09.
W pokoju wspólnym pojawili się, kiedy Snape już przemawiał.
– Na zajęcia będziecie odprowadzani przez profesorów – powiedział tonem, który jasno mówił, że uważa takie środki ostrożności za zbędne. – Uczniowie nie mogą chodzić po korytarzach bez opieki kadry nauczycielskiej, co obejmuje również wizyty w toalecie – skrzywił się nieznacznie, po czym zniżył głos, powodując, że wszyscy zaczęli go słuchać jeszcze uważniej. – Jeżeli osoba odpowiedzialna za te ataki nie zostanie złapana, szkoła zostanie zamknięta.
Snape nie powiedział tego na głos, ale nie musiał.
Wszyscy dobrze wiemy, że dziedzic Slytherina jest w Slytherinie. Jeżeli nie chce zamknięcia szkoły, lepiej jeśli przestanie atakować uczniów.
Evander poruszył się niespokojnie. Blaise, który stał przed nim, obrócił się, spoglądając na niego znacząco. Evander posłał mu zdziwione spojrzenie, ale nie oczekiwał by odniosło jakikolwiek efekt.
Chwilę później siedzieli w ich sypialni, dyskutując o możliwym zamknięciu szkoły.
– Równie dobrze to może być jakiś starszy rocznik. Jakbym była dziedzicem to czekałabym do końca i dopiero na siódmym roku otworzyłabym tę całą Komnatę Tajemnic.
Tracy pokiwała głową entuzjastycznie, popierając Pansy.
– Logiczne – przyznał Evander, kierując nieobecne spojrzenie w stronę świetlika w suficie i ignorując szereg spojrzeń, jakie rzucał mu Zabini.
Nudził się okropnie, ale z powodu restrykcji ogłoszonych przez Snape'a, nie mógł iść do biblioteki, a pójścia do łóżka o tej godzinie nie dało się w żaden sposób wytłumaczyć. Siedział więc razem z kolegami z roku, co chwilę odchodząc myślami gdzie indziej. Z jednej z takich wycieczek myślowych, podczas której zastanawiał się jak zdobędzie kolejne pozycje z biblioteki, wyrwało go stukanie w drzwi.
Nie zdążył zareagować, kiedy usłyszał czyjś krzyk z głębi korytarza.
– Ej, drugi rok. Pocztę macie.
– Otwórz drzwi, Greg – powiedział Draco do siedzącego najbliżej wejścia Goyle'a.
Chłopak wstał bez słowa i wpuścił sowę, która natychmiast wylądowała przed Malfoyem, wyciągając nóżkę.
– Od ojca – mruknął Draco i rozwinął liścik. – Jest w Hogwarcie. Chce się spotkać zanim opuści teren szkoły.
Odrzucił liścik na bok i bez słowa wyszedł z pokoju. Pozostali popatrzeli po sobie zdziwieni.
– Ojciec Draco jest w Radzie Nadzorczej. Myślicie, że Rada chce zamknąć szkołę? – odezwała się Pansy.
– Nie sądzę – odpowiedział Blaise. – Lucjusza Malfoya interesuje tylko jego syn, a póki co dziedzic jest zagrożeniem dla szlam.
– Więc po co przybył do Hogwartu? – zapytała Tracy.
Zabini wzruszył ramionami. Evander, czy raczej Tom, miał pewne podejrzenia, ale nie zamierzał się nimi dzielić, więc nie odzywał się, opierając tylko wygodniej o słupek łóżka i wyciągając nogi.
– Verlaine – zaczął Blaise. – Nie sądzisz, że jesteś nam winien głębsze wyjaśnienia?
Evander westchnął lekko.
– Nie – powiedział krótko i stanowczo. W sypialni zapadła cisza. Starał się ją ignorować.
Blaise wstał i zrobił kilka kroków, opierając się o jedną z kolumienek jego łóżka, patrzył na niego z góry. Evander powstrzymał się od wywrócenia oczami.
– Czego tak na prawdę chcesz, Zabini?
Przez twarz Blaise'a przemknął cień. Pozornie nic nie znaczący komentarz na moment zbił go z tropu.
Evander skupił na nim wzrok, wwiercając się w jego tęczówki spojrzeniem.
– Chcesz tylko potwierdzenia lub zaprzeczenia swojej teorii – powiedział, wstając powoli. – Zebrałeś kilka nie pasujących do siebie elementów i myślisz, że jesteś taki inteligentny, bo odkryłeś prawdę. A teraz zmuszasz mnie, żebym to przyznał. Nie bierzesz, czekaj, nie chcesz brać pod uwagę myśli, że nadinterpretujesz fakty. A pomyślałeś co by było, gdybym potwierdził twoje przypuszczenia? – Blaise zbladł, co wywołało na jego twarzy triumfalny uśmieszek. – Może rzeczywiście jestem dziedzicem. Nie sądzisz, że mógłbym chcieć pozbyć się kogoś, kto próbuje mnie zdemaskować? Może powinienem nasłać na ciebie potwora z Komnaty? – cedził każde zdanie, uważnie dobierając słowa by nie powiedzieć czegoś, czego nie powinien wiedzieć. – A może wcale nie jestem dziedzicem, ale skoro już padły na mnie podejrzenia, to wykorzystam to do wyrobienia sobie wysokiej pozycji? – dodał lekko.
