10.


Evander zdążył się przyzwyczaić do aury, jaką roztaczał wokół siebie Tom Riddle. Na początku go fascynowała. Kiedy przywykł do niej, przestała robić na nim wrażenie i po prostu trenował z Tomem, by osiągnąć ten sam poziom mocy, z którym tak obnosił się twórca dziennika.

Znajomy, szary pokój wspólny zmaterializował się wokół niego i Evander bez zbędnych słów rozsiadł się w swoim fotelu, moszcząc się wygodnie i przybierając na twarz kpiący uśmieszek.

– Muszę przyznać, że twoje metody jednak działają – powiedział nie czekając aż Tom usiądzie obok.

Chłopak zatrzymał się w pół kroku i przyjrzał mu się uważnie.

– A masz przez to na myśli…

– Że Potter przed momentem wszedł do Zakazanego Lasu. Na spotkanie z pająkiem gajowego, jak sądzę - dokończył.

Tom zmrużył oczy, ale to była jedyna jego reakcja na usłyszane wieści. Evander obserwował jak wpatruje się w ogień. Blask kominka odbijał się w jego oczach, które błyszczały nienaturalnie. Przez moment miał wrażenie, że widział w nich czerwień, co było niemożliwe w świecie z atramentu, w którym się znajdowali.

Minuty mijały, a Evander zaczął się nudzić. Nie poruszył się jednak, nie chcąc dać mu satysfakcji. Tom obmyślał teraz następny krok, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jeśli mu przerwie, ten tylko go zruga. Siedząc cicho zyskiwał pewność, że za chwilę usłyszy kolejne wskazówki.

Nigdy nie dostawał zbyt wielu informacji z góry. Z początku myślał, że Tom mu nie ufa, co było z resztą słusznym założeniem z jego strony. Mimo fascynacji dziedzicem Slytherina, Evander nie był typem, który wpakowałby się w kłopoty z własnej woli i bez gwarancji wyniesienia z tego jakichkolwiek korzyści. Wiele tygodni później zorientował się, że znając wcześniej niektóre z faktów, postąpiłby inaczej i całe przedsięwzięcie mogłoby być z tego powodu zagrożone.

Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem Toma i Evander nie miał powodu, by się wycofać z zadania.

– Czeka nas wielki finał, Evanderze – odezwał się w końcu Riddle.

Evander przechylił głowę lekko w bok, gest wyraźnie skopiowany od Toma, po czym uśmiechnął się nieprzyjemnie.

– A ten finał to?

Tom powoli obrócił głowę w jego stronę. Oczy znów spłatały mu figla, bo zobaczył w tęczówkach pojawiającą się na sekundę czerwień.

– Musisz sprowadzić Pottera do Komnaty Tajemnic. Rok szkolny niedługo się skończy. Nie pozostało nam wiele czasu.

– A w Komnacie?

– Jeżeli nam się poszczęści, Bazyliszek zabije chłopaka w momencie, w którym go wypuszczę.

Evander przełknął ślinę. Wyobrażał sobie śmierć Pottera na wiele różnych sposobów, ale przyłożenie do tego ręki nadal wywoływało w nim pewien opór, chociaż nie rozumiał dlaczego tak się działo.

– Co z tego będę miał? – zapytał. – Wielki finał wymaga wielkiej nagrody, nie sądzisz?

Reakcja Riddle'a była przewidywalna. Hamowane niezadowolenie wypłynęło na jego twarz, łamiąc na moment jego nienaganną maskę.

– A co byś chciał?

To miała być swobodna rozmowa, a pytanie, które zadał Evander, zadał pół żartem, pół serio. Sposób, w jaki odpowiedział mu Tom sprawił, że Evander dwa razy zastanowił się, zanim odpowiedział.

– Poza wyjściem bez szwanku na ciele, umyśle i wizerunku, jak to ustaliliśmy na samym początku? Chciałbym, żebyś dalej mnie trenował, Tom.

Tom skrzywił się lekko na wspomnienie ich wcześniejszej umowy. Powinno to zaniepokoić Evandera, ale zignorował przeczucie, skupiając się na słowach, które padły chwilę później.

– Obawiam się, że to może być niemożliwe.

– Myślałem, że nic nie jest niemożliwe.

Atmosfera zgęstniała i Evander doskonale wyczuwał napięcie. Tom mistrzowsko manewrował słowami i Evander miał się na baczności, wsłuchując się w znaczenie wypowiadanych przez niego zdań.

– Jestem tylko dziennikiem, Evanderze. Nie mogę decydować za siebie. Ktoś może się o mnie upomnieć.

