Epilog.


Leżał w Komnacie Tajemnic. Nie wiedział jak długo, może kilkanaście minut, może kilka godzin. Ból już dawno odszedł, ale uczucie pustki, którą zaczął odczuwać, tylko się nasiliło. Coś się zmieniło, czegoś brakowało. Evander przeczuwał co to było. Tom Riddle, Czarny Pan. Odszedł.

Nie wiedział jak, ale był przekonany, że odchodząc zabrał coś ze sobą. A może coś zostawił.

Czuł się pusty i… mroczny.

Silne ramiona podniosły go z posadzki i wyniosły z Komnaty. Co chwilę tracił przytomność i ją odzyskiwał. Widział w urywkach łazienkę ducha Marty, widział korytarze zamku i biel pościeli w Skrzydle Szpitalnym. Madame Pomfrey podawała mu jakiś lek, kilka, może kilkanaście razy. Spał po nim snem bez snów. W przerwach między jednym snem, a drugim, widział znajome twarze kolegów i nauczycieli. Draco Malfoy coś do niego mówił, ale nie odpowiadał. Powoli odzyskiwał siły, ale nie dawał po sobie poznać, że jest przytomny. Nie był gotowy na pytania, które miały nadejść. Najpierw musiał się uporać z pustką, która nie chciała odejść.


Nie mógł dłużej czekać. Zbyt wiele pytań jemu samemu kłębiło się w głowie, pytań, na które potrzebował odpowiedzi.

Pomfrey znalazła się przy jego łóżku w sekundę po tym, jak otworzył oczy.

– W samą porę, mój drogi. Za chwilę uczta pożegnalna.

Evander z trudem wstał z łóżka i chwiejąc się, podszedł do krzesła, na którym przewieszona była jego szkolna szata. Pielęgniarka próbowała go powstrzymać, ale nie pozwolił jej na to, posyłając w jej kierunku ostre spojrzenie, które jednoznacznie dawało do zrozumienia, że da sobie radę sam.

– Powiadomię dyrektora, że się pan obudził, panie Verlaine. Prosił, żeby pan go odwiedził zaraz po opuszczeniu Skrzydła Szpitalnego.

Evander zesztywniał. Nie powinien był oczekiwać, że obejdzie się bez konsekwencji, prawda?

Zanim zarzucił na siebie szatę wierzchnią, drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem i do pomieszczenia wszedł Severus Snape.

Evander skinął głową na powitanie, uważnie obserwując nauczyciela. Szukał jakichkolwiek wskazówek, ale twarz Mistrza Eliksirów była nieprzenikniona jak zawsze.

Wyszedł, czując na sobie równie uważne spojrzenie profesora. Snape zrównał z nim swój krok i bez słowa prowadził go przez korytarze, do pomnika gargulca, który strzegł wejścia do gabinetu dyrektora.

Snape powiedział hasło i gargulec odsunął się, odsłaniając schody. Evander wszedł na nie, nie oglądając się za siebie. Drzwi otworzyły się w momencie, w którym zamierzał zapukać.

Evander wszedł w ciszy, rozglądając się po gabinecie. Przyjemny, jednostajny szum wydobywał się z licznych urządzeń rozlokowanych po całym pomieszczeniu. Ze zdziwieniem spostrzegł siedzącego na żerdzi feniksa, prawdopodobnie tego samego, który pojawił się w Komnacie Tajemnic, pomagając Potterowi w pokonaniu Bazyliszka i…

Zrobiło mu się chłodniej, ale nie wykonał żadnego gestu, który by go zdradził. Zatrzymał się przed biurkiem i spojrzał na dyrektora, unikając jego oczu.

– Usiądź, chłopcze - powiedział Dumbledore, uśmiechając się zachęcająco.

Evander spełnił prośbę.

– Usłyszałem już opowieść Harry'ego o tym co stało się w Komnacie Slytherina. Chciałbym, żebyś mi opowiedział swoją wersję tej historii.

