05.


Obudził się z potężnym bólem głowy. W pokoju panowała dzwoniąca w uszach cisza. Trochę trwało, zanim przypomniał sobie wydarzenia z poprzedniego wieczoru, a gdy wszystko poukładało się w jedną całość, oblał się potem. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Tom nie zasunął kurtyn, kiedy kładł się do łóżka, kierując jego ciałem. Theodor miał kołdrę naciągniętą pod samą szyję i lekko pochrapywał, a Draco miał zaciągnięte zasłony, co oznaczało, że też jeszcze śpi. Odetchnął z ulgą na myśl, że ma trochę czasu na przeanalizowanie minionych zdarzeń.

Najbardziej go nurtowało jakim trafem znalazł się tam ten pierwszoroczniak i… czy przeżył. Jeżeli plotki na jego temat były prawdziwe, pochodził z rodziny mugoli. Nikt nigdy się nie domyśli, że był przypadkową ofiarą, kimś kto znalazł się w złym miejscu, w złym czasie. Co pierwszoroczniak mógł robić w środku nocy poza dormitorium Gryffindoru?

Gdyby nie on, Potter prawdopodobnie by już nie żył. Nie chciał myśleć jak by to się skończyło dla niego. Nie był gotowy na konsekwencje związane ze śmiercią Wybrańca. Instynkt podpowiadał mu, żeby się jakoś zabezpieczyć, otworzyć tylną furtkę, zagwarantować sobie alibi.

Wyciągnął spod poduszki dziennik Toma Riddle'a i schował go w wewnętrznej kieszeni szaty. Będzie to musiał przemyśleć później. Przez świetliki w suficie zobaczył jak znajdujące się nad nimi masy wody jaśniały od pierwszych promieni słonecznych. Theodor Nott przewrócił się na drugi bok, mamrocząc przez sen.

Evander nie czekał aż jego współlokatorzy wstaną z łóżek. Wziął szybki prysznic i usiadł w pokoju wspólnym, bez zastanowienia zajmując swój ulubiony fotel. Wziął ze sobą torbę z podręcznikami, postanawiając, że zacznie od napisania kilku esejów. Skupienie się na zaklęciach przychodziło mu jednak z ogromnym trudem. Jego myśli wciąż wracały do poprzedniego wieczora i bał się.

W końcu odsunął od siebie pergamin i pióro i zaczął bawić zeszytem z tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku. Obracał go w dłoniach niemal bezmyślnie, kiedy wpadł na ten pomysł. Zamarł w połowie kartkowania dziennika, kiedy w pomieszczeniu pojawił się jeden z piątoklasistów, którego Evander ledwo kojarzył z głośnego narzekania na zbliżające się SUM-y.

– Na twoim miejscu zabrałbym tyłek z tego krzesła zanim pojawi się tu Higgs, dzieciaku.

Evander westchnął ciężko. Starszy chłopak miał rację. Dość miał problemów, nie potrzebował jeszcze ciskającego za nim zaklęciami siódmorocznego przyjaciela bossa Slytherinu. Bez słowa zebrał swoje rzeczy ze stolika, odniósł torbę do sypialni i, nie zważając na budzącego się Draco, wyszedł w towarzystwie odgłosów bulgotania wydobywających się z jego własnego żołądka. Był okropnie głodny.

Draco pojawił się jakiś kwadrans później, kiedy Wielka Sala powoli wypełniała się uczniami. Evander skończył już jeść i teraz tylko popijał swój ulubiony sok pomarańczowy. Malfoy opadł na stolik, nawet nie podnosząc wzroku. Evander zupełnie zapomniał o meczu.

– Cześć – mruknął.

– Przegraliście – powiedział Evander, celowo nie identyfikując się ze Ślizgonem, dając mu do zrozumienia, że to jego wina.

Draco odchrząknął, sięgnął po sok, a potem po tosta.

– Wszystko poszło nie tak jak powinno.

– Miałeś ułatwione zadanie. Tłuczek jakimś cudem ścigał tylko Pottera.

Draco przeczesał włosy palcami, to była jedyna oznaka tego, że był zdenerwowany. Jego wbite w talerz spojrzenie równie dobrze mogło oznaczać, że nie do końca jeszcze się wybudził.

– A ty, zamiast szukać znicza, naśmiewałeś się z Pottera i pozwoliłeś, żeby go złapał z świstającą mu nad głową z morderczymi zamiarami piłką.

To nawet nie brzmiało jak oskarżenie. Draco wzdrygnął się i spojrzał na niego zdziwiony. Evander odwzajemnił się tym samym, chłodno mu się przyglądając.

Do ich uszu doszły szmery z sąsiedniego stołu, swoją treścią natychmiast zwracając ich uwagę. Evander był czujny, łowiąc każdy szczegół, próbując się zorientować ile wiedzą inni.

– Kim jest Creevey? – zapytał Draco.

– To ten dzieciak, który latał za Potterem z aparatem od początku roku - usłyszeli zza pleców głos Zabiniego.

