Hermiona zapadła w dziwny sen. Poczuła, że znajduje się w czyimś ciele, i oprócz własnych myśli, miała również myśli tej osoby. Tak, jakby jednocześnie była dwiema różnymi kobietami. Ponadto wiedziała, że to sen i to w dodatku sen, w którym mogła swobodnie decydować o tym, co robi. Choć w tym wypadku nie miała zbyt dużego wyboru – stała na schodkach powozu, wyraźnie zamierzając zejść. W myślach kobiety, którą była, pojawiało się przypomnienie o niezbędnym bagażu, który należało wytargać z pojazdu. Gryfonka musiała się dowiedzieć choćby tego, jak wygląda. Wiedziała tylko, że jest nieco niższa niż zazwyczaj, a spod futrzanej czapy wymykają się kosmyki lekko falujących, rudych włosów.

Młoda kobieta z bijącym sercem wysiadła z powozu. Czekał na nią przewodnik, przystojny mężczyzna o granatowych oczach, z ciemnymi włosami wystającymi spod grubej czapki. Ubrany był w czarny płaszcz i poruszał się w nim lekko i z gracją, co jest nie lada osiągnięciem w realiach rosyjskiej zimy. Podszedł do niej i bez zbędnych uprzejmości przywitał się, złapał ją za rękę i aportował ich przed Akademię Magii.

- Jak rozumiem, chce się pani przebrać, ogrzać i przygotować. - dziewczyna skinęła głową. - W takim razie za kwadrans po panią wrócę, zaprowadzę na posiłek, a potem oprowadzę po twierdzy. - Przewodnik wskazał drzwi do jej pokoju i odszedł długim korytarzem.

Pokój był nieduży, ale bardzo przytulny. Stało w nim łóżko z zasłonami, mały stolik, masywne, dębowe biurko, szafa i ogromny regał, w większości zapełniony rosyjskimi tomami. Naprzeciw drzwi znajdowało się okno, wychodzące na połać lasu. Za łóżkiem dziewczyna odkryła kolejne drzwi, prowadzące do łazienki. Dopadła lustra, pragnąc zorientować się, jak wygląda. Zdziwiła się, widząc w odbiciu inną twarz, niż każdego poranka. Miała ogromne, niebieskie oczy, ocienione długimi rzęsami, nieduży, zadarty nos i pełne usta. Cała sylwetka była przyjemnie, kobieco krągła. Kobieta mogła mieć najwyżej 25 lat. Przemyła twarz, rozczesała włosy, założyła ciemnogranatową suknię i przykryła ramiona jasnobrązowym pledem. Zastanowiła się moment nad tym, jak się przedstawić przewodnikowi, aż napłynęło zrozumienie – Natasza. Ma na imię Natasza, przecież to wie. Na dworcu nie wymienili swoich imion, więc pewnie czeka ją to teraz. Hermionę zastanowiło też, że te nieliczne słowa, które z nim zamieniła, popłynęły z jej ust dźwięcznym głosem po rosyjsku, choć nigdy nie uczyła się tego języka. Ponadto rozumiała, co mówi... Przez swoją dwoistość miała dość tego snu i marzyła, żeby się obudzić. Do drzwi ktoś zastukał.

- Widzę, że jest pani gotowa. Bardzo mnie to cieszy, Natalio Pietrowno. Jak mniemam, chętnie zjesz jakiś posiłek po tak długiej podróży? - spokojnym tonem spytał stojący przed nią profesor.

Nie był stary, ale widać było na jego twarzy ślady ciężkich przeżyć. Z pięknych, zdałoby się bezdennych oczu nie można było wyczytać żadnych emocji. Cała jego sylwetka epatowała opanowaniem – nie obojętnością, a chłodnym spokojem. Był wysoki i szczupły, teraz mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Światło pochodni delikatnie ukazywało ostre, zdecydowane rysy twarzy, mocno zarysowaną szczękę i kości policzkowe, długi i prosty nos oraz doskonale wykrojone, wąskie usta. Mężczyzna musiał być jednym z nowomodnych, podległych carowi Rosjan – nie nosił zarostu*. Twarz ocieniały mu ciemne włosy, układające się w niesforną czuprynę.