Evander nie miał ochoty dzielić się z dyrektorem swoją wersją. Musiał jednak coś powiedzieć. Nie wiedział od czego zacząć. Jak miał wyjaśnić posiadanie dziennika, nie pogrążając przy tym swojego wuja?

– Nie martw się, chłopcze. Cokolwiek powiesz, nie zostaniesz ukarany. Wedle mojej wiedzy, zostałeś opętany przez Lorda Voldemorta. – Evander drgnął, słysząc ten tytuł. – A ten czarodziej zwiódł już wiele czarownic i czarodziejów, dużo starszych i o wiele potężniejszych od ciebie. Evander?

Skinął głową na leżący na biurku, zniszczony dziennik Toma.

– Znalazłem go w pokoju wspólnym, zaraz na początku roku. Któryś ze starszych roczników chyba go zostawił, nie domyślając się czym jest – skłamał gładko. – Twierdził, że jest wspomnieniem. Nudził się, więc rozmawialiśmy. Sporo wiedział, nawet jak na szesnastolatka, więc… skorzystałem. Pewnie chce pan wiedzieć o atakach. Nic nie pamiętam. Z czasem zacząłem się domyślać, że to ja, ale nie powiązałem tego z dziennikiem. A przynajmniej nie od razu.

Kiedy jasne się stało, że Evander nie powie nic więcej, Dumbledore zadał pierwsze pytanie.

– Dlaczego nie zwróciłeś się o pomoc do profesora Snape'a? O ile mi wiadomo, rozmawialiście na ten temat.

Evander skinął głową, ale poza tym w jego twarzy nic się nie zmieniło. Wpatrywał się w dyrektora beznamiętnie, pragnąc tylko zejść z pola widzenia tych natarczywych, błękitnych tęczówek.

– Miałem tylko podejrzenia. Żadnych faktów. Profesor Snape…

– Sam oceniłby, czy są wartościowe – wtrącił Dumbledore łagodnie. – Zadam ci jeszcze jedno, ostatnie pytanie, Evanderze. Co pamiętasz z samej wizyty w Komnacie Tajemnic? Co czułeś?

Dyrektor nachylił się przez biurko, jakby oczekiwał, że Evander zdradzi mu długo wyczekiwany sekret.

– Prawie nic, dyrektorze. Tylko ból. Przebłyski samego pomieszczenia. I Potter wbijający wielki kieł w dziennik. A później…

Dumbledore czekał, aż dokończy. Evander milczał przez dłuższą chwilę.

– Mogę zadać panu pytanie?

– Właśnie to zrobiłeś, chłopcze – zażartował dyrektor. Kiedy Evander w żaden sposób nie zareagował, Dumbledore dodał – zadaj też kolejne, jeśli chcesz.

Evander rozejrzał się po gabinecie. Jego wzrok zatrzymał się na półce, na której leżały artefakty, które z Komnaty Tajemnic przyniósł ze sobą Potter.

– To Tiara Przydziału – powiedział Evander, dopiero teraz poznając stary kapelusz. – Czy Tiara może wiedzieć kim był mój ojciec?

Odwrócił się, szukając w twarzy Dumbledore'a odpowiedzi. Dyrektor, jeżeli zdziwiło go pytanie, nie dał tego po sobie poznać.

– Przykro mi, Evanderze. Tiara Przydziału ma dostęp jedynie do tego, co już jest w twojej głowie, choćby najbardziej ukryte.

– Więc jeśli usłyszałem imię albo nazwisko, kiedy byłem niemowlęciem, to Tiara może je znaleźć w mojej pamięci.

Dumbledore uśmiechnął się, wychwytując w jego głosie ledwo słyszalny ślad desperacji.

– Spróbuj więc – powiedział.

Evander zwlekał przez chwilę, jednak sięgnął po kapelusz.

Witaj, Evanderze.

