"I'm spending my time, watching the days go by..."
Radio w pokoju współlokatora utwierdziło Hermionę w przekonaniu, że to będzie zły dzień. Przy wtórze Roxette weszła do kuchni w sobotni poranek, owinięta szlafrokiem usiadła na szafce i uchyliwszy okno, odpaliła papierosa. Za oknem rozpościerało się blokowisko Londynu pokrytego śniegiem. Zapatrzyła się na oddaloną wieżę kościoła, myśląc o hogwarckich wieżach, które tyle razy widziała ośnieżone i jeszcze jednych, całkiem innych, które zobaczyła pierwszy raz pod płaszczem śniegu. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich wysoki, młody mężczyzna.
- Co jest? - mruknął Jared, jeden z jej współlokatorów, właściciel nieszczęsnego radia.
- Nic. Wstawisz wodę? - mruknęła, przeczesując dłonią szopę nieuczesanych włosów.
- Widzę, że coś ci jest. Jest sobota, siódma rano, nie musisz się niczego uczyć na przyszły tydzień, a siedzisz w kuchni i palisz. W dodatku jesteś blada i masz wory pod oczami, czyli najprawdopodobniej nie spałaś. - zawyrokował, włączając czajnik.
- Feeling so small, I stare at the wall... Jakby to, że jestem blada i mam wory pod oczami było czymś nowym. - odpowiedziała, nucąc.
- Aha. Czyli wracamy do tematu tego twojego Zorro, tak? Co znowu, odezwał się? - chłopak wyjął z szafki ulubiony kubek dziewczyny i wrzucił do niego dwie torebki czarnej herbaty. Picie porządnej, sypanej herbaty było rytuałem, dostępnym tylko w jednej sytuacji – przy Nim. Na co dzień dziewczyna pijała mocną ekspresówkę, nie śmiejąc naruszać wspomnień, które od razu ją atakowały, gdy tyko parzyła taką herbatę, jakich litry wypijała z Severusem podczas przygotowań do premiery.
- Nie. I w tym rzecz. - odpaliła kolejnego papierosa i oparła się o ścianę. - Widzisz, ja chyba mam dość takiego siedzenia i czekania. Bo on w końcu dojdzie do wniosku, że na świecie jest milion innych czarownic, a ja sobie zostanę sama.
- Mam ochotę mu przypierdolić. Tak od serca. Jesteś fantastyczną kobietą i z tego co wiem, również genialną czarownicą. Dlaczego on cię tak traktuje? - Jared zalał herbatę i podsunął ją dziewczynie.
Skinęła tylko głową.
- Bo to on.
- Powinnaś wyjść, spotkać się z ludźmi. Od początku roku siedzisz w domu, jak nie wpadnie Mike to nawet piwa nie wypijesz. Dziewczyno, co się z Tobą dzieje? W zeszłym roku wychodziłaś, bawiłaś się, parę razy się nawet martwiłem, o której wrócisz, a teraz? - powiedział to wszystko łagodnie, wręcz smutno. - Ja nie mówię, że masz chlać na umór. Wyjdź, umów się z dziewczynami, idź gdziekolwiek. Niedługo te książki cię wchłoną...
- Myślałam, że się zmieniłam. Ale jednak cały czas jestem Wiem-To-Wszystko... - westchnęła, wolno wypuszczając dym.
- Kim?
- Nazwał mnie tak kiedyś. W czasach Hogwartu mnóstwo czytałam i zawsze zgłaszałam się do odpowiedzi. Wiesz, chciałam im udowodnić, że coś umiem - mimo, że pochodzę z mugolskiego świata...
- Wiem-To-Wszystko. - powtórzył chłopak w zamyśleniu. -Ty faktycznie czasem tak masz. Ale w zeszłym roku było jakoś inaczej, dlaczego?
- Bo zjawiał się tu co kilka dni? - rozgoryczona dziewczyna zgasiła papieros i zsunęła się z szafki. - Dzięki za herbatę. Jestem umówiona z Saszą, idziemy na kawę. - ruszyła w stronę swojego pokoju i po chwili zamknęły się za nią drzwi.
