Błogosławiony wir pracy! Hermiona nie miała czasu, aby choć przez chwilę myśleć o profesorze z lochów. Nie zaprzątał jej głowy ani jako aktor, ani jako największa zagadka Hogwartu – wszystko dzięki cudownym nauczycielom. Całą niedzielę odrabiała prace domowe nie tylko dla siebie, ale też dla Rona i Harry'ego. Próbowała napisać wszelkie możliwe eseje na przyszły tydzień, żeby mieć wolne wieczory. Wiedziała, że będzie musiała być pierwsza na próbie i wyjdzie z niej ostatnia, dlatego wszystko, co można było zrobić "na zapas" zajmowało jej czas.
Severus Snape w niedzielę rano ochłonął już na tyle, żeby rozpakować pakunek Hermiony. Znalazł tam parę dżinsów, kilka stonowanych koszul i dwa lekkie swetry. Po szybkim śniadaniu i prysznicu wypił nieco Wielosoku, żeby móc przymierzyć ubrania. Wszystkie idealnie pasowały na ciało Matta, dżinsy nieco nieprzyzwoicie opinały się tu i ówdzie. Żadnych łopoczących na wietrze czarnych sztandarów, w które zwykł się ubierać Severus. Żadnych guziczków oprócz tych kilku przy koszuli. Żadnej czerni, same błękity... Merlinie, jak żyć... Sprężystym krokiem sięgnął do własnej szafy, w której czekały na niego ubrania ze Spinner's End. Już poprzedniego dnia je przymierzył i odpowiednio pomniejszył, teraz chciał tylko się upewnić, że ma coś, w czym może się poruszać. Zdecydował się awaryjnie zostawić ubrania Matta na "wszelki wypadek" totalnego kataklizmu i nieszczęścia. Jednocześnie poprzysiągł sobie, że nie ma szans, żeby je dobrowolnie założył.
Akurat ten moment wybrała sobie Hermiona, żeby zastukać do drzwi gabinetu. Przybiegła powiadomić profesora o tym, że pierwsza próba odbędzie się w Pokoju Życzeń, co zaproponował sam Dumbledore. Zirytowany Snape wiedział, że nie ma sensu czekać ponad pół godziny, aż działanie Eliksiru minie – wysłał więc zaklęcie-sondę aby sprawdzić, kto stoi przed jego kwaterami. Znowu ta Gryfonka... Niechętnie otworzył drzwi.
- Dzień dobry, panie profesorze. - dziewczyna podniosła wzrok i oniemiała. Spodziewała się otoczonego glorią czerni Nietoperza, zastała go w ciele brata, niedopiętej błękitnej koszuli i obcisłych dżinsach. Zbyt obcisłych. Oprócz tego, że uwydatniały pięknie umięśnione nogi, podkreślały też... inne walory ciała młodego chłopaka. Hermiona na szczęście w porę się opamiętała, przypominając sobie wszystkie żenujące historie z dzieciństwa z Mattem w roli głównej, potem błyskawicznie odtworzyła w głowie głos Snape'a, informujący uczniów o szlabanie i odjęciu punktów i właściwie już była spokojna. Śmiało podniosła głowę i zaczęła rzeczowo informować nauczyciela o miejscu próby.
- O czym mam myśleć, panno Granger, żeby dostać się do Pokoju Życzeń? - odezwał się głębokim, gardłowym głosem Snape. Uznał, że może się troszkę pobawić reakcjami dziewczyny, korzystając z ciała tego chłopaka. To bardzo, bardzo zabawne widzieć, jak Granger rumieni się, słysząc głos własnego kuzyna – jakkolwiek daleką rodziną by nie był.
- O scenie teatralnej. Jutro zaczniemy chyba pierwszą scenę, ale nie musi pan przychodzić w garniturze. I tak w ogóle...to ja bardzo przepraszam, że oni wczoraj na tych miotłach... - Gryfonka wbiła wzrok w podłogę. - Po prostu Matt jest bardzo towarzyski, i chyba inaczej nie umie i od razu się zaprzyjaźnia z całym światem...
- Mogłaś go nie pokazywać światu. A teraz żegnam, czeka mnie jeszcze praca.
Hermiona wyszła. Rozmowa z Nietoperzem nie miała sensu. Z jednej strony wyraźnie wykorzystał jej chwilowe zmieszanie, z drugiej odpowiadał jej tak złośliwie, jak tylko się da. Akurat tej zagadki jego psychiki nie była w stanie i nie zamierzała rozszyfrowywać.
Pracowita niedziela minęła zaskakująco szybko, w poniedziałek wszyscy zaangażowani w spektakl wiedzieli już przed zajęciami o próbie. Profesor Springer obiecała przyjść na rozpoczęcie, ale kwestię prowadzenia prób całkowicie zostawiła Hermionie. Na zajęciach Gryfonka wytężyła uwagę z całych sił, byle tylko nie myśleć po raz kolejny o tym, jak wypadnie pierwsza konfrontacja jej planów z rzeczywistością.
Od 19.30 Hermiona stukała nerwowo obcasami pantofli o drewnianą scenę teatralną, czytając raz po raz na głos harmonogram prób. Nie zauważyła, jak w Pokoju Życzeń zjawił się jeszcze ktoś i przyglądał się dziewczynie, oparty o ścianę.
- Więc tak, dzisiaj ogólnie o książce i o spektaklu, ewentualnie pierwsza scena... Hm, czyli wychodziłoby, że Patriarsze Prudy. W końcu to Fred będzie grał Bezdomnego, tak ustaliłam ze Snape'm... A Berlioza Slughorn... Dobrze, że chociaż roli Wolanda mogę być pewna, Snape go zagra najlepiej na świecie. O ile Ginny się na niego nie rzuci, nieświadoma... Powinnam jej chyba powiedzieć...
- Ani mi się waż. - zabrzmiał cichy głos z tyłu widowni. Gryfonka odwróciła się przerażona i zaczęła szukać w półmroku autora tych słów.
Zabrzmiały kroki i w świetle sceny zjawił się Snape, oczywiście pod wpływem Wielosokowego. Ubrany był w te obcisłe dżinsy, w których widziała go poprzedniego dnia, jednak do tego miał czarną koszulkę i luźno narzuconą flanelową koszulę, nieco za dużą. Dzięki temu zakrywała go aż do ud, i gdyby był tak miły i ją zapiął, może uczennice byłyby w stanie się skupić na próbie. Hermiona już chciała mu to bezczelnie zaproponować, ale zdała sobie sprawę z tego, że to zdradziłoby również ją.
- Tylko tak sobie myślałam na głos, panie profe... A właśnie... Bo ja chyba muszę się do pana zwracać... - w tym momencie przez drzwi Pokoju Życzeń weszło kilka osób, w tym Harry, Ron i Ginny. Od razu skierowali się do dziewczyny i – w ich mniemaniu – Matta.
- No cześć, nie masz zakwasów po tym wczorajszym lataniu? - Ron z sympatią walnął w plecy Matta-Snape'a. Harry wyszczerzył się przyjaźnie, Ginny przyglądała się 'kuzynowi' brązowowłosej z lekko zaróżowionymi policzkami. A Hermiona oczekiwała końca świata.
