Rozdział 2
W Ice Kingdom było zimno. Stan taki nie był niczym dziwnym. Na ziemiach Ice Kinga zawsze było zimno. Lato, czy zima, dzień, czy noc. Pomijając pewien incydent z Flame Princess, temperatura w Ice Kingdom nie przekraczała minus dziesięciu stopni Celsjusza. Tego dnia humor Ice Kinga, a więc i pogoda, był naprawdę dobry. Żadnej śnieżycy, wiatru czy lodowych błyskawic. Veidrika otaczał tylko lód, śnieg i pingwiny.
Właśnie… pingwiny. Człowiek w płaszczu nie przyszedł tu od tak sobie. Kierowany wypaczonym przez czas i chory umysł poczuciem humoru podszedł do najbliższego ptaszyska. Spojrzał z góry w wielkie pingwinie oczy i wyciągnął spod płaszcza melonik. We jego wnętrzu leżał monokl i sztuczny wąsik. Czarnowłosy szybko ubrał pingwina w ten zestaw. Cofnął się o kilka kroków by ocenić efekt.
- "Wenk?" - dźwięk wydany przez pingwina był ewidentnym pytaniem. Zaskoczonym pytaniem.
- "Witam milordzie" - Veidrik ukłonił się, a następnie odwrócił się na pięcie i brnąc przez śnieg ruszył w głąb zimnego lądu z zamiarem awansowania klasowego większej ilości zwierzaków w naturalnych frakach.
Tymczasem kilkadziesiąt metrów dalej, na wysokiej zaspie leżały dwie postacie. Nie przypominały pingwinów. Nie przypominały nawet ptaków, choć jedna z postaci miała na głowie coś co przypominało kaczkę. Mocno rozlazłą aktualnie. Finn i Jake obserwowali poczynania człowieka w płaszczu przez lornetkę.
- "Stary, dlaczego my to właściwie robimy?" - zapytał Jake - "I to już od tygodnia?"
- "Takie rozkazy od królewny" - mruknął jego brat w odpowiedzi - "Chce wiedzieć co to za typek."
- "Czuje się jak jakiś świrnięty prześladowca…" - jęknął pies.
- "Powiedziała, że o nieśmiertelnych istotach warto wiedzieć jak najwięcej" - chłopak nie zwrócił uwagi na marudzenie braciszka - "Ciekawe właściwie ile jest takich istot?"
Śnieg kilka metrów za nimi zaczął powoli formować się w jakiś kształt, ale tajemnicza siła nie zdołała dokończyć. Coś co zaczynało wydawać się jakąś liczbą runęło i przestało wyróżniać się z otoczenia.
Bracia usłyszeli z oddali kolejne zdziwione "wenk". Veidrik widocznie tytułował kolejnego szlachcica.
- "Hej chłopaki!" - do ich uszu doszedł charakterystyczny głos - "Co tu robicie?"
Chłopak i pies odwrócili się by zobaczyć błękitnoskórego starca z długą, białą brodą, niebieską szatą i złotą koroną z wielkimi czerwonymi kamieniami szlachetnymi. Ice King we własnej osobie…
- "Wykonujemy misję od Princess Bubblegum" - odpowiedział spokojnie Finn.
- "Czy ta misja dotyczy mnie?" - król zapytał z nadzieją. Nadzieją, że różowa królewna wreszcie się nim zainteresowała.
- "Nie" - Jake pokręcił głową - "Tamtego gościa" - powiedział wskazując czarną sylwetkę w oddali.
- "A co on robi na moim terenie?" - w głosie starca zabrzmiała złość. Miał już dwa powody by nie lubić nieznajomego.
- "Chyba…" - młody bohater chwilę się zastanowił - "Pasuje twoje pingwiny na szlachciców… A przynajmniej tak to wygląda…"
- "Coo?!" - Ice King wściekł się. Właśnie pojawił się trzeci powód. A tyle już wystarczyło. Brodacz wzniósł się wyżej i poleciał ze sporą prędkością we wskazanym przez psa kierunku.
Tymczasem kilkanaście zasp dalej odgrywała się kolejna scenka z pingwinem arystokratą w roli głównej.
- "No to może jeszcze fajkę?" - Veidrik dodał kolejny przedmiot do stroju pingwina.
- "Wenk" - zwierzę wydawało się zadowolone - "Wenk wenk!"