Odsunął się, dając Zabiniemu trochę przestrzeni.
– W twoim działaniu jest luka, Blaise. Gdybyś rzeczywiście wierzył, że jestem dziedzicem, nie pisnąłbyś o tym ani słowa, żeby mi się nie narazić. Dlatego wiem, że nie wierzysz w to, co mi zarzucasz. Albo próbujesz mi zaszkodzić, albo, w jakiś pokrętny sposób, pomóc. Tak czy inaczej, przestań to robić. Twoja pomoc nie jest mi do niczego potrzebna, a groźby może działałyby jeszcze jakiś czas temu, ale teraz nie robią na mnie żadnego wrażenia.
Blaise westchnął i opadł na stojące obok łóżko Notta.
– Rozgryzłeś mnie – powiedział z uśmiechem. – Chociaż był moment, że to rozważałem. Twoje zachowanie ostatnio jest dość podejrzane. Miałem nadzieję, że jeśli cię przycisnę, dowiem się skąd to się wzięło. Z trudem, ale przyznaję się do porażki – powiedział wesoło.
Evander wiedział, że to tylko gra. Zamierzał odpowiedzieć, kiedy jego myśli skupiły się na czymś zupełnie innym.
– Gdzie jest Nott?
Evander nie pamiętał, żeby chłopak wracał z nimi do pokoju. Niejasne przeczucie mówiło mu, że powinien się tym zmartwić.
– Pewnie jest w pokoju wspólnym – powiedziała Pansy wzruszając ramionami.
Blaise ruszył pierwszy, a Evander, nie czekając, zaraz za nim.
W pokoju wspólnym panował chaos. Blisko siedemdziesięciu uczniów ściśniętych było na niewielkiej powierzchni, bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Przeszukiwali wzrokiem pomieszczenie, ale nigdzie nie było śladu po Theodorze.
– Mam dla was niezłą nowinę – usłyszeli zza pleców.
Evander obrócił się pierwszy, unosząc brwi w oczekiwaniu.
Draco odczekał, upewniając się, że usłyszy go jak najwięcej osób.
– Dyrektor właśnie został zawieszony. Dumbledore'a nie ma już w zamku – dodał zadowolony. – Zawsze wiedziałem, że mój ojciec w końcu go wykurzy.
Szepty szybko rozniosły się po pokoju.
– Co więcej, tego przygłupawego półolbrzyma sam Knot odprowadził do Azkabanu. To jak przyśpieszona Gwiazdka – roześmiał się.
Evander starał się zrobić to samo, ale nieobecność Notta nie dawała mu spokoju.
– Co jest, nie cieszysz się?
– Widziałeś Notta?
Draco spojrzał na niego zdziwiony.
– Theo? Mijałem go przed chwilą na korytarzu. Szedł do gabinetu Snape'a – Draco wzruszył ramionami.
Evander nie zdążył zareagować, kiedy przejście za Malfoyem się otworzyło, ukazując Opiekuna ich Domu oraz stojącego przed nim Theodora Notta.
– Pan Verlaine, jak się dobrze składa. Proszę za mną.
Skinął głową. Mijając Notta próbował odczytać coś z jego zadowolonej twarzy, ale nie znalazł żadnych wskazówek co do powodu, dla którego miałby go wzywać Snape.
– A panu, panie Nott, radzę nie wałęsać się więcej po szkolnych korytarzach. Następnym razem może pan spotkać mniej wyrozumiałego nauczyciela na swojej drodze.
Zanim wyszedł, zerknął za siebie, zauważając skonsternowaną minę Draco i nieodgadnione spojrzenie Blaise'a. Bez słowa podążył za profesorem do jego gabinetu.
Evander nigdy wcześniej nie był w gabinecie Severusa Snape'a. Właściwie, nie był w żadnym z profesorskich gabinetów.
– Verlaine. Zostałem poinformowany, że są wśród nas osoby, które podejrzewają cię o ataki na urodzonych w mugolskich rodzinach uczniów.
Evander prychnął, nie mogąc się powstrzymać. Nott… Gdyby mógł, sprawiłby, że zwijałby się z bólu tak długo, aż przysiągłby, że nigdy więcej nie spróbuje mu zaszkodzić.
– A te osoby to Theodor Nott?
Snape pokręcił głową.
– Pan Nott tylko dostarczył mi tę wiadomość.
Evander skinął głową.
– To prawda. Nott wyśmiał Blaise'a, kiedy ten rzucił we mnie tymi wyssanymi z palca oskarżeniami. A potem, jak widzę, postanowił to wykorzystać. Widzi pan, panie profesorze, został pan wciągnięty w typowe ślizgońskie gierki. Przepraszam, w imieniu kolegów. Nie powinni z tym do pana przychodzić.
Starał się wyglądać na skruszonego i wkurzonego jednocześnie. Dokładnie tak, jak zapewne oczekiwał tego Snape. Nauczyciel milczał przez chwilę.
– Jesteś pewny, że nie masz nic wspólnego z obecnymi wydarzeniami?
– Absolutnie – powiedział, wkładając w to całe przekonanie, na jakie mógł się zdobyć.
Snape obserwował go jeszcze przez jakiś czas, po czym otworzył drzwi i pierwszy wyszedł na korytarz.
– Odprowadzę pana do dormitorium, panie Verlaine.