– Więc powiem temu komuś, że zgubiłem dziennik – Evander wzruszył ramionami, udając zobojętnienie.

Tom prychnął i podniósł się z fotela, a w następnej chwili zawisł nad nim, kładąc dłonie na oparciach jego krzesła. Evander znów poczuł się przytłoczony jego aurą, tak samo jak wtedy, gdy się poznali. Poczucie bezpieczeństwa, jakie dawała rutyna, wyparowało.

– Jak dobry jesteś w Oklumencji? – zapytał Tom cichym, prawie słodkim głosem.

Evander nie odpowiedział od razu. Nie spojrzał mu w oczy, nie chcąc dać mu sposobności, by sam się przekonał.

– Nie łudź się, że zachowasz mnie w tajemnicy, Evanderze. – Ujął dłonią jego podbródek, sprawiając, że poczuł się jeszcze mniej komfortowo.

Tom zmusił go do spojrzenia sobie w oczy. Evander najchętniej przekląłby się za tę uległość, ale z jego umysłu zniknęły wszystkie myśli, prócz jednej. Tom… fascynował go i przyciągał. Tak, od dawna to wiedział, ale było w tej myśli coś nowego. Nie oparłby mu się, cokolwiek by ten od niego zażądał.

Wyciągnął dłoń. Chciał go dotknąć, poczuć, że jest realny, prawdziwy.

Tom odsunął się z syknięciem.

– Dam ci wskazówki kiedy nadejdzie czas – powiedział oschle i rozpłynął się w powietrzu razem z pokojem wspólnym.

Evander nie otwierał oczu. Chciał zatrzymać pod powiekami obraz z ostatnich chwil.


Pierwsza strona Proroka Codziennego leżała na środku stołu Ślizgonów, umazana resztkami jedzenia. Spod żółtej plamy po soku dyniowym machał Arthur Weasley, uśmiechając się nieśmiało.

NOWY MINISTER MAGII WYBRANY

Arthur Weasley, dotychczasowy Szef Biura Wykrywania i Konfiskaty Fałszywych Zaklęć Obronnych i Środków Ochrony Osobistej, został nowym Ministrem Magii. Ustępujący ze stanowiska Korneliusz Knot nie kryje niezadowolenia z wyboru, jakiego dokonała społeczność czarodziejów: "Wybraliście marionetkę Dumbledore'a. Ten człowiek nie będzie w stanie samodzielnie rządzić" powiedział naszemu reporterowi były Minister. Sam Weasley wydaje się zaskoczony wyborem i obiecuje, w przeważającej większości, kontynuować politykę swojego poprzednika.

"To dla mnie ogromny zaszczyt, ale też wielka odpowiedzialność. Mam nadzieję, że sprostam waszym oczekiwaniom i nie zawiodę pokładanego we mnie zaufania" powiedział Weasley, kiedy ogłoszono wyniki wyborów. Mimo tego, pierwszą decyzją nowego Ministra było natychmiastowe zwolnienie Dolores Umbridge ze stanowiska Starszego Podsekretarza. Społeczeństwo dzieli się na dwoje, a Arthur Weasley zdaje się mieć tak wielu przeciwników jak i zwolenników.

"To czarodziej, któremu można zaufać. Można mu powierzyć rządzenie naszym krajem" przyznaje Amelia Bones z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. "Złożyliśmy kraj w ręce zdrajcy i miłośnika mugoli" mówi z kolei inny pracownik Ministerstwa, który pragnie pozostać anonimowy. Więcej o kontrowersyjnym Ministrze Magii, Arthurze Weasleyu - str. 4.

Evander przeczytał to z zainteresowaniem. Zastanawiał się, jak nowy Minister Magii odniesie się do informacji o porwaniu swojego dziecka przez dziedzica Slytherina, informacji, która jak sądził, będzie w gazetach z najdalej dniowym opóźnieniem. Przełknął kęs i zerknął na stół z drugiego końca sali.

Obserwował Pottera z daleka, a Potter obserwował jego. Próbował wyczytać z jego zachowania jakieś wskazówki co do wizyty w Zakazanym Lesie i miał pewne podejrzenia. Potter wydawał się być zniecierpliwiony. Wydawało się, że coś odkrył. Zerkał co chwilę na swojego przyjaciela, który z miną kogoś ważnego przyjmował gratulacje od innych uczniów. Wspólnie z Tomem stwierdzili, że nie ma czasu na zwłokę. Egzaminy miały się odbyć za tydzień, a zgodnie z obliczeniami Evandera, lada dzień ogłoszą, że mandragory dojrzały i będą wybudzać spetryfikowanych.

