cóż, wypadł mi z życiorysu cały tydzień, ale nie wydaje się, żeby ktoś się tym przejął^^ nvm, rozdział jest, mimo remontu. Nie życzę nikomu, szczególnie, kiedy ten remont jest w mieście obok - dojazdy mnie zabijają x,x


08.


Następnego dnia Evander nie miał okazji rozmawiać z Draco. Chłopak zniknął jeszcze zanim się obudził. Cały pokój wspólny wrzał.

– To nasza szansa – mówił Blaise, kiedy Evander przechodził obok drugorocznych Ślizgonów. – Jeżeli zmiażdżymy Puchonów, nadal będziemy mieli szansę na puchar. Wystarczy, że Gryffindor nie wygra z Ravenclawem jakąś wielką ilością punktów.

– Ścigający muszą dzisiaj przejść samych siebie – dodała Pansy. – Mam nadzieję, że Adrian Pucey zagra tak jak zawsze - zaszczebiotała okropnie, zerkając przy tym na Blaise'a.

Evander odpuścił sobie udział w konwersacji. Szedł na ten mecz właściwie bez powodu. Nie zamierzali z Tomem nikogo atakować, nie miał też żadnych innych zadań. Niewiele myśląc, niemal automatycznie zabrał torbę, spakował do niej kilka rzeczy i wyszedł z dormitorium.

– Idziemy? – rzucił.

Blaise pierwszy wstał i szedł pogrążony w myślach zaraz obok Evandera.

– Co jest między tobą a Draco? – zapytał po dłuższym czasie.

Evander zerknął na niego, ale Blaise przeczesywał wzrokiem boisko, jakby szukał czegoś, lub kogoś konkretnego.

– Co masz na myśli?

– Albo spędzacie razem czas, albo się kłócicie. Od początku roku traktowałeś go z góry, a teraz nagle przestałeś. A on stał się pewniejszy siebie w twoim towarzystwie.

– Proszę, proszę. Blaise, jaka psychoanaliza. Skoro jesteś w tym taki dobry, spróbuj sam wysnuć wnioski.

– Myślę, że poszliście na jakiś układ – powiedział Zabini. – Nie wiem na jakich zasadach, ale mam nadzieję, że go nie wyrolowałeś.

Kątem oka zobaczył, że Blaise mu się przygląda.

– Skąd pewność, że to nie on wyrolował mnie?

– Obserwuję cię, Evander. Od jakiegoś czasu. Zmieniłeś się. Nie jestem pewien czy na lepsze.

Evander wzruszył ramionami.

– Może bardziej istotne dla ciebie, od tego czy zmieniłem się na gorsze, jest to jak bardzo możesz na tym stracić, Blaise.

Zabini przystanął, więc Evander zrobił to samo. Reszta Ślizgonów otoczyła ich, nie wiedząc co się dzieje.

– O co mnie podejrzewasz, Blaise? – zapytał wprost.

– Że jesteś dziedzicem Slytherina.

Nott, który właśnie do nich dołączył, prychnął. Evander rozejrzał się po pozostałych.

– Ktoś jeszcze tak twierdzi?

Pansy miała minę, jakby do tej pory nie brała tego pod uwagę, Tracy zbladła, przenosząc wzrok z jednego na drugiego, a Vincent i Greg wzruszyli tylko ramionami. Daphne skinęła głową.

– Trzeba przyznać, że jesteś w tym roku zupełnie inny – powiedziała.

Evander wzruszył ramionami.

– Zmieniłem się – powiedział, uważając na każde słowo. – I zarazem jestem taki jak zawsze. Jestem sobą. A zawdzięczam to Draco. – Błękitna Przysięga pewnie skacze teraz z radości, pomyślał. – To ciekawe, że poruszasz ten temat, kiedy on nie może do nas dołączyć, Blaise.

– Nie pozwoliłby na tę rozmowę.

– Więc może nie powinna się była w ogóle odbyć – zasugerował Evander i odwrócił się na pięcie, zmierzając ku trybunom Slytherinu.

To, że Blaise otwarcie mu to zarzucił, było niepokojące. Spodziewał się, że Zabini weźmie go na stronę. Evander mógłby zbagatelizować sprawę. A tak, tylko zyskał trochę czasu na przemyślenie taktyki.

Pogrążony w myślach nie wiedział, kiedy usiadł na ławce, ani nie zarejestrował pierwszego gwizdka. Z zamyślenia wyrwał go przelatujący mu tuż nad głową Flint.

