Są święta, więc pomyślałam, że wrzucę Wam jeszcze jeden rozdział. Wesołych, smacznego jajka, mokrego dyngusa i takie tam :)
06.
– Co robisz?
Evander nie zareagował, tylko przysunął bliżej pergamin i pisał dalej.
Zostaję w tym roku w Hogwarcie. Przekażcie, proszę, moim kuzynom najszczersze życzenia świąteczne. Wam też życzę wszystkiego najlepszego.
Evander
Poskładał list i zakleił woskiem, odciskając na nim pierścień z uproszczonym wizerunkiem rodowego herbu Verlaine'ów, który nosił na palcu.
Nie lubił go używać. Należał do jego matki i dobitnie świadczył o tym, że nie należał do głównej linii potomków rodu Verlaine. Gdyby miał ojca…
– Skończyłem – powiedział, kiedy na odwrocie koperty znalazły się imiona i nazwisko jego wuja i ciotki. Dopiero teraz zwrócił uwagę na Malfoya.
– Skromnie – skomentował Draco. – Poczekasz na mnie? Też muszę napisać, ale na samą myśl o wspinaniu się do sowiarni… – przewrócił oczami.
– Nie spiesz się, możemy iść po kolacji. Właściwie, to chciałem jeszcze zahaczyć o bibliotekę.
Draco skinął głową. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował i zniknął w korytarzu prowadzącym do sypialni chłopców. Evander wyciągnął podręcznik z eliksirów i otworzył na ostatnim przerabianym przez nich na zajęciach rozdziale. Nie czytał jednak.
Dokładnie analizował wszystko to, co powiedział mu Tom. Jego plan wydawał się całkiem sprytny, ale opierał się w zbyt dużej mierze na domysłach i nowo zdobytych umiejętnościach Evandera, których ten wcale nie był teraz taki pewny.
Zakładać, że Potter ma kompleks bohatera i oprzeć na tym całe przedsięwzięcie było według Evandera zbyt ryzykownym podejściem, ale Tom był pewny swego, więc nie pozstało mu nic innego, jak tylko spełnić postawione mu zadania.
Jednym z nich zajął się natychmiast, na drugi dzień. Tom uświadomił go jak zgubne są dla bazyliszka koguty, dlatego - jeżeli zamierzali wypuszczać go w dzień - musieli się pozbyć tych, które hodował gajowy. Evander wykorzystał poznane niedawno zaklęcie i sprawił, że jakaś pierwszoroczna Gryfonka, przechodząc obok chatki, zabiła wszystkie, skręcając im karki. Przerażona tym co zrobiła pobiegła ze łzami w oczach do zamku. Kiedy go mijała, ukrytego w niszy, rozpoznał w niej Ginewrę Weasley. Roześmiał się na myśl o przewrotności losu.
Kolację zjedli w pośpiechu, żeby zdążyć przed zamknięciem biblioteki.
– Długo będziecie siedzieć w pokoju wspólnym? – zapytał Draco.
– A gdzie idziesz? – zapytał Nott.
– Do biblioteki i do sowiarni. Za pół godziny powinniśmy być z powrotem.
Evander dokończył swój sok na stojąco, czekając aż Malfoy się ruszy.
– Po co znów za nim łazisz, Draco?
Draco zamierzał mu odpowiedzieć, bo spiął się i odwrócił w jego stronę, zaczerpując powietrze w płuca. Evander przeszkodził mu w tym, kładąc rękę na jego ramieniu.
– Idziesz? – zapytał lekko.
– Jasne – odpowiedział odrobinę oburzony.
Evander poczekał, aż blondyn wstanie i ustawiając się tak, żeby go nie widział, rzucił Nottowi długie, triumfalne spojrzenie. Nie mógł się powstrzymać przed uniesieniem kącików w drwiącym uśmieszku, nie przejmując się tym, że Blaise znów go obserwował. Tę rundę warto było wygrać.
– No, to chodźmy – powiedział jeszcze i odwrócił się, a gdy wzrok Draco spoczął na nim, jego twarz miała obojętny wyraz.
Był w tym coraz lepszy.
Ruszyli, idąc ramię w ramię, mijając stoły i wychodząc z Wielkiej Sali, obserwowani przez więcej niż jedną parę oczu.
