07.


Obudził go okropny hałas, dochodzący przez niedomknięte drzwi. Evander jęknął, łapiąc się za głowę. Ból był o wiele większy niż poprzednim razem.

Obrócił się na plecy i przykrył głowę poduszką, zaciskając oczy, nie będąc w stanie zebrać myśli. Z łóżka ściągnął go dźwięk przesuwanego po podłodze kufra. I burczenie w brzuchu.

Westchnął ciężko i podniósł się powoli. Obraz rozmazał mu się przed oczami na kilka sekund, ale rozpoznał postać targającą za sobą skrzynię.

Nott.

Zmusił się do szerszego rozchylenia powiek, które mrużył odkąd zdjął z twarzy poduszkę. Skrzypienie metalowych okuć szurających po kamiennej posadzce rozdzierało mu czaszkę.

– Myślałem, że jesteś czarodziejem, Nott.

Chwycił różdżkę z zamiarem przelewitowania kufra chłopaka za drzwi, nie ruszając się przy tym z łóżka, ale drzwi otworzyły się i stanął w nich Draco.

Spojrzał na niego kątem oka, krzywiąc się nieznacznie, po czym przeniósł spojrzenie na Notta.

– Pośpiesz się, Theo. Wszyscy zbierają się już w sali wejściowej.

Rzeczywiście, hałas dobiegający z pokoju wspólnego jakby przycichł. Draco skierował różdżkę w stronę kufra Notta.

Wingardium Leviosa. Rany, Theo. Umiesz czarować czy nie?

Evander parsknął śmiechem. Malfoy rzucił mu lodowate spojrzenie i wyszedł, lewitując skrzynię przed sobą.

Nie pozostało mu nic innego jak tylko wstać i…

– O zgrozo - mruknął pod nosem.

Jeżeli Nott właśnie wyjeżdżał, to oznaczało, że przespał całą dobę, w tym pozostałe we wczorajszym dniu zajęcia z zaklęć i obrony przed czarną magią. I najpewniej przegapił śniadanie.

Opadł z powrotem na łóżko. Skoro przegapił śniadanie to równie dobrze mógł wstać na lunch. Z pewną dozą zdziwienia stwierdził, że to pierwszy w tym roku szkolnym dzień, kiedy tak otwarcie się lenił.

Po kwadransie w brzuchu burczało mu już tak głośno, że zaczął się zastanawiać co ze sobą pocznie do obiadu. Wzdychał cierpiętniczo, kiedy drzwi sypialni się otworzyły i stanął w nich Draco.

Przed nim lewitował stos kanapek. Brzuch Evandera odezwał się żałośnie na ten widok.

Draco, nie bez trudu, zdusił śmiech.

– Masz. Nie zamierzam dłużej czekać, a głodny nie nadajesz się do niczego.

Evander nie mógł się powstrzymać od uniesienia brwi, ale widok zbliżających się kanapek go rozproszył.

– Dziękuję – powiedział ostrożnie i sięgnął po pierwszą z nich.

Siedział w łóżku ze skrzyżowanymi nogami, pozwalając Draco, by przyglądał mu się z góry jak je.

Spokój, nuda, opanowanie, przypomniał sobie.

Kiedy została mu już ostatnia kanapka, Draco przerwał milczenie.

– Powiem to bardzo krótko. Nie obchodzi mnie, jak bardzo źle będziesz się czuć – zaczął ostro. – Zapamiętaj sobie, że to ja jestem tutaj numerem jeden i bez względu na okoliczności, nie będziesz podważał mojego autorytetu w tej szkole. Czy to jest dla ciebie jasne?

Evander obrzucił go krótkim spojrzeniem i wrócił do jedzenia.

Draco wyrwał mu kanapkę z rąk i odrzucił na podłogę, po czym złapał go za poły koszuli.

– Verlaine – wycedził.

Evander ze zdumieniem zauważył, że Tom położył go spać w szkolnych szatach.

Powoli uniósł wzrok, spoglądając Malfoyowi głęboko w oczy. Draco był poważny jak nigdy. Evander podłożył mu stopę, korzystając z doświadczenia, jakiego nie miał chłopak – dorastania z dwójką młodszych kuzynów – i w następnej chwili Draco leżał na pościeli, a Evander pochylał się nad nim.

– Myślę, że da się zrobić – powiedział spokojnie. Tym razem to on spoglądał na Draco z góry. – Dzięki za kanapki. Miło z twojej strony.

Wyszedł do łazienki. Musiał się doprowadzić do porządku. Przespał dwadzieścia cztery godziny i stracił mnóstwo czasu.


