyskusję. Spokój, nuda, opanowanie, powtarzał sobie.

Otwierania dziennika unikał jak ognia przez kolejnych kilkanaście dni. Postanowił porozmawiać z Tomem, ale cały czas odkładał to na później. Mimo to zawsze nosił go przy sobie, po kilka razy na dzień sięgając do niego i w ostatniej chwili rezygnując.

Raz podjął próbę, siedząc na lekcji historii magii.

– Musimy porozmawiać – napisał.

Tom nie odpowiadał przez moment i Evander zastanawiał się co zamierzał osiągnąć swoim milczeniem. Bo jeżeli chciał kolejnego otwarcia komnaty, to raczej nie w taki sposób.

W końcu litery zaczęły się pojawiać.

Nie jesteś sam.

Evander przełknął ślinę, w momencie stając się nerwowy.

– Skąd wiesz?

Słyszę szum. Brzmi jak nudna lekcja z duchem. – Oba zdania zdążyły już zniknąć, kiedy pojawiło się nowe. – Nie będziemy teraz rozmawiać.

– Więc nie porozmawiamy prędko. Mój awans społeczny sprawił, że mam strasznie mało czasu dla siebie.

Nie interesuje mnie ile go poświęcasz na siebie. Dla mnie znajdziesz czas.

– Co za egoista!

Zamknął zeszyt, nie zwracając uwagi na pojawiającą się odpowiedź.


Zbliżający się dzień meczu z Gryfonami sprawiał, że w całym pokoju wspólnym panowała napięta atmosfera. Evander, Draco i Blaise, jak co dzień ostatnio, wymknęli się do pustej klasy w korytarzu na przeciwko sali, w której odbywały się eliksiry.

Consilio! – krzyknął Blaise i Draco zrobił dwa kroki, kucnął, wstał i podskoczył.

– Blaise, za dobrze się przy tym bawisz – warknął, kiedy zaklęcie przestało działać.

– Nie marudź, Draco. Dobrze wiesz, że tylko na nas możesz liczyć – odparł Zabini i kiwnął na Evandera. – Twoja kolej.

Evander pokręcił głową.

– To nie ma większego sensu. Po pierwsze, Blaise, nie możesz tak krzyczeć. McGonagall wypruje nam flaki za to zaklęcie. I to zanim zdążymy choćby mrugnąć.

Zabini zgarbił się ledwie zauważalnie. Draco też się zamyślił. Najwyraźniej miał pewien pomysł.

– Musicie zacząć ćwiczyć na kimś, kto się tego nie spodziewa – zaproponował. – Cicho, prawie szeptem.

– I tak, żeby nikt się nie zorientował. Nie możemy ryzykować, że to się rozniesie – dodał Zabini.

– Niech mówią coś, co normalnie też by powiedzieli – zakończył Evander. Wyszli z sali, zmierzając do Wielkiej Sali na kolację. – Draco, jak tam Daphne po Święcie Duchów?

Draco zarumienił się lekko. Wciągnął powietrze, wypuścił, ale i tak wybuchnął.

– No wiesz? Mówiłem, że nienawidzę tańczyć. Daphne nie jest wyjątkiem. Chyba się z nią umówię.

Oczy blondyna rozszerzyły się w zrozumieniu, które spłynęło na niego w chwili, w której jego wzrok padł na skierowaną ku niemu, wystającą zza biodra różdżkę Evandera.

– Ty! Kiedy? Jak?

Blaise zatrzymał się, spoglądając to na jednego to na drugiego.

– Nic nie słyszałem – powiedział.

– Bo jest głośno. Bo Draco był głośny. Na stadionie będzie jeszcze głośniej. Myślę, że jednak jesteśmy gotowi – powiedział Evander i uśmiechnął się przebiegle, po czym ruszył przodem ku swojemu miejscu przy stole Ślizgonów.

– Nie zamierzam się z nią umawiać! – zawołał za nim Draco, nie zważając, że zwraca na siebie uwagę.

– To tylko dowodzi jak podatny jesteś na proste zaklęcia – odpowiedział mu Evander, uśmiechając się jeszcze szerzej.

Mina zrzedła mu dopiero kiedy usiadł przy stole.

– Nie wyjdzie wam ten wasz mały spisek.

Evander przewrócił oczami, ale nie skomentował słów Theodora Notta.


– Chyba się stresuję – szepnął do niego Draco, kiedy szli na stadion. Malfoy zmusił go, żeby poszedł z nim wcześniej.

– Mam cię zająć czymś innym?

– W żadnym wypadku! – ryknął na nich Marcus, odwracając się. – Pełne skupienie, Draco!

