Rozdział 3
- "Że co zrobił?!" - gdyby nie skóra, mięśnie i inne tego typu szczegóły, szczęka Princess Bubblegum zapewne uderzyłaby o podłogę.
- "Książę szaleństwa wysadził hordę mutantów wielkimi, zielonymi eksplozjami" - powtórzył Finn podekscytowany.
- "Dokładnie" - potwierdził Jake grzebiąc w uchu - "Wciąż coś mi lekko trąbi w uszach…"
- "A… gdzie to się stało?" - zapytała królewna.
- "Na granicy z radioaktywnym pustkowiem" - mruknął pies.
- "Dzięki za raport chłopcy" - PB uśmiechnęła się nieco za słodko… - "Ale teraz muszę zrobić coś ważnego, więc… jesteście wolni."
Finn uniósł brew i spojrzał na monarchinię podejrzliwie. Chwilę później poczuł jednak szturchnięcie w ramię.
- "Daj spokój…" - jęknął Jake - "Chodźmy, trzeba w końcu odespać!"
Finn pokręcił z uśmiechem głową i podążył za Jake'iem do wyjścia. Kiedy tylko bracia zniknęli za drzwiami królewna przestała się uśmiechać. Wstała od stołu i popędziła do swoich komnat. Zaczęła pakować duży, różowy plecak. Probówki, licznik Geigera (nie wiedziała co prawda skąd wzięła się ta nazwa… projekty znalazła w jakiś ruinach i tak właśnie był podpisany), pistolet z amunicją usypiającą, linę i inne przydatne przedmioty. Po zapięciu plecaka szybko przebrała się w coś wygodniejszego do podróżowania. Zarzuciła plecak na ramiona i wybiegła na korytarz.
- "Wychodzę, nie wiem kiedy wrócę!" - krzyknęła przebiegając obok Peppermint Butlera.
- "Królewno!" - krzyknął. PB była już najprawdopodobniej za daleko by go usłyszeć. Po chwili stania w bezruchu lokaj westchnął i wrócił do poprzedniego zajęcia.
Królewna była już prawie w połowie drogi. Ciekawość dawała jej energię. Dużo energii. Na tyle dużo, że praktycznie nie czuła wyładowanego sprzętem plecaka. Maszerując przez las PB nie mogła przestać myśleć o tym co usłyszała. 'Zielony ogień?' - pomyślała - 'Czyżby ten… Veidrik… miał coś wspólnego z Lichem?'. Po jej lewej stronie ściana drzew urwała się. Kątem oka różowa dziewczyna zobaczyła wielkie jezioro. Z początku, zagłębiona w swoich myślach, nie zwróciła na nie najmniejszej uwagi. Nagle jednak znieruchomiała. Powoli odwróciła się w stronę lustra wody. Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Może fakt, że na brzegu siedziała przytulająca się para nie był specjalnie niezwykły, ale skład tej pary już owszem. Różowa królewna nie rozpoznała mężczyzny. Miał na sobie koszulę, a obok niego leżał stary, brązowy płaszcz i pas z jakąś bronią. Nie była pewna, ale najprawdopodobniej były to noże. Kobietę opierającą się o jego ramię, królewna rozpoznała za to od razu. Zielona skóra i ubranie oraz brązowe włosy. Mimo innej fryzury, PB doskonale wiedziała kogo ma przed sobą. Maja, niebiańska wiedźma. 'Jakim cudem ktokolwiek mógłby pokochać złą wiedźmę?!' - pomyślała królewna. Potrząsnęła głową. Wiedziała, że nie ma teraz czasu na takie rozmyślania. Ma znacznie ważniejszą sprawę na głowie. Sprawę, która może decydować o bezpieczeństwie jej królestwa. 'Złe wiedźmy mogą poczekać' - pomyślała różowa władczyni ruszając w dalszą drogę.