- Nie mam, bo regularnie trenuję w pracy. Poza tym przecież tylko trzymałem się Ginny albo Harry'ego. Wybaczcie, ale chciałbym się skupić na roli. - burknął zimno odtwórca roli Wolanda. Ron i Harry spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, Ginny zrobiła bardzo zawiedzioną minę. Granger w duchu odetchnęła z ulgą – mogło pójść znacznie gorzej. Na szczęście w sali zrobiło się już prawie pełno, dlatego rzuciła na siebie Sonorusa i ruszyła na środek sceny.
- Witam serdecznie i proszę o zajęcie miejsc na widowni! - w stronę mówiącej Hermiony ruszyła profesor Springer. Była to niewysoka postać o kobiecych kształtach, maksymalnie trzydziestopięcioletnia. Pod peleryną zawsze nosiła mugolskie stroje, podkreślając swoją sympatię dla niemagicznego świata. Tym razem była ubrana w ciemne dżinsy, płaskie pantofelki i cienki, jasnobłękitny sweterek. Krótka blond czupryna opadała jej na oczy, schowane za ogromnymi, kwadratowymi oprawkami okularów. Uśmiechnęła się szeroko, puściła uczennicy porozumiewawczo oko, wskoczyła zgrabnie na scenę i dość głośno zwróciła się do wszystkich obecnych.
- Kochani, nasza nieoceniona panna Granger zaraz poprowadzi próbę. Ja bym tylko chciała poprosić, żebyście jej słuchali i wykonywali jej polecenia. No, to chyba tyle. Powodzenia! - odwróciła się do dziewczyny i dodała – Jakby były jakieś problemy to przychodź do mnie, kochana! Trzymam kciuki, na pewno sobie poradzisz. A teraz pędzę czytać "Dziennik Bridget Jones"!
Taaak, profesor Springer była stanowczo dość...malowniczą postacią. Hermiona nieopatrznie powiedziała jej o "Dzienniku...", gdy nauczycielka zapytała ją o "jakąś lekką książkę o kobietach, żeby jeszcze były realia życia mugoli najlepiej, no i wiesz, taką fajną"... Dziewczyna miała słabość do szalonej profesorki, dlatego podarowała jej obie części bestselleru. Na co dzień czytywała dużo ambitniejszą literaturę, jednak perypetie nieogarniętej Bridget poprawiały jej nastrój w chwilach totalnej załamki. Springer kupiła sobie przyjaźń uczennicy bezpośredniością i zainteresowaniem światem mugoli. Wpływ na ich relacje mogło mieć też to, jak bardzo się różniły – przy wiecznie uśmiechniętej nauczycielce mugoloznawstwa Hermiona mogła czasem pożartować i nie musiała być Wiem-To-Wszystko – akurat mugoloznawstwo miała opanowane do perfekcji i zdobywanie na nim punktów było zdaniem Hermiony nie fair względem reszty uczniów.
Springer odeszła w stronę drzwi, odprowadzana zimnym spojrzeniem Snape'a. Wyglądał, jakby ciało chłopaka mu ciążyło – wzrok nie był aż tak przerażający, poza tym pewnie ciężko byłoby mu wykonać to jego standardowe Wejście Nietoperza bez łopoczących szat... Hermiona uśmiechnęła się pod nosem na tę myśl i rozdzieliła kopie scenariusza między aktorów. Pokrótce streściła fabułę i zaproponowała, aby każdy sam zapoznał się po cichu ze swoimi fragmentami tekstu i zgłosił się do niej z ewentualnymi uwagami i pytaniami. Przedstawiła też Snape'a jako Matta, zgrabnie prezentując wcześniej przygotowane kłamstwo. Snape ukłonił się lekko, zdobywając się na nieco kwaśny uśmiech. Na szczęście w ciele chłopaka wyszedł on całkiem szczerze. Sama natomiast poprosiła na scenę Matta, Freda i profesora Slughorna. Gdy trzej mężczyźni stanęli obok dziewczyny, zaczęła cicho mówić, żeby nie przeszkadzać reszcie, czytającej swoje role.
- Pierwsza scena to scena poznania Wolanda na Patriarszych Prudach. Jak przejrzycie teksty to możemy zaczynać, panowie?
- Ja jestem gotowy. - mruknął cicho Snape, zaplatając ręce z lekceważąco trzymanym scenariuszem.
- Ja właściwie to chyba chciałbym najpierw to przeczytać, żeby złapać klimat, wiesz... - wybąkał Fred, wiecznie nieprzygotowany do obowiązków.
- A pan, profesorze? - dziewczyna zwróciła się do Slughorna, pochylonego nad tekstem.
- Myślałem, że dzisiaj to tak tylko organizacyjnie... Przejrzę i jutro będę gotów do pracy. - Slughorn obdarzył Hermionę przepraszającym uśmiechem.
Matt-Snape przewrócił oczami i lekko się skrzywił, wyrażając swoją dezaprobatę dla współaktorów. Na szczęście zauważyła to tylko Hermiona.
- W takim razie nie ma sensu, żebyśmy tu dalej siedzieli. - Po rzuceniu Sonorusa zwróciła się do reszty sali. - Jutro widzimy się o tej samej porze, na tych samych zasadach. Proszę, aby każdy przeczytał przynajmniej swoją rolę. Każdą scenę przed zagraniem dokładnie omówimy. W przypadku pytań, jak już mówiłam, służę radą. - uczniowie i kilku nauczycieli zaczęli powoli zbierać się do wyjścia, jedni pogrążeni nadal w lekturze skryptu, inni zajęci rozmową. Sala z wolna pustoszała.
Gryfonka ściszyła swój głos i zaczęła zbierać swoje notatki. Zamknąwszy torbę, zarzuciła ją na ramię i odwróciła się z zamiarem zejścia ze sceny. W ostatniej chwili wyhamowała, w przeciwnym wypadku zderzyłaby się z Nietoperzem, nonszalancko oczekującym na nią z boku drewnianego podestu.
- Skoro wszystko już omówione i nikt nie ma pytań, czas wracać do twoich komnat, Hermiono. - rzucił swobodnym tonem z drwiącym uśmiechem na twarzy.
- Ależ...oczywiście, braciszku! Mam sporo nauki, ty chyba też powinieneś pisać coś do pracy, prawda? - chwilowe zmieszanie dziewczyna pokryła szerokim uśmiechem i pewnie ujęła mężczyznę pod ramię.
Szli korytarzem w stronę kwater Prefekt Naczelnej nadal bawiąc się w tę grę pozorów i w duchu licząc, żeby żadne z przyjaciół Hermiony nie wpadło na pomysł, aby ją odwiedzić. Snape wszedł do pokoju dziewczyny, aby z salonu przejść kominkiem do swoich ukochanych lochów.
- Może napije się pan herbaty? - uprzejmie zapytała dziewczyna, stawiając torbę na ziemi, gdy Snape zabezpieczał drzwi zaklęciem.
- A mamy coś do omówienia, Granger? - ledwie wypowiedział te słowa, jego twarz zaczęła się nagle zmieniać, nos się wydłużył, włosy postanowiły gwałtownie rosnąć i ciemnieć. Hermiona wiedziała, co to oznacza, dlatego błyskawicznie rzuciła na swojego nauczyciela zaklęcie, które umożliwiało dostosowanie rozmiaru ubrań do sylwetki. Odkryła je w jakimś głupim czasopiśmie, chyba "Modnej Wiedźmie". Ginny lubiła czasem to przeglądać, szukając inspiracji odzieżowych - tą metodą Hermiona poznała ten prosty, praktyczny czar i uznała, że warto go zapamiętać.