Evander skinął głową i ruszył za nim. Kiedy dotarli do przejścia, a Snape miał wracać do siebie, Evander zapytał.
– Profesorze, gdybym chciał skorzystać z biblioteki...
Snape zamyślił się na moment.
– W poniedziałek po zajęciach, Verlaine.
Evander skinął głową i wszedł do pokoju wspólnego. Nie zastał tam nikogo z drugorocznych Ślizgonów, więc od razu skierował się do sypialni. W środku znalazł tylko swoich współlokatorów.
– Czego chciał Snape? – zaatakował go Draco zanim zdążył zamknąć za sobą drzwi.
– Zapytaj Notta – odburknął Evander. Wyciągnął z torby książkę i rozłożył się na łóżku, kompletnie ignorując blondyna.
– Chcesz mi coś powiedzieć, Theo?
Krótkim machnięciem różdżką Evander zasunął zasłony i rzucił zaklęcie wyciszające, odcinając się od nadchodzącej sprzeczki.
Spomiędzy kartek książki wysunął się cienki dziennik. Evander otworzył go, zastanawiając się nad tym, co napisać. Po tym jak powiedział Snape'owi prosto w twarz, że nie ma z atakami nic wspólnego, zaczynał wątpić czy dalsze pisanie fałszywego pamiętnika ma w ogóle sens.
Mimo to pisał w nadziei, że jakoś to będzie.
Zaklęcie Tempus pokazało, że zostało kilka minut do północy. Zatrzasnął książkę i wyciągnął dziennik Toma Riddle'a.
– Nie podoba mi się ta twoja taktyka - powiedział, pomijając powitanie.
W odpowiedzi, Tom tylko uniósł brwi.
– Nie mam jak ćwiczyć. Mamy zakaz wychodzenia z dormitorium bez opieki nauczycieli – Zmarszczył nos w wyrazie dezaprobaty. – Dumbledore jest zawieszony. Dzisiaj opuścił szkołę.
Tom skupił na nim wzrok i nawet nie starał się z tym kryć, kiedy na jego twarzy pojawił się uśmieszek. Wiadomość najwyraźniej bardzo go zadowoliła, bo chętniej niż zwykle zaoferował swoją pomoc w nauce. Evander wrócił nad ranem, zupełnie wykończony, ale do swojej listy klątw dodał kilka nowych, całkiem przydatnych i nie do końca legalnych. Korzystając z dobrego humoru Riddle'a, wyciągnął też z Toma szczegóły dotyczące wskazówki, którą podsunął Granger.
Nie spał wiele tej nocy, ale zwlekł się z łóżka na śniadanie, nie chcąc wzbudzać kolejnych podejrzeń. Przechodząc przez pokój wspólny zauważył, że na tablicy ogłoszeń wisi notatka o godzinie, w której organizowane miały być wyjścia do biblioteki. Evander z ulgą przyjął informację, że nie zostanie zupełnie odcięty od swoich codziennych rozrywek. Ograniczenia, jakie nałożono na szkołę, zaczynały go irytować, a nie minęła nawet doba od ich ogłoszenia.
Przez następne dni Tom domagał się kolejnego ataku, ale Evanderowi udało się wyperswadować dziedzicowi Slytherina, że aktualnie nie ma kogo zaatakować, skoro nałożono zakaz wychodzenia z dormitoriów. Riddle uparł się jednak, że powinien jak najczęściej kręcić się w pobliżu łazienki Marty. Twierdził, że Potter niedługo odkryje wejście i żadne zapewnienia o poziomie inteligencji chłopaka poniżej przeciętnej nie zdołały go przekonać, że będzie inaczej. Evander nie miał więc wyboru. Kiedy z ostatnich zajęć nauczyciel odprowadzał ich do lochów, przepakował torbę, wpychając do niej opasłe tomy, których nie zamierzał jeszcze zwracać i usadowił się wygodnie w pokoju wspólnym, czekając na zwyczajową godzinę, kiedy Snape pojawiał się w wejściu do dormitorium i przejmował grupkę chętnych do odwiedzenia biblioteki uczniów.
Gdy tylko nadarzała się okazja, znikał w niszy i czekał, aż korytarz opustoszeje. Ostatnie głosy oddalających się Ślizgonów milkły i Evander ruszał w przeciwnym kierunku. Ignorując szaleńcze bicie serca zatrzymywał się dopiero w niewielkiej komórce, z której, dzięki zaklęciu Venetia speculo, miał widok na wejście do okupowanej przez ducha łazienki.
Nie mógł jednak przesiadywać tam codziennie, w dodatku jego czas ograniczony był do kilku godzin, przeznaczonych na wizytę w bibliotece. Łazienki nikt w tym czasie nie odwiedzał i Evander szybko zaczął się irytować. Tom na niego naciskał, żeby nie przerywał wymykania się, ale jego wycieczki na pierwsze piętro szybko okazały się niemożliwe. Draco postanowił towarzyszyć mu w bibliotece, uznając że od hałasu panującego w przepełnionym pokoju wspólnym dostaje migreny.
Już czwarty dzień z rzędu przeszedł przez kamienną ścianę zaraz za Evanderem, a kiedy znaleźli się pomiędzy uginającymi się od ksiąg regałami, natychmiast skierował kroki do ulubionego działu.
