Nie byłam zadowolona, ale wręcz wniebowzięta. Kiedy dotarliśmy do Hogsmeade grubo po północy, przez poruszenie lotem nad Hogwartem ani myślałam o położeniu się spać. Corvus towarzyszył mi jeszcze podczas krótkiego spaceru z zaspanym Knedlem, zanim pożegnał się z nami pod apteką, skąd odleciał na miotle w kierunku majaczących na horyzoncie światełek zamku.
Nie potrafiłam opędzić wrażenia, że zamknęłam oczy zaledwie kilka minut temu, gdy otworzyłam je na dźwięk pukania. Rozbrzmiało raz jeszcze, więc stłumiłam dłonią ziewnięcie i zaprosiłam ciocię do środka. Przywitała mnie szczerym uśmiechem, głaszcząc ledwo oprzytomniałego Knedla, który leżał na środku wąskiego pokoiku.
– Czy ty w ogóle sypiasz, dziewczyno?
– Tutaj? Niewiele – przyznałam speszona, gładząc sterczące na wszystkie strony włosy. Na widok zaniepokojonej miny Jany wyjaśniłam: – Za dużo wrażeń.
– Zorganizuję ci trochę nalewki nasennej ze skrzydła szpitalnego, zmiecie cię z nóg. Jedz, doprowadź się do porządku, a ja w tym czasie zajmę się psem.
Zwykle nie przeszkadzało mi, że moje brązowe włosy żyły własnym życiem, jednak kombinacja lotu na miotle oraz miotania się po łóżku doprowadziła je do stanu krytycznego. Matka nienawidziła ich do tego stopnia, że wypowiedziała im wojnę. Próbowała zwalczać przesuszone, potargane fale na różne sposoby – tysiącem odżywek (jakimś cudem pogarszającym sprawę) i kosztownymi wizytami u fryzjera, których efekty znikały w kilka sekund po opuszczeniu salonu. Twarz miałam po niej, ale włosy odziedziczyłam po ojcu, a im mniej o nie dbałam, tym bardziej ją denerwowałam. Gdybym była w domu, zostawiłabym je same sobie, ale dla zachowania pozorów zaplotłam je w warkocz i pochłonęłam śniadanie.
Gdy ciocia wróciła, po krótkiej instrukcji obsługi proszku Fiuu wyskoczyłam z kominka w hogwarckim gabinecie. Strzepałam resztki popiołu z ubrania i odeszłam na bok, a zaraz dołączyła do mnie ciocia, krocząc żwawym krokiem wprost do drzwi.
– Zaczniemy od zajęć z siódmym rocznikiem, więc zobaczysz piękne popisy magii – powiedziała, prowadząc mnie przez chłodny korytarzu. Nie potrafiłam oderwać wzroku od średniowiecznego gobelinu ze smokiem ziejącym ogniem. – Mam piekielnie zdolnych uczniów, po piątym roku przyjmuję do siebie na lekcje wyłącznie tych, którzy zdali sumy na wybitny.
– Sumy?
– Standardowe Umiejętności Magiczne, testy piątoklasistów. Wybitny to najwyższa możliwa ocena.
W drodze do celu starałam się słuchać wyjaśnień cioci na temat magicznego systemu oceniania, jednak podziwianie Hogwartu pochłonęło całą moją uwagę. Mijałyśmy ożywione czarami posągi sławnych czarodziejów, na nasz widok zbroje prostowały się, trzeszcząc i tupiąc jak w wojsku, a przez zaczarowane kondygnacje schodów przefrunął kuriozalny człowieczek o żabiej twarzy, w pstrokatych ubraniach. Po takich doświadczeniach ciocia nie mogła mnie winić za puszczanie jej słów mimo uszu.
Gdy weszłyśmy do okrągłej komnaty, pośród ławek zapełnionych uczniami przetoczyła się fala szeptów. Niektórzy zdawali się rozmawiać na swoje tematy, jednak część zauważyła już moją obecność u boku witającej się profesorki.
