Ponownie - nie przyzwyczajajcie się, to był chwilowy napad szału twórczego, przez który nie spałam do 3 ;)
Lekko i krótko, ale mam nadzieję, że się Wam spodoba.
PS. W kwestii komentarzy - jesteście cudowne, a ja jestem jakąś tępą ... tępą... no, tępą mną, bo od jakiegoś czasu, od sierpnia znaczy, gmail postanowił olać przesyłanie mi powiadomień z FF, a nie wpadłam na to, żeby tu sprawdzić...
Dziękuję, że jesteście i czytacie :)
Wasza sky
26. Nothing can take away this blues...
- Nie, Draco, nie będziemy rozmawiać o Severusie. Mam jeden układ nerwowy i nie zamierzam go marnować na tego mężczyznę.
- Miona, bardzo cię uprzejmie proszę, powiedz mi, co się dzieje...
- Rzucił mnie, albo ja jego, a właściwie to ciężko powiedzieć o co chodzi. On się może zdecydować, czego chce, a ja nie zamierzam dać się tak traktować. Koniec pieśni, idziemy.
Dracon był jedną z niewielu osób z magicznego świata, z którymi Hermiona miała regularny, stały kontakt. Spotykali się czasem na kawę, sporadycznie zdarzało im się wychodzić wspólnie na imprezy. Hermiona nie przyprowadzała swoich magicznych przyjaciół do mugoli i odwrotnie, co dość komplikowało jej życie. Kontakt z Ginny, Harrym i Ronem koszmarnie utrudniały ich plany życiowe – Ruda studiowała magomedycynę, która skutecznie zżerała jej każdą wolną chwilę, a Harry i Ron podjęli pracę aurorów, i – szczerze mówiąc – nawet jak mieli czas na aportację do przyjaciółki, to nie mieli na to siły. Spotykali się rzadko, ale nadrabiali to w wakacje, spędzali razem weekendy albo całe tygodnie w Norze i na Grimmauld Place.
Tym razem Draco uznał, że potrzebuje zjawić się u Hermiony na parę dni, żeby ogarnąć swoje życie. Od wojny jego poglądy ustabilizowały się na tyle, że chętnie spędzał czas z mugolami. Poprzedniej nocy wybrali się do klubu. Na szczęście Hermiona miała zapas eliksiru na kaca, inaczej spędziliby ten wiosenny dzień na wspólnej walce z koszmarnym bólem głowy...
- Hermiona, zaraz, sekunda, wytłumacz mi tylko, po jasną cholerę ja idę z tobą? - zapytał Draco, poprawiając mankiety szarej koszuli i wygładzając włosy. Dziewczyna stała w przedpokoju z torebką przewieszoną przez ramię, bawiąc się kluczami.
- Bo nie ma sensu, żebyś tu siedział. Poza tym jakiś czas temu opowiedziałam Saszy o Hogwarcie i całej reszcie i ona to chyba jakoś przyjęła. W każdym razie parę razy widziała, jak używam różdżki, więc może nie zareaguje na ciebie dzikim krzykiem.
- Granger, wszystkie kobiety reagują na mnie jękiem pożądania...
- I tak sobie to tłumacz, Smoczku. A teraz idziemy.
Pół godziny później siedzieli w zadymionej sali Biblioteki. Malfoy zaczynał powoli narzekać na spóźnianie się przyjaciółki Hermiony, ale Granger skutecznie go uciszyła kuflem pszenicznego piwa.
- Nie myśl, że przekupisz mnie piwem. Siedzimy tu od kwadransa, a jej nie ma. Naprawdę, mógłbym już spokojnie pić wódkę...
- Ogarnij się, Draco, i bądź dla niej miły. To naprawdę ważna dla mnie osoba. I nie zachowuj się jak ostatni alkoholik. - ostrzegawcza nutka w głosie Hermiony nie powstrzymała chłopaka przed cichym mamrotaniem pod nosem.
Chwilę później do sali weszła wysoka blondynka. Draco szturchnął przyjaciółkę łokciem.
- Obczaj, jaka laska. Ja idę rwać.
- Poczekaj. Sama się przysiądzie. - Hermiona była bliska wybuchnięcia śmiechem na widok miny przyjaciela.
Tymczasem Sasza już ściągała płaszcz, zatrzymując się przy stoliku Hermiony.
- Witaj, jestem Draco. - blondyn szarmancko ucałował dłoń dziewczyny i odsunął jej krzesło.
- A ja Sasza, studiuję z Hermioną. Cześć, Mioneczko, jak ci mija weekend? - uśmiechnęła się do Gryfonki, zgrabnie ignorując przymilne spojrzenia Malfoya.
- Przyjechało to zło i pijemy... Ja naprawdę nie mam siły na codzienne imprezowanie, a on tego nie rozumie!
- Sama jesteś zło. - Malfoy obraził się i odpalił papierosa.