– Brakuje mi treningów – mruknął pod nosem, wyprzedzając go i wyganiając jakiegoś trzecioklasistę ze stolika, który zajmowali ostatnio. – Może moglibyśmy… wymknąć się w nocy? Przecież to nie tak, że dziedzic zaatakuje któregoś z nas. Nawet nie wyjdziemy z lochów - próbował go przekonać.
Będąc ze sobą szczerym, Evander musiał przyznać w duchu, że też myślał o treningach. Obawiał się tylko, że jeśli zostanie złapany, może mu brakować wiarygodnej wymówki. Szczególnie po tym jak Nott poinformował Snape'a o podejrzeniach Ślizgonów. Eskapady w towarzystwie Draco dawały mu wiarygodne alibi, którego potrzebował.
Kiwnął głową.
– Chyba mam pewien pomysł – odpowiedział, zamykając książkę.
Oczy Draco zabłyszczały z ekscytacji.
– Dzisiaj? – dopytywał.
– Nie – zaprzeczył Evander, a widząc zagubione spojrzenie blondyna westchnął i dodał – Muszę najpierw coś sprawdzić.
Wstał od stolika, a po chwili stał pod regałem z księgami zaklęć. To, którego potrzebował z definicji było proste, ale potrzebował nieco zmodyfikowanej wersji. Nie sądził, by dodanie na koniec inkantacji prostego maxima załatwiło sprawę.
Okazało się, że miał rację i samo Engorgio, z dodatkiem czy bez, nie odpowiadało jego potrzebom. Na szczęście znalazł inne, nadające się idealnie do tego zadania zaklęcie. Tak samo jak wcześniej robił to sam, tym razem Evander pociągnął Draco za rękaw, chowając ich obu w niszy.
– Zaraz, a gdzie Malfoy i Verlaine? – usłyszeli po chwili.
– Pewnie zostali w dormitorium – odpowiedział drugi głos.
– To Warrington i Montague – wyszeptał Draco, chichocząc.
Evander uciszył go wzrokiem i odczekał, zanim znów złapał go za rękaw i pociągnął za sobą.
– Czemu mi się wydaje, że już to robiłeś? – zapytał Draco, kiedy mijali schody prowadzące do sali wejściowej.
– Bo robiłem – odpowiedział Evander, uśmiechając się tajemniczo.
Draco nie miał szansy odpowiedzieć. Został wepchnięty do komórki i wciśnięty w kąt. Wpadł na miotłę i przewrócił ją, robiąc przy tym sporo hałasu.
– Zwariowałeś? – syknął Evander.
Zatrzasnął drzwi, całkowicie odcinając jedyne źródło światła. Draco natychmiast wyciągnął różdżkę, rozświetlając małe pomieszczenie.
– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to tu mamy trenować?
Evander powstrzymał się od przewrócenia oczami i zaczął szeptać zaklęcia wyciszające i ostrzegające przed zbliżającymi się osobami. Kiedy skończył, obrócił się i spojrzał na cisnącego się na małej przestrzeni Draco.
– Zabierz te miotły – powiedział i przesunął go w stronę drzwi, wręczając mu naręcze zmiotek. – Capacious extremis – powiedział, starając się ze wszystkich sił kontrolować opuszczającą go magię.
To było trudne zaklęcie. Używając go do powiększenia pomieszczenia, w dodatku rzucając je bez uprzedniego ćwiczenia, Evander odrobinę ryzykował, dlatego zachowywał szczególną ostrożność i zanim zadowolił się efektem, musiał rzucić je jeszcze kilka razy.
– Lumos maxima – szepnął i tym razem maxima wystarczyło. Pokój rozświetlił się ostrym, białym światłem.
Malfoyowi opadła szczęka, kiedy komórka na miotły zmieniła się w salę wielkości klas lekcyjnych.
– Niezłe – pochwalił. – Ale czemu nie mogliśmy po prostu użyć jednej z pustych klas w lochach?
– Powiedzmy, że mam swoje powody – odpowiedział enigmatycznie, wyczarowując pachołki treningowe.
Draco zrzucił torbę i przygotował różdżkę.
– Szybciej!
Evander przykucnął zaraz obok drzwi i krzyknął jeszcze kilka razy na wyraźnie ociągającego się Malfoya. Kiedy Draco zmobilizował resztki sił, wykonując dane mu wcześniej polecenie, Evander wyciągnął różdżkę i narysował nią na drzwiach maleńki okrąg, który natychmiast sprawił, że drzwi stały się w jego obrębie przezroczyste. Evander zerknął na korytarz za nim, ale nikogo nie zobaczył. Dziwna cisza kazała mu wrócić spojrzeniem w stronę blondyna. Draco dyszał lekko, chociaż nadal z właściwą sobie gracją i nie ćwiczył.
Kolejne machnięcie różdżką i lustro weneckie zniknęło, a Evander wstał i skierował kroki ku środkowi pomieszczenia.
Przez moment wydało mu się mniejsze niż godzinę temu.
– Drętwota – powiedział, nie za głośno, ale i nie za cicho, wiedząc, że ktokolwiek zaatakuje Draco, na pewno nie będzie używał zaklęć niewerbalnych. – Broń się, Draco.