Było już późne popołudnie gdy królewna dotarła do pustkowi. Już z miejsca w którym stała, a miejsce owe nie było jeszcze nawet przy granicy, zobaczyła połacie zeszklonego piachu. Kilka metrów od niej trawa była wypalona w kilku miejscach. W jednej takiej czarnej plamie leżała kupa popiołu. PB nie zwróciła jednak na to uwagi pragnąc jak najszybciej zbadać zeszklony grunt. Jak zahipnotyzowana biegła wgłąb radioaktywnej pustyni. Głośne terkotanie dochodzące z plecaka zadziałało jak wiadro z zimną wodą. Princess Bubblegum zatrzymała się gwałtownie i szybko ściągnęła plecak. Wyszarpnęła z niego licznik Geigera. Na jego ekraniku wskazówka pokazywała znaczne odchylenie od normy. Z przerażeniem w oczach, nie odrywając wzroku od licznika, królewna zaczęła się wycofywać. Zatrzymała się dopiero kiedy terkot urządzenia ucichł. Odetchnęła z ulgą i schowała licznik do plecaka.
- "Teraz się przeb…" - nie dokończyła przypomniawszy sobie, że zapomniała o kombinezonie ochronnym. Uderzyła się dłonią w twarz.
Pochylając się po plecak skrzywiła się. Do jej nosa dotarł zapach przypalonego ciasta i jeszcze czegoś… obrzydliwego… Smród wydobywał się z kupy popiołów leżących nieopodal. Ręka monarchini sama powędrowała do plecaka po narzędzia do pobierania próbek. Wkrótce prawie pół kilo prochów wylądowało w plecaku zapakowane w szczelne plastikowe pojemniki.
- "No cóż…" - westchnęła PB smutno, wpatrując się w zeszkloną część pustkowi - "Nic tu po mnie…" - odwróciła się i ruszyła w drogę powrotną.
Wracając znów minęła jezioro. Widok księżyca odbijającego się w tafli wody przypomniał jej o tym co widziała wcześniej. Jej umysł potrafił w tym momencie skupić się tylko na tym wspomnieniu. Czuła, że musi powiedzieć komuś o tym dziwnym wydarzeniu. Pytanie tylko komu… Dzielenie się tą informacją miało sens tylko z jedną osobą.
- "Cześć Bonnibel" - zimna ręka na ramieniu i głos, choć znajomy, spowodowały, że PB prawie wyskoczyła ze swoich butów.
- "Marcelino!" - królewna oddychała z trudem - "O Globie… Ale mnie… przestraszyłaś…"
- "Co tu robisz?" - zapytała wampirzyca. Po jej minie widać było, że jest zadowolona z efektu jaki przyniosło jej powitanie.
- "Byłam zbadać coś na pustkowiach…" - mruknęła Princess Bubblegum.
- "Bez skafandra ochronnego?" - zdziwiła się Marcelina.
- "Uh... Nie rozmawiajmy o tym" - jęknęła królewna czerwieniąc się lekko. Ciężko było to zauważyć biorąc pod uwagę kolor jej skóry - "Miałam dziś dziwną przygodę…" - zaczęła spoglądając na królową wampirów.
Wampirzyca nie odpowiedziała. Uniosła tylko brew i spojrzała pytająco.
- "Przechodząc obok jeziora..." - PB wskazała za siebie - "...zobaczyłam przytulającą się parę…"
- "Co w tym niezwykłego?" - wtrąciła się czarnowłosa dziewczyna.
- "Ehh... To nie jest niezwykłe" - westchnęła różowa królewna - "Niezwykłe jest to, że połową tej pary była…" - zrobiła pełną napięcia przerwę. Marcelina spojrzała na nią lekko znudzona. Miała wrażenie, że rozmawia z LSP - "...Maja niebiańska wiedźma!" - znów gdyby nie budowa ciała istoty humanoidalnej, szczęka Marceliny wylądowałaby na ziemi, mijając po drodze jej stopy.
- "CO?!" - wydusiła wampirzyca - "Ta wredna… Ktoś się w niej zakochał?!"
- "Moja reakcja była podobna" - mruknęła królewna kiwając ze zrozumieniem głową.
- "Musimy sprawdzić o co chodzi!" - królowa wampirów była w dziwnym stanie pomiędzy wściekłością, a ekscytacją - "A kto był z nią?"
- "Jakiś czarnowłosy mężczyzna. Miał płaszcz..." - przerwała widząc podniesioną brew rozmówczyni - "Brązowy płaszcz. To nie był Veidrik."
- "Ugh…" - Marcelina już liczyła na szybkie rozwiązanie tajemnicy - "W takim razie chodźmy w jej okolicę i obserwujmy!"