- O proszę. Czyli jednak istnieje siła, zdolna wyciągnąć pannę Granger z domu?
- Nazywa się Draco Malfoy i udaje mu się to tylko dlatego, że czasem daję się złapać na te ślizgońskie zagrywki, słodkie oczka i smętne historyjki...
- Zaraz, jesteś Ślizgonem? - tym razem Sasza zwróciła się już do Malfoya, lekko mówiąc zdziwionego wiedzą dziewczyny.
- Owszem, jestem. Pewnie ta „lwica" odpowiedziała ci, jacy jesteśmy okropni...
- Nie do końca. Mówiła o pewnym dupkowatym nietoperzu, któremu sama mam ochotę ukręcić łepek, ale poza tym to jakoś nie wdawała się w szczegóły. Tyle, że wiem, który to dom.
- I tak jestem pod wrażeniem twojej wiedzy o naszym świecie. - Dracon posłał blondynce najbardziej czarujący uśmiech, a potem podał zapalniczkę.
- Halo, ja też tu jestem! - Granger odstawiła kufel z piwem i przyjrzała się przyjaciołom.
Właściwie mieli sporo cech wspólnych. Obydwoje mieli jasne włosy, byli niesamowicie inteligentni i potrafili ją rozbroić. I oczywiście za obojgiem poszłaby w ogień. Szare oczy Dracona wpatrywały się z zachwytem w zielonooką dziewczynę, wypuszczającą dym z papierosa.
- Mio, będziemy tu siedzieć cały czas czy przeniesiemy się gdzieś potem?
- Opcje są dwie, a właściwie trzy. Możemy siedzieć tu, możemy ostatecznie iść się bawić, chociaż ja totalnie nie mam siły po wczoraj, albo kupić wino i iść do mnie, co też jest niegłupią sprawą.
- Wino brzmi doskonale! - Sasza uśmiechnęła się ciut porozumiewawczo.
- Ja bym się napił whisky.
- To się napijesz whisky, a my wina.
- W takim razie zerujemy to piwko, obieramy kurs na twoje mieszkanie i zawijamy w bezpiecznym porcie.
- O nie, żadnego śpiewania szant, Malfoy! Nie po wczoraj! - Granger miała rację. Dracon po alkoholu uwielbiał śpiewać szanty na zmianę z ludowymi piosenkami irlandzkimi, co przy jego słowiczym głosie nie brzmiało najlepiej. Szczególnie, że koszmarnie mylił zwrotki i gubił rytm.
- Dracon śpiewa szanty? Możemy właściwie iść na karaoke... - Sasza postanowiła zaryzykować i poczekać na reakcję przyjaciółki.
- To idźcie, a ja sobie spokojnie poczekam na was w domu. Zastrzegam – bez magii ciężko ci będzie go dociągnąć do mnie... - Hermiona bawiła się w najlepsze, ponieważ Dracon chciał wypaść jak najlepiej, a rozmowa totalnie wymknęła mu się spod kontroli.
- Ustaliliśmy już, że wykupujemy pół monopolowego i idziemy do Granger.
- Przepraszam, była mowa o jednym winie! Pół whisky masz w barku, chyba nie zamierzasz czołgać się po podłodze jutro rano? - Gryfonka była bezlitosna.
- Zamierzam jakoś z wami wytrzymać. - odpowiedział Malfoy grobowym głosem. Wszyscy troje głośno się roześmiali.
- Zawsze możesz się zbuntować i iść do Andrew. Skoro jest w stanie znieść urocze towarzystwo Severusa, to ciebie też wytrzyma.
- Przypominam ci, sklerotyczko, że obaj twoi współlokatorzy wynieśli się dwa dni temu na weekend i nie będzie ich przez najbliższe półtorej doby. Powinnaś mniej pić, skoro tego nie pamiętasz.
- Ale Andrew mówił, że może wpadnie, bo ma coś załatwić w kwestii pracy dyplomowej...
- W weekend? Szalona jesteś, Granger. Kończ to piwo i idziemy, bo whisky właśnie do mnie dzwoniła i mówiła, że bardzo tęskni za moimi słodkimi ustami.
- Smoczku, jesteś obleśny, ale może właśnie za to cię kocham! - Hermiona puściła przyjaciółce oczko, obserwując minę Draco, udającego skrajne załamanie.
Z mrożoną pizzą, dwiema butelkami półwytrawnego wina i półlitrową whisky oraz lodami truskawkowymi niespełna godzinę później pokonywali schody, prowadzące na czwarte piętro wieżowca, w którym mieszkała dziewczyna. Winda postanowiła się zepsuć, więc zaśmiewając się w głos, łamiąc tym samym ciszę nocną, wdrapywali się po kolejnych stopniach.