Po chwili stał przed nią Snape ze swoją standardową, nieprzyjemną miną, we flanelowej koszuli zsuwającej się z ramion, czarnej koszulce i – o Merlinie! – obcisłych dżinsach jej kuzyna. O ile na ciele Matta, jak zauważyła rano, opinały się nieprzyzwoicie, o tyle ze Snape'm było jeszcze gorzej. Rozmiar się dostosował, ale nadal były ciasne – szczególnie w tym jednym, dość newralgicznym punkcie, spodnie wściekle się napinały, jakby chciały pęknąć. Do tego podkreślały umięśnione uda profesora – o takie nogi by go nigdy nie podejrzewała! - i cóż, dość skutecznie nie pozwalały oderwać wzroku od miejsca na południe od klamry paska... Dziewczyna spłonęła buraczkowym rumieńcem, wbiła wzrok w podłogę i szybko przywołała dwa kubki z półki.
- Rozumiem, że teraz chce pani herbatą mnie tu zatrzymać, by móc się napatrzeć do woli? - głos Snape'a, teraz już nie brzmiący jak głos Matta, był jak roztopiona czekolada. Hermiona drżącymi rękami postawiła kubki na stoliku, przywołała herbatę z szafki i zaparzyła gorący napój. Nadal nie miała odwagi podnieść wzroku na Mistrza Eliksirów. Bała się również, że jeśli cokolwiek spróbuje powiedzieć, jej własny głos ją zawiedzie. Myśli od kilku chwil galopowały w szaleńczym tempie pod burzą brązowych loków: Snape i spodnie - o Merlinie! - jaki on jest seksowny - jaki on musi być wyposażony - jak ja mogę o tym myśleć - idiotko, to nauczyciel - to gorzej niż nauczyciel, to Snape - to Nietoperz! - ale jak on seksownie wygląda - jesteś kretynką, opanuj się - trzy wdechy - nie patrz na niego, bo znowu się zarumienisz - zrób herbaty - ale te spodnie - ten facet powinien na zawsze porzucić swoje czarne szaty i chodzić w dżinsach, mógłby mieć każdą -nie, przecież to Nietoperz, jest paskudny jak bezgwiezdna listopadowa noc – no chyba, że ktoś lubi ciemne noce - ale tak wygląda - jak ja wytrzymam te próby - jak to dobrze, że jest magia i można wyczarować wrzątek – chwała Merlinowi, że wtedy, gdy mnie wezwał, był w luźnych spodniach...
Przez cały ten czas Severus obserwował dziewczynę zza zasłony włosów, a kącik jego ust uniósł się w nieznacznym, ironicznym półuśmiechu. Doskonale wiedział, co doprowadziło Gryfonkę do rumieńców w kolorze dzikich róż. Chwilę przed wyjściem na próbę, już w ciele tego chłopaka, zerknął w lustro. Wiedział, na czym opinają się najbardziej dżinsy mugola, ale wiedział też, że na nim w tym miejscu opinałyby się znacznie widoczniej. Gdy teraz ukradkowo zerknął w dół, już wiedział, że miał niestety rację. Czuł się nieco dziwnie, ale bawiło go zakłopotanie dziewczyny. Zrzucił z ramion koszulę i usiadł w fotelu. Na jego ruch Hermiona wreszcie zareagowała siadając naprzeciw i nieśmiało zerkając w jego stronę.
- Przepraszam, profesorze, ja po prostu się zdziwiłam, nigdy nie widziałam pana w niczym innym, niż czerni... - wydukała niepewnie, pochylając się nad herbatą.
- Dziękuję za zmianę rozmiaru odzieży, panno Granger. Bez pani pomocy niechybnie bym się w te ubrania nie zmieścił... - zawiesił głos, zdając sobie sprawę z niezamierzonej dwuznaczności ostatnich słów. Miał ochotę plasnąć otwartą dłonią we własne czoło: zawstydzanie uczennic w ciele jakiegoś lalusia – w porządku, zawstydzanie Granger przy każdej możliwej okazji - też w porządku, to całkiem niezła zabawa, ale prowokowanie jej niekoniecznie jasnymi tekstami było narażaniem się na odpowiedź...
- Nie wiem, jakiego zaklęcia pani użyła, ale proszę je pamiętać, gdybym kiedyś nie zdążył wypić kolejnej porcji Wielosoku na czas. - stwierdził spokojnie, próbując zatuszować słowa, które znowu przyprawiły Gryfonkę o głęboki rumieniec.
- To było Aequare Indumentum*, panie profesorze. Ginny to gdzieś znalazła, a że dość przydatne, to zapamiętałam... Jak pan sądzi, profesor Slughorn będzie w stanie jutro już grać? Mam na myśli, czy zdąży się nauczyć roli... - Hermiona postanowiła dyplomatycznie sprowadzić rozmowę na neutralny temat, zanim Snape coś znowu powie. Miała dość wyglądania jak dojrzały pomidor.
- Powinien, panno Granger. - po twarzy profesora błąkał się nadal lekki, drwiący uśmieszek, choć ton głosu wrócił do standardowo chłodnej temperatury.
- Byłoby cudownie. Rozmawiałam wcześniej z resztą obsady i mają być gotowi do grania kolejnych scen. Profesor McGongall obiecała pomóc przy przygotowywaniu dekoracji. Jak pójdzie szybko, to uda się nam to wystawić na Halloween. Myślę, że to byłaby ciekawa atrakcja po uczcie, nie sądzi pan?
- Możliwe. Przypominam, że musi się pani uczyć, panno Granger. Ten spektakl oczywiście jest istotny, ale czekają panią również egzaminy w przyszłym roku.
- Wiem o tym, profesorze. Wczoraj przygotowałam wszystkie prace na ten tydzień, żeby mieć wolne wieczory. Staram się podzielić czas tak, aby zdążyć ze wszystkimi obowiązkami. Ale dziękuję, to miło, że się pan tak troszczy o moją edukację. - uśmiechnęła się szeroko. Celowo sprowokowała nauczyciela, wiedziała, że te słowa go rozwścieczą.
- Nie troszczę się o twoją edukację, Granger! Nie życzę sobie po prostu, żebyś pisała potem milion odwołań od swoich wyników, zrzucając winę na mnie i profesor Springer! - Snape odstawił z hukiem kubek, wstał i ruszył w stronę kominka. - Żegnam! - po chwili jego szata znikała w płomieniach.
Tak wyglądały rozmowy z Nietoperzem. On chyba miał rozdwojenie jaźni – ilekroć Hermiona zdążyła pomyśleć o nim pozytywnie, przypominał, że jest dupkiem z lochów. Najważniejsze, że jej pomógł. Teraz trzeba tylko uważnie go obserwować, i na pewno wkrótce się wyjaśni, co takiego ukrywa ten mroczny mężczyzna. Dziewczyna wyczyściła kubki, odesłała je z powrotem na półkę i padła na łóżko. Pierwszy dzień prób miała za sobą. Od jutra czekała ją praca reżysera, co było nie lada wyzwaniem. Potrzebowała dużo snu.