Dumbledore zainteresował się feniksem, dając mu odrobinę prywatności. Evander przełknął ślinę, czując suchość w gardle.

Wiesz, dlaczego cię niepokoję.

Tiara pokiwała jego głową.

Przykro mi, Evanderze. W twojej pamięci nie ma informacji, której szukasz.

Evander zacisnął pięści, powstrzymując się od reakcji. Zdjął kapelusz, odkładając go na miejsce. Nie musiał nic mówić. Dumbledore od razu zrozumiał, że niczego się nie dowiedział.

– Nieświadomość może się czasem przysłużyć bardziej niż wiedza – powiedział tajemniczo dyrektor.

Evander zmrużył oczy, ale nie uzyskał dalszego wyjaśnienia. Odwrócił się z zamiarem opuszczenia gabinetu.

– Dyrektorze – zaczął, zanim zdążył się powstrzymać.

– Tak, chłopcze?

– Kto wyniósł mnie z komnaty?

Dumbledore uśmiechnął się figlarnie.

– Profesor Snape – odpowiedział.

Evander wyszedł zanim dyrektor zdołał zobaczyć, jak wzdryga się na tę wiadomość. Z ulgą przyjął fakt, że Mistrza Eliksirów nie było u podnóża prowadzących do gabinetu schodów. Pogrążony we wspomnieniach, dotarł do dormitorium. Pokój wspólny był pusty, jeśli nie liczyć jednej osoby, siedzącej w swoim zwykłym fotelu.

Draco podszedł do Evandera, przyglądając mu się uważnie.

– Profesor Snape ściągnął mnie z Wielkiej Sali. Powiedział, że mam wziąć ze sobą pokaźną porcję kanapek – wskazał ręką leżący na stoliku talerz.

Evander podszedł do stolika, usiadł i po prostu zaczął jeść. Draco wyglądał na coraz bardziej rozdrażnionego.

– Powiesz coś w końcu? – zapytał, nie wytrzymując.

Evander spojrzał na niego tak, jakby widział go pierwszy raz w życiu. Właśnie takie miał wrażenie, kiedy patrzył na blondyna. Draco stał z założonymi rękami w iście malfoyowskiej, zniecierpliwionej pozie.

Evander przerwał jedzenie, przełknął kęs, który miał w ustach i gestem zaprosił go, żeby usiadł obok.

– Co chcesz wiedzieć?

– Jak to co? Wszystko! Co się stało? Podobno byłeś w Komnacie Tajemnic. Gryfoni mówią, że to ty jesteś dziedzicem Slytherina.

W jego głosie słychać było urazę.

– Uważasz, że mają rację?

Draco wbił w niego spojrzenie, które Evander zniósł, nie czując nawet najmniejszego dyskomfortu.

– Nie wiem.

– Jeśli tak, to znaczy, że cię okłamałem. Uważasz, że cię okłamałem?

Gdyby świat obchodził go w tym momencie chociaż trochę bardziej, odczuwałby przyjemność w obserwowaniu jak maska Draco ostatecznie się rozpadła, ukazując zagubienie.

– Nie – odpowiedział Malfoy niezbyt przekonująco.

– Nie okłamałem cię. Nie jestem dziedzicem Slytherina. Zostałem przez niego – skrzywił się, używając tego słowa - wykorzystany. Prawdziwym dziedzicem Slytherina jest Czarny Pan.

Draco ostatecznie zapomniał o wszelkich naukach dobrego wychowania, kiedy szczęka opadła mu w wyrazie bezbrzeżnego szoku.

– C-czarny P-pan? Ale jak?

– Przez dziennik, który dostałem na początku roku.

– Od kogo?

Evander przez moment rozważał czy powinien mówić cokolwiek więcej. Spojrzał Draco głęboko w oczy. Chłopak wpatrywał się w niego wyczekująco.

Zaufał swojej intuicji.