Spojrzał na wynik meczu i zamrugał zdziwiony. Miotły Malfoya działały, bo wynik był więcej niż korzystny. Gdyby doszło sto pięćdziesiąt punktów za złapanie znicza, Slytherin miałby puchar w kieszeni.

Odszukał wzrokiem Draco. Wisiał w powietrzu, przeszukując wzrokiem boisko. Evander mógł dojrzeć z trybun jak bardzo był skupiony. Kolejne punkty zdobywane przez Ślizgonów nie zwracały jego uwagi. Krążył między jednymi pętlami, a drugimi, minimalnie niżej niż szukający Hufflepuffu.

Przez moment wydawało się, że coś zobaczył, ale zaraz zrobił rozczarowaną minę. Evander zerknął na Puchona. Obserwował Draco. Evander uśmiechnął się, rozumiejąc taktykę.

– Draco zauważył znicz – powiedział.

– Myślał, że zauważył. Pewnie jakiś odblask z trybun – powiedziała Pansy.

– Spójrzcie na szukającego Puchonów. Obserwuje go. Gdyby Draco ruszył, poleciałby w tym samym kierunku. Jest bliżej znicza, więc Draco udał, że to coś innego.

– Skąd wiesz?

– Zbyt teatralne, nawet jak na Draco. Poza tym, cały czas wraca wzrokiem w ten sam punkt. Pilnuje znicza. I powoli przemieszcza się w jego kierunku.

Rzeczywiście, Draco, zataczając pętle, łuki i kręgi, powoli zbliżał się do słupków Slytherinu. Evander zmrużył oczy, ale na tle wielobarwnych trybun nie potrafił dostrzec złotej piłeczki.

Ścigający niemal całkowicie przenieśli grę na Puchońską połowę boiska, a przewaga powiększała się z minuty na minutę.

Evander po raz pierwszy poczuł zainteresowanie meczem. Obserwował jak Draco kluczy, próbując zmylić przeciwnika. Puchon, niczego nie podejrzewając, przeniósł się nad swoje pętle, a wtedy Draco zaatakował. Wystrzelił z miotłą w stronę własnych bramek, wyciągnął rękę i zawrócił w ostatniej chwili, mało nie spadając z miotły i przelatując tuż nad głowami siedzących na trybunach uczniów. Evander nie widział czy mu się udało, ale kiedy blondyn wytracił prędkość i zdołał ustabilizować lot, uniósł dłoń nad głowę. Między palcami odbijała słońce maleńka piłeczka.

Złoty znicz i sto pięćdziesiąt punktów należały do Ślizgonów. Tłum wokół niego oszalał. Evander skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, obserwując wiwaty przybranego w szmaragdowe barwy sektora.

– Cała nadzieja w porażce Gryfonów – mruknął wiedząc, że nikt go nie usłyszy.

Niech się cieszą. Evander ruszył wraz z tłumem, ale gdy tylko zrobiło się luźniej zwolnił i ruszył w kierunku jeziora. Nie był zainteresowany świętowaniem. Miał też pewną sprawę do przemyślenia. Nałożył na siebie zaklęcie rozgrzewające, kiedy przeszył go mocniejszy podmuch wiatru.

Jeżeli nawet podejrzewali, że był dziedzicem, czym tak na prawdę mu to groziło?


Wszedł do pokoju wspólnego i natychmiast uderzyły w niego zaduch, zapach kremowego piwa i nieprawdopodobny hałas.

– Gratulacje, Draco. Świetna taktyka – powiedział, kiedy na nich trafił. Pochylił się nad Malfoyem i szepnął mu do ucha – Ale i dość ryzykowna, gdyby w połowie podejścia znicz ci uciekł.

Usta rozciągły mu się w szerokim uśmiechu na widok miny Draco.

Zaszył się w sypialni, korzystając z tego, że jego współlokatorzy długo jeszcze do niej nie wrócą i otworzył dziennik z zamiarem spotkania się z Tomem.


Zbliżały się ferie wielkanocne i drugoklasiści stanęli przed decyzją wyboru przedmiotów dodatkowych. Evander nie miał z tym większego problemu, dlatego nie uczestniczył w ogólnej dyskusji na ten temat. Najbardziej interesowały go runy i numerologia. Nie zamierzał sobie zapychać tygodnia przedmiotami, które nic nie wnosiły do jego edukacji, tym bardziej, że zamierzał zdawać OWUTEM-y z większości tych, które miał dotychczas.

