- Dobry wieczór, profesorze. Przyszłam odrobić szlaban.

- Wejdź, Granger. Posegregujesz mój magazynek.

Snape poprowadził dziewczynę w głąb sali i otworzył drzwi do ogromnego pomieszczenia, wypełnione od góry do dołu półkami i szafkami.

- Napisy się starły, więc przyklejasz nową etykietkę, wpisujesz na niej wyraźnie nazwę i segregujesz alfabetycznie. Nie wolno ci tknąć tylko tej szafki – tu wskazał na czarną, hebanową szafkę, z potężnym, mosiężnym zamkiem – a całą resztę masz poustawiać. Przy okazji możesz oczywiście zetrzeć kurz. - z obojętnym wyrazem twarzy wyczarował dziewczynie szmatkę, stos etykietek, pióro i kałamarz, po czym wyszedł, powiewając szatami.

Hermiona spięła wysoko włosy gumką i ruszyła do pracy. Była trochę zmęczona całym dniem zajęć i pisaniem pięciostopowego eseju na Transmutację, nie mówiąc już o dziwnym uczuciu, które towarzyszyło jej od chwili przebudzenia. Ciągle widziała niebieskie oczy jakiegoś mężczyzny. Nie wiedziała, co jej się dokładnie śniło, pamiętała tylko jego głos i te oczy, miała też niejasną świadomość, że to dość temperamentna osoba, która czegoś od niej chciała... Tylko czy na pewno od niej? Ustawiając kolejne fiolki z gotowymi eliksirami, słoje smoczych łusek, oczu traszek i liści zawilca wytężała umysł, aby przypomnieć sobie cokolwiek ze snu. Dwoma zaklęciami załatwiła sprawę etykietek – same się nakładały, gdy pojawiała się na nich przepisana nazwa. Żeby to się jednak stało, musiała stuknąć różdżką w każdy pojemniczek, a następnie w nową etykietkę. Na szczęście była mistrzynią w praktycznym wykorzystywaniu wiedzy, co niejednokrotnie ratowało ją od żmudnej pracy. Uporała się z połową magazynku i ustawiała właśnie posegregowane pod literą "N" nasiona na jednej z wyższych półek, stojąc na niskim, transmutowanym stołku, gdy do pomieszczenia wpadł nauczyciel. Przestraszona, upuściła mały słoiczek z tojadem, który brzdęknął o kamienną podłogę i rozpadł się na miliony odłamków.

- Granger! Patrz, co robisz! - zawył Snape, rzucając zaklęcie naprawiające na słoik i różdżką przenosząc roślinę z powrotem do pojemnika. - Ciesz się, że miałem dobrze zabezpieczony ten tojad! Skretyniałaś?

- Wystraszyłam się! Wpadł pan tak niespodziewanie, że się wzdrygnęłam, i słoik wyślizgnął mi się z ręki. To nie moja wina... - dziewczyna próbowała się bronić, opierając o pustą półkę w rogu sali.
Nauczyciel podszedł do niej szybkim krokiem i zatrzymał się kilka centymetrów od jej przestraszonej twarzy.

- Śmiesz zrzucać winę na mnie? 10 punktów od Gryffindoru. A teraz się wynoś, jutro skończysz. - wyszeptał jadowicie, wpatrując się chłodnymi oczami w uczennicę, próbującą się stopić ze ścianą.

Hermiona podreptała do swojego dormitorium. Było jej przykro nie dlatego, że Snape odebrał jej punkty, do tego zdążyła się już przyzwyczaić. Po prostu nie potrafiła zrozumieć, gdzie się podział ten człowiek, który godzinami rozmawiał z nią o Wolandzie i Małgorzacie, który zaśmiewał się z Behemota i z taką pasją mówił kolejne kwestie na scenie... Który Snape jest prawdziwy? To zrozumiałe, że musi umieć grać, skoro jest podwójnym szpiegiem, ale na Merlina! - dlaczego raz okazuje jej pewną uprzejmość, by następnym razem wydzierać się na nią praktycznie bez powodu? Zdążyła polubić w pewien sposób tamtego mężczyznę, z którym spędzała wieczory przy scenariuszu i dzbanku herbaty, a teraz nagle ten człowiek zniknął raz na zawsze. Może to przez tę karę, którą otrzymał od Voldemorta? Nagle Hermiona poczuła się winna wszystkiemu – to przez nią Snape był torturowany przez Czarnego Pana, nic więc dziwnego, że nie chciał z nią rozmawiać... Zerknęła na zegarek, stojący na szafce przy łóżku. Północ to już stanowczo ta pora, kiedy należy się położyć, szczególnie, jeśli rano trzeba wstać na zajęcia. Wzrok dziewczyny zatrzymał się na małym flakonie z Eliksirem Bezsennego Snu. Niewiele myśląc, odmierzyła dawkę, wypiła i zapadła w głęboki sen.