Godzinę zajął Hermionie makijaż. Aż tyle potrzebowała, aby uznać, że jej twarz wygląda perfekcyjnie. Przy makijażu nigdy nie używała czarów. Uspokajała ją powtarzalność i jednoczesna precyzja ruchów przy nakładaniu cieni czy malowaniu rzęs. Lubiła wykonywać makijaż tylko wtedy, kiedy miała na niego naprawdę dużo czasu. Teraz tak było. Spała do 3, potem obudziły ją sny i nie mogła już z powrotem zasnąć. Przesiedziała pół godziny w kuchni z papierosami nad podręcznikiem do teorii literatury, żeby oderwać myśli od snu. Później napisała esej o jednym z omawianych niedawno tekstów – do oddania miała jeszcze miesiąc, ale skoro i tak nie mogła spać...
Z Saszą umówiła się na 12, a ledwie dochodziła dziesiąta. Rano chciała odwołać spotkanie z przyjaciółką, ale słowa Jareda wywarły na nią wpływ. Postanowiła iść za radą współlokatora i ogarnąć się, ubrać, wyjść między ludzi. Wybrała z szafy czarne spodnie, luźną, ale bardzo kobiecą beżową tunikę i do tego długi sweter. Zdecydowała się na botki na średnim obcasie i obowiązkowy czarny płaszcz. Dawno już nie poświęciła tyle uwagi swojemu wyglądowi. Włosy zostawiła luźno puszczone. Makijaż podkreślał doskonale jej oczy, a szminka w kolorze czerwonego wina nadawała całości pewnej kobiecej elegancji. Stanowczo, to było to!
- Jared, i co ty na to? - wsunęła się do pokoju współlokatora w butach, płaszcz zostawiwszy na krześle w swoim pokoju.
- O! Bosko! Do tego pewnie twoja ogromna torebka, w której mieści się wszystko i czarny płaszcz? - chłopak uśmiechnął się na widok dziewczyny.
- Dokładnie! Jak ty mnie znasz! Jeszcze tylko pociągnę czymś paznokcie, zapalę jednego i wychodzę. - wróciła do swojego pokoju.
Szybko potraktowała paznokcie bladoróżowym lakierem i zabezpieczyła je zaklęciem – tylko w tym wypadku używała magii. Nienawidziła czekać, aż lakier wyschnie. Ruszyła do kuchni, miała ponad godzinę, żeby spokojnie dotrzeć w umówione miejsce. Uruchomiła czajnik, sięgnęła po popielniczkę i zapaliła kolejnego papierosa.
- Za dużo palisz. Gdzie się umówiłyście? - Jared znikąd znów zjawił się w drzwiach, widocznie pragnąc nacieszyć oczy przywróconą do życia Hermioną.
- W Bibliotece, jak zawsze. O 12, ale chcę wyjść wcześniej. Wolę na nią czekać, niż się spóźnić.
- Naprawdę pięknie wyglądasz. Powinien cię teraz zobaczyć.
- Dzięki. - dziewczyna uśmiechnęła się słabo, zalewając herbatę – Wrócę pewnie późno, wezmę klucze.
- Okej. Ja zaraz znikam na zakupy, wieczorem zajrzy Mike, mamy pisać sprawozdania. Pewnie jakieś piweczko, co ty na to?
- Brzmi nieźle. Dopiję herbatę i się zbieram, może po drodze też załatwię parę sprawunków.
- Trzymaj się, królewno! - współlokator puścił dziewczynie oko i wyszedł. Hermiona odstawiła pełny kubek na szafkę. Schowała papierosy do torby, sięgnęła po płaszcz i dzwoniąc kluczami opuściła mieszkanie.
Po półgodzinnym spacerze dotarła w umówione miejsce. Usiadła przy stoliku w głębi sali i zamówiła dwie kawy. Odkąd wróciła do mugolskiego świata, uwielbiała ten lokal. Był pełen książek, z niesamowitą, spokojną atmosferą. Stoliki schowane w półmroku, rozświetlanym blaskiem świec, stare tomy na półkach dookoła, delikatna muzyka sącząca się z głośników. Rozpoznała jeden z jej ulubionych utworów Nicka Cave'a – The Ship Song. W myślach zanuciła razem z wokalistą:
You are a little mystery to me
Every time you come around...
Tak bardzo zgadzała się z tymi słowami. Nie miała świadomości, że człowiek, do którego to kierowała, właśnie powtarzał w myślach fragment innej piosenki tego samego wykonawcy...
Nie musiała długo czekać, gdy do sali wpadła jej przyjaciółka. Sasza była wysoką, szczupłą blondynką. Jak niegdyś Hermiona, miała ustawiczne problemy z włosami – loki były niesforne, opadały jej na twarz i ramiona. Szeroko się uśmiechnęła i posłała brązowowłosej przyjazne spojrzenie wielkich, pięknych, zielonych oczu zza cienkich szkieł okularów.