- "A ty co sądzisz?" - zapytał właśnie wyjętego spod płaszcza pluszaka.
- "Sądzę, że twoje poczucie humoru spada na psy" - mruknął pluszak.
- "A w przyszłości będę miał lepsze?"
- "Wiesz, że nie po to tu jestem. Nie mogę opowiadać ci twojej przyszłości" - maskotka była wyraźnie niezadowolona - "Mam tylko dopilnować żebyś za kilkaset lat zrobił to co powinieneś."
- "Tak, wiem…" - westchnął czarnowłosy - "Zawsze to powtarzasz…"
Nagle jasno niebieski błysk przerwał rozmowę. Dłoń księcia i pluszak zmieniły się w bryłę lodu. Zaskoczony Veidrik cofnął się kilka kroków i zaczął rozglądać się za napastnikiem. Ubranego na niebiesko, brodatego starca, lewitującego kilkanaście metrów od niego po prostu nie dało się nie zauważyć. Zwłaszcza, że zaczął krzyczeć coś o pingwinach. Książę zmienił ukrytego pod warstwą lodu pluszaka w dym i wciągnął go pod płaszcz rękawem. Uderzył pięścią o pięść rozbijając lodową bryłę na kawałki. Nie chciał walczyć z Ice Kingiem. Znał jego historię i w głębi duszy mu współczuł.
Starzec zaczął ciskać w stronę czarnowłosego lodowe zaklęcia. Jego cel poruszał się jednak za szybko, a do tego co chwilę zmieniał się w dziwny czarny dym.
- "Przestań się rzucać!" - wrzasnął Ice King.
Każdy nietrafiony strzał wzbijał chmurę sypkiego śniegu. Wkrótce nie dało się zobaczyć postaci w płaszczu, zasłoniętej miniaturową zamiecią. Tracąc możliwość celowania, lodowy czarownik przestał ciskać zamrażające błyskawice. Machnięciem ręki przegonił irytujący śnieg. Jednak kiedy zimna zasłona zniknęła, zobaczył tylko lód i kilka uwięzionych w nim pingwinów. Oczywistym stało się, że jego przeciwnik wykorzystał sytuację i zwiał.
- "Hahaha! Tak!" - Ice King roześmiał się - "Uciekaj tchórzu!" - krzyknął i zabrał się do uświadamiania pingwinów w materii ich klasy społecznej.
- "Chyba nic tu po nas stary" - odezwał się Jake odrywając oczy od lornetki.
- "Ta…" - Finn wstał - "Teraz trzeba go znaleźć…"
- "A nie możemy zrobić sobie przerwy?" - jęknął pies - "Jestem głodny…"
- "Najpierw misja, a dopie…" - chłopak przerwał, bo gdy się odwrócił stanął twarzą w twarz ze znajomą postacią.
- "Kogo trzeba znaleźć?" - zapytał Veidrik z szerokim uśmiechem.
- "Emm…" - Finn nie wiedział co powiedzieć - "Um… Nikogo!"
- "Nie wydurniaj się" - książę pokręcił z uśmiechem głową - "Doskonale wiemy, że obserwujecie nas od tygodnia."
- "W-wiecie?" - chłopak był zaskoczony. Przecież tak się starali pozostać w ukryciu…
- "Zaraz… "wy" wiecie?" - wtrącił się Jake.
- "My wiemy wszystko…" - Veidrik uśmiechnął się jeszcze szerzej i zaczął zmieniać się w dym, który odlatywał z wiatrem gdzieś w okolicę Candy Kingdom. Po chwili dało się słyszeć stamtąd szaleńczy śmiech.
- "Ugh… co za dziwak…" - mruknął Jake.
- "Wiesz co?" - odezwał się Finn - "Dosyć na dzisiaj… Idziemy zameldować się do królewny."
Princess Bubblegum spała. Spała już długo. Ostatni tydzień spędziła na praktycznie całodziennych badaniach z przerwami na wyjścia do toalety czy skromne posiłki. Jak zwykle po takim maratonie musiała odespać. Wiszący na różowej ścianie, nad różowym łóżkiem różowy zegar z kotem zamiauczał przejmująco. Wybiło południe - dosyć spania. Królewna powoli otworzyła oczy. Nie wyspała się, ale obowiązki wzywają… Usiadła powoli na łóżku i przeciągnęła się ziewając głośno. Zwlekła się z łóżka i podeszła do szafy. Przebrała się szybko.