- "Ja… muszę wracać… Jestem zmęczona" - różowa dziewczyna spojrzała na wampirzycę błagalnie.
- "Ehhh…" - westchnęła czarnowłosa, po czym wycelowała w królewnę palec - "Odstawię cie do pałacu jeżeli przysięgniesz, że, jak tylko po ciebie przylecę, pomożesz mi rozwiązać tę sprawę."
- "Przysięgam" - odpowiedziała poważnie z ręką na sercu i głupim uśmiechem na twarzy Bonnibel. Zaraz potem ziewnęła głośno.
- "Naprawdę jesteś śpiąca" - uśmiechnęła się Marcelina. Wzięła PB na plecy i chwyciwszy mocno jej ręce poleciała w stronę Candy Kingdom.
Po kilku minutach były na miejscu. Wampirza królowa wylądowała na balkonie sypialni królewny i puściła jej ręce. Różowa monarchini nie zeszła jednak z jej pleców. Po spokojny oddechu można było wnioskować, że zasnęła mocno trzymając się przyjaciółki. Wampirzyca westchnęła i pokręciła głową. Weszła do pokoju królewny i z pewnym trudem ściągnęła ją ze swoich pleców, starając się jednocześnie jej nie obudzić. Jeszcze trudniejsze okazało się wydostanie różowej monarchini z mocnego chwytu jej ciężkiego plecaka. W końcu po kilku minutach delikatnej szarpaniny Marcelina w końcu oddzieliła PB od różowego bagażu. Zdjęła jeszcze jej kurtkę i delikatnie położyła ją do łóżka. Nakryła różową dziewczynę kołdrą i nachyliła się nad jej głową. Zawahała się przez chwilę.
- "Dobranoc Bonnie" - pocałowała ją delikatnie w czoło i wyleciała przez balkon.
Veidrik siedział na dachu starego budynku. Jego nogi zwisały za krawędzią. Po tysiącu lat takich miejsc jest coraz mniej. W Ooo jest co prawda dużo starożytnych ruin, ale tak dobrze zachowanych budynków, jak ten już nie.
Czarnowłosy nie wiedział dlaczego tu przyszedł. Takie miejsca budziły u niego wspomnienia życia sprzed wojny. Wspomnienia, których wolał nie oglądać. Wstał wściekły i odwrócił się od krawędzi. Teraz przed sobą widział wielką dziurę w dachu, prowadzącą piętro niżej. Niewiele myśląc wskoczył tam. W pomieszczeniu niżej było ciemno - światło gwiazd i księżyca nie docierało tutaj. Mężczyzna wyciągnął spod płaszcza flarę, odpalił ją i rzucił na środek podłogi. Pomieszczenie zalało czerwone światło. Veidrik był nieco zawiedziony. Całe piętro było puste. Łatwo było się domyślić, że miejsce to już dawno odwiedzili szabrownicy. Ktoś nawet wyburzył dużą część wewnętrznych ścian. Coś jednak przykuło uwagę księcia. Wielka pusta ściana. Żadnych okien, dziur, plam czy jakiś związanych z instalacją elektryczną pierdół. Podszedł powoli do ściany i wyciągnął spod płaszcza torbę. Czarny bagaż stuknął o ziemię i wywrócił się. Wyturlały się z niego puszki z farbą w sprayu. Veidrik już nawet nie pamiętał kiedy ostatnio to robił, ale jak to robić nie zapomniał. Dwie godziny i kilka flar później ściana zapełniła się kolorowym obrazem. Na środku, otoczona przez kolorowe kształty przypominające bomby, eksplozje, wojskowe pojazdy i dziwne stwory, namalowana była twarz. Twarz kobiety. Miała brązowe oczy, długie, wplątujące się w pozostałe części dzieła, jasno-brązowe włosy i uśmiechała się. Po policzku czarnowłosego popłynęła łza. Stał i parzył ze smutnym uśmiechem na swoje dzieło, aż flara leżąca pod ścianą nie zgasła.