Następne dni prawie w całości spędził kursując między biblioteką a pobliską salą do ćwiczeń. Po ostatnich wydarzeniach przestał się ograniczać do zaklęć ochronnych, których uczył się od początku roku. Ćwiczył zaklęcia niewerbalne, pojedynkowe i więcej czytał o teorii tworzenia i łamania zaklęć. Czasem zapominał zejść na posiłek. Do pokoju wspólnego wracał wykończony, ale nie dawał po sobie niczego poznać i jedyną oznaką jego wyczerpania, były coraz bardziej podkrążone oczy.

Ćwiczył też z Tomem. Riddle uznał, że trzy ataki, nawet jeśli nie śmiertelne, były wystarczającym powodem, by zamknąć szkołę i chociaż nie uważał, by dyrektor to zrobił, nie zamierzał ryzykować.

– Dlaczego nie miałby zamykać szkoły?

– To Dumbledore – odpowiedział mu Tom, jakby to wszystko wyjaśniało. Mina Evandera nie wyrażała zrozumienia, więc kontynuował. – Wiele poświęci, żeby rozwiązać tę tajemnicę. A teraz, kiedy ma po swojej stronie władającego wężomową czarodzieja, będzie skłonny poświęcić naprawdę dużo. On chce się dostać do Komnaty Tajemnic.

Evander przemilczał ten komentarz. Wiedział o dyrektorze niewiele ponad to, co krążyło w opinii publicznej za sprawą Proroka Codziennego, który nie zawsze był wiarygodnym źródłem informacji.

– Co więc będziemy robić przez ferie? Zamierzasz przehibernować święta?

Tom spojrzał na niego jak na idiotę.

– Nauczę cię kilku przydatnych zaklęć.

Szary pokój wspólny zmienił się w równie szarą salę lekcyjną. Nie było na niej ławek, za to na pod ścianą, na jej drugim końcu, stały manekiny treningowe.


– Jeszcze raz!

Evander uniósł różdżkę, ale nie miał już wystarczająco dużo siły. Kręciło mu się w głowie i miał problemy z wycelowaniem w małą głowę pachołka. Klątwa zboczyła z kursu o niewielki kąt i uderzyła w ścianę za manekinem, mijając go o milimetry.

– Jeszcze raz!

Evander rzucił zaklęcie, ale tym razem klątwa znów trafiła w ścianę, jeszcze dalej. To samo powtórzyło się jeszcze dwa razy.

– Jeszcze raz!

Wypowiedział inkantację na głos i promień światła pomknął prosto do celu. Głowa manekina rozprysnęła się na tysiące kawałków, wywołując olbrzymi huk, który zatrząsnął pomieszczeniem.

– Miało być niewerbalne – warknął Tom, błyskawicznie znajdując się przed nim, wyciągając rękę w tył, nie zaglądając w tym kierunku, nie mówiąc ani słowa i posyłając klątwę w sam środek krateru, który był w ścianie. Jego uderzenie spowodowało wyrwę trzy razy większą od poprzedniej, a całe pomieszczenie zakołysało się tak, że wykończony Evander mało co nie skończył na kolanach.

Odzyskał równowagę po to, by w następnej chwili kolejny zawrót głowy posłał go na podłogę. Tom złapał go w ostatniej chwili, a potem nastała ciemność.

– Powinieneś był powiedzieć, że osiągasz limit – usłyszał, kiedy tylko się ocknął.

– A co by to dało? Nie posłuchałbyś.

– Nie. Ale byłbym na to przygotowany, zamiast zakładać, że po prostu się obijasz.

Evander prychnął, a zaraz później jęknął, kiedy poraziła go nagła fala bólu głowy.

– Wracaj do siebie – powiedział Tom. – Nie przychodź jutro, jeśli nie będziesz w pełni sprawny.

Evander skinąłby głową, gdyby nie strach przed kolejnym nasileniem bólu.


W wigilię Draco podjął kolejną próbę rozmowy z Evanderem.

Drugoroczni Ślizgoni, niemal jedyni, którzy zostali w zamku, siedzieli w pokoju wspólnym, dyskutując na temat ataków dziedzica. Evander minął ich bez słowa, pragnąc jak najszybciej zabrać przeczytane książki i iść do biblioteki. Nie zdążył zamknąć drzwi, kiedy za nim do sypialni wszedł Draco. Evander powstrzymał się od przewrócenia oczami. Nareszcie. Stanął naprzeciw niego, czekając na to, co miał do powiedzenia blondyn.

– Nie możesz ciągle podważać mojego autorytetu, Evander – powiedział spokojnie.

Zgodnie z jego przewidywaniami, tym razem Draco próbował traktować go jak równego sobie.

