Ja wiem, że tym razem bardzo krótko, ale cóż... Dziękuję za komentarze i favy! Z pozdrowieniami dla Mychaela i czytelniczek, które dzięki Niemu zyskałam! :)
Wasza side_of_sky
Z perspektywy kilku lat tamto wydarzenie wydawało się Hermionie przełomem. Severus zaczął nazywać ją po imieniu i znacznie zmniejszył dystans między nimi. Nadal nie wiedziała, czemu właśnie wtedy chciała go pocałować, gdy tak patrzyła na jego śpiącą twarz.
Dziewczyna usiadła przy uchylonym oknie, opatuliła się szczelniej swetrem i odpaliła papierosa. Londyn tonął w styczniowych roztopach, ale nadal było dość chłodno. Przypadał właśnie dzień patrona uczelni, stąd studenci mogli cieszyć się wolnym. Rektor zapraszał wprawdzie na specjalne odczyty i wykłady o historii uniwersytetu, ale Hermiona nie zamierzała nawet ruszyć się z domu. Jeszcze kilka lat temu pobiegłaby wcześniej, żeby zająć dobre miejsce z przodu auli. Ale tamta Hermiona odeszła w niepamięć. Wojna zmienia – w Granger zabiła sporą część Panny Wiem-To-Wszystko.
Wspomnienia śpiącego Snape'a przyniosły też inne wspomnienie – z początku jesieni. Wspomnienie jednego z ostatnich dni, kiedy między nimi było dobrze.
Za oknem szalała wczesnojesienna burza. Z ust Severusa wydobył się niski, gwałtowny pomruk. Wpił usta w szyję dziewczyny, pchnął ostatni raz mocniej biodrami i zastygł, unosząc głowę do góry. Hermiona doskonale widziała jego ostrą szczękę, okoloną potarganymi włosami. Jego pierś unosiła się i opadała szybko, gdy chwilę później delikatnie wysunął się z kobiety i położył obok. Gryfonka westchnęła głęboko, przewróciła się na brzuch, oparła na łokciach i zaczęła szukać czegoś w torebce, leżącej przy łóżku. Po chwili wyjęła z niej paczkę papierosów, odpaliła jednego i przelewitowała sobie popielniczkę z biurka.
- Od kiedy ty palisz? - zapytał ostro Snape i sięgnął po papierosa, siadając na łóżku.
- A od kiedy ty sypiasz z uczennicami?
- Nie jesteś moją uczennicą.
- Ani ty moim nauczycielem. Mogę palić.
- Owszem. Pytam, od kiedy to robisz.
- Od niedawna. Nauczyłam się od znajomych. - w życiu nie przyznałaby mu się, że to dlatego, że zapach dymu kojarzy się jej z nim.
- Ach tak...
Wtedy rozmowa się urwała. Niedługo potem Severus usnął, a ona jeszcze długo wpatrywała się w jego surowy profil, paląc papierosa od papierosa.
"I could stay awake just to hear you breathing, watch your smile while you are sleeping..."
Przeczuwała, że coś się kończy. Severus zaczynał zbyt mocno kontrolować jej życie, nie dając nic w zamian. Nie zamierzała odchodzić, oczywiście, że nie. Chciała tylko choć raz usłyszeć, że ją kocha, dowiedzieć się, gdzie jest i co robi, gdy znika na długie tygodnie, by nieoczekiwanie pojawić się w środku nocy.
"Save tonight and fight the break of dawn come tomorrow, tomorrow I'll be gone"... - zanuciła w myślach.
Wtedy też patrzyła na jego twarz, gdy spał, i czuła tę samą przemożną ochotę, aby go pocałować. To nie było tak dawno – a jednak nie miało szans, by zdarzyć się ponownie.
Następnego poranka jednak zdarzyła się jedna zabawna rzecz, właśnie z Severusem w roli głównej. O dziwo, został na noc, a poprzedniego wieczora obiecał, że pomoże jej zrobić zakupy. Już wtedy zdarzało się, że zjawiał się u niej ubrany jak mugol, więc wycieczka do sklepu nie wywoływała zdumienia wśród wszystkich dookoła. Zdecydowali się wybrać po kilka drobiazgów do mieszkania. Hermiona dostała od ojca forda granadę – samochód miał prawie dwadzieścia lat, był niemożliwie poobijany, miał wgniecioną karoserię z tyłu i odpadający zderzak, wszędzie odpryskiwał lakier... Słowem – whikuł nie wzbudzał zaufania. Jednak to właśnie nim Hermiona postanowiła wyprawić się na zakupy. Miał na tyle duży tył, że stolik i parę pudeł sprawunków powinny się tam zmieścić, a wiadomo, że podróż własnym samochodem jest o niebo wygodniejsza niż tłuczenie się komunikacją miejską. Gryfonka otworzyła auto od strony kierowcy, wsiadła i otworzyła drzwi nachmurzonemu Severusowi.
