- Miona, wstawaj! - Ginny stała nad śpiącą przyjaciółką, próbując ją dobudzić.

- Co się stało? - zaspana Gryfonka usiadła na łóżku, rozglądając się dookoła.

- Śpisz cały dzień! Nie było cię na śniadaniu, na obiedzie też nie, i chyba najwyższy czas, żebyś wstała i coś zjadła... Martwiłam się o ciebie!

- Musiałam odespać, wybacz...

- To się troszkę ogarnij, a ja spróbuję upolować ci w kuchni coś do jedzenia, co ty na to? - Rudowłosa stała już przy drzwiach.

- Chętnie, chętnie... - ziewnęła Hermiona i przeciągnąwszy się, wygrzebała z pościeli i ruszyła do łazienki.

Po kilkunastu minutach obie przyjaciółki siedziały nad kubkami parującej herbaty i talerzem kanapek.

- Opowiadaj, jak było na balu, Ginny! - Hermiona sięgnęła po kanapkę i podciągnęła nogi pod siebie, moszcząc się wygodnie w fotelu.

- Właściwie to nieźle. To znaczy... wszyscy byli zmęczeni, schodził stres popremierowy. Powiem ci, że jeszcze na balu podchodzili do nas ludzie z gratulacjami. Wszyscy pytali o ciebie, wytłumaczyłam, że jesteś zmęczona i nie masz siły.

- Dziękuję... Naprawdę byłam zmęczona tym wszystkim, a dzisiaj zaczynam szlaban u Nietoperza...
- Biedactwo... Swoją drogą, jak ty zrobiłaś ten Wielosok?

- Poprosiłam profesor McGonagall... Ona mu jakoś ukradła parę włosów, nie pytaj mnie, w jaki sporób, bo nie wiem. W każdym razie się udało. - Hermiona nienawidziła kłamać w żywe oczy. Tym razem musiała.

- Oj, i to świetnie! Wracając do balu... trochę tańczyłam z Harrym, ale był jakiś taki nieobecny, nie wiem, o co mu chodzi. Może też był zmęczony... Ron jak to Ron, obżerał się cały wieczór i kleił do Lavender. Wygląda na to, że coś się między nimi kroi. Może to i dobrze... Krum się pokręcił chwilę i szybko gdzieś zwiał. Furorę zrobiła Springer! Nie wiem, skąd wytrzasnęła tę sukienkę, ale wyglądała jak nastolatka! Żebyś widziała, jak faceci za nią patrzyli... Z nauczycieli brakowało tylko Snape'a, ale za nim jakoś nikt nie tęsknił.

Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć. Za nim nikt nie tęsknił. Oczywiście, wszyscy uważali go za dupka. Nawet Dumbledore bagatelizował jego misję... Otrząsnęła się z tych ponurych myśli i uśmiechnęła do przyjaciółki.

- Miona, a Matt? Dlaczego musiał tak szybko wracać do Londynu? - Ginny spojrzała na przyjaciółkę z żalem w zielonych oczach.

- Nie dostał urlopu. Żałuje, ale za bardzo zależy mu na tej pracy, żeby mógł sobie pozwolić na olanie naczelnika... Zresztą chyba czuł się tu trochę nie na miejscu, wiesz, wszyscy dookoła mają różdżki, a on właściwie nic o naszym świecie nie wie. Polubił was bardzo, może w wakacje uda się nam z nim spotkać.

- Szkoda. Liczyłam, że na tym balu będę mogła z nim pogadać...

- Wiem, Ginny, i bardzo mi przykro. Nie wiem, może on kogoś ma. Nigdy mi się z tego nie zwierzał, ale wyciągnę z niego wszystko przy najbliższej okazji.

- Daj spokój. Już w Hogsmeade zdałam sobie sprawę z tego, że to nie ma szans. Po prostu on będzie się fascynował naszym światem, ale nigdy nie będzie do niego należeć. Jego to interesuje jak książka, a nie jak sposób na życie. - Ginny sięgnęła po kubek z herbatą. Nie wydawała się załamana, raczej pogodzona z tym, że nie ma szans u przystojnego kuzyna swej przyjaciółki.

- Myślę, że to może być też kwestia różnicy wieku. On niedługo będzie chciał zakładać rodzinę, stabilizować się jakoś, wiesz, o co mi chodzi. Cieszę się, że tak mądrze do tego podchodzisz.

- Nie mam innego wyjścia. A ty, czemu nie padłaś wczoraj w objęcia Wiktora?

- Przyniósł mi bukiet róż, i wydawał się jakiś inny. Nie wiem, jakby wiedział, że ja go tylko lubię.