Nie wiedziała, że już niedługo będzie się cieszyć spokojnymi nocami.
- Nie, nie, nie! Lavender, masz się cieszyć, w końcu dostajesz wszystkie rzeczy swojej pani, nagle masz pełną szafę ślicznych, modnych ubrań! Jeszcze raz! - Hermiona po raz kolejny próbowała wykrzesać entuzjazm z niepewnej koleżanki. Argument z ubraniami na szczęście trafił do wyobraźni blondwłosej Gryfonki i zaczęła grać znacznie lepiej, niż podczas poprzednich piętnastu podejść do tej sceny.
Granger miała dość. Nie sądziła, że większość osób ma aż tak słabe pojęcie o teatrze. Pozytywnie zakoczyli ją chyba jedynie bliźniacy – może dzięki psotom i próbom wywinięcia się od odpowiedzialności wyrobili w sobie umiejętność wcielania się w inne postaci. Fred jako Bezdomny był niezrównany – nawet scenę biegania po Moskwie jak obłąkany odegrał wiarygodnie. Ron w charakterze Azazella też radził sobie całkiem nieźle. Matt-Snape nie omieszkał zrzucić tego, rzecz jasna, na wrodzoną głupotę wszystkich Weasleyów i ich naturalne skłonności do wygłupów, na szczęście powiedział to cicho do samej Hermiony, gdy któregoś wieczora wracał z nią z próby do jej komnat, aby stamtąd przenieść się do lochów. Snape... Co do niego, dziewczyna się nie myliła. Grał bezbłędnie. Obawiała się ich wspólnych scen, ponieważ nie była pewna, czy podoła takiemu poziomowi aktorstwa, jakie prezentował. Ciekawe, gdzie nauczył się tak dobrze udawać... Radził sobie w podwójnej roli – powstrzymywał swój cięty język i skutecznie udawał Matta, z drugiej strony wcielał się w Wolanda. Ona ledwie dawała sobie radę z reżyserowaniem poszczególnych scen i jednoczesnym graniem Małgorzaty. Zawsze czuła szacunek do Mistrza Eliksirów, choćby ze względu na jego ogromną wiedzę, ale teraz zaczęła go podziwiać. Była mu wdzięczna za pomoc. Gdy ona stała na scenie z Lupinem i próbowała zmusić Remusa do odrobiny wysiłku podczas ich pierwszej wspólnej sceny, on czekał z przodu widowni i co chwilę pomagał swoimi komentarzami. Nawet nie był złośliwy, dawał im po prostu rzeczowe wskazówki. Był w stanie przejść ponad swoją niezrozumiałą dla dziewczyny niechęcią dla wilkołaka i zwracał się do niego z względnym szacunkiem. To wszystko powodowało, że Hermiona czuła niesamowity respekt i coś na kształt delikatnej sympatii dla nauczyciela. Kiedy tylko zjawiali się w jej komnatach Snape znów był tym samym, zgryźliwym Nietoperzem, znanym całemu Hogwartowi. Czasem, po trudniejszych próbach zostawał na herbacie i omawiał z Gryfonką problemy, które musieli rozwiązać. Pierwszy tydzień owocował w trudne próby – gdyby nie Snape, to pierwsza nie miałaby sensu. To on uratował scenę spotkania na Patriarszych Prudach swoją grą – profesor Slughorn okazał się tragicznym aktorem.
Rozmyślania przerwał Hermionie ich powód.
- Na scenę, siostra. Teraz twoja kolej na latanie nad miastem! - Matt uśmiechał się drwiącym uśmiechem profesora.
Dziewczyna posłusznie stanęła na scenie, wypowiedziała ostatnie słowa do uśmiechającej się do ściany Lavender, a Ginny rzuciła na nią z widowni zaklęcie lewitacyjne, umożliwiając przyjaciółce uniesienie się nad niewielką salą. Była to już ostatnia scena tego dnia. Na kolejny pozostawili pierwsze spotkanie Małgorzaty z Wolandem i bal.
Hermiona stała już bezpiecznie na scenie i podawała aktorom sceny, do których mieli się przygotować na następną próbę. Oprócz wątku Małgorzaty grali przecież też wątki rozgrywające się w Moskwie i historię Poncjusza Piłata, ponadto najwyższy czas sprawdzić stroje w tych scenach, które już udało im się opanować. W tym czasie Ginny dopadła Matta i uwiesiła się jego ramienia.
- Słuchaj, Matt, jest taka sprawa... W sobotę jest wyjście do Hogsmeade, może chciałbyś się ze mną wybrać na piwo kremowe? Chłopaki też pewnie pójdą, Miona nam załatwi pozwolenie od dyrektora... To znaczy tobie, bo my i tak możemy. Ostatnio nie miałeś czasu nawet z nami pogadać, więc może w weekend ci się uda? - rudowłosa zatrzepotała rzęsami i posłała domniemanemu młodzieńcowi najpiękniejszy z posiadanych uśmiechów.
- Nie wiem, czy nie będę musiał pojechać do domu. Sprawy zawodowe, dokumenty, takie tam. Poza tym nie jestem pewien, czy Dumbledore się zgodzi. Odpowiem ci w piątek, dobrze? - Snape wykonał godny podziwu manewr powstrzymywania własnego sposobu bycia. Nadludzkim wysiłkiem woli powiedział to wszystko dość obojętnie i lekko, przy okazji starając się nie ranić uczuć dziewczyny. Osobiście, miał pewien uraz do rudowłosych. Weasleyównę lubił, bo miała bardziej poukładane w głowie niż wszyscy jej bracia, ale nie zamierzał spędzać wolnej soboty jako kuzyn Wiem-To-Wszystko razem z nią, Rudym Idiotą i Złotym Chłopcem.
Od początku prób minęły prawie dwa tygodnie i powoli, powoli wychodzili na prostą. Nie było łatwo, ale było warto. Hermiona zauważyła, że Ginny uśmiecha się prosząco do Snape'a i postanowiła interweniować.
- Matt, musimy lecieć! Mamy dzisiaj wysłać dokumenty twojemu koledze! Pogadamy jutro, Ginny! - tym naprędce skleconym kłamstewkiem wyrwała mężczyznę z rąk rudowłosej i praktycznie biegiem zabrała z sali.
Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi od pokoju Prefekt Naczelnej, Snape oparł się o ścianę, wsuwając ręce do kieszeni kolejnych dżinsów należących do Matta, tym razem na szczęście nieco luźniejszych – od pamiętnej pierwszej próby nie nosił tamtych spodni – i z właściwą sobie złośliwością spytał:
- Gdzież to panna Nigdy-Nie-Złamię-Regulaminu nauczyła się tak wzorowo kłamać? I z jakiej okazji wybawiła mnie pani od swojej przyjaciółki, czyżby kuzyn nie był nią zainteresowany?
Hermiona zrezygnowanym gestem rzuciła torbę na podłogę, machnęła różdżką w kierunku półki z herbatą i opadła na fotel.