– Od wuja. Tuż po tym, jak odwiedził go twój ojciec.

Draco nie zareagował, prawdopodobnie cały czas przetwarzając informacje. Kiedy się odezwał, mówił wolno, analizując słowa.

– Sugerujesz, że mój ojciec ma kontakt z Czarnym Panem?

Evander zamyślił się. Lucjusz mógł działać sam. Mógł działać w porozumieniu z jego wujem.

– Nie wykluczałbym tej opcji, Draco.

Milczeli przez długą chwilę. Evander, pogrążony we własnych myślach, rozpamiętywał chwile spędzone z Tomem. Z Czarnym Panem. Nie mógł się opędzić od uczucia żalu nad wiedzą, którą jeszcze mógł mu przekazać młody Czarny Pan, gdyby dziennik nie został zniszczony.

Na samo wspomnienie przebijającego kartki kła bazyliszka czuł fantomowy ból w głowie, który powodował, że obraz zamazywał mu się przed oczami.

– Dobrze się czujesz, Evander?

Trochę trwało, zanim skupił wzrok na pochylającym się nad nim Draco. Strącił trzymającą go za ramię dłoń.

– Zostaw mnie.

Draco zacisnął usta w cienką linię, jedyną oznakę, że się martwił. Evander nie potrzebował współczucia. Potrzebował kilku dni spokoju, żeby mógł w samotności uporządkować swoje życie.


Cała podróż pociągiem minęła mu w ciszy. Siedział w przedziale z Draco, Vincem, Gregorym, Blaise'em i Theodorem. Wszyscy rzucali mu ciekawskie spojrzenia. Był taki moment, w którym zauważył, że nawet Nott uszanował milczenie, jakie im narzucił swoim zachowaniem. Większość czasu poświęcił jednak na analizowaniu tego, o co zapytał go Dumbledore. Nie dawało mu spokoju, dlaczego dyrektor zapytał właśnie o to.

Na peron wyszedł jako pierwszy i natychmiast skierował kroki ku wujowi. Draco zatrzymał go, wołając jego imię i kiwając mu głową na pożegnanie. Odwzajemnił gest, starając się przy tym, by nie prześlizgnąć wzrokiem po jego ojcu.

Laird Verlaine, jak zwykle doskonale opanowany, przywitał się z nim oschle i deportował ich do Dorchester.

– Evander – usłyszał zza pleców.

Kiedy tylko wylądowali przed dworkiem, Evander ruszył przed siebie, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Jego wuj miał inne plany.

Zatrzymał się i odwrócił.

– Tak, wuju? – zapytał chłodno.

Laird zmrużył oczy, uważnie mu się przyglądając.

– Zamierzasz cokolwiek powiedzieć?

Evander był zły. Znajdował się już tak blisko swojego wymarzonego azylu, a nadal ktoś go zatrzymywał.

– A czego się spodziewasz, wuju? – Ton jego głosu, zimny i obojętny, balansował na granicy braku szacunku. – Podziękowań za prezent w postaci pamiętnika Czarnego Pana? Czy może wyjaśnień, dlaczego w ogóle jeszcze żyję?

Wpatrywał się w niego beznamiętnie, wytrzymując spojrzenie, pod którym jeszcze rok temu kulił się i wiercił, nie potrafiąc go znieść. Nie martwiło go, że przekroczył granicę. Ten człowiek wręczył mu przedmiot, który miał go zabić. Nie miał obowiązku, by traktować Lairda Verlaine'a z szacunkiem.

Dumbledore zapytał go o to, co czuł. Powiedział mu tylko, że czuł ból i nie skłamał wtedy. Ale im dłużej nad tym myślał, tym bardziej był przekonany, że było coś jeszcze. Ból i palenie pochodziły od kła bazyliszka. Kiedy Potter pastwił się nad dziennikiem, ból Evandera powiększał się, jakby połączenie między nim a dziennikiem się wzmacniało. Nie mógł mieć pewności, ale miał pewną tezę na temat tego połączenia. To co czuł wtedy, w Komnacie Tajemnic, to Tom Riddle próbujący przenieść się z dziennika do jego ciała. Gdyby mu się udało...