– Tyle, że ja wcale nie zamierzam – odpowiedział, znów go zaskakując i zaczerpnął oddechu, formując zdania w głowie. – Ciągle mówisz o hierarchii w Slytherinie. Poświęcasz sporo wysiłku na utrzymywanie się na szczycie i wyrabianie sobie marki wśród starszych roczników. Do głowy ci nie przyszło, że ktoś może nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Jak dla mnie, możesz być księciem Slytherinu do końca naszego pobytu w tej szkole. Podczas gdy ty marnujesz czas na zdobywanie poparcia, ja skupiam się na zdobywaniu prawdziwej siły. To ona przyciąga ludzi. – Malfoy zerkał na niego podejrzliwie. – Proponuję ci kolejny układ, Draco.

– Bez względu na swoje działania, nigdy nie zakwestionuję twojej pozycji lidera wśród Ślizgonów, ani nie będę rościć sobie do niej praw, a jeśli ktoś to zrobi, będziesz miał do dyspozycji moje pełne, aktywne poparcie w tej sprawie.

– Co chcesz w zamian?

– Przymkniesz oko na wszystko inne, co zrobię. Nie będziesz, czynnie ani biernie, utrudniać mi życia.

Draco wyczuwał haczyk, chociaż nie umiał sprecyzować na czym konkretnie miałby on polegać. Wahał się. Już sama deklaracja niekwestionowania jego pozycji była dla niego bardzo korzystna, a otwarte poparcie ze strony Evandera...

Draco powinien przeczuwać, że niedługo wszyscy zapomną, jak kiedyś go gnębili. To mógł być dla niego bardzo korzystny układ, który robił z nich wspólników na pozostałe pięć lat w Hogwarcie. Nie wiedział tylko, co planuje Evander i jak drogo mu przyjdzie zapłacić za to poparcie. Zapytanie go o to ocierało się o śmieszność, więc tego nie zrobił.

Evander czekał.

– Co będziesz z tego miał?

Nie chciał odpowiadać.

– Spokój, swobodę ruchów. – I gwarancję nietykalności, dodał w myślach.

Draco przytaknął, usatysfakcjonowany. To było w stylu Evandera, więc łatwo zaakceptował odpowiedź.

– Złożysz Błękitną Przysięgę? – zapytał.

Evander skinął głową. Błękitna Przysięga, magiczny kontrakt, który polegał na blokowaniu zabronionych przez kontrakt działań, jak i zmuszaniu do podjęcia działań przez kontrakt wymaganych.

– Na czas pobytu w Hogwarcie – podał swój warunek.

– Do czasu ukończenia nauki – doprecyzował Draco.

Evander niechętnie zgodził się na ustępstwo. Liczył na to, że Draco nie zauważy luki w postaci wszelkich wakacji i świąt, ale ostatecznie mógł się na to zgodzić.

– Zgoda.

– Zgoda.

Podali sobie dłonie, wokół których natychmiast rozbłysnął błękitny kokon. Po chwili skurczył się do postaci dwóch obręczy i zgasł.

Evander wyszedł z pokoju zadowolony.


W bibliotece spędził chwilę, szukając odpowiedniego tytułu. Ostatecznie wypożyczył Bezpieczne Pojedynkowanie. Teoria i Praktyka. Po przejrzeniu kilku losowych stron uznał, że powinna się nadać na jego popołudniowe treningi. Od świątecznego śniadania minęła nieco ponad godzina, więc miał ich jeszcze kilka na przejrzenie księgi, zanim zacznie ćwiczyć zawarte w niej zaklęcia. Wracał do lochów, kiedy zauważył, że pod wejściem panuje zamieszanie.

Na końcu języka miał kazanie o głupich pierwszorocznych, którzy nie potrafią zapamiętać prostego hasła, kiedy zorientował się, że to nie są Ślizgoni.

Potter i Weasley zauważyli go w tym samym momencie.

– Co tu robicie? – zapytał, stając na środku korytarza i blokując przejście.

Rudzielec przyjął bojową pozycję, w każdej chwili gotowy się na niego rzucić. Powstrzymywać zdawał się go tylko stojący nieruchomo Potter.

Evander poruszył ręką i różdżka natychmiast znalazła się w jego dłoni. Odkąd Nott zintensyfikował naciski, Evander szukał metody na szybkie dobycie różdżki i znalazł wygodny sposób na trzymanie jej w rękawie.

Wzrok Pottera spoczął na jego różdżce i sam sięgnął po swoją. Evander w niego wycelował.

– Nie radzę – powiedział. – Co tu robicie?

– Próbujemy się dostać do waszego dormitorium.

Kłamał. Evander przypomniał sobie Eliksir Wielosokowy.

– A ja myślę, – zrobił krok w ich stronę, – że właśnie wychodziliście. Dość pospiesznie w dodatku. Jakby się wam… kończył czas – zawiesił głos teatralnie, mrużąc oczy i się im przyglądając.

Weasley wiercił się nerwowo.

– Nie mam nic do ciebie, Verlaine, więc po prostu nas przepuść – powiedział Potter.