Severus jeszcze długo siedział przed kominkiem. Sączył mocną herbatę i palił kolejne papierosy, myśląc o Gryfonce. Na zajęciach zachowywała się normalnie, poprawnie wykonywała eliksiry, znała odpowiedzi na jego pytania. Jednak wydawała mu się dziwnie przygnębiona, i do tego miała cały czas podkrążone oczy. Przyjrzał jej się uważnie, gdyż wiedział już, dlaczego poprosiła go o Eliksir Bezsennego Snu. Postanowił ją obserwować, gdyby jego czarnowidzkie przewidywania się spełniły. Będzie o tym wiedział i tak, ale musi się upewnić, że jej to też dotyczy...
Swoją drogą, ona chyba się czymś martwi. Jest niesamowicie inteligentna, bez problemu domyśliła się, że jest powiązany z Kółkiem Wzajemnej Adoracji, jak nazywał w myśli Czarnego Pana i Spółkę. Nie myślał nigdy o nich Śmierciożercy, Wyznawcy Voldemorta czy Sami-Wiecie-Kogo, jak powszechnie ich nazywano. Już dawno nauczył się, żeby wypierać pewne fakty z umysłu. Dlatego wypierał te źle kojarzone nazwy, żeby się z nimi nie utożsamiać. Nie mógłby myśleć o sobie "Jestem Śmierciożercą" i patrzeć w lustro. Nie potrafiłby spojrzeć sobie w oczy. Miał świadomość, ilu ludzi zabił, ile zła uczynił niewinnym osobom, ale nie mógł się za to wiecznie winić. Robił wszystko, żeby odpokutować, unikał "Luckowych rozrywek", jak zwykł określać drastyczne zainteresowania starszego Malfoya. To nie tak, że się usprawiedliwiał – nie. Ale nie chciał się zadręczać, bo wiedział, że szpieg w depresji to łatwy do zdemaskowania obiekt. Większość negatywnych wspomnień przenosił do myślodsiewni, by w każdą rocznicę przystąpienia do Czarnego Pana spędzać wieczór na przeglądaniu ich. W ten sposób sam wymierzał sobie karę, masochistycznie oglądając każde, najdrobniejsze morderstwo jeszcze raz. Po takim seansie czuł się podle, ale nigdy nie sięgał po Ognistą, aby zapomnieć. Spędzał wieczór myśląc o popełnionych błędach, modląc się za osoby, które zabił. Kładł się spać, męczyły go koszmary i wstawał następnego dnia ze świadomością, że musi odpokutować, a jednocześnie czując się w pewien sposób oczyszczony – to wspomnienia, a nie teraźniejszość. Dziwne katharsis przynosiło swoistą ulgę Severusowi, choć najpierw musiał ją okupić straszliwym cierpieniem.
A teraz symptomy winienia się za wszystko zauważał u Granger. Dziewczyna najprawdopodobniej ubzdurała sobie, że to przez nią Czarny Pan podsunął go Bellatrix w charakterze ofiary. Sam nie wiedział, dlaczego dopuścił uczennicę do udziału w tajemnicy. Obdarzył ją tak ogromnym zaufaniem chyba dlatego, że przed premierą nawiązała się między nimi nić porozumienia. Ona się starała jak tylko mogła, aby ukryć jego tożsamość, i w dodatku ta książka...