– Kontynuujemy temat zaawansowanej transmutacji ludzkiej. – Machnęła różdżką, a przed każdym z uczniów jakby spod ziemi wyrosło lustro. – Towarzyszyć nam będzie moja siostrzenica, Wanda. Przybyła z Polski i wyraziła chęć obserwacji niektórych lekcji. Mam nadzieję, że przyjmiecie ją ciepło. – Ruszyła wzdłuż sali między ławkami, łopocząc połami zwiewnej peleryny, a tym razem odezwała się już ciszej: – Imeldo, Wanda usiądzie z tobą.
– Tak, pani profesor.
Powędrowałam wzrokiem za głosem, w pierwszej ławce odnajdując unoszącą rękę blondynkę. Mimo że dzięki idealnemu, małemu noskowi i czarującemu uśmiechowi twarz miała wyjątkowo śliczną, przenikliwe spojrzenie bladoniebieskich oczu w połączeniu z powściągniętą miną nadawały jej szorstkiego wyglądu. Gdyby nie decyzja cioci, nie wybrałabym zajęcia miejsca obok Imeldy.
– Panie Rabnott, jeśli dalej będzie pan robił postępy w tym tempie, braknie roku na całkowitą transmutację w wiarygodny przedmiot. – Ciocia przystanęła przy gapiącym się na mnie blondynie. Ukradkiem przejrzałam się w lustrze, ale nie byłam niczym zabrudzona.
– W jakim domu jesteś? – spytałam Imeldę po przywitaniu się i wymienieniu kilku zdań.
– W Gryffindorze.
Wyjaśniła, po jakich kolorach rozpoznam resztę domów, dzięki czemu podczas rozglądania się po komnacie zauważyłam, że u cioci uczyli się przedstawiciele wszystkich czterech z nich. Nadal stanowiłam centrum uwagi, więc speszona odwróciłam się z powrotem do Imeldy, zauważając na jej piersi połyskującą odznakę z napisem „Prefekt Naczelny". Stąd wzięła się jej przykra ksywka.
Ukrywanie charłactwa i nieznajomości magii było najtrudniejszym wyzwaniem, jakie kiedykolwiek przede mną postawiono. Próbowałam powstrzymywać się od reakcji na widok poczynań Imeldy z różdżką, jednak utrzymanie pozorów zdawało się niemożliwe, kiedy na moich oczach przetransmutowała całą rękę – od koniuszków palców po ramię! – w drewnianą nogę od krzesła.
– Tak, panie Rowle, mam pańskie wypracowanie – usłyszałam niedaleko za sobą głos cioci. – Zapraszam do mojego biurka, omówimy je.
Łowiłam uchem odgłosy kroków, zanim przeszli razem przed naszą ławką. Nie zostałam obdarzona słowem przywitania ani spojrzeniem przez Corvusa, który wyglądał, jakby leżał w łóżku do ostatniej chwili. Czarne włosy miał rozczochrane, pod oczami cienie odcinały się od jeszcze bardziej bladej skóry. Ciocia usiadła za nauczycielskim biurkiem, wyciągając z szuflady rolkę pergaminu, podczas gdy on stał przed nią sztywno z rękami złączonymi za plecami.
– Znasz go? – spytała Imelda. – Rowle'a?
– Tak, pracuje w aptece mojej cioci. Poznałam go.
– Ciekawe, prawda? – Nie przestawała świdrować go spojrzeniem. – Dlaczego tam pracuje…
– Może chce sobie dorobić?
Imelda prychnęła cicho.
– Dorobić? Należy do czystokrwistej rodziny, pewnie nie starcza im jedna skrytka w Banku Gringotta, żeby pomieścić te wszystkie galeony.
Udzieliła mi się jej ciekawość. Nie miałam pojęcia, na jakich zasadach operował czarodziejski świat, ale w mugolskim dzieci bogaczy nie marnowały czasu na dorabianie w przyziemnej pracy. Rodzice po znajomości organizowali dla nich ciepłe posadki w największych firmach na świecie albo wręcz przeciwnie – finansowali całe ich życie. Gdyby tu było inaczej, Imelda nie uznałaby tego faktu za interesujący.