– Dlaczego miałbym to zrobić? Jesteś w szatach Slytherinu. Powinien się o tym dowiedzieć któryś z profesorów.

Przez twarze obu przeszła groza. Zapewne pomyśleli o Snape'ie. Evander wiele by teraz dał, żeby nauczyciel się tu znalazł właśnie w tej chwili. Był pewny, że sam Snape też byłby z tego zadowolony.

– Dowiedzieliście się tego, czego chcieliście?

Potter zbladł.

– Nie wiem o czym mówisz – powiedział. – Idziemy, Ron. Nic nam nie zrobi.

Evander poczekał, aż będą go mijać.

– Na razie – mruknął złowieszczo.

Wparował do pokoju wspólnego, rozejrzał się po pomieszczeniu i głos mu uwiązł w gardle, zanim cokolwiek powiedział.

Kontrakt Błękitnej Przysięgi działał.

Usiadł na jednym z wolnych foteli, bezwiednie wybierając swój ulubiony. Wlepił wzrok w ogień, wystawiając twarz na przyjemne ciepło dochodzące z kominka.

Czekał.

W końcu Blaise wyszedł, a po dłuższym czasie zniknęły też Pansy i Tracy. Evander został sam z Draco.

– Chciałeś mi coś powiedzieć – zaczął.

– Brawo za spostrzegawczość.

– Co cię tak rozwścieczyło, że zamierzałeś mi zwymyślać przy wszystkich?

– Och, więc zauważyłeś?

– Trudno byłoby nie zauważyć.

Evander westchnął.

– Gdzie są Vincent i Greg?

Draco wzruszył ramionami.

– Wyszli chwilę przed twoim przyjściem. Nażarli się czegoś na uczcie i poszli do Skrzydła Szpitalnego. Czemu o nich pytasz?

Evander odwrócił się w jego stronę. Cienie tańczyły na jego twarzy, powodując złudne wrażenia.

– Co mówili zanim wyszli?

Malfoy zmarszczył brwi, łącząc fakty.

– Powiedz wprost, Evander. Co sugerujesz?

– O czym rozmawialiście? – naciskał. Musiał wiedzieć, zanim powie Draco z kim rozmawiał, zanim ten wyprze się, że zdradził cokolwiek ważnego.

– O dziedzicu, jak zwykle ostatnio. Tyle razy mnie już pytali, powinni już zapamiętać, że nie wiem kim on jest.

Evander zamrugał, a potem parsknął śmiechem.

– Nic więcej im nie powiedziałeś?

– Że gdybym ja nim był, zacząłbym od Granger. Evander, wyjaśnisz mi o co chodzi?

– To był Potter z Weasleyem.

Draco zamarł. W jego oczach przez moment Evander wyczytał przerażenie.

Nie powiedział mu wszystkiego.

– Jak to Potter z Weasleyem? Chyba potrafię jeszcze rozpoznać…

– Spotkałem ich jak wychodzili. Potter i Weasley – powiedział dobitnie. – W ślizgońskich szatach.

– Ale jak?

– Nie wiem, Glamour? Transmutacja? Eliksir Wielosokowy?

Draco wstał na równe nogi.

– Jeżeli to prawda…

– Co im powiedziałeś?

– Położenie skrytki ojca…

Evander zamknął oczy, biorąc powolny, głęboki wdech. To nie działo się na prawdę.

– Draco…

– Powinienem napisać do ojca. Ale zabije mnie jak mu to powiem.

– To było głupie.

Malfoy milczał.

– Powinieneś był mi to powiedzieć od razu.

– Nie pozwalał mi na to kontrakt, jak sam celnie zauważyłeś wcześniej.

Evander podszedł do Draco i pochylił się nad nim, obniżając głos by mieć pewność, że nikt ich nie usłyszy, mimo tego, że pokój wspólny był pusty.

– Przysiągłem stać za tobą murem, Draco. Nie każ mi popierać głupca.


Czas płynął nieubłaganie, a Riddle nadal nie decydował się na otwarcie Komnaty Tajemnic. Evander nie miał nic przeciwko, korzystając z możliwości, jakie dawały dodatkowe lekcje z Tomem.

Jego zdolność przyswajania nowych zaklęć znacząco się poprawiła, co miał okazję przetestować już na pierwszych, po feriach świątecznych, zajęciach z Flitwickiem. Rzucił Diffindo przy pierwszej próbie, a za drugim razem cięcie było na tyle precyzyjne, że nauczyciel przyznał Slytherinowi dwadzieścia punktów. Tom wyjaśnił mu również, na czym polegał jego problem z łączeniem teorii i praktyki na transmutacji. Nie poprawiły się przez to jakoś znacząco jego wyniki, ale zaczął rozumieć co, kiedy i dlaczego w takiej kolejności robi. Nic nie zmieniło się na lekcjach eliksirów, chociaż nieobecność Granger na sali sprawiała, że jego pozycja w rankingu tymczasowo podwyższyła się o jedno oczko.

