2. Czy podobają się panu moje kwiaty?
Hermiona szła szeroko uśmiechnięta korytarzem prowadzącym do lochów. Wyglądała na zadowoloną z powrotu do szkoły. Dyrektor dwa tygodnie wcześniej zaproponował jej asystowanie prof. Singer na zajęciach z mugoloznawstwa. Gryfonka przystała na tę propozycję z przyjemnością – ten przedmiot był jej zbędny, mogła jedynie uzupełniać wypowiedzi nauczycielki - ale chciała, żeby inni poznali nieco kultury mugoli. W ramach przygotowania tematu zajęć mogła wybrać i omówić dowolny utwór literacki. Zdecydowała się na „Mistrza i Małgorzatę" Michaiła Bułhakowa ze względu na postać Wolanda, wprowadzającą do dwudziestowiecznej Moskwy element magii. Interesowała ją też niejednoznaczność bohaterów. Klasa przyjęła utwór z zainteresowaniem, a profesor Singer zaczęła nalegać na przedstawienie dzieła w formie spektaklu. I tu zaczęły się schody. Jakby uczniom szóstego roku było mało zajęć – nie wspominając już o Hermionie - Prefekcie Naczelnej, Pannie Wiem-To-Wszystko i obrończyni uciśnionych przez Snape'a idiotów – dostali w nagrodę jeszcze spektakl. W reżyserii Hermiony, oczywiście. Dwie noce zajęło jej ponowne przeczytanie książki pod kątem przygotowania scenariusza. Kolejne trzy zarwała na montowaniu scenariusza w logiczną całość. Marzyła, żeby ktoś znający się na mugolskim teatrze choćby przeczytał jej część tekstu na głos, pomógł jakkolwiek skrócić dzieło i opracować kolejne sceny... Na zajęciach siedziała nieprzytomna, zatopiona w rozważaniach na temat książki. Rzadko zdarzało się jej tak silnie wciągnąć się w jakiś utwór, tym razem jednak dodatkowo pasjonowała ją możliwość przekazania swojej wiedzy o tym świetnym dziele ludziom, którzy nie doceniali mugolskiej literatury. Nakręcało ją to do ciężkiej pracy nad scenariuszem tak bardzo, że zapominała o otaczającym ją świecie. Spektakl pochłonął ją do tego stopnia, że pierwszy raz na zajęciach z Eliksirów nie podniosła ręki do góry. Najzwyczajniej w świecie zamyśliła się o tym, gdzie najlepiej byłoby zagrać scenę pierwszego spotkania Małgorzaty z Mistrzem i nie usłyszała banalnego pytania o mithryl. Oczywiście wiedziała, gdzie można go znaleźć i jakim sposobem uzyskać, do czego zastosować i co nim uleczyć, ale nie usłyszała głosu Snape'a. Nie spodziewała się, że nadchodzi burza, nadal widząc w głowie ulicę Twerską w Moskwie i Małgorzatę, niosącą bukiet mimoz. Może dlatego bardzo zdziwiła się, gdy usłyszała nad sobą przesycony jadem głos Mistrza Eliksirów.
- Nad czym tak pani rozmyśla, panno Granger?
- Podobają się panu moje kwiaty? - odparła jedynym zdaniem, które krążyło w jej myślach, nie do końca świadoma Hermiona.
- Nie. - to słowo przywróciło ją do rzeczywistości. Snape odpowiedział jej to, co Mistrz Małgorzacie! Zaraz, Snape? O Merlinie, zamyśliła się na Eliksirach!...
- Na pogawędkę o kwiatach zapraszam na szlaban, panno Granger. Dziś, 20.00, mój gabinet. - rzucił Snape i z właściwym sobie spokojem przeszedł do znęcania się nad innymi Gryfonami.
Reszta zajęć przeszła dość łagodnie. Ron i Harry starali się jak mogli, żeby ich przyjaciółka nie zgubiła się w swoich reżyserskich planach i nie straciła głowy na zajęciach.
Severus był zaskoczony. Nie sądził, że ta nieznośna Gryfonka czytała Bułhakowa. Chociaż właściwie można było ją podejrzewać o przeczytanie całej mugolskiej literatury. Tyle dobrego, że chociaż czytywała ambitne książki. Sam Severus uwielbiał ten utwór i miał go w swojej biblioteczce w kilku wydaniach, łącznie ze starym, ocenzurowanym, z połowy wieku i tym nowym, w którym cenzurę zaznaczono. Często wracał do swoich ulubionych fragmentów. Po zebraniach Śmierciożerców zwykł mawiać do siebie słowami kota Behemota - „Historia nas osądzi". Zawsze też przychodziło mu to do głowy, gdy Dumbledore zlecał mu kolejne zadanie, wymagające rozlewu krwi. Siebie uważał za odwrotność Wolanda - „Jam częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie zło czyni"*. Dziś na zajęciach pierwszy raz najmądrzejsza uczennica w Hogwarcie – musiał przyznać, że Hermiona jest najinteligentniejsza i posiada największą wiedzę spośród wszystkich uczniów – nie podniosła ręki. Był pewien, że zna odpowiedź, a ona nie zareagowała. Patrzyła w dal nieobecnym wzrokiem i zacytowała pierwsze słowa, jakie wypowiedziała Małgorzata do Mistrza. Odpowiedział jej słowami Mistrza wręcz automatycznie, bez zastanowienia, w myślach widząc, jak ona, odziana w czerń, rzuca bukiet żółtych kwiatów do rowu przy moskiewskiej ulicy. I dopiero, gdy spojrzał na nią i zobaczył te przerażone, ledwie oprzytomniałe oczy, zrozumiał, że dziewczyna nie upuściła kwiatów, i że on ich nie podniesie. Wyznaczył jej szlaban, którego teraz niecierpliwie czekał, chcąc pod pozorem krytyki i kary móc porozmawiać z nią o książce.