– Przejście dla dziedzica Slytherina! – rozbrzmiało na drugim końcu korytarza.
Spojrzeli po sobie. Draco był wyraźnie zaskoczony, ale Evander domyślał się czyje to były głosy.
Miał rację.
Ich oczom ukazał się Potter w otoczeniu wszystkich Weasleyów. Dwójka bliźniaków rozsuwała grupkę trzeciorocznych Puchonów, mając z tego doskonałą zabawę. Dziewczyna i najstarszy z braci, nie byli zachwyceni żartami bliźniaków.
– Uwaga, idzie dziedzic Slytherina. Miejsce dla potężnego czarnoksiężnika!
Draco prychnął. Evander, w przeciwieństwie do niego, roześmiał się otwarcie.
– Nie śmiać się – powiedział do niego jeden z Weasleyów. – Szacunek dla dziedzica.
Evander uniósł brwi w drwiącym uśmiechu. Potter przyglądał się mu podejrzliwie. Obdarzył go jadowitym uśmieszkiem. Odkąd Tom zlecił mu polowanie na chłopaka, najwyraźniej zaczął przekonywać sam siebie, że go nie znosi.
Odsunął się od przepychającego się Weasleya, ale wrócił na środek korytarza i mijając Pottera szturchnął go ramieniem.
– Chcesz czegoś ode mnie, Verlaine? – Potter powtórzył jego słowa.
Evander uśmiechnął się triumfalnie. A potem sparodiował pokłon, kpiąc z niego.
Potter zamierzał doskoczyć do niego, ale rudy przyjaciel i jego młodsza siostrzyczka w porę go powstrzymali.
– Nie zapomnij o Granger przy następnej wizycie w Komnacie, Potter – zawołał. – Wyświadczysz wszystkim ogromną przysługę.
Tym razem to Weasley próbował rzucić się w ich stronę, a Potter go powstrzymał.
– Nie warto, Ron.
– Zero ogłady – wtrącił Draco, nie chcąc pozostać w tyle. – No, ale czego oczekiwać po zdrajcach krwi.
– Na pewno nie przyzwoitego zachowania – odparł Evander.
– Zaczynasz wchodzić na mój teren – ostrzegł go Draco, kiedy zyskał pewność, że grupka Gryfonów go nie usłyszy.
– Dość zaborczy jesteś w stosunku do Pottera – odgryzł się. – Nie masz monopolu na nękanie Gryfonów.
Draco odwrócił wzrok i przemilczał przytyk.
Zostawili ich w tyle, nie rozmawiając więcej o tej sytuacji.
– Evander – zaczął Draco. – Idziesz w sobotę na mecz?
– Idę – odpowiedział, wprawiając go w osłupienie.
– Tak po prostu?
Evander zaśmiał się krótko. To były dwie pieczenie na jednym ogniu, więc nie mógłby przepuścić takiej okazji.
– Taaaak, tak po prostu.
Nott znów zaczynał. Evander nie miał pojęcia co chłopak chciał osiągnąć, ledwie kilka dni przed przerwą świąteczną, skoro wracał do domu, ale Evander nie zamierzał mu odpuścić. Po całym tym czasie Theodor nadal upierał się przy swoim i Evander nie mógł już dłużej go ignorować. Prędzej czy później znów staną naprzeciw siebie i Evander chciał, żeby Nott miał przy tym znikomą pewność siebie. Aby pozbawić jej Theodora, Evander musiał sobie przywłaszczyć to, na czym mu najbardziej zależało. Dlatego musiał zagarnąć Draco dla siebie. Mając go po swojej stronie, Evander wygraną miał w kieszeni. W obliczu tego co go czekało, przepychanki z Nottem to był pryszcz. Mógł go zmiażdżyć z łatwością.
Chciał to zrobić.
– Robisz na złość Theo, prawda?
Evander zatrzymał się, zmuszając Draco do tego samego.
– Przeszkadza ci to?
Zaryzykował zmniejszenie dzielącego ich dystansu do odległości ledwie kroku. Na własnej skórze przekonał się jak to działa na człowieka, kiedy ktoś przygląda ci się intensywnie z niewielkiej odległości, z chłodnym wyrazem twarzy. Tymczasem Draco nie wpadł w tę pułapkę po raz drugi. Owszem, wykonał ruch, jakby się chciał cofnąć, ale nie zrobił tego. Uniósł brodę i odwzajemnił spojrzenie.