- Na poprzedniej stacji zjadłam obiad, więc nie jestem głodna... profesorze... - nie wiedziała, jak się do niego zwrócić. Wiedziała, że w Rosji panują inne zasady zwrotów grzecznościowych niż w Anglii, ale nie była pewna, jak ma mówić do tego onieśmielającego mężczyzny, zakładając, iż jest on nauczycielem.

- Siergiej Iwanowicz. - mruknął mężczyzna, lekko skłaniając głowę. - Proszę zwracać się do mnie imieniem i patronimem**, Natalio Pietrowno.

- Cóż, Siergieju Iwanowiczu, czy moglibyśmy zwiedzić zamek?

- To nie jest zamek, tylko twierdza. Dawna twierdza, która została podarowana szkole przez dziadka panującego cara, Michaiła Romanowa. Mogę przystać na pani propozycję, nalegam jednak na wypicie gorącej herbaty, panno Gribojedowno. Zdaje się, że tak u was nauczyciele mówią do uczniów? - Snapow spojrzał na dziewczynę, prowadząc ją długim, kamiennym korytarzem, oświetlonym pochodniami.

- Tak, Siergieju Iwanowiczu. Proszę wybaczyć mój rosyjski, niestety, odkąd rozpoczęłam naukę w Hogwarcie nie miałam praktycznie możliwości rozmawiania w tym języku i cóż, wiele zapomniałam. - odparła dziewczyna, zwieszając głowę.

- Znam angielski, poza tym radzi sobie pani całkiem nieźle, panno Grangerowicz. Jest pani Rosjanką? - pierwsze zdanie wypowiedział płynną, piękną angielszczyzną, następnie równie gładko przechodząc na rosyjski.

- I tak, i nie. Mój ojciec jest pół-Anglikiem i pół-Rosjaninem, a matka Rosjanką. Urodziłam się i wychowałam w Rosji, ale ojciec chciał wyjechać do domu rodzinnego swojego ojca i dlatego podjęłam naukę w Hogwarcie. -
Zbliżyli się do ogromnych, dębowych drzwi z metalowymi okuciami.

- Zapraszam do środka, Natalio Pietrowno. To odpowiednik waszej Wielkiej Sali. U nas nazywana jest Komnatą Wspólnoty, ponieważ spotykamy się tu wszyscy podczas uroczystości czy posiłków. Każdy Dom ma swoją małą Komnatę Przyjaźni, znajdującą się między poszczególnymi sypialniami. Tam również można zjeść posiłek, jednak tradycyjnie spożywamy je tutaj. -

- Czyli tu też jest podział na Domy? -

- Tak, i też są cztery. Niedźwiedzia, Orła, Psa i Kota. Orzeł to mniej więcej wasz Ravenclaw, Pies to Gryffindor, Kot to Slytherin, a Niedźwiedź może być naciąganym odpowiednikiem Hufflepuffu. Choć właściwie nasz Niedźwiedź to raczej krzyżówka Slytherinu i Gryffindoru bez używania mózgu... - skrzywił się profesor, oprowadzając ją po Komnacie Wspólnoty i pokazując poszczególne stoły. Cała Komnata była z kamienia, okna wychodziły na dziedziniec twierdzy, chłodny i również wyłożony kamieniem. Cztery nieduże stoły stały w jednej linii, naprzeciw nich ustawiony był na podium nieco wyższy stół nauczycieli. Stół Domu Niedźwiedzia był przykryty szarym obrusem z zielonymi obszyciami, Domu Orła niebieskim z czarnymi, Psa brązowym z zielonymi, a Kota żółtym z czarnymi. Różnice były dość delikatne, nie tak oczywiste i rażące jak w Hogwarcie, co kojarzyło się z mniejszą rywalizacją. Nataszę jednak tak zafascynowała ta teoria, że postanowiła spytać o nią swojego przewodnika.