– Może zasugerować mu, żeby podrapał się po dupie przed uściśnięciem ręki Wooda? – szepnął Evander. To powinno go rozluźnić.

Draco parsknął śmiechem, na co Flint zareagował kolejnymi krzykami.

– Wynocha, Verlaine. Po co tu w ogóle przylazłeś? Nie jesteś w drużynie, nie powinno cię tu być!

– Mentalne wsparcie – mruknął.

– Co?

– Jestem mentalnym wsparciem dla Draco. Jeśli nie chcesz, żeby się załamał psychicznie tuż przed meczem, to lepiej zostaw mnie w spokoju – powiedział leniwym głosem.

– Bezczelny smarkacz.

– Zdecydowanie jestem za sugestią, o której wspomniałeś wcześniej – powiedział Draco.

Kiedy dotarli do szatni, był jeszcze bledszy. Evander miał złe przeczucia.

– Co jest, Malfoy. Strach cię obleciał? – rzucił pół żartem pół serio. Draco zbladł jeszcze bardziej. – Draco – rzucił ostrzegawczo. Chłopakowi nadal się pogarszało. Sądząc po rosnącym gwarze trybuny zaczęły się wypełniać.

– Draco, do cholery! Obudź się!

Wymierzył mu policzek i dopiero to poskutkowało. Higgs szturchnął Flinta i po chwili cała drużyna obserwowała, jak Draco zaciska pięści z wściekłości.

– Jak śmiesz, Verlaine, ty nędzna szlamo!

Evander, z premedytacją, patrząc mu prosto w twarz, uderzył go po raz drugi.

Terrence cudem złapał rzucającego się na niego Malfoya. Evander, czując że spełnił swoje zadanie jako "mentalne wsparcie", obrócił się i odszedł, zostawiając Draco w prawdziwie bojowym nastroju. Chciał zająć jak najlepsze miejsce w pobliżu Jordana Lee.

Z trybun obserwował jak Draco rzuca się jeszcze, jak mówi coś do Pottera, co wyraźnie rozdrażnia Gryfona. Teraz musiał tylko czekać na odpowiedni moment.

Ledwo wystartowali (Evander powstrzymał się od wysłania sugestii Flintowi, siedział zbyt blisko loży nauczycielskiej), a natychmiast zorientował się, że jedną z piłek ktoś manipuluje. Oglądał jak Weasleyowie odbijają tłuczka w stronę Puceya. Chłopak nie miał szans, piłka leciała z zawrotną prędkością prosto na jego głowę, po czym wyhamowała i zawróciła.

Ktoś atakował Pottera. Blaise szturchnął go w bok.

– To nie ja, przysięgam! – przekrzyczał tłum w odpowiedzi na jego oskarżycielskie spojrzenie.

Potter wydziwiał na miotle niestworzone rzeczy. To albo ułatwiało całą sprawę, albo kompletnie ją komplikowało.

– Rezygnujemy – krzyknął do Blaise'a. – Nawet nie usłyszy, że Lee coś powiedział.

Blaise kiwnął głową na zgodę.

– Cała nadzieja, że Draco to wykorzysta.

Evander spojrzał na Ślizgońskiego szukającego. Coś mu mówiło, że nie wykorzysta.

Draco zamiast szukać znicza obserwował piruety Pottera, naśmiewając się z niego. Evander zerwał się z miejsca. Blaise dogonił go dopiero po chwili.

– Myślisz, że boisko jest chronione przed zaklęciami?

Zabini z żalem skinął głową.

– Prawie na pewno.

– Czemu ten idiota nie potrafi się skupić, kiedy Potter jest w pobliżu – warknął obserwując Draco.

– Zadaję sobie to pytanie od początku zeszłego roku…

Evander odwrócił się tyłem do boiska w momencie, w którym tańce Pottera przestały być skuteczne.

– Ale oberwał. Może jest jeszcze jakaś szansa…

– Co robi Draco?

– Nabija się – westchnął Blaise.

– Nie sądzę, by była choćby najmniejsza – powiedział i zostawił Blaise'a samego.

Był zły na Draco. Nie bardzo wiedział o co, ale był wściekły. Wchodził do zamku, kiedy z trybun rozległ się ryk. Najwyraźniej złapano znicza. Szybko skierował się do lochów, nie mając najmniejszej ochoty na dowiedzenie się kto wygrał.

To był idealny moment na rozmowę z Tomem, chociaż nie chciałby być przy tym taki wściekły. Za chwilę wpadną tu Malfoy i Nott, więc jeśli zrobi się niebezpiecznie, po prostu się wycofa.

– Tom – napisał.

Tak?

– Wyjaśnij mi o co tak na prawdę ci chodzi.