– Niezbyt.
Evander uśmiechnął się, zadowolony.
– To dobrze – odpowiedział. – Bo znudziło mi się wysłuchiwanie aluzji na swój temat.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Draco miał w sobie dziecięcy bunt, w którym Evander widział odbicie swojego dawnego ja.
– Chodźmy – powiedział, mijając Draco i idąc przodem.
Mimo ostatniej napaści szkoła funkcjonowała normalnie. Uczniowie dostali przykaz, żeby nie wędrować samotnie po korytarzach i nie wychodzić z dormitoriów po godzinie ósmej wieczorem. Nie przeszkodziło to jednak w zorganizowaniu kolejnego meczu - Ravenclaw przeciwko Hufflepuffowi. Wszyscy zdawali się potrzebować jak powietrza wydarzenia, które odciągnie ich uwagę od wiszącej w powietrzu paniki.
Evander zauważył, że od czasu zajścia na zajęciach klubu pojedynków Justyn Finch-Fletchley (poznał jego nazwisko dopiero na trzeci dzień, bo wszyscy je przekręcali) chodził po korytarzach otoczony przez grupę przynajmniej trzech Puchonów ze swojego rocznika. To nieco utrudniało jego zadanie. Dlatego zdecydował się iść na mecz. Liczył na to, że chłopak pojawi się na nim, a w ogólnym rozgardiaszu i tłumie, jaki panował na trybunach, Evander zamierzał zacząć realizować plan.
Wiedzieli już, że Potter próbował rozwiązać zagadkę z Komnatą na własną rękę, bo czemu innemu miałoby służyć warzenie eliksiru? Trzeba go było tylko odpowiednio nakierować. I zmobilizować, czym właśnie miał się zająć Evander.
– Idę się ubrać – oznajmił.
Ślizgoni spojrzeli na niego zdziwieni.
– No co, nie idziecie na mecz? – zapytał beztroskim tonem.
– My idziemy. Jestem zaskoczona, że ty idziesz – odpowiedziała mu Daphne.
Evander wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko i opuścił pokój wspólny.
– Przecież nie interesujesz się quidditchem – warknął Nott, wchodząc za nim do pokoju.
Evander zlekceważył ogarniającą go chęć rzucenia nim o ścianę i zaciśnięcia dłoni na jego szyi.
– Czyżbym zniszczył twoje plany na małe rendez-vous z Draco? – zakpił.
– Ty nędzny, szlamowaty…
Nie dokończył, bo wszedł Draco i natychmiast pojmując co się dzieje, wszedł między nich. Evander z udawanym spokojem obserwował jak Draco wydziera się na Notta. Najchętniej rozszarpałby Theodora na kawałki. Ten chłopak wywoływał w nim pokłady agresji, jakimi nie miał pojęcia, że dysponuje.
– Możesz w końcu przestać, Theo?! Mam tego serdecznie dość. Nikt inny nie ma problemu z Evanderem, prócz ciebie. Panuje parszywa atmosfera, a wszyscy przez cały czas muszą cię obserwować, czekając aż coś ci odwali i będziesz chciał się na niego rzucić. Nikt nie chce słuchać twoich nędznych komentarzy. Albo zaakceptujesz go i dasz spokój z tymi docinkami, albo zacznij szukać przyjaciół w innych domach, bo nasza cierpliwość się kończy! – zaczerpnął powietrze. – Jedź do domu na święta i lepiej dobrze to przemyśl. Oczekuję, że po powrocie dasz nam odpowiedź na to, co zamierzasz – zakończył już spokojniej.
Evander zacisnął zęby z wściekłości. Cholerny Draco, wszystko popsuł. Mógł się z chłopakiem rozprawić sam, chciał tego.
Wziął kilka głębokich wdechów. Ubrał się i odwrócił powoli. Nott spoglądał z ukosa na Draco, a w jego oczach dało się wyczytać ból po zdradzie. Taka satysfakcja musiała Evanderowi wystarczyć. Ostatecznie, może i lepiej, że tak się stało. Gdyby to on dokonał konfrontacji, otwarcie stali by się wrogami. To nie był najlepszy pomysł, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dzielili razem sypialnię.