- Szukał cię wzrokiem na balu. W ogóle, gdybyś go widziała! Miał na sobie coś w stylu munduru, a na to ciemny płaszcz. Naprawdę, wyglądał zabójczo. Zresztą fretka też się wczoraj wyjątkowo postarała...

- Fretka? Ginny, czyżbyś zwróciła uwagę na Malfoya?

- To, że jest bydlęciem, to jedno, a to, że przy tym jest bardzo przystojnym bydlęciem, to drugie... Gdybyś go wczoraj widziała! Naprawdę, wyglądał na całkiem smakowitą fretkę...

Hermiona roześmiała się, Ginny poszła w jej ślady. Przyjaciółki spędziły popołudnie na nadrabianiu czasu, który zabrał im spektakl. Na szczęście ruda już nie drążyła tematu Matta, jednocześnie nie zmuszając Miony do kolejnych kłamstw.

Chwilę przed 20 Hermiona nacisnęła klamkę gabinetu profesora Snape'a.

- Czego chcesz, Granger? - głos nauczyciela zabrzmiał wyjątkowo ostro.

- Przyszłam odrobić szlaban...

- Wszystkie kociołki. Jak skończysz, zniknij mi z oczu. - w kącie klasy pojawiło się wiaderko, detergenty i szczotki. Snape trzasnął drzwiami od salonu i zostawił dziewczynę samą z nawałem pracy.

Po półtorej godziny rozmyślań nad kociołkami Hermionie udało się skończyć pracę. Szczerze powiedziawszy, miała dość. Potrafiła zrozumieć niechęć profesora do rozmów, dlatego tylko cicho zamknęła za sobą drzwi. W swoim pokoju znalazła się prawie o 22. Był to stanowczo już czas, żeby się położyć. Mimo iż odsypiała do późna, nadal czuła się zmęczona i przytłoczona wydarzeniami sobotniej nocy. Nawet nie myśląc o tym, by wypić Eliksir Bezsennego Snu, padła w objęcia Morfeusza.

Rudowłosa dziewczyna stukała obcasami niskich butów po kamiennej posadzce twierdzy. Zdążyła nauczyć się rozkładu budynku, dlatego bez wahania odnalazła schody, prowadzące do gabinetu Siergieja Iwanowicza.

- Dobry wieczór, profesorze. Miałam pojawić się po zajęciach.

- Proszę wejść, panno Gribojedowno. - mężczyzna otworzył przed kobietą drzwi do prywatnego salonu. Jednym płynnym ruchem dłoni zabezpieczył pomieszczenie zaklęciem wyciszającym.

- Usiądźmy. Wie pani, dlaczego dyrektor Fortescue zaproponował pani studia w Akademii Magii?

- Nie mam pojęcia, profesorze Iwanow. - dziewczyna usiadła w fotelu i przyglądała się mężczyźnie. Pociągał ją jego niski, ochrypnięty głos, oczy, przywodzące na myśl bezkresne niebo i usta – wąskie i stworzone do namiętnych pocałunków.

- Otóż, panno Gribojedowno...czeka nas współpraca. Dyrektor Fortescue wysłał tu panią na roczne studia, aby wspólnie ze mną opracowała pani niewykrywalną truciznę.

- Co?! - Natasza była w szoku. - Jak to? Dlaczego nic mi nie powiedział?

- Dyrektor Akademii, Aleksiej Aleksandrowicz, skontaktował się ze swoim kuzynem, Fortescue, szukając osoby, która będzie jednocześnie zdolna w zakresie Mikstur i Zaklęć. Padło na panią. Postanowił, że to ja pani przekażę tę radosną nowinę. - usta Siergieja wygięły się w ironicznym uśmiechu.

- Czy oni oszaleli? Nie będę robić żadnych trucizn!

- Będzie pani, Natalio Pietrowno.

- Ale...po co trucizna? Dla kogo? I dlaczego, na Merlina, nie może pan jej uwarzyć sam? - oczy rudowłosej ciskały gromy.

- To dość długa historia... Póki co proszę mi zaufać.

- Nie zgadzam się! Muszę wiedzieć, dlaczego mam robić coś złego!

- Nataszo, jest pani rozsądną kobietą. Pamięta pani, jak wczoraj jej powiedziałem, że moda nie jest najlepszą rzeczą? - kobieta kiwnęła głową, przyjmując z rąk nauczyciela filiżankę. Ich palce się zetknęły, a ona poczuła ciepło jego dłoni...

- Otóż... Nie wiem, czy orientuje się pani, jak wygląda kwestia polityczna w Rosji.

- Szczerze powiedziawszy, nie. W Anglii uczymy się tylko zaklęć, przemiany, mikstur i historii szkoły, nie zwracając uwagi na inne kraje...