Brak Granger niesamowicie go śmieszył. Zauważył, że zniknęła jeszcze w ferie, a kiedy podzielił się tą informacją z Tomem, ten zawyrokował: nieprawidłowe użycie Eliksiru Wielosokowego. Z najwyższą pogardą przedstawił mu swoje podejrzenia i Evander z trudem powstrzymywał się, by nie wykorzystać tego w rozmowie z Potterem. Sprowokowanie go może i byłoby satysfakcjonujące, ale nie dałoby żadnych wymiernych korzyści, a wręcz mogłoby przenieść na niego podejrzenia, co nie było pożądane ani przez Toma, ani przez samego Evandera.

W kwestii dowiedzenia swojej niewinności również posuwał się na przód. Jego fałszywy dziennik zapełniał się wpisami, w których barwnie opisywał jak w jego pamięci pojawiają się luki, nie pamięta co robił i, że najczęściej dzieje się to tuż przed atakami. Pisał, że zaczyna się zastanawiać czy ktoś, lub coś, go nie opętało i nie wykorzystuje go do przeprowadzania tych ataków. Pisał też, że boi się komukolwiek o tym powiedzieć.

Na początku nawet trochę tak myślał. Odrobinę. Z czasem zaczął się zastanawiać czy ktoś w to w ogóle uwierzy i, jeśli przyjdzie mu wykorzystać pamiętnik jako alibi, jak dobrymi umiejętnościami aktorskimi będzie musiał się wykazać, żeby uwiarygodnić tę wersję wydarzeń.

Póki co ignorował problem.

W jego relacji ze Ślizgonami też nie działo się najlepiej. Blaise już otwarcie się mu przyglądał, za to Pansy zaakceptowała go zupełnie, co oznaczało, że był narażony na jej skrzekliwy głos o wiele częściej niż zwykle. Tracy wzięła jego milczenie za przyzwolenie na zwierzanie mu się ze swojego zauroczenia Zabinim i musiał ostro interweniować, żeby pojęła, że nie ma zamiaru tego steku bzdur słuchać. Któregoś dnia, w połowie stycznia, wziął ją na rozmowę w kącie pokoju wspólnego, strategicznie obierając miejsce jak najbliżej korytarza dla dziewczyn.

– Słuchaj uważnie, Davis – powiedział oschle. – Nie będę się powtarzał. Wyświadczyłem ci przysługę, milcząc wczoraj w trakcie kolacji, ale jeśli jeszcze raz będziesz mnie zanudzać swoim życiem miłosnym, które w najmniejszym stopniu mnie nie interesuje, zwrócę ci uwagę, nie przejmując się tym kto i co usłyszy, ani jak to zrozumie. Zapewne poczujesz się poniżona i ośmieszona, ale sprawisz to na swoje własne życzenie. Doceniasz teraz, jak sądzę, że oszczędziłem ci tego wczoraj, w Wielkiej Sali? – zapytał, sugestywnie unosząc brwi.

Tracy Davis zadrżała warga i zaszkliły się oczy. Pobiegła korytarzem i schowała się w dormitorium dziewczyn.

Evander zignorował lekkie ukłucie wyrzutów sumienia i odetchnął w nadziei, że przynajmniej z tym będzie miał spokój.

Pozostał jeszcze kłopot, jaki miał z Draco. Na razie testował na jak wiele mógł sobie pozwolić w ramach kontraktu. Odkrył, że ich zwyczajowe sprzeczki nadal są dopuszczalne przez Błękitną Przysięgę. Był z tego powodu bardzo zadowolony.


Jedli śniadanie, zawzięcie ignorując Lockharta i jego paskudne kupidyny, które właśnie wypełniły salę.

– Spójrzcie na minę Snape'a – mruknął Blaise.

Evander zerknął w stronę stołu nauczycielskiego i mało brakowało, a zakrztusiłby się sokiem. Mistrzowi Eliksirów biła z oczu żądza mordu.

– Jeżeli dostanę od kogoś walentynkę to przysięgam, że wycisnę z krasnoluda, od kogo ją przyjął i zrobię dziewczynie piekło – powiedział Evander.

Tracy zerknęła na niego, wiercąc się niespokojnie. Unikała go jak ognia, wciąż pamiętając ich ostatnią rozmowę.

– Chciałbym to zobaczyć – roześmiał się Draco.

– A ja nie – mruknął Evander, zerkając z rosnącym niepokojem na zainteresowanie, jakim kupidynów darzyła żeńska część uczniów na tej sali.

– Już miałam zaproponować zrobienie kawału Snape'owi, ale coś czuję, że ma podobne do Evandera podejście w tej kwestii…

– Pansy, nawet nie próbuj. Zabije nas. Spójrz na niego – odpowiedział Blaise.