Wyszli na błonia, ciasno opatuleni szalami. Był grudzień, w dodatku dość mroźny. Evander usłyszał jak Blaise, nachylając się do Draco, mówi cicho:
– Świetna tyrada, słyszałem przez drzwi.
Powinien być zadowolony ze słów Zabiniego, ale nie był.
Kiedy dotarli do stadionu, Evander zwolnił, rozglądając się wokół.
– Zostawcie mi miejsce, zaraz do was dołączę – powiedział i zniknął między trybunami.
Przeszedł do sektora Hufflepuffu. Wybrał strategiczne miejsce i oparł się o konstrukcję, przeczesując tłum wzrokiem.
– A co tu robi samotny Ślizgon – usłyszał w pewnym momencie.
Podeszła do niego grupka piąto- może szóstorocznych Puchonów.
– Mam randkę – odparł pogardliwie Evander, odwracając wzrok, uznając to za koniec rozmowy.
Puchoni mówili coś jeszcze, ale ich nie słuchał. Właśnie wypatrzył Justyna Finch-Fletchleya. Szczęśliwie się składało, że zamierzał przechodzić obok, chociaż otaczała go grupka przyjaciół, co trochę utrudniało jego zadanie. Czekał na odpowiedni moment, po czym ukradkiem wycelował różdżką i szepnął:
– Consilio.
Usłyszał, jak Puchon przerywa wypowiedź, wtrącając "Przypomnijcie mi później, że mam iść do biblioteki", po czym wraca do tematu.
Zadowolony, Evander wrócił do własnej sekcji i odnalazł wzrokiem blondyna. Satysfakcja wyparowała, kiedy zobaczył, że Draco siedzi między Blaise'em a Nottem. Spojrzał na siedzących bez emocji. Stanął między Draco a Theodorem.
– Przesuń się – powiedział chłodno do tego drugiego.
– Chyba sobie żartujesz – warknął Nott.
– Nie, nie żartuję – powiedział bezbarwnie.
Za jego plecami mecz już się rozpoczynał. Usłyszeli gwizdek Hooch i świst wznoszących się czternastu mioteł. Z nieba zaczął prószyć lekki śnieg.
Evander pochylił się nad Nottem, a przez jego twarz przemknął cień doskonale kontrolowanego obrzydzenia.
– Odsuń się, póki ładnie proszę, Nott – powiedział.
W jego dłoni pojawiła się różdżka. Nott zerknął w jej kierunku. Evander zdecydował się wypróbować to, co planował od dawna.
Consilio, wypowiedział w myślach.
Potrafił czarować wymawiając formuły tak cicho, że zaklęcia niewerbalne były kolejnym, naturalnym etapem.
Nott przesunął się bez słowa, orientując się dopiero wtedy, kiedy Evander już siedział na ławce.
– Co mi zrobiłeś?!
– Nie wiem o czym mówisz – powiedział tak cicho, żeby tylko Nott go słyszał.
Był pewien, że w jego oczach przez moment widział strach. Zwrócił twarz w stronę boiska, udając zainteresowanie meczem.
Nudził się niemiłosiernie, ale wytrzymał do końca. Kiedy wracali, Evander narzucił tempo pozwalające im na zrównanie się z Puchonami z ich rocznika. Evander wyciągnął różdżkę, udając, że się nią bawi, obracając ją między palcami. Oczy miał utkwione w Justynie. Zwolnił, pozwalając Ślizgonom się wyprzedzić, wybrał odpowiedni moment i wpadł na dziewczynę, towarzyszącą Puchonowi. Wykonał nieznaczny ruch różdżką, wypowiadając w myślach inkantację.
– Przepraszam, potknąłem się – powiedział i podał dziewczynie rękę.
– W porządku, nic się nie stało – odparła.
Usłyszał jak Finch-Fletchley wspomina o bibliotece.
– Evander? – zawołał go Draco.
– Już idę – odkrzyknął. – Jeszcze raz przepraszam.
Uśmiechnął się szarmancko i zostawił Puchonkę rumieniącą się, zapewne z zimna (miała przez niego przemoczone ubrania).
– O co chodziło? – zapytał Draco.