Postanowiła wyjść na balkon by powdychać, świeże powietrze. Na horyzoncie, na tle biało-niebieskich gór Ice Kingdom odcinał się niewielki żółty kształt. PB osłoniła twarz przed słońcem i zmrużyła oczy. Żółty kształt powiększał się. A raczej zbliżał.
- "Finn i Jake…" - mruknęła - "Pewnie przychodzą zdać raport" - odwróciła się i ruszyła do wyjścia z pokoju, wyjść na spotkanie bohaterom.
Veidrik siedział na drzewie na obrzeżach lasu. Jego płaszcz powiewał leniwie na słabym wietrze. Konar nie był wygodny. Mężczyzna spróbował kolejny raz znaleźć wygodną pozycję. Bez skutku.
- "Co teraz?" - zapytał trzymanej w ręce maskotki - "Spławiłem ich."
- "To co miałeś zrobić" - odpowiedział pluszak.
- "Eeee…"
- "Nie mów mi że zapomniałeś" - westchnął głos - "Miałeś sprawdzić coś na pustkowiach…"
- "Aaaa… pustkowia… pamiętam" - uśmiechnął się czarnowłosy - "I miałem dopilnować by…"
- "Tak"
- "To mi brzmi bardziej jak zadanie dla tego drugiego…" - mruknął
- "TB jest teraz zajęty… Zresztą nawet nie wiem po co go ze sobą zabrałem..." - odpowiedziała zabawka - "A teraz do roboty!"
- "W ciągu tego tygodnia przemaszerował chyba z pół Ooo!" - Finn był zbyt zajęty opowieścią by jeść. Jake wręcz przeciwnie. Princess Bubblegum z kolei słuchała uważnie, żując powoli śniadaniowe ciasto - "Przez większość czasu gadał z tym swoim pluszowym jaszczurem albo gapił się w przestrzeń. Czasem płakał. Czasem obserwował życie w wioskach i miastach" - chłopak gestykulował rękami wyposażonymi w sztućce - "I przebierał pingwiny! Ale Simonowi się to nie spodobało i próbował go zamrozić… A potem ten książę nas znalazł i powiedział… że od początku wiedział, że go obserwujemy…" - Finn zaczerwienił się ze wstydu.
- "Nie szkodzi Finn" - powiedziała królewna uspokajająco.
- "I powiedział jeszcze, że wie wszystko" - powiedział Jake po głośnym przełknięciu porcji.
- "Śledzenie go nie ma sensu…" - mruknęła PB zamyślona patrząc w dal - "Trzeba to z niego… jakoś wyciągnąć" - ostatnie słowa brzmiały nieco złowieszczo. Bracia poczuli delikatne ciarki. Królewna spojrzała na nich z dobrotliwym uśmiechem - "Zróbcie sobie wolne. Napracowaliście się."
Radioaktywne pustkowia… W tym miejscu najwyraźniej było widać ślady cywilizacji z przeszłości. I ślady wojny… Tu nie było piasku, tylko gruz i pył. Tu nie było kamieni tylko pokruszone mury i ściany. Tu nie było zwierząt, czy istot rozumnych, tylko obrzydliwe, powstające z martwych ciał mutanty. Nie było wody, roślin, ani nawet normalnego powietrza.
Wszystko było skażone do granic możliwości. Byle garść tutejszego piasku mogła zabić nie chronionego odpowiednim skafandrem człowieka. Veidrikowi promieniowanie nigdy jednak nie przeszkadzało… no przynajmniej odkąd jego ciało zostało wyeksponowane na promieniowanie z wielkiej bomby. Tej która zrodziła największe zło tej planety. Czarnowłosy sam nawet promieniował ponad normę. Właściwie, to mimo upływu tysiąca lat wszystko na tej planecie wciąż promieniowało. Mało kto jednak zwracał na to uwagę. Normy się zmieniły.
- "Eh… Wspomnienia" - westchnął mężczyzna. To miejsce nie przypominało mu niczego konkretnego. Przypominało mu za to wojnę. Nie był z tego jakoś szczególnie zadowolony. - "No… Gdzie jesteś śmierdząca, zielona chordo?" - jego ręka powędrowała pod płaszcz i wyciągnęła pluszaka i lornetkę. Człowiek przez chwilę obserwował horyzont - "Żadnych mutantów!" - powiedział z radością do pluszaka.