O ile jakoś przetrwam ten rok, dodał gorzko w myślach.

Draco podszedł do niego, porównując ich formularze.

– Prawie te same – powiedział. – Zaznaczyłem jeszcze opiekę.

– Podobno stary Kettleburn ma iść na emeryturę – powiedział Evander chowając swój do torby z zamiarem dostarczenia go profesorowi Snape'owi na najbliższej lekcji eliksirów. – Pytanie kto go zastąpi. Patrząc na naszego nauczyciela obrony mam wątpliwości co do decyzji podejmowanych przez dyrektora…

– Eh, może nie będzie tak źle. W jaki zawód właściwie celujesz?

Evander wzruszył ramionami.

– Nie zastanawiałem się nad tym. Wybrałem przedmioty, na których nie będę się zmuszał do nauki.

– O tak. Gdybym mógł zrezygnować z lekcji z Binnsem – rozmarzył się Draco.

Evander zachichotał, a po chwili spoważniał.

– Draco – zagadnął, rozglądając się i z zadowoleniem stwierdzając, że nikt im się nie przysłuchuje. – Czy Blaise wspominał ci o swoich podejrzeniach?

Draco był zaskoczony. Najwyraźniej nie wiedział o niczym, chociaż od meczu minęło kilka tygodni. Evander był pewny, że ktoś się do tej pory wygadał.

– O jakich podejrzeniach?

– Twierdzi, że jestem dziedzicem.

Draco parsknął śmiechem.

– To śmieszne – powiedział, ale po chwili stracił pewność. – Nie jesteś, prawda?

– Oczywiście, że nie – udał oburzenie. – Ostatnimi znanymi potomkami Salazara Slytherina byli Gauntowie, a Verlainowie nigdy nie mieli z nimi powiązań.

– No tak – przyznał mu rację Draco. – Pozostaje pytanie, kto? Może kogoś pominięto w kronikach? Ale w takim razie może nim być każdy.

– Nie zamierzam stawiać czoła podejrzeniom. Czas, żebyś zaczął realizować swoją część umowy, Draco. Jeżeli pojawią się jakiekolwiek głosy…

– Wiem co mam robić. Nie martw się o to.

– Cieszę się, Draco.

– Ale na pewno nim nie jesteś? – szepnął konspiracyjnie.

– Draco!

Zbagatelizowanie sprawy, kiedy rozmawiało się "jeden na jeden" było dziecinnie proste. A najlepsze w tym wszystkim było, że nie musiał go okłamywać. Jeśli cokolwiek wyjdzie na jaw, Evander powtórzy, co powiedział przed chwilą. Nie był dziedzicem Slytherina. Był opętanym przez dziennik należący do dziedzica Slytherina. A to była istotna różnica.


Sprawa z dziedzicem zdawała się cichnąć, a od ostatniej napaści minęło kilka miesięcy. Tom z zadowoleniem przyjął te informacje twierdząc, że taki właśnie efekt chciał osiągnąć.

– Co teraz? – zapytał Evander.

Tom zrobił kilka kroków w bok i przyjął niedbale pozycję pojedynkową.

– Kolejny atak – powiedział i posłał w kierunku Evandera klątwę.

Evander odbił ją z łatwością, ale z następną ledwo zdążył. Nie było mowy o kontrataku.

– Ale tym razem zabijemy tę Granger. – Rzucił kolejne zaklęcie.

Evander rozproszył się i musiał uskoczyć w bok, ale upadając udało mu się wycelować snop czerwonego światła w kierunku Toma. Krążyli naprzeciw siebie z uniesionymi różdżkami gotowymi do walki. Tom był znudzony, dając mu do zrozumienia, że nie jest dla niego żadnym przeciwnikiem.

– Zbliża się kolejny mecz, prawda?

Evander skinął głową, nie spuszczając z niego wzroku.

– Podsuniesz jej kolejną wskazówkę. Wszyscy będą na boisku, na korytarzach będzie pusto.

– Jaką wskazówkę?

– Później – odpowiedział mu Riddle i zaatakował serią różnych zaklęć. – Walcz!

Evander zebrał w sobie tak wiele magii, ile potrafił i skumulował w dłoni. Wycelował różdżką w Toma i zaczął wypuszczać zaklęcia jedno po drugim, stawiając na ilość, nie na jakość.

– Jesteś w tym beznadziejny – skwitował Tom.

– Jestem dwunastolatkiem – przypomniał mu Evander.

– Wymówki – dostał w odpowiedzi.