Wszyscy wydawali się poruszeni.

– Nie waż się tego zrobić, Pansy.

– Ale gdyby zasugerować ten pomysł bliźniakom z Gryffindoru…

– Parkinson, miej litość!


Byli w drodze na transmutację, kiedy zastali zamieszanie w jednym z korytarzy. Jakiś kupidyn ścigał Harry'ego Pottera, usiłując dostarczyć walentynkę. W Evanderze tylko wzrosła determinacja, by spełnić obietnicę ze śniadania, jeśli tylko znajdzie się w podobnej sytuacji.

Krasnolud złapał Pottera, przy okazji rozrywając mu torbę. Gryfon próbował zebrać swoje rzeczy, ale wtedy dostrzegł, że się zbliżają, więc spanikował.

Draco przyglądał się wszystkiemu z drwiącym uśmieszkiem. Poczekał, aż kupidyn wydeklamuje walentynkę i podniósł z podłogi Quidditch przez wieki.

– Oddaj to1 – wycedził Potter.

Evander podszedł bliżej. Nie wyciągnął jeszcze różdżki, ale był przygotowany, by interweniować.

Draco otworzył książkę i zaczął przeglądać zapisane na marginesach notatki.

– Oddaj to, Malfoy – usłyszeli z końca korytarza. W zasięgu wzroku pojawił się Weasley-Prefekt.

Evander ucieszył się na jego widok. Draco najpewniej też domyślił się, że sprowokowany Potter zrobi coś, co ten miłośnik zasad uzna za niedozwolone i odejmie punkty własnemu domowi.

– Oddam, tylko sobie popatrzę – mruknął Draco, wyraźnie rozbawiony niektórymi zapiskami.

– Jako prefekt szkoły… – zaczął Weasley, ale Potter rzeczywiście dał się sprowokować.

Expelliarmus!

Evander natychmiast wyciągnął różdżkę. Zdążył w ostatniej chwili.

Protego – mruknął i zatoczył dłonią półokrąg, zasłaniając ich obu przed zaklęciem.

Draco rzucił książką w kierunku Pottera nie przejmując się, że ten nie miał jak jej złapać. Quidditch przez wieki upadł na podłogę i sunął jeszcze kilkanaście cali po kamiennej posadzce, docierając pod stopy młodszego rudzielca.

Odeszli w stronę sali do transmutacji. Draco rzucił jeszcze kąśliwą uwagę o walentynce w stronę Weasleyówny.

– Dzięki – wymamrotał Draco.

– Byłem na linii ognia – mruknął w odpowiedzi Evander.


1 Kolejny cytat z Harry Potter i Komnata Tajemnic autorstwa J.K. Rowling, w przekładzie Andrzeja Polkowskiego. W tej scenie będą jeszcze cztery wypowiedzi przepisane z książki.


Przez wszystkie zajęcia Draco wydawał się dość cichy i zamyślony. Nott próbował go zagadywać, ale Malfoy zbywał go, jak wszystkich innych, wymawiając się nauką. Evander nie podejmował własnych prób, ograniczając się tylko do obserwacji.

Wyjątkowe milczenie Draco szczególnie było widać na zaklęciach, gdzie tak się skupił na wykonaniu zadanego przez Flitwicka polecenia, że po kwadransie opanował je do tego stopnia, że nauczyciel nagrodził go dziesięcioma punktami. Draco nie poprzestał jednak na tym i dalej ćwiczył zaklęcie, co było zupełnie nie w jego stylu.

Obrona przed czarną magią od początku roku nie nastrajała do pogaduszek, ale i tu dziwne zachowanie Draco zwracało na siebie uwagę całej klasy, odciągając ją od cytowanej relacji Wędrówek z trollami.

Po ostatnich zajęciach, kiedy schodzili z wieży, kierując się do dormitoriów, Evander zrównał krok z Draco. Szli razem przez jakiś czas. Evander czekał, aż Draco sam się odezwie, ale blondyn nadal milczał. Mijając salę wejściową zwolnił, zerkając lekko w jego stronę. Evander zrobił to samo, obserwując mijających ich Ślizgonów.

Poczuł szarpnięcie i został wepchnięty do pustej klasy.

– Draco?

Malfoy stał przed nim z założonymi rękami, blokując wejście i wpatrując się w niego intensywnie.

– Kto cię uczy? – zapytał. Jego postawa wyrażała szczere zainteresowanie. – Też chciałbym dodatkowe lekcje.

Evander uśmiechnął się do niego.

– Skąd pomysł, że ktoś mnie uczy?

– Robisz zbyt szybkie postępy. Masz umiejętności na poziomie piątoklasisty.

– Wydaje ci się…

– Nie kłam, Evander.

Zaklął w duchu.

– Nie mogę ci powiedzieć.