- "Skąd ta satysfakcja?" - mruknął ponuro pluszak - "Spójrz jeszcze raz."
Daleko, obok zawalonego wiaduktu coś się poruszało. Coś zielonego. A właściwie kilka cosiów. Veidrik schował trzymane przedmioty i wyciągnął stary, podrapany karabin. Chwycił go pewnie i pobiegł w stronę stworów. Rozpędził się szybko, zostawiając za sobą czarny, unoszący się przez chwilę w powietrzu, dymny ślad. Już po kilku sekundach dobiegł do stworów. Było ich więcej niż się wydawało z daleka. Czarnowłosy stanął pewnie i zaczął strzelać. Gorący ołów przeciął radioaktywne powietrze i wbił się w ścianę różnobarwnych, broczących jasnozieloną cieczą ciał. Horda warknęła wściekle. Kilka mutantów padło i natychmiast zostało stratowane przez inne, pędzące na spotkanie przeciwnika i śmiercionośnych kul. Nagle grad ołowiu urwał się cichym kliknięciem. Koniec amunicji, nie ma czasu przeładować. Veidrik podrzucił broń i chwycił ją za lufę. Machnął nią raz, zmieniając w ciężki młot bojowy. Zamachnął się z trudem zmiatając kilka nadbiegających potworów. Nie zdążył jednak zadać kolejnego ciosu. Kolejne stwory wskoczyły na niego. Ciężar zielonych cielsk przygniótł go do ziemi. Mutanty tłukły go łapami i próbowały gryźć. Dookoła pojawiło się więcej stworów. Wychodziły ze szczelin w skałach i spod piachu. Nagle na środku chordy, tam gdzie przed chwilą został przysypany przez mutanty Veidrik, wystrzeliła fontanna gęstej zielonej mazi. Ukazał się poruszający się niezwykle szybko czarny kształt. Wymachiwał długimi czarnymi pazurami rozrywając potwory na strzępy. Istota ryknęła, a z jej uzbrojonych w palisadę spiczastych zębów ust buchnął strumień zielonego ognia. Pożoga strawiła spory tłumek mutantów. Cienista istota w chwili spokoju rozejrzała się. Zielone stwory nadchodziły zewsząd. Istota szybko przekalkulowała swoje szanse i rzuciła się do ucieczki. Czarny, rozmywający się kształt pomknął w kierunku tej normalniejszej części Ooo pozostawiając za sobą pas upstrzonej zieloną mazią i różnokolorową tkanką śmierci.
Istota wbiegła w las. Zaczynała stawać się coraz bardziej ludzka. Veidrik padł wykończony na mech. Śmiał się i kaszlał. Wstał z trudem i zaczął iść w stronę Candy Kingdom. Droga jest daleka, a czasu jest mało.
Mimo tego co powiedziała królewna, Finn miał nieznośne odczucie, że zawiódł. Szedł powoli ze swoim bratem w stronę fortu na drzewie. Słońce chyliło się ku zachodowi. Byli już na terenie Grasslands. Nagle młody bohater spostrzegł coś kątem oka. Blask… Jakby coś się paliło…
- "Jake!" - Finn trącił psa łokciem.
- "Hę?"
- "Spójrz tam" - wskazał słabą łunę - "Cho…"
- "Daj spokój…" - przerwał mu Jake - "Padam z nóg…"
- "Ale ktoś może być w niebezpieczeństwie!" - zaprotestował Finn.
- "Eeeee…" - jęknął pies - "Pewnie jakieś gobliny robią ognisko."
- "No weź… Jesteśmy przecież bohaterami!"
- "No dobra" - zaczął się powiększać - "Wsiadaj" - bracia ruszyli w stronę poświaty.
Nie musieli iść daleko. Źródło tajemniczego światła zobaczyli tuż za pagórkiem. Na polanie stała Flame Princess. Rozmawiała z okrągłą istotą ubraną w płonącą czapkę i trzymającą kopię. Finn natychmiast rozpoznał istotę - Cinnamon Bunn… Zachowawszy spokój, chłopak podszedł bliżej.
- "Witajcie" - pomachał ręką - "Co was tu sprowadza?"
- "Nie twój interes" - cynamonowy spojrzał na niego wrogo.