- Nie wiem, co Ginny chciała od pana, ale wiem, że podoba jej się Matt. Zakładam, że nie zamierza pan grać słodkiego mugola, dlatego zabrałam pana stamtąd, gdy tylko zauważyłam, że stoi pan z nią sam, profesorze. To chyba logiczne, nie chcę, żeby cierpiała. - odpowiedziała, parząc dwie herbaty. Nauczyła się już, że po niektórych próbach nie ma sensu pytać, czy Mistrz Eliksirów zostanie – wystarczyło przygotować gorący napój i delikatnie zagadnąć o jakąkolwiek scenę – to wystarczało, aby wdał się w dyskusję i wypił przynajmniej jeden kubek.
Nauczyciel właśnie zaczął przechodzić przemianę. Gryfonka się tego spodziewała, trzecią dawkę Wielosoku wypił, gdy ona kończyła grać scenę spotkania z Azazellem, a od tego czasu spokojnie minęła godzina. Między innymi dlatego szybko zabrała go z Pokoju Życzeń – bała się, że przemiana może się zacząć, zanim dojdą do jej kwater. Rzuciła na nauczyciela Aequare Indumentum i obserwowała spokojnie, jak wracał do swojego wyglądu. Już po chwili twarz dwudziestoparolatka została zastąpiona przez zachmurzone oblicze profesora. Trzeba przyznać – w mugolskim ubraniu wyglądał dużo młodziej. Pasowała do niego błękitna koszula i szary sweter, dzięki nim wyglądał mniej przerażająco i jakoś sympatyczniej, niż zazwyczaj. Brakowało mu chyba pewnego majestatu, nadawanego przez czarne szaty. Nadal jednak z jego postawy biła elegancja, spokój i chłód – cechy charakterystyczne Mistrza Eliksirów. Być może zawdzięczał to obojętnemu spojrzeniu, ostrym rysom twarzy albo nienaturalnie sztywnej sylwetce. Hermiona nigdy nie widziała go zgarbionego.
- Panna Weasley zaproponowała mi wspólne wyjście do Hogsmeade w sobotę. Uznała, że uda się pani załatwić zgodę Dumbledore'a dla mnie. Proszę docenić, że nie odmówiłem od razu. - siadając w fotelu, nauczyciel obserwował szok na twarzy uczennicy.
- Aaale... przecież... przecież pan tam nie pójdzie... - Hermiona była bezradna. Z jednej strony nie była w stanie zmusić Snape'a do udawania Matta poza próbami, z drugiej powoli brakowało jej wiarygodnych argumentów, które pozwoliłyby utrzymać Ginny w niewiedzy i jej nie raniły.
- Dlatego do soboty musisz załatwić z Dumbledore'm przyjazd Matta tutaj. I zgodę na Hogsmeade. - prychnął Snape i sięgnął po swoją herbatę.
- Zaraz, zacznę od wysłania do niego sowy. A co, jeśli nie będzie mógł przyjechać? - w oczach Gryfonki widać było totalne zdezorientowanie.
- Wtedy będziesz musiała sklecić jakieś ładne kłamstewko. Masz już w tym wprawę. - Snape nie mógł darować sobie złośliwego uniesienia kącików ust. Siedział w fotelu z łokciami ułożonymi na oparciach, trzymając w złączonych dłoniach kubek herbaty. W nikłym świetle Hermiona nie mogła dojrzeć wyrazu jego oczu, jednak wiedziała, że nauczyciel jest, o dziwo, w dobrym humorze. O sobie tego nie mogła powiedzieć. Sięgnęła po notes, skreśliła kilka zdań na wyrwanej kartce, przeprosiła nauczyciela i pobiegła do sowiarni z gotowym listem.
Gdy z powrotem weszła do swoich kwater, Snape właśnie pochylał się nad swoim egzemplarzem scenariusza.
- Powinniśmy przećwiczyć jutrzejszą scenę balu. Chociaż... to właściwie jest banalne, ale nasza rozmowa przed balem i po nim, to jest istotne i musi być dobrze zagrane.
- Cóż, bardzo chętnie. Tyle, że właściwie w obu tych scenach jest też reszta świty Wolanda... - niepewnie stwierdziła dziewczyna, zaglądając do swoich notatek.
- Dlatego zagramy sobie teraz rozmowę po balu. Tę jedną scenę, gdzie najpierw Małgorzata ratuje Friedę, a potem odzyskuje Mistrza. To jest najtrudniejsze, proszę się skupić. Zaczyna pani, od tego fragmentu. - mężczyzna wskazał palcem zdanie w tekście, oparł się wygodnie i wbił wzrok w Gryfonkę.
Hermiona usiadła na brzegu fotela, spojrzała niepewnie na Snape'a, wchodząc w rolę, i zaczęła:
- Chyba czas już na mnie... Jest późno...
- Dokąd się pani spieszy? - nauczyciel rzucił to swoim standardowym głosem, brzmiąc dokładnie tak, jak dziewczyna wyobrażała to sobie, czytając książkę.
- Tak, już czas. Dziękuję panu, messer. Wszystkiego dobrego, messer. - wyszeptała teatralnie brązowowłosa. Zmieszanie nie było dla niej trudne – nie miała sprecyzowanego zdania o swoim profesorze, nie wiedziała, czego się po nim spodziewać. A na polu spektaklu zaskakiwał ją już nie raz, dlatego czuła się niepewnie i granie tej sceny przychodziło jej bez trudu.
W odpowiedzi Snape wygiął usta w uśmiechu, niestety takim, który nie sięga oczu. Już otwierał usta, aby wypowiedzieć kolejną kwestię, gdy rozległo się stukanie do okna.
Gryfonka zerwała się, wpuściła sowę i odwiązała od jej nóżki list.
- Rzuciłam na nią zaklęcie, żeby przyniosła odpowiedź bezpośrednio do mojego pokoju. Wiedziałam, że Matt od razu odpisze. - wytłumaczyła dziewczyna, podsuwając sowie ciastko, zamykając za nią okno i rozwijając wiadomość.
Po chwili opadła na swoje łóżko, ustawione w rogu pokoju. Gruby materac lekko ugiął się pod ciężarem jej ciała. Schowała twarz w rękach, a jej włosy rozsypały się, tworząc kurtynę.
- Granger, co się stało? - szorstko zapytał Snape, widząc reakcję dziewczyny na list. Nawet nie drgnęła.
- Granger, odpowiadaj. Co się dzieje? - lekko zdenerwowany wstał. Hermiona nadal nie podniosła głowy. Wstał i zabrał z łóżka list, który tam rzuciła. Na to Gryfonka zareagowała z oburzeniem, ale tylko uciszył ją zaklęciem i zaczął czytać. Granger tymczasem próbowała mu wyrwać kartkę, ale widząc, że nie ma szans, znów usiadła zrezygnowana na łóżku i tylko śledziła twarz Mistrza Eliksirów, rzucając mu zrezygnowane, ale i wściekłe spojrzenia.
"Witaj, siostrzyczko!