Nie powinien był zgodzić się grać. W ogóle powinien odjąć jej tylko punkty, dać szlaban i nie kontynuować tej kretyńskiej farsy. A on, jakby nie był sobą, z marszu zgodził się jej pomóc, ba, nawet sam to zaproponował! Idiota. Kretyn. Odpalił kolejnego papierosa i ponownie napełnił kubek herbatą. To nie jest tak, że od zawsze nienawidził Granger. Owszem, była męcząca ze swoimi wiecznymi pytaniami i przemądrzałym wyciągnięciem ręki na każdych zajęciach. Ale była także cholernie inteligentna. A Severus cenił inteligencję. Być może dlatego aż tak zaskoczyło go, gdy nie potrafiła odpowiedzieć na proste, zadane przez niego pytanie. A kiedy odpowiedziała cytatem z Bułhakowa, zmiękł totalnie. Już wtedy wiedział, że to nie będzie zwykły szlaban. Problem leżał w książce. To, że uwielbiał literaturę, to jedno. To, że lubił "Mistrza i Małgorzatę", to drugie. A najważniejsze było trzecie – to była ukochana książka Eileen. Severus jako mały chłopiec słuchał matki, czytającej mu historię Mistrza i jego ukochanej na głos. Mama cierpliwie tłumaczyła mu wszystko, czego jako dziecko nie był w stanie pojąć. Gdy podrastał, a jego ojciec mścił się na nim i matce za bycie czarodziejami, Eileen mówiła, że nie wszyscy potrafili zrozumieć Wolanda. Na jego przykładzie tłumaczyła synkowi różnice między światem magii a mugoli. Dlatego w biblioteczce Mistrza Eliksirów oprócz kilku różnych wydań książki stał też schowany stary egzemplarz, zniszczony od wielokrotnego czytania. Należał do Eileen... Do książki wsunięto zdjęcie czarnowłosej kobiety o ogromnym bólu w oczach, tak przejmującym... Severus otrząsnął się ze wspomnień o matce i skupił myśli na Gryfonce. Nie darowałby sobie, gdyby dziewczyna zaczęła się winić tak, jak on. Nie mógł pozwolić, by wmówiła sobie, że to jej wina. Wystarczyło, że on musiał żyć z wiecznymi wyrzutami sumienia. Granger w depresji byłaby tylko kolejną ofiarą na jego liście. Owszem, lubił dokuczać uczniom, lubił nawet, gdy się go wręcz bano. Ale Granger mu było szkoda... Dzisiaj w magazynku przez chwilę przypominała mu Minerwę – stała na niewysokim stołku w prostej szacie z włosami związanymi tak jakoś śmiesznie w kulkę na czubku głowy. Minerwa oczywiście miała zawsze gładki kok, a u Granger loki starały się wyjść każdą możliwą stroną i na domiar szczęścia śmiesznie kręciły się na szyi, ale może przez ten profesjonalizm i dokładność skojarzyła mu się z nauczycielką Transmutacji. Trzeba przyznać, że to, co zdążyła uporządkować, było zrobione idealnie, dokładnie tak, jak sobie tego życzył. Każda etykietka była poprawiona wyraźnie, półki lśniły czystością, fiolki i słoje stały w równych rzędach. W dodatku musiała pomóc sobie magią przy przepisywaniu – wyczuwał ślad zaklęć, poza tym niemożliwe, żeby wyrobiła się tak szybko przy tak dużej ilości składników w pomieszczeniu. Nie miał jej tego za złe – w końcu nie zabronił jej używać magii. To, że potrafiła dopasować zaklęcia tak, żeby nie przepisywać ręcznie każdej etykiety świadczyło tylko o inteligencji i sprycie dziewczyny. Dość ślizgońskim, nawiasem mówiąc.
To wszystko nie zmienia faktu, że to tylko Gryfonka. Piekielnie inteligentna i zdolna, ale tylko uczennica. Nie należy się nad nią roztkliwiać, wystarczy dać jej poczucie, że jest potrzebna. Jak tylko będzie mogła się wykazać wiedzą, od razu przestanie się bezsensownie zadręczać. I oczywiście wyjdzie z głowy Severusowi, który przecież się o nią trochę martwi. Chociaż się do tego nie przyzna. Nie, to nie w jego stylu.
Severus podjął decyzję, odpalając papierosa z drugiej już - tego wieczora - paczki. Pozwoli jej przygotowywać składniki. W końcu ile można czyścić kociołki na szlabanie, przez miesiąc? Przecież to nudne, po którymś razie się przyzwyczai i gdzie tu cała przyjemność z męczenia ucznia...
A jak będzie siekać składniki... Tu będzie można pokrzyczeć, że za wąsko kroi, potem wyrzucić z laboratorium, bo za głośno gada, odjąć punkty za zasłaniające jej pole widzenia włosy... Ona dzięki temu nie zorientuje się, że on pozwolił jej na to, na co pozwala rzadko tylko Draconowi. Bo nikt oprócz Mistrza Eliksirów nie ma wstępu do laboratorium w lochach. Severus sporadycznie wpuszcza tam jedynie Malfoya, który chce się nauczyć czegoś nowego. Żaden uczeń nigdy tam nie był, chrześniaka uczył zazwyczaj w prywatnym laboratorium w Spinner's End, a nie w Hogwarcie. Może dlatego, że Draco uczy się takich eliksirów, których warzenie jest zabronione...
Szkoda chłopaka. Lucjusz wychował go na czystokrwiste bydlę. Draco powoli zdaje sobie sprawę z tego, że uważanie się za lepszego od innych tylko dlatego, że pochodzi się z wielopokoleniowej magicznej rodziny jest tak naprawdę bezsensowne. Odrzuca też dyktaturę Voldemorta, ale nie potrafi się sprzeciwić ojcu. Dlatego spędza wakacje u chrzestnego, zapamiętując przepisy na paskudne trucizny i wszelkie czarnomagiczne eliksiry...
Zegar postanowił wybić czwartą. Severus zgasił peta w popielniczce, po drodze do sypialni zrzucił z siebie ubranie i odziany jedynie w bokserki padł w pościel, aby złapać choć kilka godzin snu.