Tom machnął różdżką i pomieszczenie rozpłynęło się w powietrzu, zastąpione przez doskonale znajomy kominek z trzaskającym ogniem.

– Weź to – podał mu skrzynkę.

Evander nie zapytał. Przyjął szkatułę i obejrzał ją dokładnie w rękach. Była zabezpieczona kilkoma warstwami skomplikowanych zaklęć, potrafił to wyczuć. Położył ją na stoliku i zabrał się do pracy. Pierwsze dwa złamał bez większego problemu, stosując doskonale znane przeciwzaklęcia. Okazało się, że tylko przykrywały nieprzyjemną klątwę. Evander ucieszył się, że postawił skrzyneczkę, bo dotknięcie jej teraz skutkowałoby obrzydliwą i dość bolesną wysypką na całym ciele.

– Ughhh, okropne – mruknął.

Wyszeptał kilka inkantacji, rozwarstwiając klątwę i pozbywając się jej w ciągu kwadransa. Następne znów były prostymi do odczarowania zaklęciami. Otworzył szkatułę i znalazł w środku liścik.

Mi zajęłoby to około czterdziestu pięciu sekund. Jeżeli tobie zajęło dłużej niż pięć minut, to znaczy, że jesteś w tym beznadziejny.

Tom

Evander pokiwał głową.

– Nie sądziłem, że potrafisz być dowcipny – powiedział.

– Nie łudź się, że mnie znasz, Evanderze – odparł Tom, uśmiechając się chytrze.

– Nie możesz zaprzeczyć, że robię postępy.

– W tempie, którego nawet górskie trolle by się wstydziły.

Evander westchnął ciężko.

– Jesteś niesprawiedliwy.

– Otworzyłeś już dziennik swojej matki?

Evander nie spodziewał się takiego pytania. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie sięgnął do niego od miesięcy. Tak samo, jak porzucił czytanie pamiętnika swojego przodka.

– Nie próbowałem – przyznał otwarcie.

– Boisz się co tam odkryjesz? – drwina w jego głosie zapiekła go do żywego.

Tak, bał się, a Tom, oczywiście, doskonale o tym wiedział.

– To irracjonalny strach. Wiesz o tym. – Evander wiedział, ale to nie zmieniało faktu, że się bał. – Nic się nie zmieni po tym, jak się dowiesz kto nim jest.

– Wszystko się zmieni.

– Skoro tak twierdzisz.

– Co ty o tym możesz wiedzieć? Masz za przodków Gauntów.

– To od ciebie zależy, co zrobisz z wiedzą, którą uzyskasz, Evanderze. Tylko od ciebie.

Prawie go przekonał.

Prawie.

– Tu masz następny przedmiot. Na ten masz kwadrans.

– Łał, cały kwadrans? Dam radę w ogóle złamać zabezpieczenia?

– Może po miesiącu – odpowiedział Riddle uśmiechając się złośliwie.

– Doprawdy, Tom. Jeszcze jeden żart tego wieczoru i zacznę myśleć, że masz gorączkę.

– Wiesz, że to nie jest możliwe.

– Ależ Tom. Nic nie jest niemożliwe – zacytował go, po czym odebrał kolejne, tym razem o wiele mniejsze pudełeczko. – Specialis Revelio.

W środku był obłożony klątwami pierścień.


Draco podszedł do niego w środku tygodnia. Teraz, kiedy Slytherin nie miał już żadnych meczy, a los tegorocznego Pucharu Quidditcha leżał w rękach Puchonów i Gryfonów, Malfoy zaczął znikać z pokoju wspólnego prawie tak często jak Evander, powodując plotki. Evander dowiedział się o tym przypadkiem, podsłuchując rozmowę Daphne i Pansy, które narzekały na nudę, na jaką skazywał je brak księcia Slytherinu. Gdzie znikał Draco, Evander mógł się tylko domyślać, ale miał przeczucie, że dobrze zgaduje.

– Musimy pogadać – powiedział, spoglądając znacząco na resztę i po chwili zostali sami, w odległości zapewniającej im swobodną dyskusję.

– Zamieniam się w słuch, Draco.

– Chcę, żebyś ze mną trenował.

– I znów rzucamy rozkazami. A co ja jestem, twój wierny sługa?

– Tylko mi się wydawało, czy przysiągłeś mnie popierać?

– Publicznie, Draco.

Blondyn zaczerpnął powietrza i powoli wypuścił je z siebie, usiłując zachować spokój.

– Zrobisz to?