Hermiona zdecydowała się na ryzykowny krok. Kontynuacja rozmów ze Snape'm w stylu książki mogła się skończyć utratą dużej ilości punktów, jeśli nie lubił lub nie znał „Mistrza i Małgorzaty", mogła też zaowocować ciekawą dyskusją na temat literatury, jeśli jego stosunek do utworu był odwrotny. Warto było spróbować. Trzeba zacząć od ubioru – powinien być cały czarny, jak strój Małgorzaty. Postanowiła odważyć się na czarną, długą sukienkę i prostą pelerynę. Punktualnie o 20 zapukała do drzwi gabinetu profesora Snape'a.
- Wejść. - chłodny głos Snape'a przebił się przez dębowe drzwi. Nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do gabinetu Mistrza Eliksirów.
- Czy pan w ogóle nie lubi kwiatów? - drżącym głosem zapytała Gryfonka, odważając się podjąć grę, niechcący rozpoczętą na zajęciach. Wbiła wzrok w podłogę i czekała na odpowiedź nauczyciela, czując, jak serce łomocze jej w piersi.
- Nie lubię mimoz, Granger. A mimoz, nie reagujących na moje polecenia, nie lubię w szczególności. Nie życzę sobie Bułhakowa na swoich zajęciach. W ogóle nie życzę sobie cytowania czegokolwiek oprócz podręczników do Eliksirów. Jasne? - Snape ledwie podniósł wzrok znad esejów uczniów trzeciego roku, obrzucił dziewczynę krótkim, nieprzyjemnym spojrzeniem i wrócił do sprawdzania prac.
- Proszę wybaczyć, panie profesorze. Profesor Springer zleciła mi przygotowanie spektaklu opartego na „Mistrzu i Małgorzacie", mam to zrobić jak najszybciej i chyba nieco za bardzo to mnie pochłonęło. Przygotowałam esej z materiału z dzisiejszych zajęć, mogę uwarzyć ten eliksir teraz, jeśli ten robiony na zajęciach jest nieprawidłowy... - odpowiedziała Hermiona, wyjmując z torby swoje notatki. Między poszczególnymi składnikami eliksiru znajdowały się dialogi bohaterów spektaklu, potencjalnie dopasowani aktorzy, miejsca poszczególnych scen... Stanowczo powinna była to przepisać. Zorientowała się jednak za późno, gdyż Snape wstał zza biurka, sięgnął dłonią po zeszyt, który trzymała przed sobą i ponownie usiadł.
- Zobaczmy, co zdołała pani dziś zanotować, panno Granger. Proszę zająć się tymi kociołkami.
Gdy dziewczyna pochylała się nad stosem upapranych przez zidiociałych pierwszorocznych kociołków, Severus rozparł się wygodnie za prostym dębowym biurkiem. Obserwował Granger ukradkiem, odkąd tylko weszła do jego gabinetu. Ubrana w czarną suknię wyglądała nader interesująco. Był zdziwiony, że Panna Wiem-To-Wszystko może wyglądać aż tak kobieco. Wiedział, że strój dziewczyny w oczywisty sposób odwołuje się do postaci Małgorzaty. Dziewczyna intrygowała go coraz bardziej, wykazywała się ogromną wiedzą z zakresu literatury i uderzała w czułe struny jego duszy – a raczej jej smętnych resztek. Severus uwielbiał pasjami literaturę. Mógł czytać godzinami, sam posiadał ogromny księgozbiór zarówno w lochach, jak i w Spinner's End. Gdy przeczytał książkę Bułhakowa pierwszy raz, zapragnął ujrzeć ją na scenie. Nie miał niestety ani czasu, ani możliwości, aby odwiedzać europejskie teatry, gdzie podejmowano się adaptacji dzieła. Zdarzało mu się marzyć przy paczce papierosów i Ognistej, siedząc przed kominkiem. W tych marzeniach zawsze zjawiała się jakaś Małgorzata. Nigdy nie widział jej dokładnie, natomiast wiedział, że jego Małgorzata musi kochać wiedzę. Pragnął tej kobiety z marzeń całym sobą, wiedział jednak, że ona istnieje tylko w jego umyśle - stąd jego ambiwalentny stosunek do panny Granger. Uczennica przypomniała mu o źródle najpiękniejszych marzeń, o najcudowniej odrywającym od rzeczywistości narkotyku – wyobraźni, pobudzanej literaturą, obiecała adaptację teatralną, nawet nieświadomie wcieliła się w rolę Małgorzaty. I co jemu z tego przyjdzie? Bezsenne noce spędzone z alkoholem i gorzkimi myślami o samotności. Zawsze na tle bohaterów literackich wypadał smutno. Żałośnie wręcz. Severus nie żałował siebie – miał to, na co zasłużył. Jednak cierpiał wiedząc, że nigdy nie będzie mu dane zaznać tak silnego uczucia jak to, które łączyło Mistrza i Małgorzatę. We własnym mniemaniu nikogo nie umiał kochać. Był świadom, że nikt nie będzie w stanie pokochać jego – złośliwego nietoperza z lochów. Był brzydki, odrażający dla samego siebie – nie tylko w kwestii powierzchowności, ciała pokrytego śladami przebytych walk, zbyt dużego nosa, włosów śliskich od godzin spędzonych nad warzeniem kolejnych eliksirów – był przecież byłym Śmierciożercą, pomocnikiem Czarnego Pana, jego prawą ręką. Chyba tylko Bellatrix mogłaby go kochać swoją szaloną miłością. Nikt nie widział i nie mógł zauważyć jego wrażliwej strony. Przed Minerwą i Albusem ukazywał tylko część prawdziwego siebie, sporadycznie żartował, nigdy nie śmiał się w ich towarzystwie. Właściwie w ogóle się nie śmiał.