W przedpokoju Malfoy dostał ataku śmiechu przez dowcip, który opowiedziała Sasza. Wylądował na dywanie, zakrywając się płaszczem i trzęsąc ze śmiechu. Hermionie udało się o niego potknąć, ale w ostatniej chwili złapała równowagę, ratując alkohol od potłuczenia, a jasny dywan i płaszcz blondyna od ciężkich do wywabienia plam.
Zapach pizzy roznosił się po całym mieszkaniu, na stoliku stały dwa kieliszki wina i szklanka whisky, pełna popielniczka, trzy paczki pełne papierosów i pięć pustych – zostały z poranka i poprzedniego wieczora. Rano papierosy stanowiły idealne śniadanie dla skacowanych czarodziejów. Troje młodych ludzi siedziało na podłodze, wspólnie jedząc pizzę i grając w karty. Malfoy odkrył ukryty głęboko talent plastyczny i rysował na trójkącikach pizzy keczupem kwiatuszki, hipogryfy – które nie przypominały niczego, poza bezkształtną plamą – i serduszka.
- Malfoy, odkąd rysujesz serduszka?
- Odkryłem w sobie wrażliwość dziecka. W dzieciństwie raczej nie malowałem. Rozbijałem się na miotle albo na drzewach, albo na meblach w salonie. Czasem czytałem różne książki z biblioteki ojca. Ganiałem skrzata domowego. Nie, nie malowałem.
- Błagam, tylko nie wchodźmy na żadne smutne tematy. Wiem, że macie za sobą wojnę i w ogóle, ale nie dziś. - mruknęła cicho Sasza.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, o pani! - zakrzyknął wesoło blondyn, podsuwając dziewczynie kawałek z wyjątkowo krzywym, ale uroczym keczupowym serduszkiem.
Półtorej butelki wina i pół whisky oraz paczkę papierosów później Sasza stwierdziła, że niestety, musi wrócić do domu. Nie pomogły przekonywania, że magia może wiele, że pokoje współlokatorów są puste i naprawdę mogłaby tu spać, uparła się na spanie we własnym łóżeczku. Draco wpadł na najwspanialszy na świecie pomysł, żeby się z nią aportować. Zmęczona Hermiona machnęła ręką na tę ideę, pożegnała się z przyjaciółką i gdy trzask upewnił ją, że jest sama, zabrała się za sprzątanie pobojowiska, w jakie zamienił się jej pokój. Zdążyła pomyśleć, że niby jest cudownie, ma wspaniałych przyjaciół, z którymi potrafi się śmiać, ale jednak nic nie może równać się z czasem, spędzanym z Severusem. Nie próbowała udawać przed sobą, że straszliwie za nim tęskni.
Nie minęło dziesięć minut, gdy do pokoju wleciał srebrzysty, niematerialny orzeł.
- Granger, ratuj, dopadł mnie Potter i próbuje zamknąć! - wykrzyczał głosem Dracona.
Chwilę później Hermiona stała na jednej z lepiej oświetlonych ulic osiedla, na którym mieszkała Sasza. Malfoy stał z boku, unieruchomiony przez współpracownika Harry'ego, młodziutkiego aurora o twarzy wystraszonego służbisty.
- Muszę zaprotokołować zatrzymanie z powodu nadużycia magii w mugolskiej części miasta. Miona, zrozum, ile osób mogło go widzieć...
- Ale żadna nie widziała. Chciał dobrze, nie chciał, żeby dziewczyna sama wracała po nocy do domu...
- Ech, Hermiono. Dobrze wiesz, że robię to tylko dla ciebie. Puść go, Johnny. Ale nie myśl, że się tak łatwo wywiniesz, Mio! Wpadam do ciebie jutro na kawę. - Harry uśmiechnął się ciepło. Widać było, że w ogóle nie chciał zatrzymywać Malfoya. Gdyby mógł, nie ruszyłby się z biura do tego wezwania. Wiedział, że szanse na zobaczenie sytuacji aportowania przez mugoli w tamtej części miasta są niewielkie – połowę osiedla zamieszkiwali czarodzieje, ale nie dzielił się tą refleksją z przyjaciółką. Musiał teraz tylko zgrabnie wytłumaczyć całe zajście przed tym żółtodziobem, ale w końcu nie bez sensu jest Chłopcem-Który-Zbawił-Cały-Czarodziejski-Świat...
- Ostatni raz ratuję ci dupę, Malfoy.
- Granger, dzisiaj to mnie wpakowałaś w niezłą kabałę.
- Nie rozumiem.
- Porozmawiamy jutro. Teraz potrzebuję szklanki whisky i kołdry. A, i kąpieli po drodze.
- Po drodze do domu?
- Nie, między whisky a kołdrą. A nawet właściwie może być whisky w wannie...
- Coś do tego jeszcze sobie szanowny paniczyk życzy? - mimo wszystko, dziewczyna odpowiedziała uśmiechem na szelmowski uśmiech przyjaciela.