Ja niestety nie mogę przyjechać. Naczelnik – ten, o którym Ci opowiadałem – dorzucił mi służby w każdy weekend do końca roku, bo złożyłem ostatnio podanie o urlop na Boże Narodzenie. Musi mi go przyznać, więc się mści. Myślę, że Mistrz Eliksirów mnie godnie zastąpi. Na ile zdążyłem go poznać, facet ma fantastyczne poczucie humoru i pewnie będzie go bawił fakt, że może podszyć się pode mnie i posłuchać uczniowskich ploteczek. Prosiłbym tylko – o ile się zgodzi, oczywiście – żeby nie dawał zbyt dużych nadziei Ginny. To nie jej wina, po prostu hm... ja nie jestem zainteresowany. Wytłumaczę Ci to przy najbliższej okazji, obiecuję! Kocham Cię, siostrzyczko, trzymam kciuki za spektakl i Twoją współpracę z – jak go nazywasz, Nietoperzem? Jeszcze raz przepraszam.
Ściskam, Twój Matt."
- Mamy problem, panno Granger. - Snape usiadł na łóżku obok niej, wyprostował swoje długie nogi i skrzyżował w kostkach. - Musi pani do jutra wymyślić jakąś piękną historię o tym, że Matt musi jechać do domu. Nie ma szans, żebym udawał mugola i znosił całą Złotą Trójcę z Weasleyówną. Nie ma szans. - gdy po chwili nadal nie słyszał odpowiedzi, spojrzał na siedzącą obok Gryfonkę. Patrzyła na niego z pretensją w oczach, trzymając ręce zaplecione na piersiach. Zorientował się, że nadal nie oddał jej głosu. Machnął dwa razy różdżką z kpiącym uśmieszkiem i Hermiona poczuła, że znów może mówić.
- Jak pan śmiał! Najpierw zabrał pan moją prywatną korespondencję, potem odebrał mi głos, co pan sobie wyobraża? - wykrzyknęła oburzona, zrywając się z łóżka i stając naprzeciw nauczyciela.
- Dziesięć punktów za impertynencję, Granger. Pięć za nazywanie mnie Nietoperzem. Poza tym, ten list dotyczył mnie, a ty nie byłaś łaskawa udzielić mi odpowiedzi na pytanie. A teraz kombinuj, co powiesz Weasleyównie. - mówiąc do Hermiony chłodnym, opanowanym tonem, jakiego używał podczas lekcji Snape z gracją wstał, wyminął ją i wrócił do stolika,.
- Prawdę, panie profesorze. Nie mogę dłużej jej mydlić oczu, sama widzi, że coś jest nie tak. - brązowowłosa wlała w te słowa jad godny jej rozmówcy. Jego sposób bycia powoli zaczynał jej się udzielać – może to była jedyna forma wywarcia jakiegokolwiek wrażenia na Mistrzu Eliksirów.
- Nie radzę, Granger, nie radzę. - Profesor wstał i skierował się do kominka. Dziewczyna zastąpiła mu drogę.
- To nie moja wina, że podoba jej się Matt. Panu też zależy na utrzymaniu tajemnicy. Proszę mi pomóc, ona mi już nie wierzy w te wszystkie wymówki. - Hermiona postanowiła odwołać się do poczucia przyzwoitości nauczyciela, licząc na to, że poczuje się współwinny wszystkich kłamstw.
- Przygotowuj się do roli. - z tymi słowami wszedł w płomienie i już po chwili dziewczyna została sama z całą masą problemów i dwoma kubkami pełnymi herbaty na stoliku, zarzuconym notatkami i scenariuszami.
Piątkowy poranek rozpoczął się Eliksirami. Hermiona szła na nie zrezygnowana, nadal nie wiedząc, co zrobić. Zasnęła dopiero o świcie, poświęcając całą noc na rozważanie kwestii Matta i Ginny. Nie miała pojęcia, jak wytłumaczyć dziewczynie powrót chłopaka na weekend do domu. Mogłaby się powołać na to, iż Dumbledore nie dał mu zgody na wspólne wyjście, ale wtedy Ginny nalegałaby na spotkanie z nim w zamku. A wiarygodnych wymówek już nie było. Zdecydowała się po zajęciach spróbować jeszcze raz porozmawiać ze Snape'm, może udałoby się jej przekonać go do choćby godzinnej przemiany i spotkania z dziewczyną...
Po dwóch godzinach warzenia, gdy ostatni uczniowie wychodzili, dziewczyna podeszła do biurka Mistrza Eliksirów.
- Słucham, panno Granger. - podniósł na nią wzrok, przeszywając ją spojrzeniem.
- Naprawdę mi pan nie pomoże? - bała się powiedzieć cokolwiek więcej. Sam ją przestrzegał przed rozmawianiem o jego udziale w spektaklu nawet w jego gabinecie, dlatego zadała tylko to jedno pytanie.
- Zdaje się, że ma pani teraz Transmutację. Do zobaczenia wieczorem. - wskazał jej drzwi.
Czyli jest zdana sama na siebie. Snape jej nie pomoże, a ona musi wymyślić do wieczora coś, co przekona Ginny o tym, że Mattem nie warto się zajmować. Postanowiła póki co skupić się na zajęciach, licząc, że rozwiązanie samo wpadnie jej do głowy.
Pół godziny przed próbą Hermiona sączyła w swoim pokoju herbatę, błądząc wzrokiem po scenariuszu. Myślami była nadal przy przyjaciółce, która podczas posiłków wydawała się być nieco spłoszoną przez wymijającą odpowiedź Matta poprzedniego dnia. Już wcześniej wyjaśniła jej, że Matthew nie zjawia się na wspólnych posiłkach, ponieważ zabronił tego Dumbledore, i że dyrektor nalegał na zachowanie w tajemnicy obecności chłopaka w zamku. Dziewczynie było szkoda Rudej, w końcu życzyła jej jak najlepiej, ale skoro Matt nie był nią z jakichś względów zainteresowany, może i faktycznie lepiej, żeby – nawet w opcji "Snape udaje mugola" – się z nim nie spotykała. Tymczasem w kominku pojawił się Matt. To znaczy, Snape, ale już w ciele Matta. Tym razem miał na sobie dość luźne czarne sztruksy i czarną koszulę. Wyglądał...fantastycznie. Hermiona zdawała sobie sprawę, że to wszystko jest próbą zniechęcenia do chłopaka Ginny. Snape zapewne liczył na wywołanie w umyśle Rudej skojarzeń z Mistrzem Eliksirów, które skutecznie wpłynęłyby na zmianę postrzegania Matta przez dziewczynę. Gryfonka nawet nie próbowała go uświadomić, jak mu nie wyszło. W tej mrocznej stylizacji wyglądał bezbłędnie. Obawiała się, że tak samo zareaguje Ginny – cichym westchnięciem.
- Czy ten dźwięk był oznaką tego, jak bardzo się pani cieszy na mój widok, panno Granger? - mężczyzna oparł się o kominek w lekkiej, nonszalanckiej pozie.
- Po prostu dotarło do mnie, jak Ginny na pana zareaguje. Jak się okazuje, do Matta pasuje czerń... - dziewczyna wzruszyła ramionami i przelewitowała na stolik drugi kubek, jednym machnięciem różdzki napełniając go herbatą. - Proszę, profesorze. Mamy jeszcze pół godziny do próby. -
Snape usiadł przy stoliku i sięgnął po swój egzemplarz scenariusza. Hermiona obserowała go, oczekując jakiegoś komentarza do własnych słów. Nie doczekała się.
- Jest pani przygotowana do dzisiejszego grania? - sformułował to zdanie tak, jakby miał na myśli nie tylko rolę Małgorzaty.