Z niewiele lepszym humorem zajął swoje poprzednie miejsce na krawędzi dachu. Rozejrzał się po ruinach. Pusto, szaro i ciemno… Takie miejsca nie przypominały reszty Ooo. Nagle spostrzegł ruch między zrujnowanymi budowlami. Nie było by to nic dziwnego - w tym miejscu od zawsze coś żyło. Jednak żyjące tu cosie nie unosiły się na wysokości drugiego pięta siedząc na latającym dywanie. Mężczyzna przyjrzał się z ciekawością postaci. Jej twarz była skryta w cieniu kaptura. Siedziała po turecku opierając głowę na rękach. Zastanawiał się chwilę, czy podlecieć i zagadać, ale jego myśli zostały zagłuszone przez głośne burczenie w brzuchu. Spojrzał w niebo i zastanowił się kiedy ostatnio jadł. Jego uwagę zwrócił średniej wielkości i nieznanego gatunku ptak. Latał sobie spokojnie praktycznie nad głową człowieka. Veidrik podniósł rękę, układając palce w kształt pistoletu. Z jego palca wskazującego wystrzelił zielony płomień, który trafił i strącił zwierzę słabą zieloną eksplozją. Drugą ręką czarnowłosy złapał ptaka. Przyjrzał mu się. Zwierzę było martwe i najprawdopodobniej mocno napromieniowane, czym mężczyzna nie przejmował się wcale. Jego usta rozszerzyły się ukazując wielkie, spiczaste zęby. Ptaszysko zostało połknięte bez przeżuwania. Veidrik od razu poczuł się lepiej. Nie ma to jak ciepła kolacja… a może raczej śniadanie? Spojrzał na swój nadgarstek, na którym wciąż nie było żadnego zegarka. Jego uwagę znów zwróciła postać między ruinami. Patrzyła wprost na niego. Teraz widać było jej twarz i czarnowłosy poszerzył wiedzę na jaj temat. Postać była kobietą i nosiła okulary. Wyglądała na przerażoną. Zaczęła powoli wycofywać dywanem w głąb ruin. Zdając sobie sprawę, że właśnie traci szansę na porozmawianie z tajemniczą kobietą, Veidrik skoczył. Po opadnięciu o kilka metrów, zmienił się w chmurę dymu i wleciał między budynki za którymi zniknęła postać. Przybył za późno. Kobieta na latającym dywanie znikała właśnie w oddali.
Princess Bubblegum kolejny raz przejrzała wyniki. Była w szoku. Mutant, którego prochy badała był za życia słodyczninem.
- "James…" - szepnęła, a po jej plecach przebiegły ciarki. Poderwała się z krzesła i zapakowała wszystkie popioły do jednego pojemnika. Chwyciła pudło i energicznie wymaszerowała z laboratorium. Zbiegła do piwnic i weszła przez drzwi opisane "L16-6-19-7-8". Na środku sporego pomieszczenia stała cylindryczna maszyna. Królewna otworzyła klapę na ścianie urządzenia i wsunęła przez nią pudełko po czym zatrzasnęła drzwiczki i z trudem pociągnęła za klamkę blokując je. Pobiegła do małego pokoiku kontrolnego umieszczonego niedaleko drzwi. Założyła zakurzone gogle ochronne i spojrzała na konsolę. Jedyny przycisk był duży i czerwony. I zabezpieczony szklaną klatką. Obok znajdowała się dziurka od klucza. PB wyciągnęła z ukrytej kieszeni kluczyk i przekręciła nim w zamku. Szklane zabezpieczenie odskoczyło. Monarchini bez wahania uderzyła w czerwony przycisk. Wtem wszystkie szczeliny stojącej w centrum pomieszczenia maszyny rozbłysły pomarańczowym blaskiem a podziemiami pałacu wstrząsnął głuchy grzmot. Królewna z rękami na uszach wpatrywała się w proces spalania. Po kilkunastu sekundach było po wszystkim. Princess Bubblegum jakby nigdy nic zdjęła gogle, zamknęła szklaną klatkę, schowała kluczyk i wyszła.
Kilka minut później była już z powrotem w swoich komnatach. Padła zmęczona na łóżko i otarła czoło. Odetchnęła z ulgą.
- "Co tam Bonnie?" - ubrana na czarno postać z zasłoniętą twarzą wyrosła przed królewną.
PB z spadła z łóżka z krzykiem.
- "Marcelino!" - usiadła na podłodze - "Znowu?!"