Każda inna odpowiedź prowadziłaby do kolejnych kłamstw i tylko odsuwałaby problem w czasie. Czasem powiedzenie prawdy wprost było najlepszym wyjściem.

– Więc nie zamierzasz się dzielić swoją wiedzą?

Draco zaczynał nastawiać się wojowniczo.

– Czego oczekujesz, Draco?

– Jeżeli nie możesz przedstawić mnie swojemu nauczycielowi, to zdradź mi wskazówki, których ci udziela.

– Dlaczego miałbym to robić?

– Czy nie mamy magicznego układu? Jak mam być liderem w Slytherinie, jeżeli zaczniesz mnie pokonywać w każdej możliwej sytuacji?

Evander roześmiał się głośno.

– Zapewniam, że w historii magii na pewno się nie podciągnąłem – zażartował. – Ale poważnie, Draco. Chcesz, żebym cię uczył?

– Nie czuję się z tym komfortowo, zapewniam – odburknął. – Ale tak. Oczywiście nikt się o tym nie dowie.

– Tego zabroniłby mi kontrakt.

Draco skinął głową, odrobinę pocieszony.

– Ta tarcza, dziś na korytarzu…

Evander zmrużył oczy. Więc to o to chodziło. Draco chciał sam móc się obronić. Kontrakt zabroniłby mu interweniować, gdyby Draco był w stanie odbić zaklęcie. Błękitna Przysięga uznała, że tarcza Evandera będzie niosła za sobą mniejszy uszczerbek na pozycji Draco, niż gdyby został pokonany przez Zaklęcie Rozbrajające rzucone przez Gryfona. Draco też to zrozumiał i nie chciał pozwolić, by sytuacja powtórzyła się w przyszłości. Nie chciał być uznany za niezdolnego do samoobrony.

W pewnym sensie Evander też miał w tym swoją korzyść. Nie zamierzał być jego gorylem, zasłaniającym go własnym ciałem i broniącym go za każdym razem, gdy Potter wymierzy w niego różdżką. Taka sytuacja byłaby niefortunna dla nich obu.

– Byłeś dość szybki – dodał Draco po chwili. – I opanowany.

Jakbyś już nie raz walczył, zawisło w powietrzu.

– Kwestia kontroli – powiedział Evander. – Kiedy kontrolujesz swoją magię, wszystko działa inaczej, wydaje się prostsze.

Draco zacisnął zęby, wyraźnie walcząc ze sobą. Nie lubił, kiedy się go pouczało, a Evander, zauważył to dopiero po chwili, użył moralizatorskiego tonu, jaki automatycznie przejął po Riddle'u.

– Musisz wyłączyć dumę, Draco. Będzie ci tylko przeszkadzać – powiedział i machnięciem różdżki sprawił, że ławki przesunęły się pod ścianę. Kolejne machnięcie i wyszeptana inkantacja, a na końcu sali pojawił się manekin treningowy – dokładnie taki sam, z jakim ćwiczył na zajęciach z Tomem. – Nogi szeroko. Rozłóż ręce – nakazał.

Draco już miał kwestionować jego polecenie, ale Evander spojrzał na niego znacząco.

– Po prostu to zrób – powiedział trochę delikatniej.

Tom nie cackał się z nim w ten sposób. Ale też przy Tomie ciężko było okazywać jakikolwiek bunt. Kiedy Riddle rozkazał mu stanąć w ten sposób, Evander po prostu to zrobił.

Draco uniósł ramiona, czując się jak pajac. Ręka z różdżką wycelowana była teraz prosto w manekin.

– Rzuć Zaklęcie Rozbrajające.

Draco krzyknął formułę, a różdżka manekina wyleciała w powietrze, lądując mu w dłoni.

– Dobrze. Nawet bardzo dobrze. Jak na przeciętnego czarodzieja.

Mina Draco zrzedła w jednej chwili. Evander uśmiechnął się widząc, że osiągnął zamierzony efekt.

– Spójrz. – Obrócił się, tak by Draco lepiej go widział. – Rzucając zaklęcie ruszasz całym ciałem, zginasz łokieć i wyrzucasz go, jakbyś chciał nadać zaklęciu dodatkowe przyspieszenie – zademonstrował. – Marnujesz tylko czas i energię. Musisz nauczyć się wykonywać minimalne ruchy i wypowiadać zaklęcia cicho, albo wcale. – Pokazał jak sam to robi. – Spróbuj.

Draco rzucił zaklęcie, nie wykonując żadnego ruchu i szepcząc inkantację. Czerwony promień wystrzelił z różdżki z połowę mniejszą prędkością i nie zdołał dotrzeć do manekina.

– Jak niby mam to zrobić? – wycedził przez zęby Draco.

Evander uniósł ręce w obronnym geście, ale nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Reakcja Draco przypominała mu swoją własną.