– Jak długo jesteś w odwiedzinach u cioci?
– Planowałyśmy kilka dni, ale chciałabym zostać na dłużej.
– Jeśli faktycznie zostałabyś na dłużej – mimo szeptu jej głos ociekał determinacją – omijaj Ślizgonów.
– Dlaczego? – Zbiła mnie z tropu ta bezpośredniość. – Corvus wydawał się w porządku…
Przetransmutowała rękę we włócznię i westchnęła z rozdrażnieniem.
– Zbyt dużo fantastyki. – Tym razem zmieniła ją w zdobioną nogę od stołu i przypadkiem trzasnęła nią o blat. Dodała przyciszonym głosem: – Mugolaków spotykają różne nieprzyjemne rzeczy w Hogwarcie… Kto inny by za tym stał, jeśli nie oni?
Zamierzała powiedzieć coś jeszcze, jednak przerwało jej kopnięcie w tył krzesła, od którego całą nią wierzgnęło. Mimo że minę miała już wystarczająco zaciętą, rysy jej twarzy stały się jeszcze bardziej surowe, kiedy obejrzała się blondyna. Pod powierzchnią jego pociągłej twarzy krył się chłód.
– Czego, Malfoy? – powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała ostrzegawcza nuta.
– Słyszałem coś o twojej siostrze. – Błysnął zębami w złośliwym uśmiechu. – Nie przetrwała lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami.
– Co takiego?
– Przerabiali akromantule. – Zawiesił głos, gdy Imelda rozszerzyła oczy. – Podobno cała się telepała na ich widok, a ten cudak Hagrid jeszcze pchnął ją do przodu…
Starała się przybrać obojętną minę, jednak przegrywała zaciętą walkę z cisnącymi się jej na twarz emocjami.
– I co w związku z tym? – spytała sucho.
– Żałuję, że mnie tam nie było. Zabawna jest.
Imelda nie musiała zabrać głosu, żebym zrozumiała jej znaczące spojrzenie, które zdawało się mówić „właśnie to miałam na myśli". Wróciła do ćwiczenia transmutacji i im dłużej ją obserwowałam, tym utwierdzałam się w przekonaniu, że była najlepsza na roku. Wyprawiała z różdżką prawdziwe cuda, a w międzyczasie pomogła koleżance z rzędu obok, której zamiast głowy wyrósł uparty zagłówek od kanapy.
Gdy Corvus przeszedł przed naszą ławką, tym razem uraczył mnie ledwo dostrzegalnym skinieniem głowy. Zajął miejsce o rząd przed Ebenezerem. Dlaczego siedzieli tak blisko, mając całą komnatę do dyspozycji, skoro nie potrafili się scierpieć?
Wraz z wybiciem pełnej godziny na zegarze lekcja dobiegła końca, a pośród podnoszących się gwarów rozmów Imelda pożegnała się i wraz z resztą uczniów pognała na korytarz. Ciocia przygotowywała klasę do kolejnych zajęć, zamieniając lustra na klatki pełne popiskujących szczurków.
– Nie patrz tak na mnie – powiedziała. – To dla nich bezbolesne. Nieco dezorientujące, owszem, ale gdyby tak jedenastolatki miały zaczynać od transmutacji ludzkiej…
Wysłuchałam monologu na temat nauczanego przez Janę przedmiotu, a chociaż starałam się słuchać wszystkiego uważnie, nie potrafiłam przestać krążyć myślami wokół tematu pobytu w WIelkiej Brytanii.
– Wiem, że masz sporo obowiązków, ale chciałabym zostać tu trochę dłużej niż kilka dni – powiedziałam, kiedy skończyła opowieść. – Corvus mówił, że w piątek jest mecz quidditcha i byłoby super, gdybym mogła go zobaczyć…
– Nie widzę problemu. – Stanowcza nuta w jej głosie powstrzymała przedwczesne świętowanie. – Jesteś tu mile widziana, ale to nie oznacza, że możesz unikać rodziny. Obiecałaś, że z nimi porozmawiasz.