Otworzył notatki Hermiony. Oprócz eseju chciał przejrzeć też to, co zapisała na zajęciach. Musiał wiedzieć, jak głęboko dała się pochłonąć nowemu zajęciu. Jeśli okaże się, że nie uważa na jego lekcjach, będzie musiał porozmawiać z dyrektorem. Nieuwaga może skutkować błędami, a patrząc w przyszłość również słabymi wynikami owutemów. Severus mógł faworyzować swoich Ślizgonów, nie mógł jednak lekceważyć tak potężnego magicznego potencjału, jaki posiadała Gryfonka. Między zapisanymi składnikami eliksiru zauważył dopisane drobnymi literami hasła, „Ginny – Hella? Byłaby doskonała", „Ron nadałby się na Azazella, ale przecież nie ma pojęcia o teatrze..." Przy kolejnych postaciach z książki znajdowały się imiona różnych uczniów bliskich pannie Granger, tylko przy Małgorzacie dziewczyna postawiła znak zapytania i trzykropek. Czyżby nie miała pomysłu na ową piękną kobietę o nadzwyczajnym smutku w oczach? Severus prześlizgnął się wzrokiem po sposobie warzenia i na samym dole pergaminu, przy skrupulatnie odpisanych z podręcznika temperaturach – wiedział o tym, sam na zajęciach podał inne wartości, które przyspieszały proces tworzenia eliksiru – znalazł krótką notatkę. „Snape -Woland?". Słowa zostały przekreślone. Nie zdziwiło go to, przecież żaden uczeń nie odważyłby się zaproponować mu roli w spektaklu, w dodatku opartym na mugolskiej książce! Nawet najgłupszy Gryfon nie zdobyłby się na taką głupotę, a co dopiero najmądrzejsza część Złotej Trójcy! Uśmiechnął się w duchu na myśl o zażenowanej minie panny Granger, proponującej mu zagranie Wolanda. „Może zagrałby pan w naszym spektaklu? Szatana, przecież pan tak pasuje do tej roli..." Nie mógł się powstrzymać przed skomentowaniem tego we właściwy sobie sposób.
- Cóż, panno Granger, czy naprawdę przypominam pani szatana? Czy może uważa pani, że jak Woland kieruję się litością? Albo jeszcze inaczej – marzy pani, aby wlecieć nago do moich komnat w środku nocy, a potem kąpać się we krwi? - zapytał cicho, pochylając się nad dziewczyną.
Cichy i lekko zachrypnięty głos Snape'a zelektryzował Hermionę. Zamarła nad ostatnim kociołkiem ze szczotką w dłoni, bojąc się odwrócić. Powoli docierał do niej sens jego słów. Odkrył jej notatki. Zauważył to jedno zdanie! Pomyślała o tym, że nadawałby się do tej roli, ma w sobie coś, co kojarzy się jej z Wolandem, tę pozorną obojętność, pod którą musi ukrywać się inny, lepszy człowiek! Tylko raz tak pomyślała, siłą rozpędu zapisała jego nazwisko i natychmiast je skreśliła, zdając sobie sprawę z niedorzeczności tego pomysłu. Przecież to Snape!
- Nie identyfikuję się z Małgorzatą, proszę pana. Uważam tylko, że ma pan coś wspólnego z Wolandem... - wbiła w niego niepewny wzrok, jakby czekając na jego reakcję.
- Czyżby, panno Granger? Może to, że obaj jesteśmy nadzwyczaj urodziwi? - Mistrz Eliksirów zaśmiał się gorzko. - Jesteś śmieszna, jeśli uważasz, że mogę być jakkolwiek do niego podobny. - dodał zimno, rzucając jej pogardliwe spojrzenie.