- Zapnij pasy.
- Pasy są passé.
- Próbowałeś być zabawny? No ale cóż, jak uważasz... - mruknęła pod nosem, odpalając silnik.
- Sugerujesz, że prowadzisz aż tak tragicznie?
- Pff. Sugeruję, że to auto jeździ siłą woli właściciela.
- Przesadzasz.
- Przekonasz się. W nim trzeba po prostu zapiąć pasy, zaufać kierowcy i modlić się do wszystkich znanych bóstw, żeby nic nie odpadło. - gdyby dziewczyna chciała coś jeszcze powiedzieć, jej słowa i tak utonęłyby w huku ruszającej maszyny.
Gdy tylko wyjechali z parkingu, Severus zrozumiał, o co chodziło Gryfonce. Przy hamowaniu podwozie niebezpiecznie trzeszczało, a samochód na prostej drodze sam zjeżdżał lekko w bok.
- Prowadź go prosto, do cholery!
- Znosi go. Ojciec mówi, że trzeba go zezłomować, ale ja nie chcę. Oddam go może do warsztatu w przyszłym tygodniu.
- Granger, do cholery, jak się rozbijemy, to przysięgam, że zmartwychwstanę, ożywię cię i osobiście zabiję!
- Luz, Snape. Naprawdę znamy się i kochamy, to mój samochód i nigdy nie zrobiłby mi krzywdy. Ani ja jemu. I wcale nie pali więcej ode mnie!
- Ale ten szary rzęch się za sekundę rozwali! - Mistrz Eliksirów wyraźnie panikował. Był bledszy niż zwykle, niespokojnie patrzył na drogę i kurczowo zaciskał dłonie na siedzeniu. Pasy zapiął, gdy tylko usłyszał dźwięk pracującego silnika.
- Nie szary rzęch, a srebrna strzała! - zgromiła go Hermiona, uśmiechając się w duchu.
Gdy zatrzymali się na parkingu przed ogromnym gmachem IKEI, Severus wypadł z samochodu i wściekle szybko odpalił papierosa. Między jednym a drugim zaciągnięciem oddychał nerwowo. Wyraźnie jazda starą, dobrą granadą mu nie służyła... Podczas drogi powrotnej siedział wyprostowany, zapiął pasy od razu i gdy myślał, że Hermiona nie widzi, zaciskał oczy, by nie widzieć niczego. Trzeba przyznać – wyglądał komicznie.
Z kubkiem mocnej kawy i kolejnym papierosem Hermiona pogrążyła się we wspomnieniach snu, jaki przyszedł po podaniu Severusowi eliksiru.
Natasza obserwowała szalejącą za oknem śnieżycę. Za chwilę miała zejść do lochów, by dokończyć razem z Siergiejem truciznę. Teraz należało tylko wyczekać dobrego momentu, aby podać miksturę zmieszaną z winem władcy...
Nie wiedziała, jak zachowywać się wobec Siergieja. Ostatnio nie zareagował w ogóle na jej delikatną suknię – może zatem jest jakaś inna metoda, aby zwrócić jego uwagę? Wybrała z szafy prostą, długą suknię w bardzo starym stylu, założyła na nią długą pelerynę, a włosy uczesała w luźny warkocz.
W gabinecie Siergieja było pusto. Jednym skinięciem nadgarstka zaparzyła sobie herbaty i lewitując ją, przeszła do laboratorium. Wyjęła z rękawa sukni poskładany pergamin z przepisem i zajęła się składnikami. Po chwili w drzwiach stanął Siergiej.
- Dobry wieczór, Natalio. Odtrutka jest gotowa. Możemy tworzyć truciznę.
- Wiem, Siergieju Iwanowiczu. Zaczęłam przygotowywać składniki. Nie ma na co czekać... - mruknęła, ledwie zaszczycając nauczyciela spojrzeniem.
- Doskonale! Zatem ja przyniosę kociołek. O, zrobiłaś sobie herbaty! Cieszę się, że dobrze się tu czujesz... - mówiąc to, zniknął w głębi magazynu.
Nie minęło pięć minut, gdy zdarzyły się trzy rzeczy prawie jednocześnie. Najpierw z magazynu dobiegł ogromny hałas i wiązanka przekleństw, efektem czego Natasza podskoczyła i dość nieszczęśliwie drasnęła nożem palce lewej dłoni, a potem otworzyły się dębowe drzwi komnaty i do środka wparował dyrektor Akademii.