- Wydaje mi się, że tak. A pan, profesorze? - dziewczyna postanowiła odpowiedzieć w tym samym tonie.
- Aż za dobrze. - Snape upił łyk herbaty i dalej przeglądał scenariusz, nie zaszczycając nawet jej spojrzeniem.
Hermiona zdała sobie sprawę z tego, że z Mistrza Eliksirów nie da się nic wyciągnąć na temat Ginny. Dała sobie spokój i sama wróciła do scenariusza.
Po pewnym czasie, spędzonym w ciszy, Snape zgiął się w pół w fotelu. Szybkim gestem sięgnął do kieszeni i wyjąwszy z niej małą fiolkę, wypił całą jej zawartość jednym haustem.
- Czyżby Wielosok? - zapytała Hermiona, podnosząc głowę znad kartek.
- Wypiłem go dziś wcześniej, żeby dopasować garnitur. Myślę, że czas się zbierać na próbę.
- A ja nadal nie wiem, co powiedzieć Ginny... - mruknęła Hermiona, zbierając z podłogi torbę i zarzucając ją na ramię. Snape zerknął ukradkiem na dziewczynę ze złośliwym uśmiechem i otworzył przed nią drzwi. Bez słowa ruszyli do Pokoju Życzeń.
Scena balu przeszła dość gładko, oprócz jednej sytuacji. Przy wypowiedzi Behemota: "Na litość boską, królowo, czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!" bliźniacy przerwali Tonks wybuchem śmiechu.
- Miona, powinnaś do tej roli... - zaczął Fred, zginając się ze śmiechu.
- ... ściągnąć Kruma! On na pewno umie pić! - skończył George, opierając się na ramieniu brata.
- Pewnie by się ucieszył z tego angażu! - dorzucił Fred, czym zasłużył sobie na gromiące spojrzenie reżyserki. Jednak wesołość braci wkrótce udzieliła się wszystkim, i kiedy Tonks ponownie próbowała wykrztusić z siebie poważnym tonem tę kwestię, cała grupa śmiała się w głos.
Co najdziwniejsze, odtwórca roli Wolanda również się śmiał. Jego śmiech przykuł uwagę dwóch Gryfonek. Starsza z nich była zdziwiona tym, że – bądź co bądź - Snape potrafi się śmiać. Młodsza natomiast liczyła na to, że po próbie usłyszy zgodę na wspólne sobotnie wyjście. Zapatrzona w mężczyznę obserwowała, jak uroczo się śmieje. Od pierwszego spotkania z nim w kwaterach Prefekt Naczelnej nie zdarzyło się jej słyszeć jego śmiechu. Na próbach był dość ponury. Zrzucała to na identyfikację się z rolą, nie szukając innych powodów.
Wszystkie zaplanowane sceny udało się dokończyć. Na kolejny tydzień przypadały próby w kostiumach i przygotowywanie dekoracji. Wielkimi krokami zbliżała się premiera. Gdy poszczególne osoby omawiały z Hermioną kwestię stroju, Snape podszedł do Ginny. Ona doskonale wiedziała, w czym będzie grać, ustaliły to już na początku prób. Siedziała z tyłu sali, obserwując wygłupiających się razem z Tonks bliźniaków. Mężczyzna usiadł obok i zaczął rozmowę.
- Dumbledore się zgodził, a mi się udało odwołać wyjazd do domu. Chętnie zobaczę jutro Hogsmeade. Tylko wiesz, nie chciałbym tam siedzieć za długo, żeby nie nadużywać sympatii dyrektora. I tak jestem przeszczęśliwy, że w ogóle pozwala mi tu mieszkać, no i jutro z wami wyjść. - udało mu się zagrać względny entuzjazm.
- Super! Powiem chłopakom, na pewno się ucieszą. A Hermiona idzie z nami czy tradycyjnie wkuwa? - dziewczyna była rozpromieniona.
- Nie wiem, pogadam z nią dzisiaj. Pewnie się wybierze na trochę. Idę jej pomóc, bo jak patrzę na tę kolejkę szaleńców, którzy muszą wiedzieć wszystko o każdym elemencie własnej garderoby, to aż mi jej szkoda.
- Ale wydaje mi się, że ona to lubi. Tak ją to pochłonęło, że aż podpadła Snape'owi. Dał jej szlaban, i z tego co mówiła, to po zakończeniu prób też się będzie z nim męczyć... Biedactwo... - Ginny spojrzała na przyjaciółkę, która stała na środku sceny otoczona przepychającymi się uczniami.
- On chyba nie jest taki zły, na ile go zdążyłem poznać. - Snape uśmiechnął się lekko, w duchu myśląc o tym, że Matt miał rację. Słuchanie plotek mogło być ciekawą przygodą. Szczególnie, że był wybitnie znienawidzonym nauczycielem.
- To świadczy tylko o tym, że nie zdążyłeś go poznać. - Ginny obdarzyła go szerokim uśmiechem, gdy wstał i skierował się w stronę sceny.
Po kolejnej godzinie omawiania, podczas której przez ponad kwadrans tłumaczył Lupinowi scenerię, w której przyjdzie mu grać, wreszcie udało im się opuścić salę. Dochodziła północ, a Hermiona wręcz słaniała się na nogach. Kiedy dochodzili do jej kwater, nagle się zatrzymała.
- Na Merlina! Zapomniałam na śmierć o Ginny! Kiedy ja jej to powiem...
- To akurat załatwiłem ja. Ty się tylko określ, czy idziesz z nami. - po tych słowach drzwi się za nimi zamknęły.
- Naprawdę się zgodziłeś! Dziękuję! - Gryfonka zapomniała, że już nikt ich nie widzi i powinna wrócić do zwykłych, oficjalnych relacji z mężczyzną, i rzuciła mu się na szyję.
- Panno Granger! Proszę się w tej chwili opanować! - Snape zdecydowanie ją od siebie odsunął, ominął i usiadł w fotelu.
Dziewczyna zarumieniła się i zaczęła tłumaczyć.
- Przepraszam, ja zapomniałam... Ratuje mi pan życie! - tradycyjnie zaczęła przygotowywać herbatę, chociaż jeszcze przed chwilą marzyła tylko o tym, aby zostać sama i iść spać.
- Tego bym nie powiedział. Musi pani jutro iść z nami, nie zamierzam znosić tych idiotów sam. I musi pani powstrzymywać zapędy swojej przyjaciółki. Ja nie mogę jednocześnie jej do siebie zniechęcać i być miłym, uroczym mugolem. - stwierdził profesor ze swoją standardową, kwaśną miną.
- Miło, że tak pan ocenia mojego kuzyna. Oczywiście, że pójdę, mam tylko nadzieję, że dość szybko się stamtąd zbierzemy.
- To akurat jest oczywiste, panno Granger. Ta miotła na głowie uniemożliwia logiczne myślenie. - nie mógł sobie darować tej odrobiny złośliwości.
Dwie herbaty i ponad godzinę później, Hermiona leżała w swoim łóżku. Snape ją potężnie zaskoczył, musiała przyznać, że nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Najpierw się zarzekał, że nigdy nie zgodzi się na coś takiego, a potem wszystko załatwił, nawet jej nie uprzedzając. Człowiek - zagadka. Zdążyła jeszcze pomyśleć, że chyba przebywanie w ciele Matta mu dobrze robi, bo staje się jakiś milszy i przystępniejszy dla świata, a potem, przemęczona, usnęła.