- Ma pan rację, on miewał ludzkie uczucia... - westchnęła Hermiona, zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co mówi.
- Za niewyparzony jęzor i głupotę 20 punktów od Gryffindoru i jutro o 20 szlaban. Ze mną. Do tego esej o mithrylu, na trzy stopy pergaminu. I dobrze radzę, żeby w notatkach z mojego przedmiotu znajdowało się tylko to, co ja dyktuję. A teraz żegnam. Proszę nie zapomnieć swojej złotej podkowy. - rzucił ironicznie, wskazując na jej skórzaną, ciemnozłotą torbę. Ledwie zamknęły się za nią drzwi, wpadł do swoich prywatnych komnat, rzucił się na fotel przed kominkiem, zaklęciem przyzwał Ognistą i odpalił papierosa. Nie tak miał wyglądać ten szlaban.
Hermiona wybiegła z gabinetu Snape'a ze łzami w oczach. Jak mogła myśleć, że on lubi tę książkę? Jak mogła być aż tak głupia? Zamiast normalnie przetrwać szlaban, postanowiła sobie z nim pogrywać! I jeszcze dała mu te notatki do sprawdzenia, jej notatki z pomysłami na obsadę! Dlaczego nie przepisała ich przed szlabanem? Jutro będzie musiała znowu stawić czoła temu nietoperzowi i znosić jego przytyki, a jest więcej niż pewne, że on nie zapomni o jej dopiskach w notatkach z Eliksirów. Tym bardziej, że nie oddał jej zeszytu.
Kac morderca od poranka nie dawał żyć Severusowi. Z poprzedniego wieczoru pamiętał niedorzeczny pomysł panny Granger, jakoby on był podobny do Wolanda, niejasno kojarzył też otwieranie trzeciej butelki Ognistej. Obudził się w środku nocy na fotelu przed wygasłym kominkiem, w pełni ubrany. Na podłodze koło jego stóp leżały dwie puste butelki po Ognistej, pusta paczka papierosów, popielniczka pełna petów i stos kartek. Kartki okazały się być notatkami panny Wiem-To-Wszystko-Ale-Ostatnio-Nie-Uważam-Na-Zajęci ach. Nawet nie próbował ich analizować ponownie, przy drugiej butelce doszedł do stanowczo niewłaściwych wniosków. Był o milimetry od przyznania dziewczynie racji – on faktycznie był taki, jak Woland. Potem na szczęście napił się jeszcze trochę i te niemądre pomysły uleciały razem ze świadomością.
A teraz męczył go kac. Miał kilka godzin zajęć, które z drobną pomocą eliksirów przeciwbólowych mógł znieść. Nie spodziewał się wezwania ze strony Czarnego Pana, nie miał żadnych prac do sprawdzenia. Mógłby spokojnie dogorywać całe popołudnie w swojej sypialni, za całe towarzystwo mając butelkę dobrego wina, albo może nawet zimnego piwa kremowego, do tego ewentualnie nowy numer Warzyciela, ostatecznie jakąś klasykę Szekspira. Mógłby, gdyby nie szlaban tej nieznośnej, okropnej Gryfonki, która nie ma absolutnie nic pod tą wiecznie potarganą miotłą na głowie! Nie dość, że przez nią się upił i ma koszmarnego kaca, to jeszcze będzie musiał ją znosić przez cały wieczór, bo przecież nie pozwoli jej czyścić kociołków przy użyciu różdżki. Trudno, najwyżej wyszydzi jej pomysł spektaklu – zaraz, czy to nie był pomysł Oktawii, tej nowej idiotki uczącej mugoloznawstwa? Nawet jeśli, to i tak ta irytująca Granger go realizuje... - i skrytykuje obsadę.