– Przeżył? – zapytał Evander.

– Podobno. Szedłem za Granger i Weasleyami. Twierdzą, że podsłuchali McGonagall i Flitwicka, więc można założyć, że to wiarygodna informacja. – Blaise usiadł obok Evandera.

Wszyscy w Wielkiej Sali mówili tylko o tym. Przy stole Gryfonów najgłośniej dyskutowały starsze roczniki. Pierwszoklasiści byli cicho, wyraźnie było widać, że czują się zagrożeni. Pottera nie było na śniadaniu, więc Granger i Weasley też nie tryskali entuzjazmem. Puchoni tylko szeptali między sobą, a Krukoni wyglądali jak zawsze - jakby się o coś kłócili, podczas gdy zwykle po prostu wymieniali się argumentami. Co zaciekawiło Evandera najbardziej, to milczenie, z jakim siedzieli Ślizgoni. Najwyraźniej było to widać pośród starszych roczników. Wszyscy przyglądali się sobie nawzajem oceniająco. Evander zatrzymał wzrok na dłużej przy kilku osobach, o których wiedział, że w przeszłości głośno opowiadali się przeciw obecności dzieci mugoli w szkole. Siedzieli nerwowo, zdając sobie sprawę, że się im przyglądano.

Nikt, poza ich grupką, nie rozmawiał o Colinie Creeveyu, nowej ofierze dziedzica.

Draco zdawał się go kojarzyć.

– No, to przynajmniej Potter przestanie być podejrzewany o bycie dziedzicem – mruknął tylko.

Evander bez słowa opuścił stół, mając nadzieję na chwilę spokoju w bibliotece. Szybko pozbierał interesujące go książki i zajął schowany w kącie pomieszczenia stolik. Po prawie trzech miesiącach regularnego zaglądania w to miejsce prawie nauczył się już jak szukać tytułów, w których znajdzie interesujące go informacje, ale tym razem najwyraźniej mu się nie udało.

Trawiła go ciekawość, dlatego nie zwlekał z szukaniem informacji. Przejrzał Utrwalanie wspomnień Mafaldy Humphrey i zabierał się za Zabawy z przeszłością Cynwriga Stidolpha, w której jeden z rozdziałów poświęcony został duchom i innym obrazom przeszłości, które kształtują teraźniejszość. Nic jednak nie pasowało do artefaktu, którym był dziennik Toma. Odłożył książki, krążąc między regałami. Tom wydawał się być czymś więcej niż tylko wspomnieniem, ale nie znalazł żadnej podpowiedzi w księgach, które przeglądał.

Widocznie szukał w złym dziale, ale nie miał pomysłu gdzie jeszcze mógłby. Zrobił sobie przerwę, kiedy biblioteka opustoszała z tych niewielu uczniów, którzy spędzali w niej niedzielne przedpołudnie i też zszedł na dół na lunch.

Plotki nadal krążyły, teraz jeszcze dziwniejsze. W dodatku wydawało się, że skoro Creevey znalazł się na drodze dziedzica, bo chciał odwiedzić Pottera w Skrzydle Szpitalnym, to ludzie dadzą sobie spokój z pomysłem, jakoby to Potter tym dziedzicem był. Najwyraźniej potrafili sobie wyjaśnić nawet to, a Potter nadal był pierwszym na liście podejrzanych. Evander nie miał siły zastanawiać się nad tym fenomenem.

Kiedy po lunchu wracał do biblioteki słyszał, że ktoś za nim idzie. Nie krył się z tym, obcasy stukały głośno o posadzkę, więc Evander nie przejął się zbytnio, zakładając że to ktoś z Ravenclawu. W niedziele tylko oni odwiedzali hogwarcką bibliotekę. Zamykając za sobą drzwi ujrzał jednak Draco. Zatrzymał się, unosząc brwi i czekając na wyjaśnienia. Draco się nie spieszył, właściwie prawie się ociągał. Evander przewrócił oczami na to spostrzeżenie

– Co tu robisz, Draco?

Malfoy przeszedł obok niego wzruszając ramionami.

– Dotrzymuję ci towarzystwa. Nie martw się, nie będę długo. Stwarzam pozory, bo chyba zapomniałeś o naszej umowie – powiedział i zniknął między regałami.

Evander uśmiechnął się do siebie i podążył za nim.

– Czyżby Nott odzyskał nadzieje na bycie twoim pupilkiem numer jeden? - zadrwił, kiedy się z nim zrównał. – Szukam czegoś o przedmiotach, które mają własną świadomość. Jakiś pomysł?

Draco już skręcał w prawo, w stronę działu z zaklęciami, ale zmienił zdanie i poszedł prosto. Evander był ciekaw co odpowie, więc dalej za nim szedł.

– Zarzucił mi, że mnie unikasz, lekceważysz i traktujesz z wyższością. Nie mogę mu w stu procentach zaprzeczyć.