Wampirzyca zdjęła maskę. Szeroki uśmiech świadczył o tym, że straszenie znów nie było przypadkowe.
- "Gotowa na misję szpiegowską?" - zapytała ruszając brwiami - "Obiecałaś."
- "Eh..." - westchnęła monarchini - "Tylko daj mi się przebrać" - powlokła się do łazienki.
Po kilku minutach wróciła w spodniach i kurtce. Oczywiście różowych. Nachyliła się po plecak.
- "To ci nie potrzebne" - Marcelina z maską na twarzy chwyciła przyjaciółkę za ramię i wyleciała przez balkon.
Veidrik obudził się. Coś było nie tak. Przed oczami miał ciemność. Zamrugał kilka razy upewniając się, że ma otwarte oczy. Wyczuł zapach starego drewna i żywicy. Rękami natrafił na szorstką korę i odepchnął się do tyłu. Światło oślepiło go na chwilę. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do słońca, czarnowłosy zauważył gdzie spał. Klęczał przed dziuplą w drzewie.
- "Muszę przestać zasypiać w dziwnych miejscach" - mruknął przypomniawszy sobie jednocześnie, że to dziupla wcale nie jest najdziwniejszym miejscem w jakim spał. Nawet nie jest w pierwszej dziesiątce - "Ugh… moje plecy" - jęknął i rozejrzał się.
Znajdował się na skraju jakiegoś lasu. Za nim roztaczały się porośnięte trawą równiny.
Wstał i przeszedł kilka metrów. Wyciągnął rękę przed siebie i rozluźnił dłoń. Drugą ręką wyciągnął spod płaszcza metalowy szpikulec. Bez choćby cienia bólu przebił dłoń szpikulcem i użył jej jako zegara słonecznego.
- "Długo spałem" - mruknął usuwając szpikulec. Zamiast krwi z rany wydostał się czarny dym - "Pora na herbatkę."
Chwilę później na trawie stanęły cztery krzesła i stół z zastawą. Czarnowłosy zniknął w lesie by po chwili wrócić z dwiema krótkimi kłodami. Mniejszą użył jako podstawkę dla pluszaka. Większej dokleił oczy, wbił dwa noże mające służyć jako ręce i postawił na drugim krześle. Pozostało jeszcze jedno wolne miejsce. Po krótkim zastanowieniu Veidrik umieścił na nim odrapany karabin, na którego lufie powiesił za zawleczkę granat. Na granacie była naklejona mała, żółto-czarna, uśmiechnięta buźka.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i usiadł na wolnym krześle. Podniósł filiżankę i siorbnął gęstego, bulgoczącego, zielonego płynu, który zdecydowanie nie był herbatą.
- "Mmm…" - mruknął z zadowoleniem - "Jak wam smakuje?" - zwrócił się do pozosta… do swoich "towarzyszy".
- "Niestety nie mam rąk..." - odpowiedział pluszak - "Ale wiem, że jest pyszna. Robimy najpyszniejszą herbatkę na świecie."
- "Och…" - czarnowłosy zaczerwienił się lekko - "Dzięki…"
Z krzaków rozciągał się idealny widok na niewielką plamę lasu, w której zadomowiła się wiedźma. Marcelina i Princess Bubblegum siedziały i obserwowały już dobre pół godziny.
- "Au!" - szepnęła królewna - "Weź ten łokieć…"
- "Nie marudź Bonnie" - zaśmiała się wampirzyca - "I nie próbuj mi wmawiać, że nie wolisz tego od pałacowych obowiązków."
PB mruknęła coś niewyraźnie pod nosem. Nagle ściana cierniowych krzewów blokująca wejście do zagajnika Maji zaświeciła się na czerwono. Wyszła z niej Maja trzymająca za rękę wysokiego mężczyznę z czarną brodą i w brązowym płaszczu. Marcelina znieruchomiała.
- "Spotkałam go już kiedyś…" - szepnęła - "Dawno temu. Kiedy jeszcze nie byłam wampirem…"
PB uciszyła królową wampirów gestem. Wsłuchała się w rozmowę przechodzącej pary.
- "Co z amuletem?" - zapytała Maja - "Ta różowa zdzira go ma…" - słysząc to królewna skrzywiła się, ale ręka wampirzycy na ramieniu uspokoiła ją.