Jutro powinny zacząć się próby. Od tygodnia Gryfonka męczyła się ze scenariuszem i obsadą, i nadal brakowało jej trzech osób - Mistrza, Małgorzaty i Wolanda. Nie była w stanie znaleźć nikogo, kto oddałby głębię tych postaci. Spędziła jeden z wieczorów z Ginny, wertując książkę, jednak zgodnie twierdziły, że nie ma w szkole osób, które mogłyby się tego podjąć. Ginny nadawała się na Hellę – była smukła, rudowłosa i śliczna. Ron nieźle pasował na Azazella, o ile będzie w stanie go zagrać. Korowiow może mieć sens w wykonaniu Neville'a, pozornie niezgrabnego, a jednak inteligentnego. Po długich rozważaniach nadal wolna była kwestia kota Behemota. Hermiona myślała o profesor McGonagall w animagicznej postaci, jednak nauczycielka nawet jako kot była drobna, a Behemot był ogromnym, czarnym kocurem. W dodatku osoba, która zgodziłaby się zagrać Behemota musiałaby poddać się transmutacji w zwierzę. A gdyby tego było mało, Behemot miał cudowny urok osobisty, który bardzo ciężko zagrać. Woland i Małgorzata – tu Hermiona musiała się przyznać do osobistej porażki. Postanowiła porozmawiać o tym z Opiekunką Gryfonów, ale do tej rozmowy potrzebowała pełnej listy aktorów. Lavender pasowała na ładną, młodą służącą Małgorzaty, Harry mógłby zagrać Iwana Bezdomnego. Berlioza, Rimskiego i Lichodiejewa Granger zostawiła profesorom. Ostatecznie nie wymagała wielkiego podobieństwa fizycznego, raczej zdolności aktorskich i chęci. Kwestię wyglądu można było załatwić kilkoma prostymi zaklęciami, natomiast ciężko byłoby nauczyć grać kogoś, kto nie potrafi nawet dobrze kłamać. Wiedziała, że Ślizgoni byliby dobrymi aktorami, ale nie mogła i nie chciała proponować im współpracy. Już wystarczająco zbłaźniła się przed ich Opiekunem. Rozpisała listę ról, przygotowała dwie wersje scenariusza i gotowe, schowane do teczki, wsunęła do torby. Planowała wybrać się do McGonagall zaraz po szlabanie u Snape'a, żeby tylko nie pozwolić sobie na przestój w pracy. Nie chciała mieć wolnego czasu – wtedy wróciłyby myśli o Ronie. Nie tęskniła za nim, nie żałowała tego wakacyjnego rozstania – nie pasowali do siebie. Marzyła jednak o wielkiej miłości, tym bardziej teraz, kiedy ciągle czytała o płomiennym uczuciu Małgorzaty i Mistrza. Cieszyła ją praca nad spektaklem, zajmowała jej czas i pochłaniała wszystkie myśli, nie pozostawiając za wiele czasu na smętne rozważania.
Punktualnie zjawiła się w gabinecie Mistrza Eliksirów, tym razem ubrana w przepisowy mundurek. Snape wskazał jej stos kociołków, a sam zniknął za masywnymi, ciężkimi drzwiami w głębi gabinetu. Hermiona mechanicznie czyściła zacieki, zdrapywała zaschnięte resztki cieczy z dna kociołków, polerowała je. Myślami krążyła gdzieś między spektaklem, uczuciami Mistrza i jego muzy i własną samotnością. Nie zwróciła uwagi na to, że cicho nuci. Podśpiewywała mugolską piosenkę z filmu, który obejrzała z Ginny podczas wakacji.
„and so it is
just like you said it would be
life goes easy on me
most of the time
and so it is
the shorter story
no love, no glory,
no hero in her skies..."**
Snape od kilku chwil stał oparty o framugę i obserwował dziewczynę. Niewiele myśląc, powiedział pierwsze, co przyszło mu na myśl po usłyszeniu, o czym śpiewa Gryfonka.
- Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości?
Hermiona odwróciła się, przestraszona. Długo zastanawiała się, jak wykorzystać ten fragment książki – był on częścią wypowiedzi narratora, w końcu zdecydowała, że zabrzmi on zza kulis jakimś męskim głosem. Gdy usłyszała głos Snape'a wiedziała już, że chciałaby, aby to był jego głos. Coraz mocniej podświadomie czuła, że ten mężczyzna pasuje do historii Mistrza... Patrzyła na niego, stojącego w drzwiach i zastanawiała się, ile twarzy kryje w sobie nauczyciel. Z jednej strony był tłustowłosym, ironicznym i niemiłym facetem, z drugiej zaś potrafił w najmniej oczekiwanym momencie zacytować Bułhakowa (i to jakie zdanie!), zamiast nawrzeszczeć na nią, że podśpiewuje w jego gabinecie...
- Kiedy skończy pani zaprzątać sobie myśli mugolskimi książkami i zajmie wreszcie pracą? Nie muszę chyba przypominać, że oceny z sumów nie warunkują zdania owutemów... - Profesor odezwał się zaskakująco łagodnie, choć z wyczuwalną nutką ironii.
- Zajmuję się nauką, panie profesorze. Gdyby ktoś pomógł mi przy spektaklu, mogłabym przyspieszyć premierę i mieć go z głowy. - Granger nie broniła się, spokojnie odpowiedziała Severusowi licząc na jego wyjątkowo dobry nastrój.
- W czym problem, przecież ma pani przyjaciół, panno Granger... - skrzywił się nauczyciel, wzruszając pogardliwie ramionami.
- Nikt z nich nie zna się na teatrze, profesorze Snape. Przygotowanie scenariusza na podstawie takiego tekstu wymaga jakiegokolwiek pojęcia o tym, jak wygląda mugolski spektakl. - odparła spokojnie, patrząc mu w oczy i odstawiając ostatni kociołek na podłogę.
- Zrobię to tylko jeden raz. Skoro skończyłaś z kociołkami, możesz usiąść i wyjąć tego nieszczęsnego „Mistrza...", bo zakładam, że masz go przy sobie. Widziałem mnóstwo przedstawień w nieco lepszych czasach. - Z właściwym sobie grymasem, szorstko zaproponował dziewczynie pomoc.
Hermiona nie wierzyła w to, co słyszy. Nietoperz chciał jej pomóc! Nietoperz znał mugolską sztukę?! Jak to możliwe?