– I bardzo cierpi na tym twoja duma. Wiem, Draco. Ale taki już jestem.

– Nie byłeś.

– Nie.

– Evander?

Draco zatrzymał się, a Evander rzucił mu zniecierpliwione spojrzenie.

– Coś się stało w wakacje? – nieświadomie powtórzył jego słowa sprzed trzech miesięcy. - Jestem pewien, że tak.

Evander milczał. Co miałby mu powiedzieć, skoro prawda brzmiała żałośnie głupio.

– Mój ojciec nie bez powodu kazał mi się z tobą zaprzyjaźnić. Często nad tym myślałem, ale nie mam pojęcia o co tu chodzi. Czy w wakacje zdarzyło się coś szczególnego, co mogłoby…

Draco stracił wątek, a Evander gorączkowo myślał jak z tego wybrnąć. Zbagatelizowanie sprawy wydawało się najprostsze, ale tylko odsuwało rozmowę na później. Kiedyś do niej wrócą i Draco zażąda odpowiedzi, których Evander nie będzie mógł mu dać, tak samo jak nie mógł mu ich dać teraz.

Podejrzewał, że ktoś - nie wiedział jeszcze kto - miał genialny plan, by wykorzystać go do zabicia Pottera. Nie wiedział czy stał za tym jego wuj. Mógłby go oskarżać, gdyby miał pewność, że działał świadomie.

Miał zbyt mało informacji, by się nimi z kimkolwiek dzielić.

– Powiedz mi, Draco. Jak to brzmi? – zapytał w zamian, podchodząc i zniżając głos do szeptu. Nie chciał, żeby ktoś go usłyszał. – Szlama w Slytherinie. Naprawdę myślałeś, że prawdziwy Ślizgon pogodziłby się z takim losem? A ja jestem Ślizgonem, wbrew temu co byście sobie życzyli i bez względu na pochodzenie. Musiałem tylko do tego trochę dojrzeć.

To tylko w części była prawda, Evander pominął ten fragment, w którym zbawienny wpływ na jego charakter miały spotkania z Tomem. Ale to półprawdy właśnie działają najskuteczniej, kiedy chce się zataić część faktów. Evander wybrał mniejsze zło.

Draco spiął się, ale nie cofnął. Zmrużył oczy i wziął głęboki wdech.

– Ale to nie tłumaczy dlaczego mój ojciec…

– Twój ojciec przyjaźni się z moim wujem, Draco. A to mój wuj pierwszy zasugerował, żebym wziął się w garść. Poskładałeś już puzelki?

Właśnie zasugerował Draco, że dostał od ojca misję wsparcia. Oby mu się to nie odbiło czkawką w przyszłości. Wyminął go i stanął przed regałem. Odrębne byty i ich tworzenie, Dusze bezcielesne w pigułce, Nieśmiertelność inaczej, Przewodnik po obrazach duszy. Gdzie Draco go zaprowadził? To były jakieś spirytualne brednie.

Draco ściągnął ostatnią z ksiąg, której tytuł przeczytał i podał ją Evanderowi.

– Po co ci to? – zapytał. – Kiedyś ją przeczytałem, kiedy ojciec po raz pierwszy wspomniał o Czarnym Panie i jego dążeniu do nieśmiertelności. Nie znalazłem niczego, ale jest tam trochę o umieszczaniu wspomnień w przedmiotach. Powinno pomóc.

Evander wziął ciężki, zakurzony tom chociaż wiedział, że nie o to dokładnie mu chodziło. Położył go na pobliskim stoliku i przysiadł, przeglądając spis treści i przedsłowie.

Drust Chamberlain zamieścił w nim rozprawkę na temat niebezpieczeństw, jakie niosło za sobą umieszczanie fragmentów wspomnień w przedmiotach, ale głównie skupiał się na żywych i ich cierpieniu wynikającym z przeżywania na nowo minionych wydarzeń, co tylko podirytowało Evandera. W spisie treści odnalazł jeden ciekawy rozdział - ostatni. Dążenie do ideału znajdował się na stronie siedemset dwudziestej drugiej. Natychmiast otworzył księgę w tym miejscu i zaczął czytać, ale tutaj również się rozczarował. Chamberlain tłumaczył jak wykonać skomplikowany rytuał umieszczenia kompletnej kopii wspomnień w przedmiocie i przez moment Evanderowi serce zabiło szybciej. Jednak zaraz potem było:

Oczywiście, wspomnienie - jakkolwiek pełną i wierną kopią by nie było - nadal jest tylko wspomnieniem. Projekcje nie zastąpią nam żywej istoty, jako że nie da się podjąć z nimi interakcji. Dlatego, chociaż często nazywa się je obrazami duszy, są tylko projekcjami. Z prawdziwym obrazem duszy nie mają nic wspólnego.

Przez moment zastanawiał się czym jest prawdziwy obraz duszy, ale ani w przypisach, ani dalej w rozdziale nie znalazł niczego na ten temat. Westchnął i odłożył księgę, ze zdumieniem stwierdzając, że Draco usiadł na krześle obok, uważnie mu się przyglądając.