Rzucił kilka kolejnych klątw. Nie były zbyt przyjemne, ale nie były w stanie wyrządzić Malfoyowi większej krzywdy. Zaczęli wokół siebie krążyć. Draco poprawił się od pierwszego razu, ale nadal był wolniejszy od Evandera i znał mniej zaklęć od niego, więc dalej nie stanowił większego zagrożenia, szybko wpadając w osłabiającą go rutynę.
– Locomotor Mortis – krzyknął Malfoy,
– Ciszej – odpowiedział mu Evander, całkiem nieźle się bawiąc, tylko irytując tym blondyna. – Chcę zobaczyć niewerbalne.
Nauka Draco sprawiała mu odrobinę sadystycznej przyjemności. Bezkarnie znęcał się nad chłopakiem, a ten mu jeszcze za to dziękował. Odszukał w pamięci kolejne dwie klątwy. Jedna o cal minęła jego głowę.
– Slugulus Eructo.
Tym razem wykrzyczał formułę, żeby Draco dobrze wiedział co nadchodzi. Od razu się zorientował, że to ta sama klątwa, której chciał na nim użyć Weasley wcześniej tego roku. Jego tarcza powstała niemal natychmiast, bez żadnego wypowiedzianego słowa. Evander wykrzywił usta w uśmiechu, decydując, że będzie rzucał zaklęcie do skutku.
– Żryj ślimaki, Malfoy – powiedział, świetnie się bawiąc. – Slugulus Eructo.
Oburzony, przeklinając soczyście, Draco zaczął ciskać w niego kolejnymi zaklęciami. Evander odpłacał mu tym samym. Pomieszczenie wypełniły błyski różnokolorowego światła, a kamienne ściany zaczęły się kruszyć. Podłoga zatrzęsła się, ale oni nie przestawali walczyć. Draco już jakiś czas temu zrozumiał, że pomimo tego, że to tylko trening, walkę należało doprowadzić do końca.
Pochłonięci wymianą klątw nie zauważyli jak sufit zaczyna falować, a kąty pokoju stają się coraz bardziej obłe.
Pokój skurczył się sekundę później, sprawiając, że oboje wylądowali na podłodze, przysypani miotłami. Evander nie mógł powstrzymać chichotu, kiedy zobaczył zażenowanie, z jakim Draco zrzucił go z siebie. Z trudem wstał w ciasnym pomieszczeniu i rzucił zaklęcie Tempus.
– W samą porę – skomentował. – Za chwilę Snape będzie wracał z biblioteki.
– Nawet się nie zmęczyłem – zajęczał Draco.
Evander spojrzał na niego krytycznie. Malfoy był wykończony, ale był gotów wykrzesać z siebie ostatki magii, żeby odpłacić mu za to, że śmiał ciskać w niego klątwą Weasleya.
– Odegrasz się następnym razem – mruknął Evander, usuwając pozostałe zaklęcia i wymykając się przez drzwi.
– Gdzie idziecie? – zapytał Nott.
Evander chciał go zignorować, ale Draco zatrzymał się i spojrzał krytycznie na współlokatora.
– Nie powinno cię to interesować, Theo – odpowiedział chłodno.
Od incydentu ze Snape'em, Draco utrzymywał co najwyżej dyplomatyczne stosunki z Theodorem Nottem, a i to tylko w otoczeniu innych uczniów. W towarzystwie Ślizgonów ze swojego rocznika Malfoy był oschły i nieprzyjemny, chociaż nie dokuczał Nottowi celowo. Pozostali, idąc za przykładem swojego lidera, również wykluczyli go ze swojej małej społeczności i chłopak miał problemy z pogodzeniem się z tym faktem. Wszystko wskazywało na to, że zamierzał zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło, aż rzeczywistość wróci do normy. Zależało to tylko i wyłącznie od decyzji Draco, a ten na razie nie zamierzał rozgrzeszać Notta. Zarzucił mu nielojalność wobec jednego ze swoich i tym samym przesunął w hierarchii na najniższą pozycję.
Draco odwrócił się i przeszedł przez pokój niewzruszony.
– Jesteś dla niego taki surowy, Draco – zadrwił Evander, chichocąc pod nosem.
Odpowiadało mu zachowanie Malfoya. Nikt inny nie mógł mu dać nauczki, bo tylko na jego opinii Nottowi zależało.
– Jeśli to coś zmieni... – mruknął Draco wyjątkowo poważnie.
Przeszli przez przejście w ścianie i ruszyli korytarzem. Evander zastanawiał się chwilę w milczeniu.
– Nie martwisz się, że odniesiesz przeciwny skutek? Tylko mnie znienawidzi i zamiast mi zaszkodzić, spróbuje czegoś gorszego. Nie mówię, że nie dałbym sobie rady, ale po co tworzyć dodatkowy kłopot?
Był ciekawy co na prawdę myśli o tym Draco. Przez długi czas był przekonany, że Malfoy udaje złość na Theodora i staje po stronie Evandera tylko dlatego, że dostał wyraźny rozkaz od ojca. Później zawarli Przysięgę i teraz nie miał już większego wyboru. I właśnie wtedy Evander zauważył, że Draco wyglądał, jakby mu zdjęto spory ciężar z ramion. Przysięga sprawiała, że to już nie była jego decyzja; zdejmowała z niego odpowiedzialność za zajęcie tej, a nie innej strony w konflikcie, z którym najwyraźniej sobie nie radził.