– Pomyślę.

– Nie będę cię prosić, Verlaine.

– Ależ właśnie to zrobiłeś, Draco. – Uśmiechnął się złośliwie. – I tylko dlatego to rozważę.

– Jak ty mnie wkurwiasz, Verlaine…

– Za to ty mnie bawisz. – Obserwował jak Draco zaciska zęby. Był o krok od wyciągnięcia różdżki. – Prefekt Krukonów po twojej lewej – mruknął ostrzegawczo Evander.

Wrócił spojrzeniem na Draco. Chłopak odsunął się i rozluźnił, chociaż przyszło mu to z wielkim trudem.

– Piątek po obronie. Szóste piętro, klasa na prawo od portretu Wendeliny Dziwacznej – mruknął mijając go.


Jego pewność siebie w panowaniu nad magią znacząco wzrosła od początku roku, dlatego kiedy wszedł do nieużywanej klasy, na jego twarzy spoczywał uśmieszek, który na pewno nie spodoba się Draco.

Blondyn dotarł kilka minut później, zostawił torbę pod ścianą i przeciągnął się. Evander przeszedł przez środek sali. Rzucił kilka zaklęć zabezpieczających na drzwi i obrócił się do Draco.

– Co chcesz ćwiczyć?

Draco rozejrzał się po sali. Była przygotowana. Ławki poukładane były pod oknami, a manekiny ćwiczebne stały pod jedną z krótszych ścian.

– Jak wyglądają twoje treningi? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Różnie. Czasem ćwiczę jedno zaklęcie do upadłego. Czasem pojedynkuję się…

– Pojedynek.

– Jesteś pewien, Draco?

Zaciśnięte zęby i pięści nie wyrażały pewności siebie.

– Więc atakuj.

Draco ciskał w niego zaklęciami, ale był przy tym tak wolny, że Evander nie czuł potrzeby, by się ruszyć i tylko raz po raz rzucał zaklęcie tarczy, głównie niewerbalnie. Zaczynał rozumieć znudzenie Toma. Draco się wściekał, a to powodowało, że był mniej precyzyjny. Evander nie zwracał na to uwagi, bez trudu odpierając jego ataki. W końcu przyszedł czas na prawdziwą naukę.

Protego! – krzyknął, wkładając w zaklęcie całą moc, jaką zebrał w ułamku sekundy, ale to wystarczyło. Zaklęcie Draco rozprysnęło się na tarczy, a siła uderzeniowa zmiotła go z nóg. Wylądował na ścianie, uderzając głową w kamień. – Accio Eliksir Przeciwbólowy.

Podał go Draco.

– Zwariowałeś? – jęknął, kiedy tylko doszedł do siebie. – Chcesz mnie zabić?

– Wszystko w porządku? – Kiedy Draco stwierdził, że nic mu nie jest, dodał – Doskonale. Wstawaj, ćwiczymy dalej.

– Nie ma mowy. Znęcasz się nade mną, bawi cię to. Nie pozwolę się tak poniżać.

Evander był nieubłagany.

– Chciałeś treningu i go dostałeś. Wstawaj – powiedział ostro i zwrócił się w stronę manekinów. – Protego. Ćwiczysz do skutku.

– Nie ma mowy – powtórzył Draco i skierował się ku drzwiom.

Evander był tam pierwszy.

– Poddajesz się? – zapytał mrużąc oczy. – Myślałem, że chcesz umieć się bronić.

– Nie będę…

Expulso – rzucił w jego kierunku.

Draco odskoczył. Evander ponowił zaklęcie, ale tym razem Draco zasłonił się tarczą.

– Do skutku, Draco. Expulso. Aż cię zetnie z nóg. Jeszcze raz. I jeszcze raz. Expulso.


Evander zerknął na wiszący na ścianie zegar. Ćwiczyli dopiero od godziny.

– Wystarczy – krzyknął Draco.

– Ja zdecyduję kiedy wystarczy. Expulso – powiedział, a potem posłał jeszcze kolejne dwa niewerbalne zaklęcia.

Draco słaniał się na nogach, ale nadal odbijał każde zaklęcie. Jego tarcze były wprawdzie coraz mniejsze i bardziej kruche, ale i Evander osłabił moc zaklęć.

– Powiedz, Draco. Stosujesz moje rady z poprzedniego spotkania?

Malfoy chciał odpowiedzieć, ale przez to nie zdążył z tarczą i zaklęcie odepchnęło go na kilka metrów. Evander posłał jeszcze kilka, które odbiły się od tarcz i podszedł bliżej, po czym kucnął przy nim z cichym westchnięciem.