– Wyglądasz na rozczarowanego. Daj więcej szczegółów, pomogę.

Evander pokręcił głową.

– To nic ważnego – skłamał. – Byłem tylko ciekaw.

Chciał spytać po co Draco nadal tu siedział, ale odpuścił, zdając sobie sprawę, że i tak był wystarczająco nieprzyjemny przez pierwszą część dnia.

– Chodź – mruknął i wstał. – Musimy się razem pojawić w pokoju wspólnym. Nott gotowy jest ogłosić nasz rozwód, jeśli tego nie zrobimy – rzucił, wywołując u Draco śmiech.

Sam też się uśmiechnął.


Przez kolejne dni Evander nie bardzo wiedział jak podejść do swojego nowego zadania, śledzenia Pottera. Wspólne mieli tylko eliksiry, więc nie wpadali na siebie zbyt często. Mijali się czasem na korytarzu, ale nie było przy tym zbyt wiele do raportowania. Przez pierwszy tydzień od napadu na Creeveya Evander poinformował Toma, że Potter wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego zaraz na drugi dzień po śniadaniu i że od tego czasu chodził przygaszony. Chociaż Evander sporo chodził po szkole, kursując między biblioteką a kilkoma pustymi klasami, gdzie na własną rękę ćwiczył zaklęcia, których wcześniej uczył go Tom, Evander nigdy nie spotkał chłopaka między lunchem a kolacją. Jego przyjaciół też nie było widać, jakby nagle wszyscy zapadli się pod ziemię.

W poprzednim tygodniu to on męczył się na lekcji z Binnsem, więc z zadowoleniem obserwował Blaise'a, który z zaciśniętymi zębami wyciągał rolkę pergaminu i pióro.

Tymczasem Evander również wyciągnął pióro i kałamarz, kładąc przed sobą cienki zeszycik. Był podobny do dziennika Toma, ale nie był z mugolskiego sklepu i nie miał na okładce daty. Evander otworzył go na pustej stronie i zamoczył pióro w kałamarzu.

Atrament był zaczarowany. Znalazł to zaklęcie kilka dni temu i ćwiczył przez całe popołudnie. Zwykłe Aperacjum nie działało. Trzeba było kombinacji trzech zaklęć, żeby odczytać tekst spisany tym atramentem. Domyślał się, że dla żadnego z profesorów to nie będzie wyzwaniem, ale na tym mu właśnie zależało. Nie mógł pozwolić na to, że któryś z uczniów odczyta to, co zamierzał napisać, a chciał, żeby profesor nie miał najmniejszych problemów z odkryciem zawartości, kiedy zajdzie taka potrzeba.

Chyba zostałem opętany, zaczął. Długo myślał na każdym zdaniem, które miało się znaleźć w jego fałszywym dzienniku. To było jego alibi, jego tylna furtka na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.

Prawdziwy pamiętnik spoczywał na dnie kufra, niezapisany.

Evander westchnął ciężko. Miał nadzieję, że wróci do domu na wakacje i będzie miał szansę spisać w nim to, co działo się tego roku w Hogwarcie.


Jedli lunch, kiedy przy ich stole pojawiła się Minerwa McGonagall z listą osób zostających na Boże Narodzenie w szkole. Evander zmarszczył brwi, zastanawiając się czy chce jechać do domu na święta. W zeszłym roku natychmiast odpowiedziałby, że wraca, ale teraz nie był tego taki pewny. Wuj miał wobec niego oczekiwania. Poza tym, nadal nie wykluczał myśli, że Laird podarował mu dziennik Toma, będąc w pełni świadomym tego jak zadziała. Nie chciał narażać się na uważne spojrzenia wuja. Wpisał się na listę.

Ku jego zdziwieniu Draco zrobił to samo. Evander ze zdumieniem stwierdził, że za ich przykładem, to samo zrobiła prawie połowa jego roku. Zwykle niewielu Ślizgonów zostawało w zamku, jako że ich przywiązanie do tradycji i więzów krwi były zbyt silne.

– Co na to powie twój ojciec? – zapytał Theodor.

– Uzna, że miałem ku temu dobry powód – odgryzł się Draco.

Theodor nie wpisał się na listę twierdząc, że przyda mu się urlop od towarzystwa co poniektórych osób. Spoglądał przy tym dość znacząco na Evandera. Evander zignorował to, poświęcając swoją uwagę pewnej Krukonce, która właśnie przeszła na wysokości ich siedzeń.

To była ta sama blondynka, która na Ceremonii Przydziału miała na głowie Tiarę, gdy wpadł na ten pomysł.

Tiara Przydziału. Nadal nie wypożyczył Historii Hogwartu, nie bardzo wierząc w to, że cokolwiek w niej znajdzie. Wolał się skupić na czymś realnym. Ćwiczył zaklęcia ochronne, czytał o łamaniu zaklęć, zamiast wertować opasły tom w poszukiwaniu czegoś co zapewne nie istniało. Ale i tak nie mógł się powstrzymać od myśli o tym, że Tiara mogłaby wiedzieć.