Wolałbym to zrobić twarzą w twarz – pojawiło się po dłuższej chwili.

– To raczej nie będzie możliwe. Niezbyt ci ufam w tym momencie.

Wcale ci się nie dziwię.

– Więc wybacz, że mam gdzieś co byś wolał i chcę, żebyś wyjaśnił mi jaki masz cel w otwieraniu Komnaty Tajemnic.

Jesteś wytrącony z równowagi.

– Czy to ma być kolejna wymówka, żeby uniknąć tej rozmowy?

Sugestia, żebyś spuścił z tonu. Boisz się stanąć ze mną twarzą w twarz, trudno. Nie muszę wysłuchiwać twoich żalów i, wierz mi lub nie, nie będę.

Tak długo zwlekał z tą rozmową, że nie mógł odpuścić, nie tym razem. Chciał porozmawiać z Tomem. Świadomość jakie niebezpieczeństwo to niosło ze sobą nie przeszkadzała mu pragnąć znaleźć się w wyblakłym pokoju i znów rozmawiać z tym pozornie tylko obojętnym chłopakiem. Pogładził stronicę dziennika, mając nadzieję, że jeszcze będzie miał szansę to zrobić. Tom go fascynował, wabił, intrygował. To nie powinno tak wyglądać, prawda?

– Jaki jest twój cel? – zapytał rzeczowo.

Harry Potter.

Evander zamrugał, zaskoczony. Nie spodziewał się równie krótkiej i konkretnej odpowiedzi. A już na pewno nie spodziewał się, że jak zwykle będzie chodziło o Pottera.

– Dlaczego on?

Bo zrobił coś, czego nie mogę mu puścić płazem. Dobrze się zastanów, masz ostatnie pytanie.

Evander zacisnął zęby. Chciał dowiedzieć się więcej o planach Riddle'a. Ale wiedział o co powinien zapytać. Ignorując przyciąganie dziennika, przygryzł końcówkę pióra, układając w głowie pytanie tak, żeby było możliwie jak najbardziej konkretne.

– Czy mój udział w twoich planach skutkuje moją śmiercią, uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym lub fizycznym lub utratą posiadanego aktualnie wizerunku w społeczeństwie?

Wydawało mu się, że nie da się bardziej sprecyzować tego pytania, więc odczuł ulgę, kiedy pojawiła się odpowiedź.

Nie.

– Wchodzę.

Sypialnia rozpłynęła się w powietrzu, przekształcając w szary pokój wspólny. Tom siedział w swoim fotelu, tak samo obojętny jak zawsze. Evander rozejrzał się podejrzliwie, ale nic się nie zmieniło. Ogień trzaskał w kominku jak zwykle, nie dając ciepła. Evander nie czuł zimna, ale i tak się wzdrygnął.

– Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał. Był już spokojniejszy, myślał jaśniej, logiczniej. Obserwował Toma, czekając na każdy gest, który mógłby zdradzić jego zamiary.

– Chciałbym, żebyś ze mną współpracował – odpowiedział spokojnie Riddle.

– Ale jeśli tego nie zrobię, to i tak wymusisz na mnie tę współpracę, prawda?

– Nie zwykłem rezygnować z tak błahych powodów – odpowiedział, płynnym ruchem podnosząc się z krzesła i z powietrza wyczarowując sobie kieliszek z winem.

Evander wpatrywał się w niego jak urzeczony, ledwie rejestrując absurdalność tego stwierdzenia.

Tom stanął w pół kroku. Wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Skinął głową sam do siebie i przemierzył dzielącą ich odległość. Evander poczuł się przyparty do muru przez silną osobowość Toma, kiedy ten pochylał się nad nim, zdecydowanie wykorzystując dzielącą ich różnicę wzrostu.

– Masz dwie opcje, Evanderze. Możemy kontynuować nasze nic nie znaczące spotkania, które czasami będą się kończyć moim rozprostowaniem twoich kości na krótkim spacerku i gdzieś w ciągu tego roku, wynajdziemy okazję, szczęśliwie wypełnimy misję i zabijemy młodego Pottera. Albo – zawiesił głos, dodając swojej wypowiedzi dramatyzmu. – Przejmę twoje ciało na dobre i bez cackania po prostu pójdę po Pottera i zabiję go choćby na oczach wszystkich na środku Wielkiej Sali.

Chyba przestał oddychać, bo Tom uśmiechnął się drwiąco i odsunął na krok, dając mu więcej przestrzeni. Evander poczuł ulgę i wstyd jednocześnie.