Evander powinien mieć pewność, zanim zrobi następny krok, że Potter będzie wiedział co robić, ale wszystko wskazywało na to, że będzie zmuszony działać w ciemno.

Od poniedziałku próbował zrealizować pierwszy punkt planu, ale odprowadzanie ich przez nauczycieli na kolejne zajęcia, a także uważne spojrzenia pozostałych Ślizgonów sprawiały, że odpowiednia okazja mogła się po prostu nie trafić.

Była środa i Evander zaczynał panikować tak samo, jak przed Bożym Narodzeniem, kiedy nie potrafił zmusić Justyna Finch-Fletchleya do odwiedzenia biblioteki. Jego zachowanie zaczynało budzić podejrzenia Blaise'a, który znów zaczął w niego ciskać oskarżającymi spojrzeniami. Draco, któremu oznajmił, że muszą odpuścić treningi z powodu zbliżających się egzaminów, też wydawał się niezbyt dobrze przyjąć jego wyjaśnienia. Kwestią czasu było, zanim zorientują się, co było nie tak.

Śniadanie zjadł w przyśpieszonym tempie.

– Idę do biblioteki – rzucił do wszystkich i nikogo jednocześnie.

– Spokojnie, przecież mamy teraz okienko – mruknął Draco, ale Evandera już nie było przy stole.

Szedł przed Wielką Salę, czując na sobie ich wzrok. W sali wejściowej schował się tak samo jak poprzednim razem i czekał aż w drzwiach pojawią się Potter z Weasleyem.

Wyszli po krótkiej chwili, w towarzystwie Finningana i Longbottoma. Evander zaczekał, aż się przybliżą, wyciągając różdżkę. Wycelował i rzucił silnym Zaklęciem Sugestii. Weasley zatrzymał się, zawahał i chociaż Evander nie mógł słyszeć co powiedział, doskonale wiedział co to było.

Potter zdziwił się, a potem pokręcił głową i złapał rudzielca za ramię, ciągnąc go za sobą po schodach.

Evander zaklął głośno, gdy zdał sobie sprawę, że jest obserwowany.

Na środku sali wejściowej stała Ginevra Weasley i wpatrywała się w miejsce, w którym się znajdował, za gargulcem strzegącym przejścia do pokoju nauczycieli.

Zaklął ponownie, po czym wyszedł zza posągu, kierując się prosto w stronę dziewczyny. Młoda Weasleyówna zrobiła krok w tył, sama podsuwając mu taktykę.

– Co widziałaś? – zapytał spokojnie.

Jego postawa mówiła jednak co innego. Nachylił się nad niższą, prawie o głowę, dziewczyną i lekko przechylił głowę. Jego oczy wwiercały się w nią, próbując odczytać coś z jej postawy.

– Ja… Próbowałeś zaczarować Rona. Albo Harry'ego.

Evander zacmokał.

– Zła odpowiedź, Weasley.

Przyglądał się jej jeszcze przez chwilę, która najwyraźniej wystarczyła jej do zebrania odwagi.

– Nie możesz mi nic zrobić. Tu jest pełno ludzi.

Evander uśmiechnął się w sposób, który nawet Draco Malfoya potrafił zbić z tropu, a pierwszoroczną Gryfonkę najwyraźniej porządnie przeraził. Sprawiło mu to nawet pewną przyjemność.

– Teraz nie, ale nie zawsze będziesz nimi otoczona, mała Ginevro. Zadam ci to pytanie jeszcze raz. Co widziałaś?

Dziewczyna spojrzała na niego ze strachem.

– N-nic.

– No i pięknie. Tak trzymaj. Jeśli się dowiem, że zdradziłaś nasz mały sekret… – Pochylił się nad nią jeszcze bardziej. – Cóż, będzie bolało – wyszeptał jej prosto do ucha.

W zasięgu wzroku pojawił się nauczyciel, który miał odprowadzić pierwszorocznych na ich lekcję, więc dziewczyna szybko się odwróciła i podbiegła do uczniów ze swojej klasy. Evander ruszył w kierunku biblioteki wiedząc, że właśnie stracił kolejną okazję do porwania Ronalda Weasleya.

Gryfoni mieli teraz transmutację, a on utknął na całą godzinę w bibliotece nad książką, na której nie potrafił się skupić.

Na zajęcia dotarł sam, korzystając z ogólnego rozluźnienia panującego w szkole. Jeszcze przed pierwszą lekcją ogłoszono, że wieczorem ofiary dziedzica zostaną ożywione.