- Profesorze, jakim cudem poznał pan mugolskie spektakle? - nie zdążyła powstrzymać cisnącego się na usta pytania.
- Udaj, że tego nie słyszałaś, Granger. Tak będzie lepiej dla wszystkich. A teraz podaj mi swoją wersję scenariusza. - zimno odpowiedział Snape.
Dwie godziny wspólnej ciężkiej pracy się opłaciły. Poszczególne sceny były konkretnie umiejscowione, dialogi przygotowane, a fabuła na tym nie straciła. Nadal pozostawała otwarta kwestia kilku bohaterów.
- Nie myślałaś o obsadzeniu Małgorzaty? - zapytał nauczyciel, sącząc herbatę. W połowie przygotowywania trzeciego aktu poddał się – podobało mu się to zajęcie, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał – i zaproponował Gryfonce herbatę. Właśnie kończyli trzeci imbryk.
- To musi być ktoś rozsądny i spokojny. Wygląd nie gra roli, zawsze to można jakoś magicznie zmienić, chodzi tylko o to, żeby dobrze pokazać ogrom uczuć w tej kobiecie... Myślałam o profesor Springer, ale ona bardzo żywiołowo reaguje na wszystko, chyba nie dałaby rady. - westchnęła dziewczyna.
- Pomyślmy. Kadra nauczycielska raczej odpada, uczniowie tym bardziej. A...myślałaś o sobie, Hermiono? W końcu znasz ten utwór od podszewki... - rzucił obojętnie Snape, nie zauważywszy, że zwrócił się do uczennicy po imieniu.
- Ja? Ale... Chociaż... - po raz pierwszy Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć. Zaskakiwał ją ten Snape – spokojny, prowadzący z nią dyskusje o książce. A ta sugestia zbiła ją z nóg – chciałaby w czymkolwiek przypominać Małgorzatę, chciałaby ją zagrać. Głupio jej było jednak obsadzić się w jednej z głównych ról! W dodatku powiedział jej imię, zamiast zwrócić się oficjalnie... Tak, jakby byli partnerami w tych przygotowywaniach...
- To nie rozwiązuje sprawy Mistrza. A tym bardziej Wolanda, profesorze Snape. - odparła wymijająco, rumieniąc się. Specjalnie zaakcentowała jego tytuł, czułaby się nieswojo, gdyby ponownie zwrócił się do niej imieniem.
- Woland musi mieć charakter. Mistrz może być złamanym przez życie człowiekiem, smętnym i nieciekawym. Taką rolę nie aż tak trudno zagrać. Pomyśl, Granger.
- Może Bill Weasley? Albo Lupin? Tylko Billa będzie trudno ściągnąć z Rumunii... Spróbuję pogadać z Remusem. - Snape skrzywił się na samo wspomnienie wilkołaka, ale nie odezwał się nawet słowem.
Granger dopiła herbatę i wpatrywała się w notatki. Nie mogła zdobyć się, żeby zadać jedno pytanie, które męczyło ją odkąd zaproponował, że jej pomoże. Wstała, podziękowała mu za pomoc i ruszyła do drzwi. Tuż przed progiem zawahała się.
- Co tam, Granger? Zapomniałaś czegoś? - dobiegł ją ironiczny głos gospodarza.
Odwróciła się energicznie.
- Czy-mógłby-pan-zagrać-Wolanda? - wyrzuciła z siebie z prędkością odrzutowca, przybierając jednocześnie odcień mocnej czerwieni.
- Przemyślę to. A teraz żegnam.
Severus nigdy nie sądził, że noc może być tak długa. Odkąd kilka minut po północy dotarł do łóżka, leżał i tępo wpatrywał się w sufit. Dochodziła trzecia. Spędził wiele nocy na rozmyślaniach, często dużo smutniejszych niż te dzisiejsze, ale to te właśnie wydawały mu się ciągnąć w nieskończoność. Cały czas rozważał propozycję uczennicy. Problem z ewentualną zgodą nie polegał na kwestii utraty wypracowanego przez lata image, rola Wolanda nie wymagała od niego bycia miłym i sympatycznym dla całego świata. Nie chodziło też o to, że pomógłby Gryfonce – robiła to na polecenie innego wykładowcy razem z różnymi uczniami, więc on jako nauczyciel też miał prawo jej pomóc. To, że to nie w jego stylu, to całkiem inna bajka. Prawdziwy problem sprawiała kwestia usprawiedliwienia tego przed Czarnym Panem – jak on, prawa ręka Lorda, może mieć cokolwiek wspólnego z mugolskim chłamem? Zastanawiał się nad tym i nie mógł dojść do żadnego wniosku.
Hermiona spędziła kolejną bezsenną noc. Nie wiedziała, czy odpowiedź Snape'a brać za dobrą monetę – mógł się zgodzić, i wtedy miałaby idealnie pasującego Wolanda, mógł też odmówić, i to nastręczało kolejnych problemów. Jeśli zgodziłby się, musiałaby z nim współpracować dalej. Cieszyło ją to – umiał jej pomóc, znał się na teatrze i zauważyła, że doskonale znał tekst powieści.