- "Cześć Finn. Cześć Jake" - królewna również nie była specjalnie zadowolona ze spotkania - "Zrobiliśmy sobie przerwę i wybraliśmy się na poszukiwanie przygód" - powiedziała oschle.
- "I jak wam idzie?" - zapytał bohater podchodząc powoli. Wciąż starał się zachowywać spokój, chociaż zimne powitanie mocno go zasmuciło.
- "Nie zbliżaj się!" - warknął słodyczanin - "Ani kroku dalej!"
- "Ale o co cho…" - mówiąc to Finn ciągle zbliżał się do pary.
- "Mówiłem ani kroku!" - krzyknął cynamonowy wojownik przerywając wypowiedź człowieka. Opuścił kopię do pozycji bojowe i zaszarżował na chłopaka.
Zaskoczony Finn jakimś cudem zdążył zrobić unik. Jego przeklęty miecz zmusił jego rękę do ruchu przecinając kopię Cinnamon Bunna na pół. Cynamonowy wojownik zatrzymał się i odrzucił zniszczoną broń. Rzucił się na Finna z pięściami. Rozpoczęła się brutalna wymiana ciosów. Uderzenie za uderzenie, kopniak za kopniak. Jake i FP patrzyli na starcie bezsilnie.
- "Przestańcie!" - krzyknęła królewna.
- "Właśnie!" - poparł ją pies - "Uspokójcie się!"
Krzyki nic nie dały. Walka trwała w najlepsze. Cios CB wybił Finnowi ząb. Cios Finna zdarł z głowy CB czapkę i zafundował mu drobne pęknięcie na czole. Jake rozciągnął ręce by rozdzielić bijących się, ale po oberwaniu kilku przypadkowych kopniaków zrezygnował.
Czarny, ledwo widoczny w ciemności kształt zbliżył się do walczących. Pomiędzy nimi zmaterializował się czarnowłosy człowiek, odrzucając ich w dwie strony.
- "Przesta…" - Veidrik nie dokończył dostając w pierś strumieniem ognia wypuszczonym przez przestraszoną FP. Płomień otoczył mężczyznę zmieniając kolor na zielony. Królewna przestraszyła się jeszcze bardziej i przestała atakować. Upadła na ziemię.
- "Au…" - mruknął książe - "To bolało" - zielone płomienie zgasły.
Czarnowłosy odwrócił się słysząc krzyk. W jego kierunku z wściekłością w oczach biegł Cinnamon Bunn. Cynamonowy mocno się zdziwił, kiedy nie napotkał żadnego oporu i przebiegł przez czarnowłosego jak przez… dym. Zaraz później jego twarz spotkała się z ziemią, kiedy Veidrik zmaterializował się i podstawił mu nogę.
- "Spokój idioci!" - wrzasnął - "Z pustkowi nadchodzą mutanty!"
Zapadła niemal grobowa cisza. Finn i Jake spojrzeli na siebie. Doskonale pamiętali swoje ostatnie spotkanie z tymi stworami. Chłopak odwrócił się do czarnowłosego i otworzył usta chcąc coś powiedzieć.
- "Nie" - powiedział Veidrik - "Nie potrzeba tutaj wrzeszczących bohaterów. Tu trzeba ognia" - jego oczy błysnęły na zielono.
Na granicy pustkowi stały dwie sylwetki. Jedna z nich rozświetlała nocny krajobraz potężną łuną. Druga stała nieruchomo. Zdawała się pochłaniać światło. Na jej głowie odznaczały się dwa świecące na zielono punkty.
Kilkadziesiąt metrów za ich plecami, w rzadkich krzakach siedzieli Finn, Jake i CB. Dokładnie w takiej kolejności by zapobiec kolejnej bójce. Cała trójka patrzyła przez lornetki na przyszłe pole walki.
Oczom FP i Veidrika ukazała się chorda. Armia potworów nadchodziła powoli z głębi radioaktywnych pustkowi. Królewna przybrała bojową pozę, a czarnowłosy podniósł czarną, pazurzastą dłoń do twarzy. Szybkim ruchem wbił pazury w czoło i pociągnął w dół. Kilka sekund później był już prawie trzymetrową istotą skleconą z cienia i zielonego ognia. Obserwujący z krzaków Finn wzdrygnął się. Mężczyzna w płaszczu przypominał mu Licha.