– Porozmawiam… – wymamrotałam, niepocieszona wzmianką o nieuchronnej konfrontacji z matką. – Potrzebuję trochę więcej czasu, ale nie z tego powodu przedłużam wyjazd. Twój świat jest naprawdę niesamowity i…
– Nasz.
W myślach powtórzyłam to samo zdanie, uwzględniając poprawkę cioci, ale odniosłam wrażenie, że nie pasowała. Czy mogłam uważać się za przynależną do miejsca, w którym nie miałam prawie żadnych perspektyw? Nie w pełni.
– Widziałam w księgarni książkę „Moje charłacze życie"…
– Pamiętaj, że została napisana ponad sto lat temu – wtrąciła znów ciocia. – Nie twierdzę, że teraz jest kolorowo, ale warunki polepszają się z czasem. Warto też wspomnieć, że koegzystowanie z magią nie zawsze wymaga używania różdżki.
– Jak to?
– Podstawowe zielarstwo jej nie wymaga. Nigdy nie miałam ręki ani cierpliwości do roślin, niemniej jest to możliwe. Zdecydowanie bardziej się napracujesz, niż gdybyś używała czarów, ale z mało groźnymi gatunkami można obchodzić się po mugolsku.
– A mogłabym zobaczyć też te zajęcia?
– Oczywiście. Przed obiadem zaprowadzę cię do szklarni profesora Longbottoma.
Następne kilka godzin spędziłyśmy w tym samym miejscu. Tym razem ciocia prowadziła lekcje dla jedenasto i dwunastolatków, więc mogłam przyglądać się ich często nieudanym próbom przemiany szczurków i ropuch w różne przedmioty. Mina zrzedła mi na widok porośniętego futrem, popiskującego kufla z ogonem. Poza dezorientacją wykazywał oznaki paniki, szarpiąc i wymachując łysym ogonkiem.
Kiedy nadszedł czas zielarstwa, nie spodziewałam się, że jakakolwiek lekcja okaże się tak wstrząsającym przeżyciem. Przypominające zielone, powykręcane ludzkie noworodki mandragory wrzeszczały przeraźliwe i szamotały się, jakbyśmy poddawail je torturom. Ich dziwne mordki miały potencjał śnić mi się po nocach, o czym wspomniałam profesorowi Longbottomowi, kiedy zapytał mnie o wrażenia. Wolałam nie mówić mu prawdy – mimo że jego zajęcia ukazały mi dotąd nieznaną stronę magii, szybko okazało się, że podobnie co cioci brakowało mi ręki do roślin.
Czy magicznymi stworzeniami można było zajmować się bez konieczności użycia magii? Pewnie i tu wszystko zależało od progu zaawansowania. Wspomniane przez Malfoya akromantule nie brzmiały zachęcająco, ale po wizycie w Magicznej Menażerii wiedziałam, że czarodziejski świat skrywał mnóstwo zwierząt, z którymi powinnam dać sobie radę bez czarów.
Z przemyśleń ocknęłam się w W Wielkiej Sali tylko po to, by z wrażenia przystanąć w miejscu. Jak zaklęta wpatrywałam się w zaczarowane sklepienie odzwierciedlające pogodę na zewnątrz, a także w setki wiszących pod nim zapalonych świec. Kiedy przechodzący obok Ślizgon przypadkiem szturchnął mnie ramieniem, niechętnie przeniosłam wzrok na cztery rzędy długich stołów oraz jeden nauczycielski, zza którego machała ciocia. Zasygnalizowała, abym usiadła, co od razu przysporzyło mi porządnej dawki stresu – pośród tłumów uczniów nie potrafiłam wypatrzeć wolnego miejsca.
– Wando! Wando, tutaj!
Na widok wstającej Imeldy kamień spadł mi z serca. Dołączyłam do niej i dwóch chłopaków. Pierwszemu z nich – obsypanemu piegami, rudowłosemu Arlo – patrzyło sympatycznie z zielonych oczu. Natomiast drugi z nich – istny huncwot o jasnobrązowych włosach – błyszczał zębami w zniewalającym uśmiechu.