- Siergieju Iwanowiczu, czy Domy rywalizują ze sobą? - zapytała, podnosząc głowę na wysokiego mężczyznę, zapatrzonego w gobeliny, którymi okryte były ściany.

- Nie, nasz podział jest raczej kwestią wygody. W każdym roczniku na jeden dom przypada średnio pięciu uczniów, dzięki podziałowi możemy organizować zajęcia tak, żeby łatwiej było z nimi pracować. Na przykład tworzenie wspólnych zajęć dla Kotów i Orłów mija się z celem – uczniowie obu Domów są bardzo inteligentni i niepotrzebnie by sobie skakali do oczu, a dla pozostałych Domów w przypadku wspólnej lekcji okazują się być bardzo motywujący. Choć nie ukrywam, Dom Kota jest stanowczo najlepszy. Niestety, wiele w nim uczniów z nowoczesnych rodzin...

- Co pan miał na myśli, mówiąc o nowoczesnych rodzinach?

- Dowie się pani w swoim czasie, Natalio Pietrowno. Są takie sytuacje, w których moda nie jest najbardziej pasującą rzeczą, proszę mi wierzyć. - Mężczyzna odpowiadał chłodno i spokojnie, jednak nie lekceważył jej. Wyraźnie wykonywał czyjeś polecenie, oprowadzając ją po kolejnych salach, nie opowiadał jej nic poza tym, co koniecznie musiała wiedzieć przed rozpoczęciem zajęć. Energicznie kroczył korytarzem, wprowadzając ją do kolejnych sal, sprowadzał po schodach, potem znów kluczył wąskimi korytarzami, żeby w końcu zejść z nią do podziemi. Nie wierzyła, by kiedykolwiek mogła się z tym człowiekiem zaprzyjaźnić. Był intrygujący, był tajemniczy, był obojętnie uprzejmy. Ale nic, absolutnie nic nie mogło w nim przyciągać. Był tak chłodny, jak tylko się dało. Zachowywał się zgodnie z zasadami dobrego wychowania, a mimo to sprawiał wrażenie odpychającego i niesympatycznego. Stanowczo to nie był miły człowiek. Był jednak cholernie atrakcyjny.

- Tu znajduje się Sala Mikstur, panno Gribojedowno. Jednocześnie zwiedziliśmy już połowę twierdzy. Życzy sobie pani przerwę czy chciałaby kontynuować spacer po budowli? - zapytał z chłodną uprzejmością przewodnik.

- Chętnie napiłabym się herbaty, o ile nie stanowi to problemu, Siergieju Iwanowiczu.

- Jest pani naszym gościem. Zapraszam do swojego gabinetu. - mówiąc to, otworzył przed nią drzwi.
Jej oczom ukazał się surowy, prosty pokój. Kominek, biurko z krzesłem, dwa zwyczajne fotele pod ścianą, a pomiędzy nimi stolik z zestawem pięknych filiżanek i samowarem. Na ścianie, na starym obrazie, walczyli ze sobą rycerze z czasów wczesnej Rusi. Pokój był bardzo prosty, ale mimo to w jakiś sposób przytulny. Natasza usiadła w fotelu i przyjęła z rąk gospodarza filiżankę z parującą herbatą. Zauważyła przy tym, że mężczyzna ma piękne, mocne dłonie o długich palcach, stworzone na przykład do gry na klawesynie.

- Nigdy nie piłam tak mocnej, pysznej herbaty! - powiedziała, upiwszy łyk.
Siergiej Iwanowicz siedział po przeciwnej stronie stolika, zapatrzony w dal z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Na ten komentarz coś na kształt satysfakcji pojawiło się na krótko w jego oczach.