Evander chciał poznać prawdziwe odczucia Draco wobec sytuacji, w której się znaleźli, ale nie mógł zapytać o nie wprost. Nie dostałby jednoznacznej odpowiedzi, a nawet jeśli, to nie miał podstaw sądzić, by była prawdziwa.
– Jeśli spróbuje, bezpowrotnie straci szansę powrotu. Dobrze o tym wie. Zakończmy ten temat – dokończył wściekłym szeptem.
Przemykali się korytarzami w stronę komórki na miotły na pierwszym piętrze. Do tej pory nie spotkali na korytarzach żadnego nauczyciela, ale to nie znaczyło, że w ogóle nie patrolowano zamku.
Słysząc zbliżający się stukot schowali się w najbliższej niszy, ale okazało się, że to tylko rycerz przebiegał z hałasem przez obrazy, budząc przy okazji ich rezydentów. Oboje zdecydowali się poczekać aż większość z nich ponownie zaśnie, co nie trwało zbyt długo i chwilę później byli już na miejscu.
Dni zaczynały się już robić coraz dłuższe, ale kiedy dotarli na miejsce z okien na końcu korytarza nie przedostawało się już żadne światło. Schowali się w komórce i Evander rzucił zwyczajowe zaklęcia wyciszające.
– Cave Inimicum – powiedział na koniec, machając skierowaną w górę różdżką.
– Podziwiam twoją przezorność, Evander. Kto normalny szukałby nas w komórce na miotły?
Evander posłał mu spojrzenie, po którym policzki Malfoya zaróżowiły się lekko.
– Nie muszą szukać nas. Mogą po prostu potrzebować miotły.
Draco odszedł w głąb pomieszczenia, ukrywając konsternację i zaczynając od kilku standardowych ćwiczeń, których nauczył go Evander.
W ciągu ostatnich kilkunastu dni, zdążyli wyrobić pewną rutynową kolejność działań. Najpierw trening Draco, który zaczynał się od rozgrzewki, by przejść do pojedynku, a kończył na ciskaniu zabójczych zaklęć w magicznie odnawiającego się manekina, aż do utraty sił. Później Draco odpoczywał, a Evander zaczynał swój trening, polegający w głównej mierze na tym samym, z tą różnicą, że Evander w większości używał zaklęć niewerbalnych, które nadal uważał za wymagające sporej ilości ćwiczeń.
Właśnie zdecydował o rozpoczęciu pojedynku. Stanęli na przeciwko siebie i, zgodnie ze zwyczajem, Evander pozwolił Draco na rzucenie pierwszego zaklęcia. Ta część treningu miała na celu wyrobienie w Malfoyu refleksu, którego na początku chłopak praktycznie nie posiadał. Teraz, po miesiącu całkiem intensywnych, chociaż niezbyt częstych ćwiczeń wyglądało na to, że Malfoy miał wrodzone, chociaż drzemiące dotychczas w ukryciu zdolności. Evander też trenował od niedawna, ale chociaż jego mentorem był sam dziedzic Slytherina, kilka miesięcy o wiele częstszych spotkań więcej wcale nie dawało mu dużo większej przewagi. To, że nadal przewyższał Draco w ich sparringach, zawdzięczał jednak nie refleksowi, a mocy. Posiadał potężniejszy rdzeń magiczny. Czuł, że nie wykorzystuje nawet drobnej części swoich możliwości, kiedy pojedynkował się z Malfoyem. Kiedy brakowało mu refleksu, jego magia ożywała, sama stając w jego obronie.
Tak jak teraz.
Rozluźnił się, wnioskując z coraz większej nerwowości Draco, że chłopak powoli sięgał swojej granicy. Z uśmiechem na twarzy poruszał się powoli, ale konsekwentnie, zmuszając go do ruchu. Draco rzucał te same klątwy, ułożone w powtarzalną sekwencję. Wydawało się, że nie ma pomysłu na ten pojedynek.
Później Evander skarcił sam siebie, że nie zauważył tego wcześniej. Draco uśpił go wykrzykiwanymi zaklęciami, by w następnej chwili przyśpieszyć tempo i rzucić trzy zaklęcia w krótkim odstępie czasu. Jedno z nich było niewerbalne. Gdyby nie nadciągający ku niemu promień czerwonego światła, nie zorientowałby się, że jest na linii ognia. Jedyne co zdążył zrobić to unieść lewą, pozbawioną różdżki rękę. Był pewny, że zaklęcie sięgnie celu, mimo to, z nawyku, pomyślał: Protego, próbując skoncentrować magię.
Zaklęcie Tarczy odbiło czerwony promień, który pomknął na ścianę, rozpryskując kamienne odłamki na wszystkie strony. Kilka z nich dosięgło pojedynkujących się Ślizgonów i Evander poczuł jak jego policzek zaczyna pulsować lekkim bólem. Nie spuszczając wzroku z triumfującego Draco uniósł dłoń do twarzy i palcami wytarł zbierającą się krew.
Metaliczny zapach dotarł do jego nozdrzy. Nie powinien był reagować, ale zadowolona mina Draco prosiła się o rewanż. Uśmiechnął się w sposób, który natychmiast starł wyraz triumfu z twarzy Malfoya, ale to mu nie wystarczyło. Zrobił krok w przód. Potem drugi.