– Draco – mruknął przeciągle. – Mam nadzieję, że nie zostajesz z mojego powodu. – Jego głos celowo był przesadnie przesłodzony. – Zanudzisz się ze mną na śmierć. Zamierzam wszystkie wolne dni przesiedzieć w bibliotece – powiedział i wstał z zamiarem jak najszybszego opuszczenia sali.

Potter wychodził z lunchu razem ze swoją paczką i musiał podjąć próbę śledzenia ich.

Szedł powoli, z lekko opuszczoną głową, udając zamyślonego. Potter i jego składająca się ze zdrajcy krwi i mugolaczki świta, wspięli się marmurowymi schodami na pierwsze piętro, po czym skręcili w lewo, w korytarz prowadzący w stronę Skrzydła Szpitalnego. Evander przyspieszył na moment, po czym znów zwolnił, zanim skręcił w korytarz za nimi. Serce waliło mu jak oszalałe. Spojrzał przed siebie i zamarł. Stali przed wejściem do łazienki Marty.

– Poczekajcie tutaj, zaraz wracam – powiedziała Granger.

– Ale czemu nie możemy... – Weasley jęknął, przerywając. Evander nie wiedział dlaczego, bo akurat udawał, że zagląda do torby.

Podniósł wzrok akurat wtedy, kiedy Potter odwrócił się w jego kierunku. Wyglądali podejrzanie. Granger zniknęła w drzwiach nieczynnej toalety, a Weasley zerkał nerwowo to na niego, to na Pottera.

Evander udał zdziwienie.

– Chcesz czegoś ode mnie, Potter? – wypalił niewiele myśląc.

Wybraniec, wyraźnie czymś zdenerwowany, tylko zacisnął zęby.

– Nie – odwarknął.

– To co się tak gapisz?

To był najżałośniejszy tekst, na jaki mógł wpaść. Z drugiej strony – to był Potter. Nie odróżniłby inteligentnej riposty od najgłupszej odzywki, choćby mu wyłożyć listę różnic. Minął go, nie mówiąc nic więcej i wszedł do Skrzydła Szpitalnego, pukając do gabinetu Madame Pomfrey.

– Chyba mnie łapie przeziębienie. Słabo się czuję, boli mnie głowa i drapie w gardle – skłamał gładko.

Pielęgniarka podała mu rozcieńczony z wodą Eliksir Pieprzowy i wygoniła mówiąc, żeby jej nie zawracał głowy pierdołami.

Kiedy wyszedł Pottera już nie było. Zajrzał do łazienki, ale zastał w niej tylko Martę, więc zamknął drzwi zanim mogłaby go zauważyć. Wzruszył ramionami i poszukał pustej klasy.


Cały następny tydzień poświęcał właśnie łamaniu zaklęć. Sporo o nich czytał i coraz bardziej rozumiał ich naturę, dlatego mimo tego, że nie podejmował na razie prób odczytania dziennika matki czuł, że coraz bardziej przybliża się do tego, by to zrobić.

Chciałby móc ćwiczyć z Riddlem, ale ten utrzymywał z nim kontakt tylko poprzez pisanie w dzienniku twierdząc, że próbuje ułożyć plan. Evander miał wrażenie, że nie jest to do końca prawdą, ale nie dociekał. Meldował mu tylko o poczynaniach Pottera. Osobiście uważał, że nic oprócz zeszłotygodniowej wycieczki pod łazienkę Marty nie było godne uwagi, ale Tom oczekiwał najdrobniejszych szczegółów, więc codziennie dostarczał mu strzępków informacji, które zdołał zebrać.

Tom wysłał go też do łazienki. Nie wiedział po co, dopóki tam nie dotarł. Poszedł w nocy, przemykając obok patrolujących korytarze prefektów i nauczycieli.

Wszedł do toalety i rozejrzał się. Na podłodze była wielka kałuża wody. Wyminął ją i zgodnie z poleceniem Riddle'a, choć niechętnie, zaczął zaglądać do każdej kabiny po kolei.

Dotarł prawie do samego końca, zastanawiając się nad absurdalnością swoich działań, kiedy kolejne drzwi, na jakie natrafił, nie otworzyły się. Zwykłe Alohomora wystarczyło i jego oczom ukazał się wystający z muszli kociołek, podgrzewany przez magiczne płomienie, pełen bulgoczącej, brunatnej mazi.

Natychmiast wyciągnął z kieszeni dziennik i podręczne pióro.

– Jakieś zaklęcie identyfikujące eliksir? – napisał w pośpiechu.

Ius idem – odpisał Tom. – Ruch kolisty nad kociołkiem.

Evander uniósł różdżkę i wypowiedział inkantację. Po chwili nad eliksirem pojawiła się lista składników. Szybko zaczął przepisywać je do dziennika.