Czas skurczył się do ledwie kilku godzin.

Na lunchu przyglądał się nie tylko Potterowi. Mała Ginny Weasley zerkała nerwowo w jego stronę. Przez moment wyglądała tak, jakby chciała opowiedzieć Potterowi i Weasleyowi o ich małym incydencie z rana, ale przyszedł kolejny rudzielec z rodziny, skutecznie przerywając dziewczynie.

Evander odetchnął z ulgą. Jednocześnie w jego głowie powstał pewien pomysł. Bił się z myślami czy powinien ingerować w ułożony przez Riddle'a plan. Przez całą lekcję zielarstwa był rozkojarzony i Draco przeklinał pod nosem jego bezużyteczność. Ignorował jego narzekania przez całą drogę na zajęcia obrony, na które prowadziła ich nadgorliwa profesor Sprout. Ignorował te narzekania, kiedy czekali w klasie na Lockharta.

Ignorował do momentu, kiedy zabrzmiał dzwon rozpoczynający lekcję, a Lockharta nadal nie było.

– Wymyśl coś, Draco – rzucił Evander i wyszedł z sali, zostawiając pogrążonego w szoku blondyna.

Nie było czasu. Jeżeli miał to doprowadzić do końca, a szczerze powiedziawszy, nie wiedział dlaczego to robi, chociaż czuł, że powinien, musiał działać bardziej zdecydowanie.

Biegł przez korytarze do tej części zamku, w której znajdowało się dormitorium Gryffindoru. Miał nadzieję spotkać kogoś, kogokolwiek, kto by się nadał.

Potter miał cholerny kompleks bohatera. To wcale nie musiał być Weasley. Prawdopodobnie wystarczyłoby, gdyby to był po prostu Gryfon. Mijał łazienkę Marty, kiedy usłyszał kroki. Schował się w jednej z pobliskich wnęk i nie mógł uwierzyć we własne szczęście, kiedy zobaczył Pottera i Weasleya wyłaniających się zza zakrętu. Już miał wyjść z ukrycia, kiedy ostry głos McGonagall przeciął powietrze jak nóż, zatrzymując go w pół kroku. Wcisnął się w niszę jak najgłębiej, obserwując oddalających się wraz z nauczycielką Gryfonów.

Czując, jak kolejna okazja wyślizguje mu się z zasięgu rąk, ruszył w kierunku, w którym się wybierał.

Śledził jednego ze starszych uczniów, aż dotarł pod same drzwi dormitorium. Nie wierzył własnym oczom, ale najwyraźniej wejściem do pokoju wspólnego Gryfonów był portret jakiejś grubej kobiety, właścicielki okropnie skrzeczącego głosu. Zdał sobie sprawę, że gdyby nie restrykcje, jakie nałożono na szkołę i fakt, że część nauczycieli nadal się ich trzymała, to nigdy nie zdołałby podejść tak blisko. Pod samym wejściem nie było wiele miejsc, w których można było się skutecznie ukryć, ale jak do tej pory minęło go tylko dwóch samotnie idących i najwyraźniej pogrążonych we własnych myślach uczniów. W jakiś sposób udało mu się pozostać niezauważonym.

Na drugiego z nich Evander rzucił przydatne Zaklęcie Sugestii. Chłopak miał przekazać Ginny Weasley, że ktoś na nią czeka przed wejściem.

Dziewczyna połknęła haczyk. Gdy tylko przeszła przez dziurę pod portretem, Evander znalazł się tuż przy niej. Zacisnął dłoń na jej ramieniu w żelaznym uścisku.

– Bądź cicho i chodź ze mną – syknął.

Próbowała się wyrywać, ale Evander szarpnął ją mocniej za ramię i zaciągnął na pierwsze piętro. Dopiero, kiedy znaleźli się w łazience, Evander popchnął ją na ścianę i wyciągnął różdżkę.

Stupefy – rzucił od niechcenia, celując w dziewczynę.

Wyciągając dziennik czuł ulgę. Udało mu się wywiązać ze swojej części zadania. Teraz już nic nie zależało od niego. Pochylił się nad pergaminem i napisał: Wchodzę.

Tom natychmiast przejął kontrolę nad jego ciałem. Evander znów poczuł znajome uczucie, kiedy patrzy się na świat własnymi oczami, ale nie ma się wpływu na to co się robi czy mówi.

– Młoda Weasleyówna?

Potter pilnował jej braciszka jak własnej różdżki. Myślę, że nie powinno to zrobić większej różnicy.

Tom skinął głową.