Siergiej zjawił się w laboratorium, rozcierając ramię, Aleksiej Aleksandrowicz oparł się o ścianę, obserwując nauczyciela i uczennicę, a Natasza przytknęła nagłym odruchem zakrwawione palce do ust.
- Co się stało? - zapytali wszyscy troje, by po chwili wybuchnąć śmiechem.
- Siergieju Iwanowiczu, usłyszałam huk, przestraszona zacięłam się nożem, a w tym czasie przyszedł Aleksiej Aleksandrowicz... - mruknęła nieśmiało rudowłosa, odsuwając dłoń od twarzy. Na wargach zostało jej kilka kropli krwi.
- Och, Nataszka, trzeba to opatrzyć! - zagrzmiał dyrektor. Lekko wyciągnął przed siebie lewą dłoń, i uczennica bez słów wysunęła skaleczoną rękę.
Po chwili z palców mężczyzny wypłynął strumień szarej mgiełki, otulił dłoń Nataszy, by potem delikatnie, wręcz niezauważalnie się rozwiać. Palce były uleczone.
- Dziękuję, Aleksieju Aleksandrowiczu! - Natalia Pietrowna schyliła wstydliwe głowę, patrząc na gładką znów skórę palców.
- Widzę, dzieci, że nad czymś pracujecie. - nagle oczy dyrektora zaczęły się dziwnie mienić, a twarz, cała blada, na policzkach przybrała barwę dojrzałych maków - Przyjdę do was poootem... Teraz... Teraz... Hahahahaha! - Aleksiej zaniósł się lekko szaleńczym śmiechem i zataczając się, wyszedł z komnaty.
- Czy on... czy... jest pijany? - wydusiła z siebie dziewczyna, niepewnie zerkając na Mistrza Mikstur.
- Nie, Nataszo. Chyba znowu miał jakieś widzenie przyszłości. Dyrektor jest potężnym szamanem, ostatnim takim w całej Rosji. Ale przecież jeszcze masz ślad! - Siergiej podszedł do niej i delikatnym gestem kciuka starł z ust zasychającą powoli krew. Natalia śmiało spojrzała mu w oczy. Jednak nauczyciel szybko odwrócił wzrok i spojrzał na blat.
- Większość składników już gotowa... Dokończ pracę, Natalio. - zamaszystym krokiem wrócił do składziku.
Z cichym westchnięciem Natasza wróciła do siekania składników. Godzinę później wszystkie wrzały w kociołku pod czujnym spojrzeniem Mistrza.
- Coś jest nie tak. Mam wrażenie, że mikstura jest silniejsza, niż powinna... Para nie powinna być aż tak czerwona... - mruknął cicho Siergiej, uważnie wpatrując się w opary unoszące się nad kociołkiem.
Trucizna zabulgotała ostatni raz, para opadła i wywar był gotowy. Siergiej przelał go do niedużych fiolek i odesłał do potężnego kufra, zajmującego róg pomieszczenia.
Kiedy oboje zabrali się za sprzątanie stołu, Iwanowicz sięgnął po nóż, którym Natasza cięła wszystkie składniki do trucizny. Nagle znieruchomiał, a nóż wysunął się z jego palców.
- Na tym nożu jest twoja krew... - mężczyzna pobladł.
- Och! Mogłam nie zauważyć... A czy... Siergieju Iwanowiczu, to coś zmienia? - dziewczyna podniosła ostrze i przerażonym wzrokiem wpatrywała się to w narzędzie, to w nauczyciela.
- Najprawdopodobniej trucizna może być dzięki temu silniejsza. Pytanie tylko, czy zadziała...
Jeszcze chwilę trwali w niemym strachu, gdy nagle Natasza rzuciła nóż na stół i płacząc, wybiegła.
Nie mieli już niektórych składników, ani tym bardziej czasu na kolejne próby. A ona przez swoją nieuwagę zniszczyła tygodnie pracy...
Padła na szerokie łoże wstrząsana głośnym szlochem. Po chwili do drzwi ktoś zastukał i nie czekając na odpowiedź, wsunął się do pokoju. Dymitr.
- Co ci zrobił, maleńka? - usiadł obok dziewczyny, objął ją i zaczął gładzić po włosach.
- Nic... to ja zniszczyłam naszą pracę... - wydusiła z siebie w przerwach między kolejnymi falami płaczu Natalia, wtulając się w ramię blondyna.
- Znam go i dobrze wiem, że nie ma takiej pomyłki, której nie można naprawić.
Długo później, kołysana spokojnymi słowami rudowłosa usnęła w ramionach Dymitra.