- I jak szlaban z Nietoperzem, Miona? - Ginny uśmiechnęła się do przyjaciółki przy śniadaniu.

- Porządkuję magazynek... Uwierz mi, jest trochę roboty... Na szczęście wpadłam na pomysł, jak zaczarować etykietki, żeby same się przepisywały, i tego chociaż nie muszę robić ręcznie. - Hermiona wyglądała na dość wyspaną, ale w jej oczach czaił się jakiś cień.

- Nie zazdroszczę... Ale przynajmniej nie dyszy ci nad karkiem, prawda?

- Na szczęście nie, chociaż wczoraj wpadł dość nagle, wystraszyłam się i potłukłam niechcąco jeden słoiczek... Wydarł się na mnie, jak to on ma zwyczaju i wyrzucił. Ale nie odjął punktów, a to już jakiś postęp... Wytrzymam jakoś, w końcu to "tylko" miesiąc... - Hermiona pochyliła się nad talerzem. Nie chciała się przyznać, że gdyby mogła, to każdy wieczór spędziłaby w lochach. Szarpana wyrzutami sumienia pragnęła pomóc nauczycielowi, choćby miało się to sprowadzać do sprzątania magazynku i czyszczenia kociołków.

- Podziwiam cię, naprawdę. Słuchaj, a rozmawiałaś z profesor Springer? Co ona wtedy chciała?

- A, po spektaklu? Rozmawiałam, chciała kontynuować pracę nad spektaklami. Jak tylko skończę ten przeklęty szlaban to wezmę się za jakiś tekst. Chciałabyś zagrać?

- Pewnie! Czyli chcesz zorganizować na stałe koło teatralne, tak?

- Myślę o tym. Wolałabym się teraz jednak skupić na jakichś mniejszych przedsięwzięciach, może monodramach, żeby to nie pożerało tylko aż tyle czasu i nakładu pracy, w końcu musimy się też uczyć. - Starsza dziewczyna uśmiechnęła się szeroko do przyjaciółki.

- Jak chcesz, to pogadam z ludźmi, kto się na to pisze. A teraz chodźmy, ja zaczynam Eliksirami i nie zamierzam się spóźnić... - Ginny zwiesiła głowę i sięgnęła torbę spod stołu.