– Spokojnie, właśnie do tego przechodzę. – Obszedł go dookoła i stanął za jego plecami. – Większość czarodziei nie kontroluje dostatecznie swojej magii. Kiedy rzucasz zaklęcie, kumulujesz jego siłę w określonym miejscu. Naturalnie skupia się ona w centrum. – Przytknął palec w środek pleców Draco. Blondyn wzdrygnął się, ale nie ruszył. – Różdżka ściąga skupioną moc w swoją stronę – Evander przesunął palec do prawej łopatki – i ułatwia wysłanie skupionej wiązki w kierunku, który wybierzesz. To, czego musisz się nauczyć, to skupianie magii jak najdalej, tuż przy powierzchni.

Chwycił Draco za dłoń, w której trzymał różdżkę.

– Kumulując magię w tym miejscu, nie dajesz jej możliwości by się rozproszyła po ciele. Zaklęcia są o wiele skuteczniejsze, mocniejsze, szybsze. Czy raczej, potrzebujesz mniej mocy, żeby osiągnąć założony cel i mniej czasu na reakcję.

Draco skinął głową.

– Jak to osiągnąć?

– Spróbuj sam. Skup magię w dłoni.

Odsunął się od Draco i chłopak rzucił kolejne Zaklęcie Rozbrajające. Znów wykonał ten sam ruch ramieniem.

– To jest silniejsze ode mnie – warknął.

– Wiem. Spróbuj jeszcze raz.

Draco próbował jeszcze cztery razy, ale nawyk wygrywał za każdym razem.

– Jak niby mam to zrobić?!

Evander znów się przybliżył.

– Pokażę ci jak ja to robię.

Draco chciał się obrócić, ale Evander go powstrzymał.

– Zanim zapytasz, nie, nie ma innego sposobu. A przynajmniej tak mi powiedziano – oznajmił i chwycił Draco za rękę, splatając ich dłonie. Drugą objął tę, która trzymała różdżkę. A potem przylgnął do niego ciałem. – Skup się. Expelliarmus.

Powtórzył zaklęcie kilkukrotnie, później rzucił je jeszcze dwa razy niewerbalnie. Kiedy się odsunął, Draco obrócił się i spojrzał na niego, jakby zobaczył ducha.

– Ile czasu zajęło ci opanowanie tego? – zapytał po chwili.

– Miesiąc. Codzienne treningi do utraty sił.

Draco milczał, wbijając wzrok w podłogę. Evander podszedł do torby i założył ją przez głowę. Sięgnął ręką do klamki.

– Chcę spróbować.

– Nie próbuj, Draco.

Malfoy obrócił się, spoglądając pytająco.

– Po prostu to zrób.

Uśmiechnął się. Miło byłoby mieć w prawdziwym życiu kogoś, kto chciał się rozwijać. Kogoś, kogo najwyższym priorytetem nie było odbębnienie pracy domowej i zdanie na następny rok. Przeczucie, że Tom nie będzie z nim wiecznie nie opuszczało go ostatnio na krok. Zepchnął myśli w tył głowy.

– Pójdę jeszcze do biblioteki – powiedział.

Draco skinął głową i ruszył w kierunku pokoju wspólnego. Evander poprawił torbę na ramieniu i skierował kroki w przeciwnym kierunku.

Zbliżał się czas na wykonanie kolejnego zadania, jakie zlecił mu Tom. Jeśli mu się poszczęści, załatwi to jeszcze dzisiaj. Nie liczył na to, ale najwyraźniej los mu tego dnia sprzyjał.

Kiedy wszedł do biblioteki, pierwsze co zobaczył to bujna czupryna Hermiony Granger. Dziewczyna od samego początku działała mu na nerwy. Była tak przemądrzała, że przebywanie z nią w jednym pomieszczeniu, było dla niego torturą. Nie rozumiał Pottera, a tym bardziej Weasleya, który rozumem przecież nie grzeszył, że z własnej woli spędzają z nią czas.

Na szczęście nie musiał z nią rozmawiać. Jedyne co miał zrobić, to użyć po raz kolejny Zaklęcia Sugestii. Celem Toma było nakierowanie ich na Komnatę Tajemnic. Nie wiedział jak to, co miał w tej chwili zrobić, miało pomóc im w odkryciu czegokolwiek, ale zamierzał wykonać plan.

Schował się między regałami, wymierzył i cisnął zaklęciem w jej stronę, podsuwając jej hasła: Hagrid, Komnata, bestie.

Granger wyglądała, jakby nagle spłynęła na nią cała wiedza tego świata. Zostawiła na półce książkę, po którą właśnie sięgała i wybiegła z biblioteki.

Po męczarniach, przez jakie przeszedł z Finch-Fletchleyem, nie wierzył, że mogło mu pójść aż tak gładko.