– Zamyśliłem się i wpadłem na nią – powiedział. – Muszę iść do biblioteki.
Odłączył się od nich, zanim zdążyli zaprotestować. Po drodze osuszył ubrania. Zdjął czapkę, szalik i płaszcz i kolejnym zaklęciem skurczył je i schował do kieszeni szaty. Roztarł zmarznięte dłonie i wszedł do biblioteki, od razu kierując się do kominka. Po drodze sięgnął po pierwszą z brzegu książkę i usiadł tak, żeby widzieć wejście.
Serce powoli zwalniało mu do swojego zwyczajowego rytmu. Nawet nie wiedział kiedy przyspieszyło tak mocno. To była mistrzowsko przeprowadzona akcja. Postawił na stoliku dziennik i napisał, nie spuszczając wzroku z wejścia.
– Udało się, przed i po meczu. Czekam w bibliotece.
– Nie spodziewaj się, że się pojawi.
Evander kątem oka przeczytał odpowiedź. Odpisał nie patrząc na zeszyt.
– Wiem. Ale wolałbym tu być, kiedy się zdecyduje.
To był ostatni tydzień zajęć w tym semestrze. Evander rzucał Zaklęcie Sugestii za każdym razem, gdy miał okazję, a potem przesiadywał w bibliotece, ale najwyraźniej jego wysiłki spełzały na niczym. Chodził po szkole pogrążony w myślach o tym, jak nakłonić Puchona do wyjścia samemu na korytarz. Czas uciekał, a Tom potrzebował właśnie jego. Evander rozumiał dlaczego. Potter powinien pomyśleć, że ktoś specjalnie dobierał ofiary, że to przez niego Finch-Fletchley został ofiarą dziedzica. Jeżeli jego założenie, że Potter miał kompleks bohatera było poprawne (a nie miał w tym temacie większych wątpliwości), to zmotywuje Pottera wystarczająco, by zaczął działać.
Dlatego kontynuował rzucanie na Puchona zaklęć przez cały tydzień tak, żeby Finch-Fletchley w końcu uwierzył w to, że musi iść do biblioteki. W czwartek był już tak zdesperowany, że szedł za Justynem przez cały korytarz, raz po raz ciskając w niego zaklęciem. Był pewny, że za jego opór odpowiedzialna była grupka Puchonów, która postanowiła go na każdym kroku pilnować.
Kiedy Evander zaczynał panikować, okazja w końcu trafiła się sama. Znał już na pamięć plan Puchonów, dlatego gdy tylko usłyszał jak w pokoju wspólnym Ślizgoni powtarzają plotkę o odwołaniu zajęć z zielarstwa, Evander natychmiast wrócił do sypialni.
– Mucus ad Nauseam – wypowiedział formułę, celując różdżką w samego siebie.
Głowę natychmiast ścisnęła mu niewidzialna obręcz, zachwiał się, a z nosa zaczęło mu cieknąć. Ruszył ku drzwiom, z zamiarem porwania z łazienki papieru toaletowego. Głowa rozbolała go okropnie.
– Evander, idziesz? Transmutacja zaraz się zacznie.
Evander spojrzał na Draco cierpiętniczo.
– Jeszcze przed chwilą wyglądałeś w porządku - zdziwił się Malfoy.
– Myślisz, że to ta Klątwa Upiorów, o której mówił Quirrell w zeszłym roku? – powiedział przez nos. Jego gardło paliło niemiłosiernie.
Draco spojrzał na niego uważnie.
– Chyba nie myślisz, że…
– Nie wykluczam – powiedział z czystej złośliwości. – Ale prawdę powiedziawszy czułem, że mnie bierze. To pewnie przez ten upadek po meczu. Zamiast od razu się przebrać… – skłamał.
– Powiem McGonagall dlaczego cię nie ma. Dasz radę dojść do Skrzydła Szpitalnego? – Evander skinął głową. – Jeśli to Nott…
– Zostaw go. Dałeś mu czas do końca ferii, niech się zastanowi – powiedział wbrew sobie.
Pielęgniarka szybko postawiła go na nogi, dając mu Eliksir Pieprzowy, ale i tak spędził kwadrans pod jej czujnym wzrokiem, po czym sprawdziła dokładnie czy nie ma więcej objawów. Wypisała mu zwolnienie i wypuściła. Evander odetchnął z ulgą.