– Nawet lepiej. Mała, niewinna dziewczynka. Nada się doskonale – mruknął.

Nie poświęcając jej więcej uwagi, Tom wyszedł z łazienki i, ku zdziwieniu Evandera, zatrzymał się tuż przed ścianą, na której nadal widniał napis z pierwszego otwarcia Komnaty.

Moc, jaka przepływała przez jego ciało, oznaczała tylko jedno. Tom był podekscytowany, pisząc wiadomość dla Pottera.

Jej szkielet będzie spoczywać w komnacie na wieki.

Słysząc zbliżające się kroki, Tom zniknął w łazience. Machnął różdżką na nieprzytomne ciało dziewczyny i zbliżył się do umywalki skrywającej wejście do Komnaty Tajemnic.

– Oto twoja nagroda, Evander. Przysłuchaj się uważnie – powiedział, a następnie z jego ust wydobył się syk.

Evander spróbował go powtórzyć. Tom roześmiał się, przechodząc przez portal i kierując się schodami w dół. Zasyczał znowu, tym razem trzy osobne słowa.

– Otwórz. Schody. Zamknij – wyjaśnił.

Evander znów powtórzył niezrozumiałe dźwięki.

– Lepiej – powiedział Tom, nadal się śmiejąc.

Dziewczyna lewitowała przed nimi w powietrzu.

– Spróbuj jeszcze raz.

Evander próbował przez całą drogę w dół. Nim dotarli do kolejnych drzwi, znał trzy słowa w wężomowie.

Tom otworzył kolejne przejście, a oczom Evandera ukazała się ogromna przestrzeń. Długą komnatę wypełniało zielonkawe światło, zupełnie jak światło w dormitorium Ślizgonów, które pochodziło od przedzierającego się przez wodę słońca i przedostawało do pomieszczeń przez umieszczone w suficie świetliki. Tyle, że tutaj nie było świetlików.

Tom ruszył przed siebie, stukając obcasami o posadzkę i powodując, że po całej komnacie rozchodziło się echo. Mijał kolumny ozdobione splecionymi ze sobą wężami o szmaragdowych oczach. Uczucie, które wypełniało Evandera, musiało pochodzić od Toma. Czuł się jak… w domu.

– Wiesz po co powstała ta komnata? – zapytał nagle Tom.

Nie mam pojęcia, odpowiedział zaskoczony tym pytaniem.

Tom dotarł do końca sali i ułożył dziewczynę u stóp wysokiego po sam sufit posągu.

– To Salazar Slytherin. Mój przodek – powiedział zupełnie niepotrzebnie. Evander natychmiast skojarzył postać z portretem zamieszczonym na kartach z czekoladowych żab. – Stworzył tę komnatę, bo nie zgadzał się z pozostałą trójką założycieli. Chciał nauczać czarnej magii. Ani Helga Hufflepuff, ani Rowena Ravenclaw, a już tym bardziej Godryk Gryffindor, nie chcieli się na to zgodzić i bez wiedzy Salazara nałożyli na szkołę zabezpieczenia, które uniemożliwiały praktykowanie czarnej magii. Dlatego Slytherin postanowił stworzyć miejsce, którego nie wykrywałyby zaklęcia ochronne Hogwartu. Tutaj przyprowadzał swoich wybranych uczniów i nauczał czarnej magii bez wiedzy pozostałych.

Evander zastanawiał się przez dłuższą chwilę nad tym, czego się właśnie dowiedział. Zaklęcia ochronne, otaczające szkołę, natychmiast wychwyciłyby wszelkie próby użycia czarnomagicznych zaklęć, zawiadamiając dyrektora. Snape poinformował ich o tym zaraz po ceremonii przydziału. Wiadomość, że istniało w szkole miejsce, które było wyłączone spod tej kontroli, była szokująca. To stwarzało tyle… możliwości.

Tom rozciągnął usta w uśmiechu, przysłuchując się jego myślom.

– Jest jeszcze Bazyliszek – powiedział. – Biedactwo. Niewielu przede mną miało odwagę wypuścić go z kryjówki.

Evander wcale się temu nie dziwił. O ile ryzyko związane z wymykaniem się przez łazienkę dla dziewczyn, do ukrytej komnaty było niezbyt duże, to wypuszczenie na wolność wielkiego węża, który zabijał wzrokiem sprawiało, że można było całkiem łatwo trafić do Azkabanu. Nie sądził, by jakikolwiek Ślizgon ryzykował tak wiele, nie mając pewności, że nie zostanie złapany.