Eliksir wielosokowy. Po co on Potterowi?

– Nie mam pojęcia – odpisał Evander. – Dam znać jeśli się dowiem.


Próbował go śledzić, ale nie mógł dać się na tym przyłapać. Poza tym, jego relacje z kolegami z klasy stały się na tyle zażyłe, że zmuszony był poświęcać czas także im. Dlatego nic więcej się dowiedział i miał niewiele do raportowania.

Był właśnie po jednej z ich krótkich ostatnio wymian zdań, w której poinformował Toma, że Potter znów szedł ze swoją paczką, przy czym tym razem dołączyła do nich młodsza siostra Weasleya, Ginewra. Tom odpisał tylko: Informuj mnie o wszystkim, po czym napis zniknął i nic więcej się nie pojawiło. Opuścił salę, w której ćwiczył zaklęcia i wszedł do pokoju wspólnego. Zastał go wypełniony podekscytowanymi Ślizgonami, co było dość rzadkim widokiem.

Natychmiast pojawili się przed nim Draco i Blaise.

– Słyszałeś? Ogłosili klub pojedynków – poinformował go Zabini.

Evander zamrugał zaskoczony.

– Po co?

– Po co?! Po ataku na tego Gryfona cała szkoła jest zastraszona! Nam, Ślizgonom, wprawdzie nic nie grozi, ale kilka lekcji pojedynkowania każdemu się może przydać.

Evander uniósł brew. No, niektórym nawet bardzo, pomyślał, ale Notta nie było w pobliżu, więc podarował sobie powiedzenie tego na głos.

– Kiedy? – zapytał.

– Dla naszego rocznika? Dziś o ósmej – odpowiedział mu Draco.

Evander kiwnął głową. Była siódma, więc zostało niewiele czasu.

– Kto ma nas uczyć? Bo jeśli nasz nauczyciel obrony, to nie jestem pewien czy rzeczywiście na tym skorzystamy.

Blaise zachichotał.

– Podobno Snape. Osobiście nie umiem się doczekać.

Evander poczuł jak dreszcz ekscytacji przeszedł mu po plecach.


O Severusie Snape'ie krążyło wiele fałszywych plotek, ale jedna zdawała się być stuprocentowo prawdziwa. Podobno co roku ubiegał się o możliwość uczenia obrony przed czarną magią i podobno co roku dyrektor mu odmawiał. Evander nie mógł zrozumieć co kierowało Dumbledorem. Po Snape'ie na milę można było poznać, że zna się na czarnej magii. I raczej wolałby jej nauczać, a nie pokazywać jak się przed nią bronić. Podobno to był powód, dla którego nie dostał tej posady.

Evander stał wśród reszty Ślizgonów, kiedy na podium ustawionym na środku sali pojawili się Lockhart i Snape. Sposób, w jaki poruszał się ten drugi, przypominał dzikie, rozwścieczone zwierzę, gotowe w każdej chwili do ataku. Evander chłonął ten widok z zaciekawieniem.

Lockhart obrócił się, a jego śliwkowa szata załopotała efektownie. Zbyt efektownie, by nie było to skutkiem dobrze rzuconego czaru.

Sposób bycia Gilderoya Lockharta sprawiał, że Evander miał ochotę wzdrygnąć się z obrzydzenia i odsunąć jak najdalej od profesora. Powstrzymał to uczucie, zadzierając głowę. Stał w pewnej odległości od podwyższenia, ale i tak musiał spoglądać w górę.

Nauczyciele zaczęli od prostego pokazu, ku uciesze zgromadzonych wokół podium uczniów. Snape z łatwością rozbroił Lockharta, zanim ten zdążył wypowiedzieć choćby sylabę zaklęcia. Ślizgoni zapewnili swojemu Opiekunowi godny aplauz.

– Podziwiam samokontrolę Snape'a. Ja na jego miejscu rozwaliłbym go najgorszą klątwą, jaką znam - powiedział Blaise.

Pansy, która znalazła się po jego drugiej stronie, głośno przyznała mu rację.

– Myślę, że Lockhart wart jest co najwyżej zaklęcia na poziomie trzeciego, może czwartego roku. Rzucenie czegoś skomplikowanego nie byłoby tak… satysfakcjonujące – powiedział Evander, wzbudzając śmiech wśród otaczających go uczniów.

Lockhart zaczął ustawiać ich w pary. Draco zrobił ruch, jakby chciał podejść do Evandera, ale przed nim pojawił się Theodor. Z opresji wybawił go Snape.

– Panie Malfoy, proszę tutaj1 – powiedział odciągając go i łącząc w parę z Potterem.

Evander uśmiechnął się pod nosem wiedząc, że Draco zda im dokładną relację, którą później będzie mógł przekazać Tomowi.