Po części liczył na szczęście, po części czuł, że chłopak po prostu tam będzie. Przez cały tydzień borykał się z myślami, że o czymś zapomniał, a kluczem do rozwiązania tej zagadki była właśnie biblioteka. Jutro miał odjechać pociąg Hogwart - Londyn. To była ostatnia szansa.
Tym razem usiadł blisko wyjścia. Wyciągnął z torby książkę i udawał, że czyta, obserwując pomieszczenie. Po kilkunastu pełnych napięcia minutach Puchon przeszedł przez drzwi w towarzystwie swoich przyjaciół. Evander powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Zdobył już taką wprawę w rzucaniu Zaklęcia Sugestii, że nie musząc się obawiać oporu ze strony jego przyjaciół bez trudu podsunął Justynowi myśl, że chłopak potrzebuje podręcznika. Gdy tylko się oddalił od swoich kolegów, a oni pogrążyli się w rozmowie, Evander rzucił w niego kolejną sugestią. Chłopak ruszył do wyjścia.
Śledził go przez całą drogę do toalet. Kiedy Finch-Fletchley zniknął za drzwiami łazienki dla chłopców, Evander wślizgnął się do tej dla dziewczyn.
– Wchodzę – napisał w dzienniku.
Pociemniało mu w oczach, a kiedy świat wrócił na swoje miejsce, jego twarz, chociaż ta sama, nie przypominała już jego własnej. Pozbawiona wszelkich emocji oderwała wzrok od lustra, sycząc w kierunku nieczynnej umywalki.
Bazyliszek wyłonił się z otworu w momencie, w którym usłyszeli dochodzący z korytarza hałas.
Jeden z nich to na pewno Finch-Fletchley. Poznaję po głosie.
Tom skinął głową i syknął, pozwalając by wąż wyszedł. Evander czekał w napięciu. Riddle oczekiwał na wieści w kompletnym bezruchu.
Bazyliszek wrócił, sycząc coś i mrużąc oczy. Tom wystawił rękę, a wąż podsunął głowę w pieszczotliwym geście. Było w tym coś absurdalnego, ale Evander nie zdążył wytknąć tego Tomowi, jak zamierzał.
Z korytarza znów dobiegły głosy. Bazyliszek zdążył już cały zmieścić się w łazience. Tom rozkazał mu powrót do Komnaty, bo po chwili nie było już po nim śladu.
To Potter!
Tom drgnął. Wahał się. Mógł ściągnąć bazyliszka z powrotem i zabić chłopaka, ale zwlekał zbyt długo, albo raczej dostatecznie długo, by nie zostać złapanym. Po zamku poniósł się krzyk Irytka.
Zaraz zleci się tu cała szkoła, pomyślał Evander w przypływie paniki.
Spokojnie. Nie zostaniemy przyłapani, rozszedł się głos w jego głowie.
Nie mógł być spokojny. Jak Tom mógł być?
– Venetia speculo – powiedział Tom zataczając różdżką granice drzwi, które natychmiast zniknęły.
To lustro weneckie. Nie widzą nas, a my widzimy ich.
Evander z zadowoleniem spostrzegł, że Justyn Finch-Fletchley został jedną z ofiar. Drugą był duch Gryffindoru. Tom syknął. Evander rozpoznał pierwszą część syku jako tę, która otwiera wejście.
Jeżeli ktokolwiek się zbliży, schronimy się w Komnacie.
Miał nadzieję, że nie będą musieli tego robić, ale kiedy w zasięgu wzroku pojawił się dyrektor, Tom zrobił się nerwowy i cofnął o pół kroku. Dumbledore zdawał się zerkać w ich stronę. Evander zaczynał panikować.
Widzi nas?
Nie, odpowiedział mu Tom. Ale czuje magię. Sprawdzi tę łazienkę osobiście, albo wyśle kogoś, żeby to zrobił.
Obserwowali całą scenę z odległości, która pozwalała im na szybkie zniknięcie w wejściu do Komnaty. W końcu tłum się rozszedł, McGonagall poleciła profesorom Flitwickowi i Sinistrze przenieść Puchona, jego przyjaciel, który pojawił się chwilę wcześniej, dostał polecenie odwentylowania Prawie Bezgłowego Nicka, a ona sama zabrała Pottera ze sobą.