- I słusznie! Ja uciekam na Transmutację, zobaczymy się później. Ron, Harry, idziecie?

- Taak... McGonagall nas zabije za te eseje... Wczoraj nie mogliśmy cię znaleźć, żebyś je nam sprawdziła...

- Nie wiem, czy pamiętacie, ale ja mam szlaban u Snape'a przez najbliższy miesiąc, więc pewnie dlatego nie mogliście mnie znaleźć, geniusze... - Hermiona spojrzała na przyjaciół karcącym wzrokiem.

- O rany, na śmierć zapomniałem! Przepraszam, Hermiono... - Harry plasnął się w czoło. Ron postanowił zadziałać na przyjaciółkę spojrzeniem zbitego szczeniaczka.

- W porządku, nic się nie stało... Tyle, że macie niesprawdzone eseje. Gdybyście CZASEM słuchali, co do was mówię, byłoby dużo wygodniej, naprawdę... - z tymi słowami dziewczyna weszła do sali od Transmutacji.

Podczas większości zajęć Harry i Ron chodzili przygnębieni. Było im głupio, że zapomnieli o szlabanie przyjaciółki – przecież ostatnio w Hogsmeade o tym rozmawiali! Ona się męczy z Nietoperzem, a oni chcą, żeby im eseje sprawdzała... Na szczęście Hermiona nie potrafiła się długo gniewać i obiad zjadali już w normalnej, przyjacielskiej atmosferze. Po zajęciach chłopcy poszli razem z Ginny na trening quidditcha, natomiast Granger zajęła się pracami domowymi. Podejrzewając, że znowu długo zabawi w lochach, postanowiła wykorzystać jak najlepiej wolne popołudnie.

- Dobry wieczór, profesorze. - nieśmiało wsunęła głowę do gabinetu Mistrza Eliksirów.

- Dzisiaj kończysz magazynek, tylko tym razem niczego nie potłucz. - Snape zdawkowym gestem wskazał dziewczynie drzwi i ulokował się za biurkiem przy stercie czekających na sprawdzenie prac.

Hermiona zabrała się do ustawiania pozostałych słoiczków. Tym razem poszło jej znacznie sprawniej i już po godzinie wróciła do gabinetu.

- Skończyłam, profesorze. - odezwała się, gdy nauczyciel nie raczył jej zaszczycić spojrzeniem.

- W takim razie do laboratorium. - Snape zamaszyście ruszył w stronę dębowych drzwi.

Hermiona posłusznie poszła za nim. Otworzył przed nią drzwi do ogromnego, przestronnego pomieszczenia, w którym na sterylnie czystych stołach stała niezliczona ilość kociołków. Część z nich parowała, część była pusta, niektóre przykryto. Kilka stołów było przygotowanych do krojenia na nich składników. W kącie stała szafka, na półkach której leżały rękawice ze smoczej skóry i ochronne szaty.

- Weźmiesz teraz z magazynku skórkę boomslanga, korzeń mandragory i ogon traszki. Tu masz przepis, według niego przygotujesz składniki i zostawisz je na tym stole. Wszystkie noże są w tej szafce.

Snape odwrócił się do jednego z kociołków, zamieszał w nim kilka razy i przeszedł do kolejnego.

- Panie profesorze, czy pan to warzy dla... Sam-Pan... - zająknęła się Hermiona.

- Pięć punktów od Gryffindoru za głupie pytania. Dla Zakonu, kretynko. A teraz do pracy, nie przyszłaś tu na pogaduszki. - z właściwą sobie uprzejmością Mistrz Eliksirów wrócił do obserwowania cieczy na dnie kociołka. - Jak to posiekasz, dostaniesz następne.

To był najdziwniejszy szlaban w życiu Hermiony. Nie, żeby było ich dużo... Nietoperz pozwolił jej w czymś pomóc. To chyba najpiękniejszy komplement, jaki mógł jej podarować – pozwolić jej ze sobą w pewien sposób współpracować.
Dwie godziny później nieziemsko zmęczona, ale uśmiechnięta wróciła do swojego pokoju.
Pierwszy raz od soboty zasnęła spokojnie, zadowolona z siebie, bez wyrzutów sumienia.