Flame Princess zaczęła szybko machać rękami ciskając ogniste kule. Eksplozje pochłonęły czoło nadciągającej chordy. Coś co jeszcze przed chwilą było Veidrikiem nabrało radioaktywnego powietrza w płuca i wypluło zieloną kulę. Kula, słabo rozświetlając niebo, poleciała w kierunku ściany mutantów. Nie widząc efektów trójka obserwatorów zmarszczyła brwi. Ich wątpliwości rozwiała wielka zielona eksplozja, ogłuszający dźwięk i trzęsąca gruntem fala uderzeniowa. Dokładnie w tej kolejności. Królewna, nie przerywając ostrzału, spojrzała na cienistą istotę z uznaniem. Potężna eksplozja zmiotła chyba z połowę chordy. Jednak nie na długo. Wyglądało na to, że stwory nigdy się nie skończą.
- "Dosyć" - powiedziała Veidriko-istota dziwnym głosem, który wywołał u Finna jeszcze większy dyskomfort. Istota wyciągnęła przed siebie dłonie i zaczęła ciskać małymi kulami z prędkością karabinu maszynowego. Flame Princess spojrzała na to z przerażeniem.
Horyzont rozbłysł oślepiającym zielonym światłem. Zaraz potem do obserwujących dotarł ogłuszający dźwięk. Wszyscy poza cienistą istotą padli na trzęsącą się ziemię zatykając uszy.
Kilka długich minut później zapadła cisza. Piach w miejscu gdzie wcześniej była chorda zmienił się w szkło.
- "To by było na tyle…" - uśmiechnął się Veidrik wyciągając rękę do Flame Princess i pomagając jej wstać. Jej dłoń na chwilę stała się zielona.
- "Po co właściwie byłam ci potrzebna?" - zapytała oglądając z ciekawością i zaniepokojeniem swoją dłoń. Szli powoli w stronę ukrytych towarzyszy.
- "Właściwie to nie wiem" - mężczyzna zrobił zakłopotaną minę i wzruszył ramionami.
- "CO TO BYŁO?!" - zapytał Finn wychodząc im na spotkanie. W jego głosie można było usłyszeć mieszankę strachu i podziwu.
- "Aaa… Takie tam" - mruknął Veidrik - "Mam tak czasem jak wpadnę w szał…"
Rozmowę przerwał dziki wrzask za ich plecami. Wszyscy odwrócili się by zobaczyć lecącego w ich stronę mutanta. Finn rozpoznał go. To był James…
Zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić stwór wylądował na Flame Princess przewracając ją. Powietrze wypełniło skwierczenie i smród przypalanego ciasta… i jeszcze czegoś… FP wstała wściekła rozsypując naokoło śmierdzący proch. Nagle zaczęła przygasać i zachwiała się. Finn zrobił krok by ją złapać, ale został odepchnięty przez Cinnamon Bunna, który przybiegł w międzyczasie z Jake'iem. Chłopak spojrzał na słodyczanina z wściekłością. Spojrzenie cynamonowego było równie "przyjazne". Nagle obydwaj wojownicy poczuli karcące uderzenie w potylicę.
- "Nie ważcie mi się teraz walczyć" - czarnowłosy spojrzał na oddychającą słabo królewnę i powiedział do CB - "Połóż ją na ziemi."
- "Nie!" - cynamonowy rycerz zaprotestował gwałtownie.
- "A chcesz skończyć tak jak to?" - warknął Veidrik wskazując kupę cuchnącego popiołu - "Jeśli chcesz, żeby przeżyła to rób co mówię" - jego oczy błysnęły na zielono.
Cinnamon Bunn posłusznie położył królewnę na porośniętej rzadką trawą glebie i cofnął się kilka kroków. Mężczyzna w płaszczu poruszył palcami lewej ręki, uklęknął przy FP i chwycił jej dłoń. Ciało młodej władczyni zapłonęło zielonym płomieniem. Przestraszony Finn cofnął się kilka kroków. Wciąż pamiętał jak Lich potraktował go takim samym ogniem. Flame Princess otworzyła oczy i krzyknęła. Ziemia dookoła niej bulgotała cicho. Veidrik pomógł jej wstać. Królewna znieruchomiała wpatrując się w swoje ręce. Po kilku chwilach zielony płomień zaczął powoli przygasać, zastępowany normalnym, pomarańczowym.
- "Może tak byśmy się już rozeszli do domów?" - zaproponował Jake ziewając.