Nott opacznie zrozumiał jego uśmiech i oddalił się, mrucząc coś o szlamach. Evander obrócił się na pięcie, zerkając znacząco na Blaise'a. Przygotowując się do swojej małej akcji dywersyjnej na mecz z Gryffindorem spędzali ze sobą całkiem sporo czasu i Evander zauważył, że chłopak potrafił być interesującym partnerem do ćwiczeń.

Chociaż… zdecydowanie zbyt głośno wymawiał formuły.

Zabini skinął głową i ustawił się naprzeciw niego. Zmierzyli się wzrokiem, natychmiast z przyjaciół zmieniając się we wrogów. Lockhart powiedział coś o zaklęciach rozbrajających.

Czyli jakich?


1 Cytat za: Harry Potter i Komnata Tajemnic autorstwa J.K. Rowling w przekładzie Andrzeja Polkowskiego oczywiście


Expelliarmus – krzyknął Blaise, popełniając znów ten sam błąd.

Evander bez trudu zdążył z zaklęciem tarczy, po czym sam rzucił to samo zaklęcie, tyle że nie wywrzeszczał go na całą Wielką Salę. Różdżka Blaise'a wylądowała pod jego stopami.

– Znowu krzyczysz, Blaise – powiedział Evander, podając mu różdżkę.

Blaise chciał mu coś odpowiedzieć, ale ich uwagę zwróciło zamieszanie od strony podium. Na obu jego końcach stali Draco i Potter. Snape wyglądał, jakby Gwiazdka nastała tydzień wcześniej. Szepnął coś do ucha Draconowi i ten skinął głową.

– Mam złe przeczucia – mruknął Blaise za jego plecami.

Skinął głową, uważnie obserwując rozpoczynający się pojedynek. Draco rzucił swoje zaklęcie na dwa. Między walczącymi pojawił się długi, czarny wąż. Evander był pewny, że Snape w ten sposób celowo inspirował plotki o tym, że to Draco jest dziedzicem.

Bez względu na jego motywy, wyczarowanie sporych rozmiarów groźnej żmii na środku sali pełnej uczniów nie było dobrym pomysłem. Wąż zamiast ruszyć na Pottera, skierował swój łeb na stojącego najbliżej Puchona. Chłopak próbował się odsunąć, ale stojący za nim uczniowie blokowali mu drogę. Zaciekawiony tłum napierał, tworząc pułapkę bez wyjścia. Puchon nie wyglądał, jakby wiedział jak sobie poradzić, był przerażony.

Evander obserwował scenę zdziwiony. Któryś z nauczycieli powinien już zareagować. Tymczasem to Potter podszedł do żmii i…

Evander mało nie stracił przytomności. W głowie mu się zakręciło, kiedy usłyszał znajome syki. Potter był wężousty. Nie zrozumiał co powiedział, ale zobaczył jak wąż zwija się w kłębek.

Zrobił krok w tył, wpadając na Blaise'a.

– Wszystko w porządku? Jesteś biały jak ściana.

Evander spojrzał na niego nieprzytomnie. Musiał… Musiał wyjść, musiał powiadomić Toma.

Czy Potter mógł być potomkiem Salazara Slytherina?

– To niemożliwe – wybąkał.

Z trudem przedarł się przez tłum szepczących, zszokowanych uczniów. Wszyscy wokół mówili tylko o jednym. Potter dziedzicem Slytherina. Potter atakuje mugolaków.

To był absurd!

Wypadł z Wielkiej Sali, gwałtownie zaczerpując powietrza. Kątem oka zauważył jak Potter znika w bocznym korytarzu, ciągnięty przez Granger i Weasleya. Poszedł za nimi, starając się, żeby jego buty nie stukały o kamienną posadzkę.

– Jesteś wężousty. Dlaczego nam nie powiedziałeś2? – zapytał Weasley, popychając Pottera na ścianę.

Potter zaczął się tłumaczyć, a Weasley i Granger uświadomili mu co właściwie oznaczał jego pokaz sprzed chwili.

– A teraz cała szkoła myśli, że jesteś jego pra-pra-pra-pra-wnukiem…

– Ale przecież nie jestem! – krzyknął Potter. Wyglądał, jakby był przerażony samym pomysłem.

– Trudno ci to będzie udowodnić. Slytherin żył około tysiąca lat temu. Z tego, co wiemy, wynika, że możesz być jego potomkiem.

Miał ochotę się roześmiać szaleńczo. Potter dziedzicem, doprawdy. Wycofał się cicho. Musiał poinformować Toma.


2 w tej scenie również znajdują się wypowiedzi z ww. książki (:


W pokoju wspólnym natychmiast osaczył go tłumek pod wodzą Malfoya.

– Słyszałeś to?!

Evander spojrzał na niego niecierpliwie.

– Myślicie, że Potter rzeczywiście jest dziedzicem Slytherina? Tylko… Tylko dlaczego nie jest Ślizgonem?

– Proszę, Pansy. To śmieszne – powiedział Evander. Chciał się dostać do sypialni, ale nie miał wymówki wystarczającej, by zaspokoić dociekliwych kolegów.