Oboje zdawali się nie zauważać stojącego obok nich dyrektora, co oznaczało, że go po prostu nie widzą.
Dyrektor za to zdawał się widzieć ich. Ruszył w kierunku łazienki, więc Tom wycofał się szybko.
Evander wydał z siebie lekki okrzyk zaskoczenia, który utonął wśród reszty jego bezgłośnych myśli. W miejscu, w którym do tej pory znajdował się okrągły otwór przystosowany do kształtu ciała ogromnego węża, zobaczył wysoki prawie pod sam sufit portal. Tom przeszedł przez niego, natychmiast zamykając wejście. Kiedy po raz kolejny narysował lustro, Evander ze zdumieniem stwierdził, że zdążyli w ostatniej chwili. Dyrektor wszedł do łazienki, rozglądając się dookoła. Jego mina wyrażała zawód. Najwyraźniej spodziewał się znaleźć coś lub kogoś. Wyraźnie rozczarowany, zawrócił. Sięgał już klamki, kiedy zatrzymał się, wyraźnie zauważając coś kątem oka.
– Co? To nie możliwe!
Kiedy Dumbledore zbliżał się do nieczynnej umywalki, Tom się cofnął, mało nie spadając ze stopnia. Evander zamarł. Nie wierzył, że za chwilę zostaną odkryci. To powinno być niemożliwe dla kogoś nie władającego wężomową. Tymczasem dyrektor minął wejście i stojącego za nią sparaliżowanego ze strachu Evandera (i Toma, chociaż on wydawał się bardziej gotowy do walki niż sparaliżowany) i podszedł do jednej z kabin. Zapukał, a kiedy nic się nie wydarzyło, otworzył drzwiczki, odkrywając kociołek z eliksirem. Na jego widok pokręcił tylko głową i na powrót zamknął kabinę.
– Och, Eliksir Wielosokowy, no tak.
Riddle rozluźnił zaciśniętą na różdżce dłoń. Odczekali, aż Dumbledore wyjdzie i sami opuścili kryjówkę. Evander miał masę pytań. O wejście do Komnaty, o śmierć ducha, o ich nową możliwość rozmawiania w myślach, o Dumbledore'a...
Boisz się go?
Nie chciał, żeby to tak zabrzmiało, ale na prawdę chciał wiedzieć dlaczego Tom uległ instynktowi i cofnął się wiedząc, że chroni go tysiącletnia magia samego Salazara Slytherina i umiejętność wężomowy, której, jak powszechnie było wiadomo, dyrektor nie posiadał.
Tom przemilczał to pytanie. Dla Evandera to oznaczało odpowiedź twierdzącą. Aby to potwierdzić musiałby jednak zadać Tomowi pytanie, kiedy widział przed sobą jego projekcję.
Gdzie cię zaprowadzić?
Tom skierował jego potok myśli na nieco praktyczniejsze w tym momencie zagadnienie. Evander zastanowił się nad odpowiedzią. Bez wątpienia miałby problem z dostaniem się do pokoju wspólnego niepostrzeżenie. Draco zapewne nie przepuściłby okazji, by opowiedzieć mu, czego ich klasa właśnie była świadkiem. Zaszycie się w pustej klasie też nie było pomysłem doskonałym. Po pierwsze - przez co najmniej kwadrans będzie nieprzytomny. Jeśli ktoś go znajdzie, będzie miał kłopoty. Po drugie - ktoś rzeczywiście może go szukać (szlag by cię trafił, Draco!). Po tym jak jego klasa przedwcześnie skończyła zajęcia, Draco zapewne już odkrył, że nie ma go w łóżku i uzna za podejrzany fakt, że jeszcze nie wrócił ze Skrzydła Szpitalnego.
Tom podjął decyzję za niego.
CO TY ROBISZ?!
Riddle tylko westchnął mentalnie, przemierzając korytarz prowadzący do sali wejściowej, a potem dalej w dół, ku lochom i wejściu do pokoju wspólnego Ślizgonów.
Evander pragnął go zatrzymać. Zaciszna sala i twarda, zimna posadzka nagle okazały się wcale znośne.