- Odkąd na tron wstąpił car Piotr, w kraju zaczął się czas reform. Car jest zwolennikiem zachodu, wprowadza wiele zmian, które nie podobają się ludowi. Dotykają one również nas. To ostatnia szkoła magii w całym Imperium. Działa tylko dlatego, że dostarczam carowi mikstury.

- Dlatego Aleksiej Aleksandrowicz wpadł na genialny pomysł, aby otruć władcę?! - Natasza nadal niewiele rozumiała.

- Tak. Co więcej, musi być to trucizna, która nie rzuci na Akademię choćby cienia podejrzeń. Dlatego potrzebujemy pani pomocy. Tu nie chodzi o moje życie, i tak jest ono cały czas zagrożone. Poza tym, życie na dworze to nie życie, to upudrowana farsa.

- Nadal nie do końca rozumiem, ale cóż, jak podejrzewam, nie mam wyjścia?

- Nie ma pani. Teraz zna pani nasz problem. Na Merlina, jeśli czujesz się Rosjanką, musisz pomóc! - Iwanowicz wstał, zamachnął się różdżką i rzucił na wystraszoną kobietę jakiś czar. Po chwili pojawił się przed nią czarny kot, utkany z dymu.

- Właśnie została pani przydzielona do Domu Kota. Proponuję nie rozgłaszać kolegom powodu swojego przybycia tutaj. Większość popiera cara, kształci się tu z powodu prywatnych pobudek, a nie chęci zachowania naszej magicznej kultury.

- Chcę wam pomóc. W końcu to moja ojczyzna... Tylko...czy naprawdę nie ma innej możliwości? Musimy go zabić?

- JA muszę, panno Gribojedowno. Pani tylko pomoże mi uwarzyć eliksir. To ja go podam carowi.

- Przecież to automatycznie uczyni pana pierwszym podejrzanym!

- Jeśli dobrze obmyślimy ten eliksir, to wcale nie. Wprost przeciwnie, mogę okazać się wiernym poplecznikiem cara. Proszę przejrzeć moje notatki i zjawić się tu jutro o tej samej porze. Drzwi nie będą zamknięte. Jeśli zdarzyłoby się, że przyjdzie pani i mnie nie zastanie, proszę poczekać. Mogę być w Petersburgu. Postaram się jednak panią poinformować, gdyby zaszła taka ewentualność. Potrafi pani wyczarować pokrowitiela*?

- Oczywiście, profesorze. To powszechna umiejętność.

- Bardzo dobrze, zatem nie zdziwi panią, gdy jej w tej formie przekażę informacje, gdybym nie mógł się stawić na spotkaniu. Spodziewam się wkrótce wizyty u cara. Ma pani jakieś pytania?

- Chyba nie, profesorze. Pójdę już, przeczytam te notatki, żebyśmy mogli jutro porozmawiać o tym. Dziękuję za herbatę... A właściwie to nie, mam jedno. Dlaczego dyrektor Aleksandrowicz nie spotkał się ze mną sam?

- Jest zajęty, ale niedługo się z panią zobaczy.

- Dziękuję, Siergieju Iwanowiczu. Dobranoc.

- Dobranoc, Nataszo.

Imię dziewczyny zabrzmiało w ustach mężczyzny gładko i – na brodę tego szalonego starca – seksownie! Chciałaby, aby mówił jej tak między pocałunkami, zdzierając z niej suknię... Nataszo, podoba ci się nauczyciel! To wysoce niestosowne, opanuj się! Choć, skoro mają razem pracować i widzieć się co wieczór... Stanowczo, kiedyś będzie okazja, żeby poznać bliżej tego uroczego profesora. W końcu nie ma takiego mężczyzny, którego Natalia nie potrafiłaby zdobyć!

Hermiona śniła i nie rozumiała swojego snu. Czuła to, co czuła Natasza. Pożądanie wzbierało w niej jak fala i ciągnęło ją magnetycznie w stronę nauczyciela mikstur. Miała ochotę przyrządzić ten eliksir, patriotyzm odezwał się w niej nagle, każąc zabić każdego, kto tylko zechce zagrozić jej ojczyźnie. „Jakie to patetyczne..."- pomyślała Hermiona, krocząc w ciele Nataszy korytarzem do nieodległego Komnaty Przyjaźni Domu Kota. Z niego przeszła do swojej sypialni. Zanim Natalia zapadła w sen, zdążyła pomyśleć jeszcze o ciepłych dłoniach nauczyciela, mocnym, chrypliwym głosie i oczach, które potrafiły ciskać gromy, gdy wzywał ją do pomocy w imię ojczyzny. Gdy tylko Natasza usnęła, Hermiona obudziła się. Pamiętała z tego dziwnego snu tylko oczy jakiegoś mężczyzny – piękne, niebieskie, wyrażające chłód.