- Dlatego, że jest parzona w samowarze. Warto czasem odłożyć różdżkę przy tak prostych czynnościach. -

- W Anglii to niemożliwe. Każda osoba pochodząca z niemagicznej rodziny jest źle traktowana. Stare rody uznają tylko czystość krwi i nie pomogą nawet niezwykłe magiczne zdolności, aby być zaakceptowanym społecznie. -

- Jak rozumiem, jest pani niezdolna do jakichkolwiek prac domowych bez użycia różdżki? - ironicznie uniósł brew Siergiej.

- Nie, Siergieju Iwanowiczu. Umiem robić wszystko bez magii, ponieważ pierwsze kilka lat swojego życia spędziłam właśnie w Rosji, gdzie... - więcej nie zdążyła powiedzieć, ponieważ profesor spojrzał jej w oczy i nagle poczuła, że choć rusza ustami, to nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

- ...Gdzie tak pyszną herbatę można przygotować tylko bez użycia magii. - Iwanowicz spojrzał głęboko w granatowe oczy rudowłosej dziewczyny, aż ujrzał w nich błysk zrozumienia.

Natasza machnęła różdżką, rzucając na pokój zaklęcie wyciszające. Mistrz Mikstur spojrzał na nią ze zrozumieniem i wyjaśnił:

- Nie o wszystkim można mówić na głos, panno Gribojedowno.

- Ale dlaczego nawet w pana gabinecie muszę milczeć? - spytała z oburzeniem młoda kobieta, unosząc się w fotelu i buntowniczo zaplatając ramiona.

- Dowie się pani w swoim czasie. Przyjdzie czas, będzie rada. - enigmatycznie odparł Mistrz Mikstur, przybierając niezadowolony wyraz twarzy. Jego rysy się ściągnęły w pewnym rodzaju smutku i zmęczenia, dając obraz mężczyzny zmęczonego życiem i złego na cały świat. Natasza zdała sobie sprawę z tego, że jeśli będzie mieć z tym człowiekiem zajęcia, mogą być to najgorsze zajęcia w jej życiu. Gdy tylko weszła do swojego pokoju i położyła się na łóżku, sen przeniósł się do kolejnego poranka.

Mimo swojego pędu do wiedzy, miała rację. Następny dzień zaczął się od szybkiego śniadania, ponieważ zaspała – cóż, zmiana strefy czasowej zrobiła swoje - po którym nastąpiła pierwsza lekcja. Miała zajęcia z Domami Psa i Kota. Ucieszyła się, gdyż nasunęło jej to podejrzenia, że do tego pierwszego ma zostać przydzielona. Pierwsze poniedziałkowe zajęcia to Warzenie Mikstur. Profesorem prowadzącym je okazał się być nikt inny, jak tylko profesor Iwanowicz.

- Jaki jest ten profesor? - zapytała najbliżej siedzącego Kocura, wysokiego i szczupłego blondyna o długawych włosach i przejrzyście niebieskich, zimnych oczach.

- Siergiej Iwanowicz? Nie należy do miłych, ale umie nauczyć. Zna się na swojej robocie jak nikt. I jest naszym Opiekunem. - dodał z dumą chłopak.

- To znaczy, Domu Kota? - już rozumiała, co miał na myśli jej przewodnik mówiąc, że Dom Kota jest najlepszy.

- Oczywiście. A ty jesteś tą nową, tak? Gdzie cię przydzielili, do Szczeniaków? - w głosie blondyna mieszało się zainteresowanie i pogarda.

- Jeszcze nie wiem, póki co mam chodzić z wami na zajęcia. Iwanowicz oprowadził mnie wczoraj po zamku i nie wiem, jak się do niego zwracać... - z lekką dawką niepewności wyszeptała Hermiona.