- Cześć, Miona, co się stało? - powiedziała, zdejmując krótki płaszczyk i siadając naprzeciw.
- Dzięki, że znalazłaś czas. Po prostu nie daję rady i muszę z tobą pogadać. Chyba tylko ty jesteś w stanie mnie zrozumieć.
- Zalatuje tajemnicą, a tajemnice najlepiej obgadywać przy kawie.
- Już zamówiłam, spodziewałam się, że będziesz wcześniej.
- W takim razie, zanim zaczniesz, to powiem ci tyle, że poniedziałkowe koło z literatury jest odwołane. - uśmiechnęła się blondynka, przesuwając na środek stolika popielniczkę.
- O, to bardzo piękna wiadomość. Acz podejrzewam, że i tak nas nie minie... - Hermiona obdarzyła przyjaciółkę porozumiewawczym spojrzeniem.
- A teraz mów, co ci leży na sercu. Od jakiegoś czasu jesteś faktycznie dość smutna i nie wiem, dlaczego, ale nie pytałam, uznałam, że w końcu sama się przyznasz.
Barman przyniósł dziewczynom kawę, uśmiechnął się i odszedł.
- Pamiętasz, jak po podstawówce nagle się przeniosłam do innej szkoły?
- No pewnie! Zastanawiałam się, dlaczego, przecież miałyśmy iść razem do Świętego Patryka, a Ty nie wiadomo czemu postanowiłaś iść do jakiejś prestiżowej szkoły na końcu świata, przyjeżdżałaś tylko na wakacje i nic o niej nie opowiadałaś. Myślałam, że to twoi rodzice ją wybrali i nie podobało ci się tam, ale widzę, że to jakaś grubsza historia...
- Bardzo grubsza. Ufam, że uwierzysz w to, co mówię. Postaram ci się wszystko udowodnić, i proszę – nie bierz mnie za wariatkę. To wszystko, co usłyszysz, to prawda.
- Strach się bać. Opowiadaj. - Blondynka otuliła dłońmi filiżankę i wpatrzyła się w przyjaciółkę, wbijającą wzrok w stolik.
- Któregoś dnia dostałam list, wzywający mnie do Szkoły Magii I Czarodziejstwa Hogwart. Jak to beznadziejnie brzmi... W każdym razie okazało się, że jestem czarownicą. Taką, jakie w średniowieczu palili na stosie. - Hermiona rozejrzała się po pustawym lokalu. - Zdmuchnij tę świecę.
Oszołomiona blondynka posłusznie zdmuchnęła świeczkę. Hermiona skupiła wzrok na knocie i po chwili świeca znów płonęła.
- Rozumiesz? Naprawdę to zrobiłam. - nie oczekując komentarza, kontynuowała swoją historię. - Zaczęłam się uczyć, rodzice jakoś to wreszcie zrozumieli i uszanowali. Zaprzyjaźniłam się tam z chłopakiem, który...od dzieciństwa miał pod górkę. Był sierotą, bo jego rodziców zabił... bo ja wiem, tamtejszy odpowiednik hmm... Hitlera. Tak, Hitler jest chyba najwłaściwszą metaforą. W każdym razie kawał skurwysyna. I ten chłopak, Harry, przeżył jego atak. Sytuacja jest cholernie zagmatwana i ci ją daruję, bo żeby to wszystko wytłumaczyć, to musiałabym gadać przez przynajmniej tydzień. Wracając do tematu, tamten "Hitler" polował na Harry'ego, w końcu doszło do decydującej bitwy. Nasi wygrali, zabili tego złego, wszystko cacy. Gwóźdź historii w tym, że tam był nauczyciel Eliksirów. W którym się zakochałam po uszy.
- Za dużo informacji naraz. - blondynka ze spokojem sięgnęła po leżące na stoliku papierosy Miony i bez pytania poczęstowała się jednym. Wypuściła pierwszy kłąb dymu i zaczęła mówić. - Jeśli dobrze zrozumiałam, to wylądowałaś w magicznej szkole. Mieliście tam wojnę, ty się przyjaźniłaś z jej powodem, w jakimś tam stopniu. Wygraliście, ale zabawa się dopiero zaczyna, bo wcale nie chodzi o to, że jesteś czarownicą. Boże, jak to brzmi... Mówisz mi, że istnieje równoległy, magiczny świat, ale to wstęp do właściwej historii, bo ona dotyczy jakiegoś nauczyciela. Jak cię znam, to pewnie jest paskudny, stary i nieciekawy.