Hasło, zażądał Tom.
Czysta krew, pomyślał mimowolnie. W końcu to nie tak, że miał szansę go powstrzymać, prawda?
Natychmiast otoczyła go mała grupka drugorocznych Ślizgonów. Tom syknął z podirytowania.
Powiedz, że jeszcze cię głowa boli. Zostawią cię w spokoju.
Był na skraju paniki, a przytomność umysłu zachowywał jedynie dzięki iskierce nadziei, że jakoś szybko wymkną się do sypialni.
– Nie. Masz. Pojęcia co cię ominęło, Verlaine – zaskrzeczała Pansy, tylko powodując kolejne zirytowane syknięcie Toma.
Blaise odsunął się, wyraźnie wyczuwając coś, znowu podejrzliwie się mu przypatrując. Draco również go zmierzył wzrokiem, natychmiast wyrażając swoją dezaprobatę.
– Dlaczego nie jesteś w łóżku, skoro nadal nie czujesz się najlepiej?
– Nie matkuj mi, Malfoy? – odpowiedział Tom bezbarwnie.
Draco! Mów mu po imieniu!
Draco, zgodnie zresztą z jego przewidywaniami, oburzył się.
– Przecież widzę, że coś jest nie w porządku – warknął. – Pomfrey wypuściła cię w takim stanie?
Tom wzruszył tylko ramionami.
– Jasne! Nie musisz odpowiadać. Ale więcej nie licz na to, że będę cię krył, Verlaine.
Chwycił za ramię stojącego obok niego Notta (czy on miał włosy w czarno-białe pasy?!) i zniknęli w tłumie.
No i pięknie. Co ci strzeliło do głowy, żeby tak mu odpowiedzieć?
To twoje słowa. Tom nawiązywał do ich rozmowy z początku roku. Jak to możliwe, że w ogóle ją pamiętał? Evander nie pamiętał. Sądziłem, że się nadadzą.
Może by się nadały, gdybyś włożył w to choć trochę emocji. Merlinie, pomyślą, że mi odbiło. Nott się ucieszy. Dałeś mu nadzieję tuż przed wyjazdem. Po prostu super.
Tom rozejrzał się po pokoju.
– Nie czuję się najlepiej – powiedział, mimowolnie krzywiąc się na to stwierdzenie.
Przepchnął się między Blaise'em a Pansy, nie zwracając na nich uwagi, więc Evander nie dojrzał ich reakcji.
Kolejny problem, pomyślał.
Ruszył w stronę dormitorium. Krótkie zerknięcie na tabliczki powiedziało mu gdzie ma się kierować.
Jesteś słaby, skoro tak otwarcie przyznajesz się do swoich słabości.
Nie przyznaję się do nich. Wykorzystuję je, żeby uzyskać zamierzony cel.
A one zemszczą się w przyszłości, bo wszyscy będą traktować cię jak słabego. Jesteś bardzo krótkowzroczny, Evanderze.
Evander westchnął ciężko. Po prostu połóż moje ciało do łóżka i zostaw mnie w spokoju.
Tom oczywiście go nie posłuchał.
Położył się, ale nie opuścił jego ciała. Leżał przez chwilę, obserwując rozmawiających Draco i Theodora.
– Głowa mnie boli – poskarżył się, oczywiście wkładając w to emocje, ale nie te, które powinien. – Możecie przenieść tę dyskusję gdzieś indziej?
Evander, gdyby mógł, złapałby się za głowę i zaczął wyrywać z niej włosy. Garściami, żeby było bardziej dramatycznie.
Merlinie, Tom! Dopiero co uzyskałem swoją pozycję, a ty zachowujesz się, jakbyś dzierżył niepodzielną władzę w całym Domu. Ba! Zawdzięczam ją osobie, której właśnie wydałeś rozkaz. ROZKAZ, Tom! Nie jestem tobą.
O dziwo, Draco zacisnął usta i z krótkim "jeszcze do tego wrócimy" wyszedł. Evandera zaskoczyła jego reakcja.
Nott zwlekał przez kilka długich sekund.
– Kiedyś cię zabiję, Verlaine. Przysięgam – warknął i wyszedł.
Na twoim miejscu zrobiłbym to pierwszy, skomentował Tom i Evander stracił przytomność.