– To się nazywa przesuwanie granic, Draco. Za każdym razem, gdy dochodzisz do krawędzi, przesuwasz ją o kilka cali dalej. Ale to działa tylko wtedy, gdy masz wolę przetrwania. Jeżeli się poddasz zanim dojdziesz do granicy, niczego nie osiągniesz.

– Kto cię uczy? – wydyszał Draco.

– Nie mogę ci powiedzieć. Wstawaj.

– Co?

– Wstawaj. To jeszcze nie koniec. Formuła? Incarcerous. Efekt? Liny krępujące ofiarę. Wyceluj w pachołka, Draco.

Draco jęknął, ale wstał i chwiejnym krokiem stanął na środku sali. Evander kroczył za nim jak cień.

– Skupiasz moc w dłoni? – zapytał mając świadomość, że Draco nie mógł tego jeszcze opanować. – Powinieneś przynajmniej czuć w sobie magię i to którędy przepływa, gdzie się traci. Próbuj przesunąć skupisko o kilka cali. Gdzie teraz jest?

Draco pokazał mu punkt w okolicy prawego obojczyka.

– Bardzo dobrze. Spróbuj skupić magię tutaj. – Położył mu dłoń na ramieniu. – Poświęć tyle czasu ile potrzebujesz. Incarcerous. – powtórzył formułę zaklęcia.

Draco skinął głową i skupił się na zebraniu mocy w odpowiednim miejscu. Gdy wypowiedział inkantację, cienkie linki oplotły manekina, zaciskając się na szyi i torsie.

– Czy to powinno tak wyglądać? – powątpiewał Draco.

– Nie – roześmiał się Evander. – Powinno wyglądać tak. Incarcerous. – zademonstrował działanie zaklęcia. Potężne liny wystrzeliły w powietrze z dużą prędkością, a kiedy dotarły do manekina oplotły go ciasno, wrzynając się w drewno. – Spróbuj osiągnąć ten sam efekt. Pamiętaj. – Znów złapał Draco za ramię. – Skupiaj magię tutaj.

Kolejne próby Draco spełzały na niczym.

– Dobrze. A teraz zrób to naturalnie. Nie myśląc o niczym. Po prostu rzucaj zaklęcie, raz za razem. Aż nie powiem dość.

Draco zacisnął zęby i wykrzyczał formułę. Z różdżki wystrzeliły grube liny i zacisnęły się w morderczym uścisku na drewnianej podobiźnie człowieka.

Mam nadzieję, że nie myślałeś przy tym o mnie… zażartował w myślach.

– Jeszcze raz!

Draco znowu rzucił zaklęcie, ale tym razem nie miało już ono takiej mocy. Każde kolejne było coraz słabsze, mimo że Draco starał się jak mógł.

– Wystarczy – powiedział, powstrzymując go od rzucenia kolejnego zaklęcia.

Draco wyglądał, jakby miał zemdleć.

– Jak na pierwszy raz, poszło całkiem nieźle – przyznał. – Idź do dormitorium, i weź to.

Podszedł do swojej torby i wyciągnął z niej fiolkę.

– Co to jest?

– Wywar Wzmacniający, który robiliśmy na eliksirach. Odlałem sobie trochę na wszelki wypadek.

Draco spojrzał na naczynie podejrzliwie.

– Spokojnie, dostałem za niego Powyżej Oczekiwań. Działa, już korzystałem.

Draco odkorkował buteleczkę i wypił wszystko na raz. Evander westchnął ciężko. Starał się być wyrozumiały. Draco był wykończony, więc nie myślał zbyt trzeźwo.

– Mówiłem, wypij w dormitorium. Teraz to daleko nie zajdziesz – mruknął.


Draco siedział na podłodze, na wpół przytomny, kiedy Evander ćwiczył. Rzucał zaklęcie za zaklęciem, nie wypowiadając ani słowa. Dodawał kolejne formuły, wypróbowując je, ale większość dawała się rzucić niewerbalnie, co ogromnie go cieszyło. Problem miał tylko z Zaklęciem Redukcji. Nie wiedział dlaczego, ale bez wypowiedzenia inkantacji zaklęcie nie działało.