Odwrócił się i nieniepokojony więcej przez wuja, wszedł do domu. Zignorował ciotkę i wyminął kuzynów, ledwie rzucając w ich kierunku obojętne spojrzenie.


Minęły trzy dni. Uspokoił się nieco i uporządkował emocje, które nim targały. Spalił w kominku fałszywy dziennik, który miał mu służyć za alibi. Pogodził się z tym, co utracił i z otwartymi ramionami przywitał to, co zyskał.

Zyskał moc. Zyskał spokój, jakiego nigdy wcześniej nie znał. Zyskał panowanie nad własnymi emocjami, a przez to jasność umysłu.

Stracił… Nie był pewien co takiego stracił, ale odczuwał brak czegoś ważnego. Ignorował to odczucie i zamierzał nauczyć się z nim żyć.

Złamał zabezpieczenia dziennika matki. Zajęło mu to całe przedpołudnie. Pamiętnik leżał na stoliku nocnym przez dobę, zanim się na to zdecydował. A po przedarciu się przez zaklęcia ochronne, po prostu wrzucił go do kufra, nawet nie otwierając. Nie czuł potrzeby dowiadywania się tego teraz.

Siedział w bibliotece, czytając Odrębne byty i ich tworzenie Marco Kellera, książkę, której nie miał okazji przeczytać dokładniej, kiedy był w szkole. Od lektury oderwał go pojawiający się przed nim skrzat.

– Pani Verlaine prosi panicza Evandera na dół. Pan Verlaine ma gościa, który życzy sobie widzieć się z paniczem.

Evander wstał bez słowa i odłożył księgę na półkę. Schodząc po schodach miał dziwne wrażenie, że poznaje aurę czarodzieja.

– Laird przyjął gościa w gabinecie – powiedziała jego ciotka, pojawiając się w drzwiach salonu dziennego. – Czekają na ciebie.

Evander przeszedł pewnym krokiem przez korytarz i wszedł do pokoju. Jego wuj stał przy biurku. Natychmiast spojrzał w jego kierunku. Jego twarz była idealną maską, ale oczy zdawały się wyrażać niepewność.

Tajemniczy gość stał tyłem. Był wysoki. Czarne, lekko falowane włosy opadały na równie czarną szatę. Jego aura przypominała mu kogoś, o kim próbował zapomnieć.

Czarodziej odwrócił się i Evander zamarł w bezruchu. Mężczyzna miał rysy twarzy Blacków, ale dziwnie zniekształcone. Był podobny do...

Toma Riddle'a.

Czarny Pan rozciągnął usta w czymś na kształt uśmiechu, jaki często gościł na twarzy szesnastolatka, którego poznał. Jego oczy migotały czerwienią, którą widział jeszcze niedawno, przebijającą się przez atramentowo-szare tęczówki Toma. Przechylił głowę, dokładnie tak, jak robił to Tom i wbił w niego spojrzenie, wdzierając się do jego umysłu. Pod powiekami Evander zobaczył wydarzenia z minionego roku szkolnego, krótkie urywki, jak zdjęcia z aparatu Creeveya, i wieńczący je finał, w postaci niszczącego dziennik Pottera.

Kiedy wszystko ustało, Evander stał o kilka cali od przyglądającego mu się uważnie Czarnego Pana.

– Interesujące – mruknął Czarny Pan.

Evanderowi udało się zapanować nad twarzą, ale serce waliło mu w piersi na myśl, że stoi przed nim.

Nawet gdyby miał wcześniej jakieś wątpliwości, teraz wiedział już, że to jedyna droga, jaką mógł obrać.


KONIEC CZĘŚCI I