– Ja miałem Rubeusa Hagrida – powiedział Tom, chichocząc. – Zrzucenie na niego winy okazało się śmiesznie łatwe.

Wzrok Toma, a tym samym Evandera, spoczął na rudej dziewczynie.

Co z nią zrobisz?

Tom przyglądał się jej bez wyrazu.

– Na razie nic. Potter lada chwila powinien się tu zjawić. Nie mogę się doczekać, aż z nim porozmawiam.

Evander jęknął bezgłośnie. W tej samej chwili usłyszeli wybuch.

– Nadchodzi – mruknął Tom.

Evander uśmiechnąłby się gorzko, gdyby mógł.


Nie czekali długo, aż w drugim końcu komnaty pojawił się Potter. Podszedł kilka kroków i na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia.

– Verlaine?!

– Nie, Harry Potterze. To nie Evander – odezwał się Tom.

Magia wrzała w jego ciele, reagując na podekscytowanie Riddle'a.

– W końcu się spotykamy.

– Kim jesteś?

Tom uśmiechnął się leniwie.

– Nazywam się Tom Marvolo Riddle – powiedział. – Ale tobie to imię pewnie zupełnie nic nie mówi.

Potter skinął głową.

– Gdzie jest Ginny? Kim jesteś? – powtórzył swoje pierwsze pytanie.

Tom obserwował go uważnie. Potter był ostrożny. W niczym nie przypominał porywczego, niezbyt inteligentnego dzieciaka, jakiego opisywał mu Evander.

– Wspomnieniem – odpowiedział Tom po dłuższej chwili. – Wspomnieniem kogoś, kto chodził do tej szkoły pięćdziesiąt lat temu. Wspomnieniem zachowanym w tym oto dzienniku – powiedział z nostalgią, wyciągając swój dziennik z kieszeni.

Potter spoglądał na niego jak na wariata.

– Opętałeś Verlaine'a przy pomocy tej książeczki, tak? – zapytał.

Tom zaśmiał się.

– Tak. Kiedy Evander atakował uczniów, był pod moją kontrolą.

Obserwował jak Potter rozgląda się po komnacie i w końcu dostrzega młodą Weasleyównę.

– Ginny! – krzyknął i podbiegł do niej.

Tom powoli obszedł komnatę, stając między Potterem, a wyjściem.

– Jest tylko oszołomiona. Nie o nią powinieneś się martwić.

– Zaraz może się pojawić bazyliszek. Ginny, obudź się.

– Nie pojawi się, dopóki nie zostanie wezwany.

– To ty jesteś dziedzicem Slytherina? Dlaczego atakujesz dzieci mugoli?

– Właściwie, to szlamy nie są już moim celem – przyznał Tom.

Evander milczał wyczekująco. Riddle, chociaż spokojny na zewnątrz, w środku aż się palił do wyznania prawdy. Evander odczuwał jego emocje jak swoje własne. Magia emanowała z jego ciała falami. Potter wydawał się tego nie wyczuwać, chociaż jego ostrożność mogła wynikać z nastroju, jaki kreowała aura Toma.

– Moim celem od wielu lat jesteś ty, Harry Potterze.

Potter zamrugał, wyraźnie zbity z tropu. Evander słuchał uważnie. W końcu miał się dowiedzieć, jaki był prawdziwy powód tego wszystkiego.

– Powiedz mi, Harry Potterze. Jak to się stało, że nieobdarzonemu szczególną czarodziejską mocą niemowlęciu udało się pokonać największego czarodzieja wszystkich czasów? W jaki sposób ocalałeś, z jedną zaledwie blizną, podczas gdy wielki Lord Voldemort utracił swą moc1?

Evander westchnął, zastanawiając się czy to w ogóle było możliwe. Chciał zapytać, ale Tom i tak by mu nie odpowiedział, bez reszty pochłonięty rozmową z Potterem.

– Dlaczego cię to obchodzi? – zapytał Gryfon. – Voldemort był dawno po tobie.

– Voldemort – zaczął cicho Riddle i Evander już przeczuwał co będzie dalej. Był i nie był zaskoczony jednocześnie. – Jest moją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, Harry Potterze…

Tom wyciągnął różdżkę Evandera i napisał w powietrzu swoje pełne imię. Później machnął różdżką, a litery zmieniły miejsca.

I am Lord Voldemort.

Do Evandera powoli docierało to, czego właśnie się dowiedział. Tom Riddle. Szesnastoletni chłopak, z którym rozmawiał od początku roku… Który go trenował. Był Czarnym Panem. Czarnoksiężnikiem, o którym szeptali sobie od najmłodszych lat. O którym czytał w starych wycinkach gazet. O którym mówiono, że nadal żyje, choć w ukryciu.