W końcu skupił się tylko na tym. Na przemian szeptał inkantację i rzucał niewerbalnie, nadając klątwom zabójcze tempo. W końcu zaczęło mu się udawać. Z początku słaba, klątwa rosła w siłę, a zaczarowany manekin przestawał nadążać ze składaniem się w całość. Evander po kolei ciskał zaklęciem w pachołki, dopóki nie miał całkowitej pewności, że potrafi je rzucić bez wypowiadania formuły.

W końcu padł na kolana, oddychając ciężko. Zerknął na zegar. Trzy godziny. Opanowanie jednego zaklęcia zajęło mu trzy godziny. Co by na to powiedział Tom?

Zaśmiał się na głos. Westchnął i wstał z zamiarem powrotu do dormitorium.

Dopiero wtedy zauważył Draco, przypominając sobie, że blondyn jeszcze tu był.

– To… To były zaklęcia niewerbalne.

– Taaa – Evander machnął ręką. – Nadal mam z nimi problem. Chodźmy.

Draco skinął głową. Evander udał, że nie widział jak Draco na niego zerkał.


Siedział w Wielkiej Sali, pochłaniając kanapkę i popijając ją sokiem pomarańczowym. Starał się ignorować wrzawę, jaka panowała przy stołach przed każdym meczem i obserwował stół Gryffindoru.

Zawodnicy jedli śniadanie.

– Nie idę na dzisiejszy mecz – skierował słowa do Draco. – Skorzystam z ciszy w pokoju wspólnym.

Draco skinął głową, nie nalegając. Evander wyszedł z sali, zostawiając za sobą okropny hałas. Schował się szybko, za jednym z dwóch gargulców. Sporo ryzykował, obierając sobie za kryjówkę posąg strzegący korytarza prowadzącego do pokoju nauczycielskiego, ale nie chciał zapuszczać się w zamek, nie wiedząc gdzie dokładnie znajdowała się wieża Gryffindoru. Czekał.

Z sali wyszło kilka innych osób, zanim zobaczył Świętą Trójcę. Potter szedł przodem, wyraźnie się spiesząc, kiedy nagle zatrzymał się w połowie kroku. Jego przyjaciele zrobili to samo, dając Evanderowi idealne warunki.

Consilio – szepnął.

Granger rozszerzyła oczy w zdumieniu. Oświadczyła, że chyba coś zrozumiała i pobiegła do biblioteki.

Evander odczekał, aż Potter zniknie mu z oczu i podążył za nim w górę schodów. Pozostało mu tylko dotrzeć do łazienki ducha Marty i pozwolić Tomowi na otworzenie Komnaty Tajemnic.


Granger jest w bibliotece.

Tom skinął głową, natychmiast otwierając bazyliszkowi przejście. Evander obserwował jak wielki wąż sunie po posadzce. Tom ruszył za nim, prowadząc ich najkrótszą drogą do biblioteki. Przed nimi było kilka korytarzy i schody. Do tej pory Tom nie wyprowadzał bazyliszka tak daleko. Evander obawiał się, że ktoś ich przyłapie. Mecz lada chwila miał się zacząć, ale to nie oznaczało, że zamek będzie zupełnie pusty.

Tom ukrył węża pod schodami, przeszedł przez korytarz i zajrzał do biblioteki. Granger czytała jedną z ksiąg. Dwa stoliki dalej siedziała grupka Krukonów. Wślizgnął się do pomieszczenia i rozejrzał. Nikogo więcej nie było. Nawet bibliotekarka zniknęła gdzieś między regałami.

Evander wyczuł przepływającą przez jego ciało magię.

Co zrobiłeś?

Chcę mieć pewność, że to będzie Granger, odpowiedział mu Tom. Chociaż najwyraźniej ta głupia Krukonka też chce dzisiaj zginąć, skwitował.

Evander zobaczył jak dziewczyna odchodzi od stolika, unikając zaklęcia, które trafiło w jej przyjaciół i zmierza ku wyjściu. Granger też to zauważyła, bo wyrwała kartkę, szybko zapisując na niej jakąś notatkę i podbiegła do dziewczyny, o coś ją pytając. Tom wycofał się, wyszedł niezauważony i syknął, ustawiając się za rogiem.

Wąż pojawił się na końcu korytarza, ogromny i niebezpieczny. Evander ze zdumieniem zobaczył, że dziewczyny, zamiast normalnie wyjść, wystawiły za róg dłoń z lusterkiem. W następnej chwili zwaliły się z hukiem na posadzkę.

Są martwe?

Tom nie odpowiedział. Zasyczał coś, wysyłając bazyliszka z powrotem. Sam, nie spiesząc się, skierował się na Wielkie Schody. Evander podziwiał go za opanowanie.