- Dokładnie. Ma koszmarny nos. To znaczy, mi się podoba. Ale sama wiesz, jaki ja mam gust. Do tego sięgam mu tak mniej więcej do łokcia. Jest okropnie chudy i ma czarne włosy, teraz do ramion. Za to nadrabia oczami i głosem. Wyobraź sobie oczy tak ciemne, że nie możesz odróżnić tęczówki od źrenic. I teraz sobie wyobraź, że te oczy zazwyczaj są chłodne, a tylko dla ciebie zaczynają płonąć... A do tego głos... Roztopiona czekolada... Chociaż najbardziej mi się podobało, jak mówił z taką chrypką... - dziewczyna smutno się zamyśliła i również sięgnęła po papierosy.
- Dobrze. To znaczy, nadal nie do końca rozumiem. Zakochałaś się w nauczycielu. Coś między wami było, czy nadal jest, bo ja już nie ogarniam? - Sasza przyjęła rewelacje o magii dość spokojnie, może po prostu je odrzuciła i nie dała im wstępu do swojej świadomości. W każdym razie wyglądała na dość opanowaną i zajęła się tym, w czym tkwił problem. W uczuciach Hermiony.
- Trudno powiedzieć. Widzisz, on zawsze był dupkiem... - Hermiona urwała z niepewną miną, słysząc dźwięczny śmiech przyjaciółki.
- Miona, tylko ty mogłabyś powiedzieć o facecie, którego kochasz, że jest dupkiem! Ale już nie przerywam, mów dalej. - dziewczyna pochyliła się z lekkim uśmiechem nad kawą.
- No ale tak było! Mówił na mnie 'nieznośna Wiem-To-Wszystko', tylko dlatego, że się zgłaszałam, jak znałam odpowiedź... To, że raczej się nie zdarzało, żebym jej nie znała, to całkiem inna kwestia. Mieliśmy tam taki przedmiot o życiu niemagicznych ludzi. Czyli o takim naszym normalnym świecie. I w ramach zajęć przygotowywałam referat o wybranym dziele literackim. Padło na Bułhakowa. Potem robiłam z tego spektakl, na życzenie pani profesor. I tak mi to weszło w głowę, że w ogóle nie wiedziałam, co się dzieje dookoła. Kiedyś na jego zajęciach nie usłyszałam, że o coś pytał, i zacytowałam mu Małgorzatę. Dostałam szlaban, potem powiedział, że mi pomoże. Przygotowaliśmy wszystko, premiera się udała, a potem się zaczęło... -
Nagle Hermiona się wyprostowała, sięgnęła do specjalnie wszytej bocznej kieszeni spodni i z natężeniem nasłuchiwała. Sasza zauważyła, jak dziewczyna delikatnie porusza wargami, ale nic się nie działo.
- Przepraszam, Saszka! Muszę uciekać. Resztę opowiem ci następnym razem. Zgadamy się później, zadzwonię do ciebie wieczorem. Przepraszam! I bardzo dziękuję, że mnie wysłuchałaś. - założyła płaszcz, uściskała zdziwioną blondynkę i sięgając po torbę, wypadła z baru.
Nie myliła się. Na ulicy przed pubem stał wysoki mężczyzna w długim, czarnym płaszczu i czarnym kapeluszu, spod którego wysuwały się wilgotne, krucze włosy. Jego idealnie wyprostowaną sylwetkę otaczała chmura szarego dymu, który raz po raz wypuszczał z ust. Wściekle odcinał się na tle białego śniegu. Kojarzył jej się z kimś innym, kogo pierwszy raz zobaczyła w taką pogodę i kto tak samo wyróżniał się od bieli leżącego wokół śniegu. Dziewczyna przez moment miała wrażenie, że patrzy na przedwojenne zdjęcie. Stare, szare kamienice, biały śnieg i staromodnie ubrany mężczyzna w czerni. Cały czas stał odwrócony od niej tak, że widziała tylko kawałek jego twarzy. Miała ochotę iść inną drogą, uniknąć go, ale nie starczyło jej na to odwagi. Wiedziała, że jest tu ze względu na nią. Wiedziała, że i tak czeka ją ta konfrontacja.