Pomyślał, że przestraszenie Draco będzie bardzo zabawne. Przywołał na twarz szaleńczy uśmiech. Nie uleczył rany i nie oczyścił się z krwi. Rozciągnął usta w szerokim uśmiechu, który nie sięgał oczu, skupionych na szczupłej sylwetce blondyna. Draco zaczął się cofać.
Evander rzucił kilka klątw na raz, z zadowoleniem obserwując jak Draco wyciąga przed siebie różdżkę i w panice przechodzi do defensywy. Evander, jak drapieżnik ścigając swoją ofiarę, posuwał się do przodu, ciskając zaklęcie za zaklęciem, kilka z nich wymawiając na głos, żeby Draco wiedział co go czeka, jeśli opuści gardę.
Miał ochotę się roześmiać, bo Draco wyglądał na na prawdę przerażonego, ale zrobił jeszcze krok, jeszcze jeden i…
Nie wytrzymał. Roześmiał się, łapiąc za brzuch i zginając w pół.
– Twoja mina… Nie mogę – chichotał.
Draco, z początku zdezorientowanego, powoli zaczęła ogarniać wściekłość.
– Ty…
Rzucił w niego paskudną klątwą, ale Evander był na to przygotowany. Odbijał zaklęcia, cały czas chichocząc. Draco, niemal czerwony z wściekłości, nacierał na niego, a Evander pozwalał mu na to, cofając się i cały czas się śmiejąc.
Coś nieprzyjemnie ukłuło go w środku i był pewien, że nie było to żadne zaklęcie Malfoya. Uśmiech zszedł mu z twarzy, kiedy zorientował się skąd pochodzi to dziwne uczucie. Draco nic nie robił sobie z nagle poważnej miny Evandera, nadal rzucając w niego klątwami. Evander spróbował go zatrzymać, ale Draco go zignorował.
– Arresto Momentum – krzyknął celując w Malfoya.
Chłopak zatrzymał się w połowie kroku i z połowie wypowiedzianą klątwą.
Evander natychmiast podszedł do drzwi i wyczarował lustro weneckie. To Cave Inimicum, zaklęcie ostrzegające o nadchodzących osobach dało znać, że ktoś zbliża się do ich kryjówki.
Było sporo po północy. Do tej pory nie zauważyli, żeby nauczyciele pilnowali tej części zamku tak późno w nocy. Evander zakładał, że w pobliżu nie było żadnego z dormitoriów, co jako jedyne tłumaczyłoby brak patroli. Czekał w napięciu, aż intruz pojawi się w zasięgu jego wzroku. Kiedy zobaczył Pottera, wraz z towarzyszącym mu Weasleyem, zupełnie zapomniał o Malfoyu.
Gryfoni skradali się, rozglądając na boki. Evander gorączkowo zastanawiał się co powinien teraz zrobić. Przez moment myślał, że Potter zamierza wejść do łazienki Marty, ale on zatrzymał się tylko, pokazując coś Weasleyowi. Po chwili ruszyli dalej.
To był impuls. Coś w nim sprawiło, że bezwiednie otworzył drzwi i zatrzymał ich, zanim zniknęli za rogiem.
– Hej, Potter – zawołał. – Co tu robisz o tej godzinie?
Obaj aż podskoczyli, złapani na gorącym uczynku.
– Nie wiesz, że szwendanie się po zamku w nocy jest zabronione?
– W takim razie co ty tu robisz, Verlaine? – odgryzł się rudzielec.
Potter wydawał się nieco bardziej opanowany.
– Idź w swoją stronę, a my pójdziemy w swoją, Verlaine. Nikt nic nie straci, nikt nic nie zyska – odezwał się.
– Jakież ślizgońskie podejście, Potter – zadrwił Evander. – Tyle, że nie masz pewności czy rzeczywiście czegoś nie zyskam, zatrzymując cię tutaj.
Uśmiechnął się, wiedząc, że dał mu do myślenia.
– Nie zamierzam cię przepuścić – dodał, kompletnie ignorując Weasleya, który chyba właśnie to zauważył, bo poczerwieniał z wściekłości.
– Nic nie możesz zrobić – odpowiedział Potter.
Stali przy schodach prowadzących do sali wejściowej. Evander zrobił krok w ich kierunku.
– Nie był bym tego taki pewien – syknął.
W następnej chwili zdarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Evander cisnął klątwą w ich kierunku. Potter odepchnął Weasleya, wyraźnie broniąc go przed zaklęciem i wyciągając różdżkę rzucił w niego Expeliarmusem. Weasley też próbował rzucić w niego jakimś urokiem, ale jego różdżka tylko wystrzeliła kilka iskier i wybuchła, osmalając mu twarz. Evander zignorował Gryfona, skupiając swoją całkowitą uwagę na Potterze. Chłopak ciskał w niego Zaklęciem Rozbrajającym, na co Evander w końcu roześmiał się w głos, zupełnie nie przejmując, że ktoś ich usłyszy.
– Tylko na tyle cię stać, Potter? Zamierzasz uratować świat przy pomocy jednego zaklęcia, Wybrańcu?