– Wando, może opowiesz nam, jak wygląda nauka magii w Polsce? – poprosiła Imelda.
Podziękowałam wszechświatowi, że dopiero co zapchałam sobie usta pieczenią. Przeżucie jej zagwarantowało mi chwilę namysłu.
– Tak się składa, że uczyłam się samodzielnie w domu – odparłam prawie że zgodnie z prawdą.
– Ach, to ma sens. Z tego co czytałam, nie ma u was żadnej szkoły magii, a przynajmniej takiej, która mogłaby się równać rozmiarem i poziomem nauczania z Hogwartem – powiedziała rzeczowo. – Chyba najbliżej byłoby ci do Durmstrangu, w Bułgarii?
– Tak, chyba tak. – Pospieszyłam się do kolejnego kęsa.
– Kiedyś korespondowałam z chłopakiem z Durmstrangu – ciągnęła, grzebiąc widelcem w jedzeniu. – Nie trwało to długo. Zerwałam kontakt, jak tylko dowiedziałam się, że jego ulubionym przedmiotem były zaklęcia czarnomagiczne.
– Czego się spodziewałaś? – Cassius nalał sobie dyniowego soku. – To tak, jakbyś za pen pala obrała sobie tych oto przyjemniaczków.
Wszyscy zaczęliśmy wyciągać szyje w stronę, w którą kiwnął. Arlo pierwszy dostrzegł, o kogo chodziło, i zachichotał.
– Po moim trupie – syknęła.
Arlo uprzejmie usunął mi się z pola widzenia, a tuż za nim dostrzegłam kilka twarzy, które kojarzyłam z porannej lekcji transmutacji. Tym razem już nie zdziwiłam się, gdy obok przeszywającego nas wzrokiem Ebenezera dostrzegłam niewyspanego Corvusa. Nasze spojrzenia spotkały się tylko na moment, zanim wrócił do czytania książki.
– Siwusek jest ostatnio jakiś dziwny, nie? – Cassius obejrzał się przez ramię na pogrążonego w lekturze Corvusa.
– Też to zauważyłam – powiedziała.
– Wczoraj odjąłem mu punkty – kontynuował, czym zwrócił szczególną uwagę Imeldy. Wyraźnie mu się to spodobało. – Nieźle mi się poszczęściło… Wracałem z nocnego patrolu, ale coś mi mignęło w oknie. Patrzę, a tam ktoś leci na miotle od strony Bijącej Wierzby. Pobiegłem na parter, złapałem go, zanim zaczął złazić do tych swoich śmierdzących lochów… W ostatniej chwili schowałem się za posągiem złotego trio, tak to by mnie trafi. Frajer dostał z Petrificusa.
Kęs pieczeni stanął mi w gardle i niewiele dzieliło mnie od wszczęcia paniki. Z trudem przełknęłam, zalana współczuciem wobec Corvusa – nic dziwnego, że tak źle dziś wyglądał, a to wszystko przez nasz nocny spacer po błoniach. Nie wiedziałam, czym był Petrificus, ale brzmiało to groźnie.
– I co dalej? – zapytał Arlo, odkładając gazetę.
– Jak to co? Wyczarowałem mu kołderkę, odjąłem dwadzieścia punktów za włóczenie się po nocy, kolejne dwadzieścia za zaatakowanie prefekta i poszedłem spać.
Arlo parsknął w złoty kufel, przez co nieco dyniowego soku rozbryzło się po stole.
– Niesłychane… – Imelda pokręciła głową z politowaniem, a górną wargę uniosła w grymasie. – Przypomnij mi, Cassius, jak to możliwe, że dostałeś odznakę prefekta naczelnego?
– Jej ciotka mnie uwielbia.
Śmiech poczerwieniałego na twarzy Arlo narósł do tego stopnia, że wszyscy spojrzeliśmy na niego z zaskoczeniem.