Tom roześmiał się i Evander nie wiedział, na widok oszołomionej twarzy Pottera, czy z powodu toru, jakim szły jego myśli. Możliwe, że z obu tych powodów.

– Nie jesteś.

Tom prychnął.

– Czym nie jestem? – zapytał rozbawiony.

– Nie jesteś największym czarownikiem na świecie – powiedział Potter, odkrywając w sobie nowe pokłady odwagi.

Evander mógłby mu jej pogratulować. Albo głupoty. W jego ciele czy nie, chłopak stał, jak się okazało, przed Czarnym Panem.

– Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale największym czarodziejem na świecie jest Albus Dumbledore.

Tom roześmiał się kpiąco, ale Evander poznał po tym, jak jego mięśnie się spięły, że rozwścieczyły go te słowa.

Kiedy rozbrzmiała muzyka, a chwilę później nad ich głowami pojawił się trzymający starą tiarę feniks, Tom rozluźnił się i śmiał już bardziej otwarcie i szczerze.

– Oto, co Dumbledore przysyła swoim wiernym zwolennikom, śpiewającego ptaka i stary kapelusz. Czujesz się dzielniejszy, Harry Potterze? Czujesz się teraz bezpieczniejszy?

Evander ostatecznie dołączył do niego, śmiejąc się z Pottera. Poziom humoru tego starca zadziwił nawet jego.

Tom próbował jeszcze dowiedzieć się czegoś o tamtej nocy, kiedy utracił swoją moc. Evander słuchał uważnie, spijając z ich ust wiadomości, mając świadomość, że dostaje je z pierwszej ręki. Właśnie był świadkiem spotkania twarzą w twarz Czarnego Pana i Chłopca, Który Przeżył.

– A więc to tak. Twoja matka umarła, aby cię ocalić. Magia krwi jest potężna. Teraz rozumiem… W tobie nie ma nic szczególnego, Harry. Długo się nad tym zastanawiałem. Bo... widzisz, Harry, między nami jest dziwne podobieństwo. Nawet ty musiałeś to zauważyć. Obaj jesteśmy półkrwi czarodziejami, sierotami wychowanymi przez mugoli. Obaj znamy mowę wężów, chyba jako jedyni w dziejach Hogwartu od czasów samego wielkiego Slytherina. Nie możesz tego zobaczyć, ale nawet wyglądasz trochę podobnie do mnie…

Evander poczuł się dziwnie. Tom był w jego ciele, więc kiedy wspomniał o podobnym wyglądzie… Cóż, nie był przekonany czy Riddle rzeczywiście był taki podobny do Pottera, ale Evander na pewno. Tylko oczy diametralnie ich różniły. Nikt, kogo znał, nie miał tak zielonych oczu. Mieli za to takie same, czarne i nieco niesforne włosy, tę samą budowę ciała i podobne rysy twarzy. Mówienie o podobieństwie…

– I oto okazuje się, że uratował cię tylko szczęśliwy przypadek. To wszystko, co chciałem wiedzieć. A teraz, Harry, udzielę ci małej lekcji. Niech zmierzy się moc Lorda Voldemorta, dziedzica Salazara Slytherina, z mocą Harry'ego Pottera, wyposażonego w najlepszy oręż, na jaki było stać starego Dumbledore'a.

Tom odwrócił się od niego, w najmniejszym stopniu nie obawiając się ataku ze strony Gryfona. Stanął przed posągiem Slytherina i przemówił sykami, których Evander nie zrozumiał.

Nie musiał rozumieć. Usta posągu otworzyły się i na posadzkę ześlizgnął się ogromny wąż. Tom poczekał, aż bazyliszek się do niego zbliży. Wyciągnął dłoń, a wąż, tak jak poprzednio w łazience, przylgnął do niej w pieszczocie.

Tom syknął coś, co mogło być tylko komendą zabij, bo bazyliszek rzucił się do przodu i zaczął ścigać uciekającego Pottera.

Evander obserwował walkę, jednocześnie pogrążony we własnych myślach. Gdyby wiedział… Gdyby wiedział, że Tom Riddle to Czarny Pan, bardziej by się przyłożył do swojej misji. Myśl o tym, że on, przeciętny dwunastolatek, dostał od Czarnego Pana zadanie, spadła na niego z siłą uderzenia trolla.

Tom pokrzykiwał coś na bazyliszka, sycząc wściekle, ale Evander przestał rejestrować rzeczywistość, dopóki z myśli nie wyrwał go stukot o posadzkę jego własnych stóp.