Wiedział już po sprzeczkach Pottera z Draco, że nawiązywanie do jego roli jako zbawcy świata czarodziejów najbardziej wytrąca Pottera z równowagi i nie mógł sobie odmówić tej przyjemności. W tym samym czasie ciskał w niego klątwami, z przyjemnością obserwując, że jedyne co potrafił Chłopiec, Który Przeżył, to unikanie niebezpiecznych zaklęć poprzez uniki. Co rusz odskakiwał, mając niewielkie pole manewru w wąskim korytarzu, i chociaż Evander musiał mu przyznać, że taktyka była całkiem skuteczna, nie potrafił powstrzymać triumfującego uśmieszku na twarzy, kiedy jasnym było, że Potter nie ma pojęcia jak się bronić.
– Incarcerous – krzyknął, kiedy zobaczył zbliżającego się w jego kierunku Weasleya.
Grube liny natychmiast oplotły rudzielca i Potter podbiegł do niego, próbując go uratować. Przez moment szarpał się z nimi, przegrywając z silniejszą od jego ramion magią. W końcu poszedł po rozum do głowy i podniósł różdżkę, która upadła obok, kiedy próbował ratować kolegę.
Evander obserwował wszystko z daleka.
– Finite Incantatem – powiedział Potter i liny opadły, a po chwili rozpłynęły się w powietrzu. – Po co to było?! – Potter był wściekły, ale najwyraźniej nie rozumiał o co w tym wszystkim chodziło.
Evander też nie do końca rozumiał. Nie wiedział co nim kierowało, kiedy wyszedł w momencie, w którym zobaczył Pottera. Rzucił się na niego przy pierwszej nadarzającej się okazji. To nie pochodziło od niego. Taką przynajmniej miał nadzieję.
– Po co? – odpowiedział chłodno. – Bo jesteś cholernym Gryfonem – odpowiedział.
Teraz mógł co najwyżej zrzucić to na odwieczną walkę między domami. Nie miał pewności czy to wystarczy, ale nic więcej mu nie pozostawało. Nie sądził by Tom był zachwycony, gdyby zdradził się przed Potterem z jakimkolwiek szczegółem.
– Bo z jakiegoś powodu nienawidzisz Ślizgonów, a przede wszystkim, bo sama twoja obecność działa na mnie wybitnie irytująco.
– I vice versa – odburknął Potter, pomagając Weasleyowi wstać. – Ale ja nie napadam na ciebie, próbując cię zabić.
– Nie próbowałem cię zabić. Gdybym spróbował, raczej już byś nie żył – skłamał gładko.
Tom chciał, by był martwy, ale Evander nie był przygotowany na popełnienie morderstwa. Miał dwanaście lat. Nawet jeśli w przyszłości znajdzie się w sytuacji, w której będzie zabijał, a nie wykluczał tego, sądząc po tym jaką ścieżką aktualnie zmierzał, nie uważał, by był na to gotowy już teraz.
Potter zniknął za rogiem, zabierając ze sobą kaszlącego Weasleya, kiedy z powiększonej zaklęciem komórki na miotły wypadł Draco.
– Co Potter tu robił?
Evander westchnął.
– Nie wiem, chociaż wiele dałbym, żeby się dowiedzieć - odpowiedział, brzmiąc na zmęczonego.
– Dlaczego mnie unieruchomiłeś? Pomógłbym ci – dąsał się Draco.
– Nie potrzebowałem pomocy – mruknął Evander. – Chodź, za chwilę zlecą się tu nauczyciele. I tak dziwne, że jeszcze żaden się nie pojawił.
Zlikwidował zaklęcia nałożone na komórkę i uciszając nadal nadąsanego Malfoya, ciągnął go do w dół po schodach.
– Dlaczego nie idziemy do dormitorium? – zapytał Draco, kiedy zamiast skręcić w lewo, na kolejne, prowadzące w dół schody, Evander, szarpiąc go za ramię skierował kroki w stronę drzwi wejściowych.
– Idziemy sprawdzić gdzie poszedł Potter.
– Po co do cholery mamy to robić?
– Bo Potter coś kombinuje, a ja chcę wiedzieć co – powiedział Evander tonem ucinającym dalszą dyskusję.
Szli w milczeniu, ukrywając się w cieniu i podążając za dwójką Gryfonów w odległości pozwalającej na ciche szepty.
– To wygląda jakby szli do chatki tego gajowego. Przecież zabrali go do Azkabanu. Tego samego dnia, co usunęli Dumbledore'a ze stanowiska.
Draco prychnął, nie komentując.
Potter i Weasley faktycznie weszli do chatki, ale nawet nie zamknęli za sobą drzwi. Minutę później, razem z wielkim brytanem półolbrzyma, wyszli i skierowali się w stronę Zakazanego Lasu.
Evander spojrzał na Draco, ale ten pokiwał stanowczo głową.
– Nie ma mowy. Nie wejdę tam. Za nic w świecie mnie tam nie zaciągniesz.
Evander nie sprzeczał się z nim. Umiał się bronić przed uczniami, w zamku, ale wycieczka do Zakazanego Lasu…
Był Ślizgonem. A Ślizgoni nie pakują się w potencjalnie niebezpieczne sytuacje, szczególnie takie, w których nie wiadomo co tym niebezpieczeństwem mogło być.
Wrócili do łóżek, po raz kolejny szczęśliwie unikając przyłapania przez nauczycieli. Evander zaczynał podejrzewać, że Snape tak na prawdę w ogóle nie patrolował lochów, wiedząc, że jego uczniom zupełnie nic nie grozi.