- "Nie jest mi potrzebny do życia… Chociaż mi go brakuje" - odpowiedział mężczyzna.
- "Ale jestem ci go winna…" - wiedźma spojrzała mu w oczy - "Za to, że zaprowadziłeś mnie do maszyny…"
- "Zostawiałem cię na 20 lat… Nie jesteś mi nic winna…" - brodacz objął towarzyszkę - "Ale jak chcesz coś dla mnie zrobić… to oddaj tej różowej jej ukochany przedmiot."
- "Ale dlaczego?" - w jej głosie zabrzmiał gniew.
- "Bo prosiłem cię byś nie zbierała takich przedmiotów."
- "…"
- "Zrób to dla mnie"
- "No… dobrze…" - zielonoskóra oparła się o mężczyznę - "Tylko jak? Jej straż zabije mnie zanim nawet zbliżę się do pałacu…"
- "Znam szybszy sposób" - zatrzymał się i wyciągnął coś z kieszeni - "Daj to."
Maja podała mu coś co z krzaków Marceliny i PB wyglądało jak czarna szmatka. Brodacz zwinął szmatkę i obwiązał ją sznurkiem. Potem, ku zaskoczeniu przyjaciółek, spojrzał prosto na ich krzak. Zamachnął się i cisnął zawiniątko w zarośla. Czarne coś wylądowało na ziemi przelatując wcześniej pomiędzy głowami dziewczyn. Obydwie znieruchomiały z przerażenia. Usłyszały oddalający się śmiech mężczyzny. Po kilku długich minutach powoli wyjrzały. Wiedźma i tajemniczy brodacz zniknęli.
Princess Bubblegum powoli podniosła zawiniątko i odplątała sznurek. Po rozwinięciu szmatka okazała się… rockową koszulką. Królewna westchnęła, a z jej oka popłynęła łza.
- "Zaraz… Czy to koszulka, którą ode mnie dostałaś?" - zapytała Marcelina zaskoczona - "Skąd miała ją ta wiedźma?"
- "Oddałam jej ją…" - PB przytuliła koszulkę i zaczerwieniła się - "...za twojego Hambo…"
Wampirzyca spojrzała jej w oczy, kompletnie zaskoczona. Po kilku sekundach uśmiechnęła się i mocno przytuliła różową monarchinię.
Veidrik siorbnął kolejny łyk herbatki. Ciepła, radioaktywna ciecz bardzo mu smakowała. Właściwie wszystko co radioaktywne mu smakowało. Mniej więcej od czasu kiedy znalazł się za blisko pewnej wielkiej, zielonej eksplozji.
Rozejrzał się po "twarzach" jego "towarzyszy". Zaczynało mu się nudzić. Wszyscy poza pluszakiem byli dość mało rozmowni. Nagle coś usłyszał. Tym czymś była nadchodząca szansa na ciekawą rozmowę i ciekawe towarzystwo. A właściwie to były to dwa damskie głosy. Nie musiał długo czekać. Już po chwili z pomiędzy drzew wyszła różowa dziewczyna i lewitująca postać w płaszczu z kapturem i maską. Czarnowłosy szybkim ruchem pozbył się dwóch udawanych towarzyszy z krzeseł i pomachał do nadchodzących.
- "Zapraszam na herbatkę!" - zawołał radośnie kiedy podeszły. Szybkim ruchem zastąpił plutonowe herbatki na jedną zwykłą, o smaku malinowym i jedną mocno czerwoną w czerwonej filiżance.
- "Emmm…" - królewna wyglądała na niezdecydowaną. Właściwie to bardzo nie chciała dołączać do tej herbatki, ale nie miała pomysłu na wymówkę.
- "Jestem wampirem… Przebywanie na słońcu nie sprawia mi przyjemności, a w tej masce nie mogę pić herbaty" - powiedziała Marcelina starając się ukryć swoją niechęć i nie patrzeć na pluszaka.
- "O, to żaden problem!" - powiedział radośnie mężczyzna. Wyciągnął spod płaszcza wielki parasol na długim kiju z zaostrzonym końcem. Zrobił duży zamach i wbił parasol na środku stołu. Przy okazji skruszył miseczkę z mlekiem i przebił stół - "Widzicie?" - rozłożył parasol z uśmiechem.