- Imieniem i patronimem, to chyba oczywiste? Ja nazywam się Dymitr Matwiejewicz. -

- A ja Natalia Pietrowna Gribojedowna. -

- Nic o tobie nie słyszałem... -

- Mój ojciec pochodzi z Anglii, i tam się uczyłam. -

- Aaa. W takim razie może wolisz, żebym mówił do ciebie jakoś inaczej, Natasza? -

- Nie, wczoraj profesor Iwanowicz przyzwyczaił mnie do tej opcji z patronimem. -

- Co takiego zrobiłem, Natalio Pietrowno? Myślę, że powinna się pani zająć pracą, zamiast rozpraszać kolegów. Odejmuję 5 punktów pani domowi, gdy tylko zostanie pani do któregoś przyznana. A na panu się zawiodłem, Dymitrze Matwiejewiczu. - znikąd wyrósł nad nimi mężczyzna w czarnych szatach i zimnym spojrzeniem obdarzył rudowłosą kobietę. Żaden inny mężczyzna nie był w stanie tak na nią spojrzeć, gdyż nawet w prostych szatach uczennicy Akademii wyglądała intrygująco i zmysłowo. Mistrz Mikstur jednak zdawał się tego kompletnie nie zauważać.

- Tłumaczyłem nowej koleżance zasady panujące w Akademii, Mistrzu. Proszę wybaczyć, Siergieju Iwanowiczu. -

- Wszelkie niezbędne wyjaśnienia dotyczące szkoły Natalia Pietrowna otrzymała wczoraj, Dymitrze Matwiejewiczu. Wątpliwości mogła rozwiać pytaniami. Pan odbędzie dziś szlaban u profesor Grigoriewskiej, a z panią zobaczę się po zajęciach w swoim gabinecie. - chłodno stwierdził Iwanowicz i powiewając szatami oddalił się w stronę katedry.

Szlaban u Mistrzyni Przemiany oznaczał dla blondyna długie godziny żmudnego przemieniania strzępków papieru w fotele i dopracowywania każdego szczegółu tak, aby Maria Maksymowna Grigoriewska wyraziła aprobatę lub chociaż chłodną akceptację. Sytuację utrudniał fakt, iż była ona opiekunką Domu Psa, rywalizującego z Domem Kota. Tylko te dwa Domy toczyły cichą rywalizację – Mistrz Mikstur nigdy nie odbierał Kociętom punktów, natomiast nie omieszkiwał pozbawiać ich Szczeniąt. Grigoriewska natomiast wyraźnie faworyzowała Psy, Kotom dając niewdzięczne zadania na zajęciach i oceniając ich wyraźnie niżej. Nataszy kojarzyło się to aż nadto z wieczną rywalizacją Gryffindoru i Slytherinu w jej rodzimym Hogwarcie.

- On tak zawsze? - zapytała po zajęciach Dymitra.

- Niestety. Taki typ. Najgorsze jest to, że będę się musiał męczyć z tą wiedźmą od Przemiany... Chociaż ty wcale nie trafiłaś lepiej, pewnie każe ci czyścić wagi i kociołki... - odparł zrezygnowany Dymitr i ruszył w stronę kolejnej sali, tym razem od Wiedzy o roślinach.

Po całym dniu zajęć Natasza znała już prawie wszystkich wykładowców, nadal jednak nie poznała dyrektora. Nie widziała go na śniadaniu, ponieważ zjadła je w Komnacie Przyjaźni Domu Kota, w którym tymczasowo pomieszkiwała. Jej przewodnik wyjaśnił poprzedniego dnia, że tylko w Domu Kota było wolne miejsce w jej roczniku, ale jeśli zostanie przydzielona gdzie indziej, jej sypialnia zostanie magicznie przeniesiona do wyznaczonego jej Domu. O dyrektorze usłyszała tylko, że jest dość miłym starcem. Od Dextera Fortescue - dyrektora Hogwartu - wiedziała, że to jego daleki kuzyn, i liczyła na podobieństwo między nimi. Wróciła do swojego pokoju i usiadła w fotelu.

Dokładnie w tym momencie Hermiona otworzyła oczy. Zegar wskazywał 3 nad ranem.