– Jak widzisz – kontynuował Tom. – Oba scenariusze kończą się nieuniknionym. Chyba nie muszę ci mówić co powinieneś wybrać? – zakończył fałszywie przesłodzonym głosem.

W głowie mu się kręciło, kiedy próbował to poskładać w jedną całość. Umykał mu jeden z elementów układanki, nie pozwalając na podjęcie decyzji.

– Dlaczego pozwalasz mi zdecydować?

Czy to było to?

– To złudny wybór, Evanderze. Nikt dobrowolnie nie wybrałby opętania.

– A trzecia opcja? Wyrzucę dziennik zaraz po naszym spotkaniu.

Tom uśmiechał się w sposób, który mówił Evanderowi, że nie chciałby spróbować. Przełknął ślinę. Rzeczywiście nie miał wyboru. Przynajmniej na razie.

– Zgoda. Ale chcę wiedzieć dlaczego Potter. Jeszcze niedawno zdawałeś się nic o nim nie wiedzieć.

– Kłamałem – stwierdził lekko.

Evander zamknął oczy, nie mogąc znieść tego co właśnie działo się z jego udziałem. Kiedy je otworzył, patrzył prosto w stalowoszare tęczówki Toma. Jego serce zatrzymało się na sekundę.

– Gdzie jest teraz Potter? – padło z jego ust.

Evander zobaczył pod powiekami jak Potter dostaje tłuczkiem raz, potem drugi.

– W Skrzydle Szpitalnym?

– Idziemy.

Nastała zupełna ciemność.

Znów widział świat własnymi oczami. Wyślizgnął się z dormitorium, z ulgą stwierdzając, że Draco i Theodor już śpią. Slytherin najwyraźniej przegrał, bo inaczej impreza trwałaby do rana. Przemknął przez pokój wspólny i ruszył schodami na górę.

Tym razem Marty nie było w łazience. Tom nie zwlekał z otwarciem Komnaty i długo syczał do bazyliszka, zanim go wypuścił.

Co mu powiedziałeś?

Bazyliszek wypełzł z łazienki i zasyczał wściekle.

– Później – wymijająca odpowiedź tylko go podjudziła.

Myślałem, że mamy współpracować.

Tom ostrożnie wyjrzał z łazienki i zaklął pod nosem. Evander zobaczył jak kilkanaście kroków od nich, na szczycie schodów prowadzących na parter, leżał chłopak. Nie ruszał się, ściskając przy twarzy aparat fotograficzny. Natychmiast rozpoznał w nim pierwszoroczniaka, który ostatnio ciągle biegał za Potterem.

Cholera.

Z jego ust wydobyły się kolejne niezrozumiałe dla niego słowa i bazyliszek zawrócił. Tom nie czekał, aż wąż zniknie w łazience dla dziewczyn. Minął leżącego nieruchomo dzieciaka i zszedł po schodach, przechodząc przez salę wejściową i idąc dalej w dół, do lochów.

A wejście?

– Samo się zamknie, kiedy bazyliszek przejdzie – szepnął.

Wszystko trwało kilka, może kilkanaście minut. Tom nie wszedł do sypialni, tylko do przylegającej do dormitorium toalety i rzucił skomplikowane zaklęcia wyciszające.

– Kiedy cię opuszczę, na kilkanaście minut stracisz przytomność, tak jak ostatnio. Zanim to zrobię, chcę żebyś mnie wysłuchał, Evanderze Verlaine – powiedział spokojnie.

Evandera stać było tylko na krótkie: Och...

– Przez kilka najbliższych dni będziesz się przyglądał Potterowi. Którędy chodzi, co robi, z kim spędza czas. Staniesz się jego cieniem. Ale też nikt ma cię nie podejrzewać. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, masz wiedzieć o nim wszystko. Ten bachor ma niewyczerpane zapasy szczęścia i bez dobrego planu najwyraźniej się go nie pozbędę. Będziesz mi wszystko relacjonował na bieżąco, wpisami do dziennika. Oczekuję twojego pełnego zaangażowania.

Evander kiwnął głową, by po chwili zorientować się, że nie ma nad nią władzy.

Zrobię co trzeba. Erm… Tom. Czy ten Gryfon, czy on zginął?

– Evander.

Tom spojrzał w lustro. Evander ujrzał w nim swoją twarz, ale ledwo potrafił ją rozpoznać. Chłodne oblicze z morderczo wbitym w taflę wzrokiem, napięta sylwetka, jakby gotowa w każdej chwili odeprzeć atak. Wyglądał… niebezpiecznie.

– Postaraj się nie spanikować, dzieciaku.

Reszty nie pamiętał. Domyślał się tylko, że po wyjściu z łazienki Tom zaprowadził jego ciało prosto do łóżka.