– Och, słodki Merlinie, wyobraziłem sobie to… Pomyślcie… – Cały się trząsł, w jego zielonych oczach błyszczały łzy. – Jesteście takim obślizgłym Ślizgonem, rano wychodzicie z lochów na śniadanie, a tam leży spetryfikowany gość, na posadzce… przykryty kołdrą…
Z tego wszystkiego zakrztusił się, a Cassius trzasnął go w plecy..
– Zaznał mej litości – wyjaśnił z poważną miną. – Powinien być wdzięczny, że nie dałem mu zamarznąć.
– Jestem pewna, że jak dopadnie cię sam na sam, to należycie okaże ci wdzięczność. – Imelda posłała mu spojrzenie emanujące politowaniem.
– Niech spróbuje. Dam mu bilet w jedną stronę do skrzydła szpitalnego, najlepiej przed meczem z Puchonami.
– Tak tak. – Imelda machnęła ręką. – Ciekawe, po co w środku nocy kręcił się na miotle koło Bijącej Wierzby.
Tym razem mogłam ją oświecić, ale nie zamierzałam. Gdybym tylko wspomniała, że Corvus przemycił mnie na teren Hogwartu, już nigdy nie zaproponowano by mi wspólnego jedzenia przy stole Gryffindoru.
– Nocki w aptece? – zasugerował zachrypniętym głosem Arlo.
– Nie można sobie tak po prostu wlecieć na miotle na teren Hogwartu – odparła.
Wzruszył obojętnie ramionami, a Cassius odezwał się za niego:
– Może chciał zakończyć swój marny ślizgoni żywot, kto by go tam wiedział.
– Czy poza incydentami z mugolakami macie inne powody, żeby ich tak nie lubić? – spytałam, kiedy temat podumarł.
– To obślizgłe dupki, ale ci z siódmego roku to wisienka na torcie – odparł. – Śmierciożercy chyba naprawdę zmówili się, żeby tego samego roku natrzaskać sobie bąbelków.
– Poplecznicy Lorda Voldemorta – wyjaśniła Imelda na widok mojej strapionej miny. Streściła życiorys czarnoksiężnika i jego upadek podczas Bitwy o Hogwart, brzmiąc, jakby z pamięci recytowała podręcznik. – Większość Śmierciożerców trafiła do Azkabanu, ale niektórzy z nich unikali kary latami… Paru udało się to całkowicie.
– Więc myślicie, że ich dzieci przejęły ten sam system wartości? – spytałam. Do pewnego stopnia byłam skłonna uznać to za prawdopodobne.
– Odkąd się tu pojawili, co roku mugolakom coś się przytrafia – powiedział Cassius. – Raczej, że przejęli.
– A kto dokładnie miał ich w rodzinie?
– Ebenezer Rosier, u niego wszyscy mieli Mroczny Znak – mówił, pochylając się ku mnie. Wskazywał na odpowiednie osoby przy stole Slytherinu, wcale się z tym nie kryjąc. – Rowle, kolejna doskonale znana banda psycholi, Thorfinn to kiblujący tatuś Corvusa i Vulpeculi. Mamy jeszcze Malfoya i Notta.
– Malfoyowie zostali ułaskawieni – przypomniała mu Imelda. – Odwrócili się od Voldemorta.
– Dopiero na chwilę przed końcem Bitwy o Hogwart, tak mówił ojciec. Na moje powinni gnić w Azkabanie razem z resztą.
Plułam sobie w brodę za poddanie się ciekawości i marnowanie czasu na czytanie podręcznika do opieki nad magicznymi stworzeniami. Gdybym zabrała się za inny tytuł, teraz chociaż częściowo rozumiałabym, o czym dyskutował Cassius z Imeldą. Obiecałam sobie, że przy pierwszej okazji wypytam ciocię o wszystkie nurtujące sprawy, a także poproszę o możliwość uczestniczenia w obiecanych zajęciach z historii magii.
Te informacje wydawały się kluczowe do podjęcia decyzji o przyszłości. Przeczuwałam, że jeśli wybrałabym czarodziejską społeczność ponad mugolską, moje życie stałoby się bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek wcześniej.