Westchnął i dał się pociągnąć na krzesła, które zwykle zajmowali. Draco, Blaise i Pansy najwyraźniej czekali na jego wypowiedź.

– Potter nie jest dziedzicem – powiedział stanowczo.

Mimo, że bardzo próbował, nie udało mu się powstrzymać uśmieszku. Blaise uniósł brwi, skłaniając go do wyjaśnień. Evander wzruszył tylko ramionami.

– Nie możesz mieć takiej pewności, Verlaine. Chyba, że wiesz kto naprawdę za tym wszystkim stoi. – Daphne stała na przeciwko niego z rękami założonymi na piersi, wlepiając w niego oskarżające spojrzenie.

Zrobiło się niebezpiecznie. Blaise też uważnie się mu przyglądał. Evander przypomniał sobie, jak Zabini zwrócił mu uwagę, że zbladł. Jeżeli Evander znajdzie się w kręgu podejrzanych, to wszystko tylko utrudni. Nie potrzebował dodatkowych kłopotów.

Przewrócił oczami, próbując rozładować zgęstniałą atmosferę.

– Powiedzmy, że wiem coś, czego wy nie wiecie.

Kiedy cisza się przeciągała, westchnął. Puszczenie w obieg takiej informacji nie powinno nikomu zaszkodzić. I powinno na jakiś czas odciągnąć myśli Blaise'a.

– Obiecajcie, że nie będziecie tego posyłać dalej – zaczął.

– Wszystko zostaje między nami. Mów w końcu – ponaglił go Draco.

– Podsłuchałem fragment ich rozmowy. Potter do dzisiaj nie miał nawet pojęcia, że jest wężousty. Jest tym wszystkim tak samo zaskoczony jak my.

Draco wyraził swoje zdziwienie, marszcząc brwi. Wszyscy skupili się na informacji, którą im podał. Tylko Blaise nadal uważnie mu się przyglądał.

– Po co właściwie za nimi poszedłeś? – zapytał. Evander przeklął w myślach. Chłopak był bystry.

– Z ciekawości, oczywiście – odpowiedział natychmiast. – W każdym razie, nie było to zbyt szczęśliwe dla Pottera. Na jego miejscu zacząłbym się teraz obawiać dziedzica. Wystawił się jak na talerzu tym wystąpieniem.

Daphne i Draco mu przytaknęli. Pansy uśmiechnęła się szeroko.

– I dobrze. Niech zniknie.

Evander westchnął, widząc nieprzeniknioną minę Blaise'a.

– Jakieś jeszcze pytanie?

Zabini zrozumiał sugestię i pokręcił głową, ale coś mówiło Evanderowi, że nie zaspokoił jego ciekawości.

– Idę do łóżka – oznajmił.

Tym razem nikt go nie zatrzymywał i nareszcie mógł się schować za kotarami z dziennikiem na kolanach.

– Tom.

Co dla mnie masz?

– Sporo. Potter jest wężousty.

Tak jak się spodziewał, przez moment panowała cisza.

Chcę, żebyś mi to dokładnie opowiedział.

– OK.

Uśmiechnął się, widząc dobrze znajomy widok. Tom stał przy kominku. Podszedł do niego i dopiero wtedy zobaczył, że chłopak jest wyraźnie zaintrygowany. Jego zwykła obojętność zniknęła, kiedy Tom mu się przyglądał. Natarczywe, intensywne spojrzenie błyszczących w blasku ognia tęczówek złapało go w sidła i nie potrafił oderwać wzroku. Kiedy Tom się odezwał, jego głos brzmiał jak zawsze - spokojny, niemal znudzony.

– Jak się tego dowiedziałeś?

Evander zaczął opowiadać.


Siedzieli w fotelach. Tom nie odzywał się już od jakiegoś kwadransa, wpatrując się w ogień. Evander wykorzystał ten moment, by bezkarnie mu się przyglądać. Nawet teraz Riddle wyglądał na niebezpiecznego. Przez chwilę zastanawiał się czy to rzeczywiście możliwe, że Tom już kogoś zabił. Pamiętał, że tak właśnie pomyślał po tym, jak pierwszy raz wypuścili bazyliszka. Nadal czuł, że to prawdopodobne. Zapytałby go wprost, gdyby nie obawiał się odpowiedzi.

– Mam plan – powiedział w końcu, spoglądając na Evandera.

Czyli od teraz działali na poważnie. Metoda prób i błędów zawiodła. Jeżeli jego rola się wyda, pójdzie siedzieć za współudział w morderstwie Wybrańca. Żołądek ścisnął mu się na myśl o spędzeniu reszty życia w celi Azkabanu.

– Zamieniam się w słuch – odpowiedział tylko.

Oczy błyszczały mu w wyrazie ekscytacji, chociaż twarz miał odwróconą od ognia. Sposób, w jaki mówił Tom sprawił, że Evander poczuł jak ta szczególna emocja udziela się i jemu.