Wampirzyca i królewna spojrzały po sobie z zaniepokojeniem. Chcąc nie chcąc przyjęły zaproszenie.
- "Proszę, siadajcie" - odsunął krzesła - "I częstujcie się."
Na stole poza filiżankami z herbatą, miską z cukrem i okruchami szkła pozostałymi po naczyniu z mlekiem stała jeszcze taca z babeczkami. Wszystkie te ciacha radośnie świeciły na zielono. Widząc miny nowych towarzyszek, czarnowłosy szybko podmienił radioaktywne słodycze na normalne i uśmiechnął się przepraszająco.
- "Słyszałam, że usmażyłeś hordę mutantów…" - po długiej chwili wypełnionej tylko cichym siorbaniem królewna postanowiła rozpocząć rozmowę.
- "Tak" - odpowiedział Veidrik z dumą.
- "A skąd wiedziałeś, że nadchodzą?"
- "Od niego" - powiedział mężczyzna wskazując na maskotkę.
- "Od… pluszaka?" - PB zbaraniała.
- "To nie jest zwykły pluszak…" - zaczął czarnowłosy - "...to…"
- "Nie mów jej!" - przerwała mu maskotka.
- "To… eee… t-to skomplikowane…" - książę uciekł wzrokiem.
Znów zapadła niezręczna cisza. Po chwili jednak odezwała się Marcelina.
- "A jak to jest z tym twoim tytułem? Naprawdę jesteś księciem?"
- "Właśnie! Masz jakieś ziemie, czy coś?" - dodała królewna.
- "Emmm… to bardziej coś w rodzaju przezwiska. Przydomku… czy coś takiego…" - mruknął - "Żadna istota nie chciałaby żebym nią rządził…"
- "Nawet szaleńcy?" - zapytała wampirzyca unosząc brew.
- "Musieliby nie odczuwać strachu" - jego oczy zaświeciły się na zielono, zęby zrobiły się spiczaste, a zza kołnierza wychynęły zielone płomienie.
- "Masz…" - PB zaczęła z przestrachem, ale szybko się uspokoiła - "...coś wspólnego z Lichem?"
- "Z tym wielkim, złym upiorem, który wygląda jak szkielet?" - Veidrik wrócił do swojego normalnego wyglądu i wbił wzrok w zielony płyn w swojej filiżance - "Tak… i to całkiem sporo…"
W oczach królewny pojawił się strach. Widząc to Marcelina zaniepokoiła się. Rzadko widziała swoją przyjaciółkę przestraszoną.
- "Ten stwór powstał w eksplozji wielkiej bomby…" - kontynuował czarnowłosy - "Wybuch nie był normalny… Zamiast ognia były zielone chmury przypominające jakieś upiory. A ja byłem za blisko…" - pokręcił głową - "Zostałem napromieniowany i jakimś cudem przeżyłem. Ba… nawet poczułem się lepiej. Szybko okazało się, że nie można mnie zabić. A przynajmniej nie w konwencjonalnymi metodami. Pocisk, nóż, trucizna, ogień, promieniowanie, czy nawet brak powietrza nie robią na mnie wrażenia. Nie choruje. Kilka dni po mojej ekspozycji na działanie tamtej bomby, kiedy ukrywałem się przed szalejącym na powierzchni upiorem chaosu, odkryłem pewne umiejętności. Te wszystkie zabawy ze zmienianiem się w dym, strzelaniem zielonym ogniem, czy tworzeniem przedmiotów z niczego" - wyrzucił spod płaszcza garść konfetti - "Potem mój mózg przestał funkcjonować poprawnie… Cóż się dziwić, po kilku miesiącach spędzonych w ciemności, sam na sam ze swoimi wspomnieniami. Z powtarzającym się koszmarem, ze śmiercią mojej ukochanej w roli głównej. Do tego, kiedy w końcu wydostałem się na powierzchnię, zobaczyłem pustkowia. Nie znalazłem nic żywego… Bałem się, że spotkam istotę, która to zrobiła, ale wolałem śmierć niż siedzenie w ciemności. Ciemności, której nie mogło rozjaśnić żadne światło" - podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko. Po plecach dziewczyn przebiegły ciarki - "Ktoś chce dolewkę herbatki?"