Minął salę wejściową i schodził już w dół do lochów, kiedy przez pomieszczenie przebiegła profesor McGonagall, wypadając z zamku na dziedziniec.

Już odkryli ciała.

Evander pragnął tylko jak najszybciej znaleźć się w dormitorium.

Odpowiedz mi, są martwe?

Czyżbyś chciał się wycofać?

Chcę wiedzieć.

Spetryfikowane. Najwyraźniej mała szlama zrozumiała więcej, niż chcieliśmy.

Evander poczuł ulgę, ale bardziej spowodowaną tym, że póki co nikt nie może go oskarżyć o morderstwo. Spetryfikowane ofiary będzie można wybudzić, a póki co żadna go nie widziała i nie mogła wskazać jako sprawcy.

Wracajmy. Już i tak mnie podejrzewają. Jeśli zobaczą, że włóczę się po zamku podczas kolejnego ataku…


Evander domyślał się, że Tom zaprowadził go do sypialni, bo obudził się na czymś miękkim i puchatym.

– Evander? Wstawaj, cholera. Co cię opętało, spać o tej godzinie?

Syknął. Bóle głowy po otwieraniu Komnaty były coraz silniejsze.

– Wstawaj, zaraz tu będzie Snape. Nie wiadomo o co chodzi, ale wszyscy podejrzewają kolejny atak.

– Dobrze już, dobrze. Zostaw mnie. Merlinie, chyba mi rozsadzi czaszkę…

– To dziwne – odezwał się Blaise, kiedy Evander podniósł się, krzywiąc niemiłosiernie. – Nigdy nie narzekasz, że cię coś boli, ale za każdym razem, kiedy mamy atak, ty śpisz. A kiedy cię budzimy, masz okropny ból głowy.

Evander natychmiast oprzytomniał. Zesztywniał, nie wiedząc jak się zachować. Gorączkowo myślał nad jakimś rozwiązaniem.

– A mamy atak? Myślałem, że to tylko podejrzenia – odparł.

Z pomocą przyszła mu Pansy.

– Właściwie to nie zawsze. Ostatnim razem normalnie z nim rozmawialiśmy. Wtedy, gdy został zaatakowany ten Puchon - wstawiła się za nim Pansy.

Blaise zamilkł, ale tylko na chwilę.

– Nie był sobą. I zaraz poszedł spać.

– A jak się obudził, jakoś dziwnie przeszkadzało mu moje szuranie kufrem o podłogę – zauważył Nott.

– Przypomnę ci, że mi też to przeszkadzało, Theo - włączył się do rozmowy Draco. – To nie jest żaden dowód, a wasza teoria jest, delikatnie mówiąc, naciągana. Evander nie jest dziedzicem Slytherina.

– Żaden czarodziej nie może mieć takiej pewności.

– Nie jestem wężousty – powiedział Evander. – Każdy z nas mógł się przekonać czy jest jego potomkiem na spotkaniu Klubu Pojedynków. Ja nie jestem.

– Odniosłem inne wrażenie.

– A ja odniosłem wrażenie, że wymyśliłeś sobie teorię i teraz naginasz pod nią fakty, Blaise. Nie. Jestem. Dziedzicem. Powiedziałbym to samo pod veritaserum.

W sypialni zapadła cisza. Evander zaklął w duchu za podsuwanie im pomysłów. Jeżeli wykradną Snape'owi Eliksir Prawdy, było po nim.

– Nawet nie próbujcie go przesłuchać – powiedział Draco. – Powiedziałem, że ten temat ma więcej nie wypływać. Nie potrzebna nam dodatkowa uwaga ze strony pozostałych domów, a tym bardziej nauczycieli. Już i tak krzywo na nas patrzą.

– No dobra, powiedzmy, że nie jesteś dziedzicem. Ale wiesz kto nim jest – ciągnął Zabini.

– Koniec! Idziemy do pokoju wspólnego. Snape.

Draco otworzył drzwi i gestem nakazał opuszczenie sypialni. Na moment przymknął oczy i wzdrygnął się, wzdychając ciężko.

– Chyba bym się pod ziemię zapadł, gdyby mi ktoś dolał Eliksiru Prawdy do soku… Powiem Vinowi i Gregowi, żeby chodzili za Blaise'em i Theo jak cienie – szepnął, kiedy Evander mijał go w drzwiach.

Mruknął podziękowania, będąc tylko trochę spokojniejszym.