– Jesteś już martwy, Harry Potterze – powiedział Tom, zbliżając się do chłopca.

Evander spojrzał na kieł tkwiący w jego ramieniu. Potter wyciągnął go z rany, ale jad zdążył już przedostać się do krwi i chłopak zaczął blednąć. Ptak, który według Czarnego Pana należał do Dumbledore'a, płakał nad nim, zasklepiając ranę łzami. Bazyliszek leżał martwy kilka stóp od nich.

Dopiero po chwili dotarło do niego to, co widział.

Ptak! Panie, ten ptak go leczy.

Wiedząc to, co wiedział, nie potrafił już inaczej się do niego zwracać. Tymczasem, do zaślepionego zwycięstwem Riddle'a, dopiero po chwili dotarło, co do niego mówił.

Próbował przegonić feniksa, ale było za późno. Uzdrawiające właściwości łez feniksa zadziałały błyskawicznie, neutralizując truciznę bazyliszka.

– Może to i lepiej. Tylko ty i ja, Harry Potterze… ty i ja…

Uniósł różdżkę Evandera. Na granicy ich połączonych umysłów błąkała się klątwa, którą bezpiecznie mógł rzucić tylko w tej komnacie. Przed nim pojawił się feniks i Tom, wyraźnie zirytowany, już miał w pierwszej kolejności uśmiercić ptaka, kiedy zauważył, że na kolana Pottera upadła mała, czarna książeczka.

Dziennik.

Evander wiedział, co zrobi Potter. Czarny Pan też to wiedział. Obserwowali to oboje, jak w zwolnionym tempie.

Potter sięgnął po kieł, który dopiero co wyjął sobie z ramienia i wbił go w dziennik.

– Nieeeeeeeee! – Nie wiedział, czy to on krzyczał, czy Tom.

Evander poczuł ogromny ból, promieniujący z głowy do wszystkich kończyn. Riddle trzymał się jego umysłu, nie zamierzając go opuścić, co Evander odczuwał, jakby ktoś wbijał mu ostre kolce w podstawę czaszki. Nie poddawał się, do samego końca walcząc, przyprawiając tym Evandera o rosnące cierpienie. Coś szarpnęło nim w środku. Riddle zahaczył o jego umysł w ostatnim zrywie, po czym zniknął w następnej sekundzie, ale Evander już tego nie zauważył. Widział tylko, jak Potter otwierał dziennik i wbijał kieł bazyliszka w kolejne strony, za każdym razem powodując u Evandera więcej i więcej bólu.

Evander był przekonany, że umrze. Krzyczał. Upadł na kolana, zwalił się na posadzkę, nie panując nad swoim ciałem, mimo że Toma Riddle'a już w nim nie było. Złapał się za głowę, wyrywając włosy i wydzierając się na całe gardło. Bolało. Tak bardzo bolało. Całe jego ciało stało w ogniu, którego źródło znajdowało się w głowie. To z niej płonące fale rozchodziły się do kończyn. Chciał, żeby ten ból się skończył. Jeżeli to miało oznaczać, że umrze, niech tak się stanie. Nie był w stanie wytrzymać ani chwili dłużej.

To była dla niego wieczność, ale w pewnym momencie wszystko zaczęło słabnąć. Otępiały umysł Evandera zaczął powracać do rzeczywistości, rejestrując Pottera podchodzącego młodej Weasleyówny.

Gardło paliło go od krzyku. Leżał zwinięty w kłębek na posadzce, jęcząc z bólu. Chociaż płomienie powoli opuszczały jego ciało, w ich miejsce przyszła pustka. Potter stanął nad nim, wołając go. Evander jęknął, nie będąc w stanie odpowiedzieć.

Potter coś do niego mówił, ale Evander go nie słyszał. A później nastała cisza.


1 Ten i kilka kolejnych przypisów również zapożyczyłam z książki. Oczywiście pochodzą z tomu Harry Potter i Komnata Tajemnic w przekładzie Andrzeja Polkowskiego i są własnością J.K. Rowling, tak jak cały wykreowany przez nią świat i jego bohaterowie. Ja tylko bawię się kanonem~


A/N: Został tylko epilog :) Kolejna część jest jeszcze w połowie pisania (musicie poczekać aż skończę^^), ale na pocieszenie mam niespodziankę. W międzyczasie pojawi się jakiś dodatek czy dwa. Wrzucę jako osobne ff, bo przy kolejnych częściach będzie ich nawet więcej ;)