Zachowywał się zupełnie inaczej niż na zajęciach, był w pewien sposób milszy. Kiedy zaczynała zasypiać z myślą, że chciałaby, żeby się zgodził, do jej kwater wpadła Ginny, ciągnąc ją na śniadanie. Nieprzytomnie wstała i powlokła się za przyjaciółką.
Na śniadaniu Hermiona wydawała się nieobecna. Zerkała na stół nauczycielski, jednak Nietoperz siedział pochylony nad talerzem, nie podnosząc wzroku na salę. Sowy dostarczały pocztę. Przed Hermionę spadł nie tylko Prorok Codzienny, ale również mały zwitek pergaminu. Zdziwiona dziewczyna rozwinęła go i przeczytała słowa, napisane dobrze znanym jej pismem.
„Bez czarnoksięskiej maści i latania, za to w ubraniu. O 20.00. Woland."
Doskonale wiedziała, do czego odnosiły się słowa Mistrza Eliksirów. Zgodził się! Małgorzata poleciała do mieszkania Wolanda naga, po posmarowaniu się maścią, którą dał jej Azazello. Snape wyraźnie sugerował, że on zagra Wolanda, a ona powinna Małgorzatę! Cudownie!
- Hermiono, wszystko ok? Uśmiechasz się do Malfoya... - mruknęła cicho Ginny, szturchając przyjaciółkę w bok. Hermiona wpatrywała się w punkt nad stołem Ślizgonów z uśmiechem niebiańskiego uwielbienia.
- Tak, kochana, tak! Mam obsadę! - jeszcze w nocy wysłała sowę do Remusa, który od razu przysłał jej twierdzącą odpowiedź. Teraz Snape się zgodził, już tylko Behemot! Ale o tym porozmawia wieczorem z prof. McGonagall. Spojrzała w stronę Snape'a. Skinął jej nieznacznie głową ze swoją standardową, obojętną miną.
- Mam tylko nadzieję, że nie zaangażowałaś tam żadnego Ślizgona. A już na pewno nie tej fretki! - mruknęła Ginny, mając świadomość, że niewiele wyciągnie od pogrążonej w planach przyjaciółki.
Po zajęciach Hermiona zebrała swoje notatki dotyczące spektaklu, uzupełniła listę aktorów o Remusa, Snape'a i siebie. Postanowiła na razie nie zwierzać się nikomu, nawet Ginny, z obsadzenia roli Wolanda. Przygotowaną listę zamierzała zanieść Opiekunce Gryfonów po wizycie u Mistrza Eliksirów. Kilka minut przed umówioną godziną stanęła w progu gabinetu Snape'a.
- Dobry wieczór, panie profesorze. - powiedziała niepewnie, zastając otwarte drzwi do pustego gabinetu.
- Wejdź, Granger, i usiądź. Za chwilę przyjdę. - dobiegł ją głos Snape'a zza niedomkniętych drzwi, prowadzących w głąb kwater. Usiadła przy niskim stoliku, który jeszcze wczoraj cały zasłany był kartkami ze scenariuszem. Teraz zaś stał pusty.
W progu stanął profesor Snape w czarnej koszuli i prostych, gładkich spodniach. Wyglądał...inaczej. Jakby nie był sobą.
- Proponuję usiąść jak ludzie w salonie, musimy porozmawiać. Zapraszam, panno Granger. - mówiąc to, odsłonił przejście.
Hermiona podeszła niepewnym krokiem i weszła za nauczycielem do pomieszczenia. Salon Snape'a był surowy i prosty, ale mimo to przytulny. Kamienne ściany były przykryte gładkimi, ciemnozielonymi kobiercami. W kominku pełgał niewielki płomień, a przed nim stała prosta, skórzana kanapa, stolik do kawy i dwa fotele. Profesor usiadł w jednym z nich i machnięciem różdżki przywołał dzbanek z herbatą i dwie filiżanki. Była zaskoczona niezwykłym zachowaniem Nietoperza. Bardzo zaskoczona.
Może on nie jest jednak taki zły, może miałam rację sądząc, że jest podobny do Wolanda... Powiedziała do siebie w myślach, siadając naprzeciw nauczyciela.
- Jak mniemam, napije się pani herbaty, panno Granger. - bardziej stwierdził niż zapytał, napełniając obie filiżanki. W pokoju rozszedł się delikatny zapach jaśminu.
- Z przyjemnością, profesorze. - odparła lekko Hermiona, czekając na rozwój wydarzeń.
- Cała ta rozmowa musi zostać między nami, panno Granger. Najlepiej, żeby zapomniała pani, że w ogóle się wydarzyła, zaraz po tym, jak wyjdzie pani z tego pomieszczenia. - spokojnie, ale zdecydowanie powiedział profesor, patrząc uczennicy prosto w oczy.
- Skoro tego pan sobie życzy... - postanowiła nie drażnić lwa - a raczej węża - uznając, że wszystkiego i tak się dowie. Jeśli tak nalegał na zachowanie rozmowy w tajemnicy, musiał mieć ku temu poważne powody.