- Mówię wam, Armaty w tym roku skopią im tyłki! - Ron entuzjazmował się quidittchem nad dużym kuflem kremowego piwa. Od pół godziny siedzieli w barze Pod Trzema Miotłami, i cóż – nazwa zobowiązuje – rozprawiali o czarodziejskim sporcie. Dla ścisłości, rozprawiał Ron i Harry z częstymi komentarzami Ginny. Ruda próbowała dzielić swoją uwagę między "Matta" a dyskusję chłopaków. Hermiona rozsądnie usiadła między nią a Snape'm i gdy tylko mogła, zaczynała rozmowę o książkach. Swobodnie rzucała tytułami i ze zdziwieniem odkrywała, że jej nauczyciel zna wszystkie książki, które wymieniała. Nie podejrzewała go o aż tak szeroką znajomość literatury mugolskiej i nie miała pojęcia, gdzie tę wiedzę posiadł. Podawał jej ciekawostki i biogramy autorów, o niektórych rzeczach słyszała pierwszy raz. Ruda była nieco rozczarowana, ale nie dawała tego po sobie poznać.
- Chłopaki, dajcie spokój z tym quidditchem! Matt przecież nie jest do końca na bieżąco, porozmawiajmy o czymś, co go też dotyczy! - Młodsza Gryfonka postanowiła interweniować. W końcu sama zaproponowała to wyjście, a póki co nawet nie zamieniła z Mattem jednego zdania.
- To może omówmy te kostiumy do końca, bo ja nadal nie wiem, jak mam wyglądać. - jęknął Ron.
- Błagam, tylko nie spektakl! Ja mam już dość, praktycznie cały czas się tym zajmuję i chciałabym odpocząć! - zbuntowała się Hermiona.
- A myślałem, że to cię nakręca do działania. Wydaje się, że tylko to cię teraz interesuje. - mruknął Harry, spoglądając na przyjaciółkę.
- Właściwie masz rację, ale dzisiaj chciałabym po prostu z wami posiedzieć i zostawić temat przedstawienia daleko za sobą. - westchnęła dziewczyna, przy okazji zauważając maślane spojrzenie swojej przyjaciółki.
- Ej, a co po premierze? Faktycznie stary nietoperz dał ci szlaban? - Ron, subtelnie jak zwykle, przypominał dziewczynie o miesiącu, który ją czekał w lochach.
- Dał. Przez miesiąc codziennie. Tyle dobrego, że chociaż dopiero po premierze... - zrezygnowana brązowłosa zwiesiła głowę.
- To ten od Eliksirów, którego tak nienawidzicie? Poznałem go przez przypadek, wydawał się nawet dość zabawny. - wtrącił się Matt-Snape pozornie obojętnym tonem. Granger prawie się zakrztusiła piwem.
- Tak, żebyś wiedział, jaki to dupek! Czepia się Gryfonów o wszystko! Nie może ścierpieć, że Ślizgoni przegrywają z nami w quidittcha! - Ron zapalił się na wspomnienie Mistrza Eliksirów.
- Daj spokój, Ron. Może nie jest najmilszym nauczycielem, ale potrafi nas nauczyć. Wymaga i dzięki temu mamy jakieś pojęcie o Eliksirach. - Hermiona próbowała ratować sytację, choć już widziała drwiący uśmieszek siedzącego obok niej mężczyzny.
- Nie jest najmilszy? Miona, ty chyba zwariowałaś! Ten tłustowłosy pajac skazuje cię na miesięczny szlaban a ty jeszcze mówisz, że potrafi nauczyć? - Ron wykrzykiwał to głośno, na szczęście obok było dość pusto i nie ściągnęli na siebie uwagi całego lokalu.
- Daj spokój, to przecież Hermiona. Ona lubi wszystkich nauczycieli... - Ginny uśmiechnęła się do Matta, kierując to zdanie do swojego brata.
- Jego sposób bycia to jedno, a umiejętności i wiedza to drugie. - Hermiona skarciła wzrokiem rudowłosego. Już od rozstania dogadywali się nieco gorzej. Niby zostali dalej przyjaciółmi, a jednak coś między nimi pękło. Nie żałowała. Dopiero teraz widziała, jakim płytkim człowiekiem jest Ron. Był oddanym i lojalnym przyjacielem, co wcale nie przeszkadzało mu w byciu kompletnym idiotą. Dotarło do niej, że czasem Snape ma rację. Weasley faktycznie zachowuje się czasem jak kretyn. Wtedy podjęła decyzję, że ta rozmowa dalej do niczego nie zaprowadzi. Ron będzie się z nią kłócić, a profesor poczuje się jeszcze gorzej. Była mu wdzięczna za pomoc, więc powinna go uratować od dalszego rozwoju sytuacji.
- Pewnie i to, że się na nas uwziął, to też nic? -
- Ron, daj spokój. Zbieramy się powoli, ja mam mnóstwo pracy, Matt zresztą też. - Hermiona odstawiła pusty kufel i zaczęła zakładać cienki płaszcz.
- Ja jeszcze muszę wejść do paru sklepów, Ron, miałeś iść ze mną... - mruknął Harry, sięgając po swoją kurtkę.
- Nie ma sprawy, stary. A ty, Ginny?
- Ja pójdę z Hermioną i Mattem. Powinnam się pouczyć. Zobaczymy się później. -
Wszyscy troje czuli, że coś jest nie tak. Ginny nawet przeszła ochota na rozmowę z Mattem, był dziwnie zamyślony. Hermiona natomiast sprawiała wrażenie lekko poirytowanej.
Podczas drogi niewiele rozmawiali. Ginny błyskawicznie ulotniła się, gdy tylko dotarli do zamku. Starsza dziewczyna wiedziała, że czeka je niedługo rozmowa na temat jej kuzyna, chciała ją jednak odwlec w czasie do chwili, gdy dowie się od Matta, dlaczego ten tak kategorycznie nie chce rudowłosej. Nie chciała nawet komentować zachowania chłopców do Snape'a. Postanowiła nie ruszać już tego tematu, w końcu mogła mu tylko przyznać rację – zachowywali się czasem jak dzieci. Powinna się zgodzić z Ronem, ale... od początku prób, właściwie to odkąd jej pomógł, czuła w głębi serca, że oprócz tajemnicy, mroczny Mistrz Eliksirów ukrywa coś jeszcze. I obawiała się, że to może być wrażliwość. A o to żadne z nich go nie podejrzewało.
- Dziękuję, profesorze. Był pan wspaniały. I Ginny chyba sama zdała sobie sprawę z tego, że nic z tego nie wyjdzie... Będę musiała z nią o tym porozmawiać, ale już nie dziś. Dziękuję. - spojrzała na nauczyciela, idącego prosto do kominka. - I przepraszam za nich. Tacy już są.
- Wiem, Granger. - nie mówiąc nic więcej, wszedł w płomienie.
Hermiona zabrała się za pracę. Miała sporo nauki, a premiera zbliżała się nieubłaganie ogromnymi krokami.