- Po pierwsze, wersja oficjalna jest taka, że ubzdurała sobie pani, że tylko ja nadaję się do roli Wolanda i przekonywała mnie, dopóki dla świętego spokoju się nie zgodziłem. To będzie całkiem wiarygodne, biorąc pod uwagę pani natrętne i uporczywe dążenie do swoich celów, co widać choćby na zajęciach. - z kwaśną miną rzucił Snape. - Ponadto streściła mi pani treść książki, której nie znam i nie poznam.
- A dlaczego, profesorze! Przecież zna pan doskonale treść „Mistrza..."! - zbuntowała się Hermiona.
Snape wziął głęboki wdech.
- Jeśli nie zamierza pani przystać na to, w tej chwili proszę wyjść i szukać innej osoby, która zagra pani Wolanda. - stwierdził z chłodnym opanowaniem, wskazując jej drzwi.
- Nie, to znaczy... Nie rozumiem tego... Ale zgadzam się, niech tak będzie... - zrezygnowana Gryfonka wiedziała, że nie znajdzie nikogo tak pasującego do tej roli, więc musiała przystać na warunki stawiane jej przez profesora.
- W takim razie proszę utrzymać to w tajemnicy. Chciałbym, żeby aż do premiery nikt nie wiedział, że mam cokolwiek wspólnego z tym przedsięwzięciem. Oprócz, rzecz jasna, pozostałych aktorów.
- Profesor McGonagall i profesor Springer będą musiały się dowiedzieć... To znaczy, do profesor McGonagall chciałabym iść po radę w kwestii Behemota... - wątpliwości i pytania narastały w głowie dziewczyny, mimo iż przystała na zachowanie w tajemnicy udziału profesora w przedsięwzięciu.
- To akurat nie stanowi problemu, Minerwa może wiedzieć.
- Draco Malfoy byłby idealnym Behemotem, ale nie chcę mu tego proponować, sam pan rozumie...
- Nawet mi się nie waż! Draco nie może brać w tym udziału! - zapalczywe słowa Snape'a nasunęły Hermionie pewne skojarzenia...
Malfoy pochodził z czystokrwistej rodziny, Snape był niegdyś poplecznikiem Voldemorta, a oni mieli wystawiać mugolskie dzieło... Czyżby problem leżał w tym, żeby wiadomość o spektaklu nie dotarła do Voldemorta?
- Czemu tak bardzo zależy panu, żeby Malfoy nie miał z tym nic wspólnego? Czyżby chodziło o Voldemorta? - nieświadomie wymówiła imię czarnoksiężnika, zastanawiając się nad rolą Snape'a w nadchodzącej wojnie.
- ZAMILCZ, GŁUPIA DZIEWCZYNO! - ryknął Snape, unosząc się z fotela. - Czy ty oszalałaś, żeby to wypowiadać tak swobodnie?
- Ale pańskie kwatery są zapewne dobrze chronione... - wyszeptała przestraszona dziewczyna.
- I co z tego? To nie jest odwaga, tylko głupota, Granger! - ruchem ręki przywołał popielniczkę i wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów. Odpalił jednego i zapatrzył się w płomień.
Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć. Snape miał coś wspólnego z Voldemortem. Chciał to ukryć. Palił przy uczennicy. Palił mugolskie papierosy. To wszystko było ponad jej możliwości pojmowania. Postanowiła dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, ale nie mogła zapytać Snape'a wprost. Musiała poczekać i mu zaufać, albo odwołać premierę. Teraz była pewna, że tylko on nadaje się do tej roli. Poza tym czuła, że zgadzając się, zostaje uwikłana w jakąś jego tajemnicę. Zbyt długo przebywała z Ronem i Harrym, żeby odpuścić sobie poznanie prawdy o Nietoperzu. Kłopoty to specjalność Złotej Trójcy, i mimo że zazwyczaj to chłopcy się w nie pakowali, a ona ich wyciągała, tym razem zaczynało się odwrotnie. Ciekawość nie pozwalała jej zrezygnować – musiała się dowiedzieć, o co chodzi naprawdę, a żeby się tego dowiedzieć, musiała pozostać blisko Snape'a. Spektakl był idealną wymówką.
- Przepraszam, profesorze. Mógłby mi pan pomóc z tą ostatnią sceną? - postanowiła zmienić temat.
Snape zgasił papierosa i wyciągnął dłoń po notatki dziewczyny.
Po godzinie ustalania szczegółów Hermiona pożegnała się i ruszyła do gabinetu profesor McGonagall. Minerwa szybko zaaprobowała plan spektaklu i obsadę.
- Nimfadora mogłaby zagrać Behemota. Może przybrać dowolną postać i ma urok, którego wymaga ta rola. Ze zmianą głosu na męski też nie powinno być problemu. - zasugerowała nauczycielka.
- Że też o niej nie pomyślałam! Oczywiście, że Tonks! Dziękuję, pani profesor! Dobranoc! - Hermiona wybiegła z gabinetu, żeby napisać do Tonks i jeśli ta się zgodzi, rozpocząć następnego dnia próby.
