Rozdział 4

Marcelina obudziła się na czymś miękkim. Bolała ją głowa. Podniosła się powoli i rozejrzała. Dookoła niej był las. Krzaki, drzewa, mech… las jak las.

- "Skąd ja się tu wzięłam?" - mruknęła masując czoło.

- "Ugh…" - usłyszała coś z dołu. Na mchu leżała Princess Bubblegum.

- "Bonnie?" - wampirzyca potrząsnęła królewnę za ramię.

- "Co?..." - różowa monarchini otworzyła powoli oczy - "Gdzie jestem?"

- "Nie mam pojęcia…" - mruknęła Marcelina - "Pamiętasz coś z… chyba wczoraj?"

- "Herbatkę…" - PB podniosła się powoli. Założyła koronę, która leżała obok.

- "Hmm…" - wampirzyca podniosła się i ubrała w ochronne ciuchy - "Czas odstawić cię do pałacu… Nie wiemy nawet ile cię tam nie było. Twój lokaj pewnie teraz nieźle świruje…"

Po pozbieraniu się i sprawdzeniu, czy nic nie zginęło dziewczyny wyszły z lasu. Wyszły w tym samym miejscu co poprzednim razem, ale teraz zamiast stołu z zastawą do herbatki zobaczyły niewielki, wypalony krater. Obeszły go łukiem widząc podejrzaną, zieloną poświatę.

- "Wczoraj… chyba wczoraj… A przynajmniej wtedy jak obserwowałyśmy Maję" - przerwała ciszę królewna - "Powiedziałaś, że widziałaś tego brodacza już wcześniej."

- "Ta… dawno temu" - mruknęła Marcelina - "Przedstawił się jako Paul i wcale się nie bał kiedy mu przystawiłam nóż do gardła..."

PB uniosła brew.

- "Mówił, że w ten sposób nic mu nie zrobię" - kontynuowała - "I przewidział przyszłość… A na szyi miał taki sam amulet jak ty."

- "Ten?" - królewna wyciągnęła złoty naszyjnik z niebieskim kamieniem.

- "Dokładnie" - czarnowłosa kiwnęła głową.

Jakąś godzinę później dotarły do lasów Candy Kingdom. Drzewa miały tutaj białą korę, a ich liście były zrobione z waty cukrowej. Podobnie było z krzakami. Wszystkimi poza jednym, który wyróżniał się wystającą z niego parą nóg w wojskowych spodniach i ciężkich, czarnych buciorach. Dziewczyny zatrzymały się i spojrzały po sobie. PB trąciła but nogą. Krzaki zaszeleściły kiedy podniósł się Veidrik.

- "Cześć!" - przywitał się z szerokim uśmiechem - "Dlaczego wczoraj poszłyście sobie z herbatki tak wcześnie?" - zapytał ze smutkiem.

- "Co było w tej herbacie?" - zapytała królewna podejrzliwie.

- "Woda, herbata malinowa…" - spojrzał na Marcelinę - "...i czerwony barwnik."

- "W takim razie dlaczego obudziliśmy się w lesie?" - wampirzyca zmarszczyła brwi. Z powodu maski nikt tego nie zauważył.

- "Same sobie poszłyście do lasu" - odpowiedział niewinnie - "I zapewniam was, że ja budziłem się w dziwniejszych miejscach."

- "Na przykład?" - Princess Bubblegum uniosła brew.

- "Nie chcesz wiedzieć" - odpowiedział czarnowłosy z powagą.

- "A dlaczego nic nie pamiętamy?" - zapytała Marcelina.

- "Właśnie!" - dodała królewna - "Ostatnia rzecz jaką pamiętamy to moment, w którym dolewałeś nam herbaty!"

- "Widać moja herbatka wam nie służy" - uśmiechnął się niewinnie i spojrzał na swój nadgarstek - "Czas spadać! Do zobaczenia" - zmienił się w dym i odleciał z wiatrem.

- "Ty nie masz nawet zegarka!" - wrzasnęła za nim PB.

- "Ma racje…" - mruknęła Marcelina - "Czas się zbierać" - chwyciła królewnę i poleciała w stronę pałacu.

Kilka minut później wylądowały na balkonie. Marcelina odwróciła się by odlecieć.

- "Do zobaczenia" - pożegnała ją królewna.

- "Do zobaczenia…" - wampirzyca obejrzała się - "Jesteś dobrą poduszką" - zaśmiała się i odleciała.


Człowiek w czarnym płaszczu wylądował na dachu budynku. Postanowił odnaleźć kobietę, którą widział któreś z poprzednich nocy. Rozejrzał się po szarych, ponurych ruinach. Nie minęło dużo czasu i kogoś zobaczył. Nie była to jednak poszukiwana, zakapturzona postać. Po zagruzowanej dróżce powoli szedł szaroskóry koleś. Miał białe włosy i jakiś czarny, szmaciasty strój. W rękach, niczym jakiś wykrywacz, trzymał przypominającą gałąź porośniętą kwiatkami różdżkę. Zdecydowanie nie budził zaufania. Veidrik postanowił go obserwować.

Po kilkunastu minutach błądzenia po ruinach, szaroskóry typek zaśmiał się z triumfem, zatknął różdżkę za pasek i zaczął wspinać się do okna jednego ze zrujnowanych budynków. Veidrik zmienił się w chmurę dymu i wleciał od drugiej strony. Przeszedł obok śpiącej na lewitującym dywanie kobiety i schował się w cieniu. Kilka minut później zobaczył pojawiającą się w oknie białą czuprynę. Robiąc zdecydowanie za dużo hałasu przez okno wgramolił się szaroskóry obdartus. Zakapturzona kobieta zaczęła się budzić.

- "Oddawaj mój dywan frajerze!" - krzyknął "czarodziej".

- "Kim jesteś?" - zapytała kobieta lekko zaniepokojona.

- "Jestem Ash!" - powiedział z dumą i wyciągnął różdżkę. Wycelował ją w postać siedzącą na dywanie. Z końca pokrytego kwiatami patyka poleciało kilka iskier wydając przy tym dźwięk pierdnięcia. Czarodziej-amator nie przejął się tym specjalnie - "Oddawaj mój dywan albo pożałujesz!"

Zanim kobieta się odezwała, a szary typek zdążył spełnić swą groźbę, pojawił się but. Wielki, ciężki, czarny, podkuty but z głębokim bieżnikiem. O tym wszystkim dogłębnie przekonał się Ash, kiedy rozpędzony przez nogę, na którą był założony, bucior zdefasonował mu twarz. Zęby chrupnęły, a czarodziej padł nieprzytomny na ziemię. Widząc wychodzącego z cienia właściciela obuwia, kobieta krzyknęła z przerażeniem.

- "Nie bój się!" - uspokoił ją Veidrik - "Nic ci nie zrobię."

- "K-kim jesteś?" - zapytała nieco spokojniej.

- "Nazywam się Veidrik" - ukłonił się z uśmiechem - "Zwą mnie też czasem szalonym księciem. Jestem… częściowo człowiekiem."

- "Też jesteś człowiekiem?" - zapytała z entuzjazmem - "Jakim cudem przeżyłeś?"

- "Promieniowanie dało mi nieśmiertelność…" - mruknął - "A może się przedstawisz?"

- "Jestem Betty" - powiedziała - "Coś nie tak?" - zdziwiła się widzą, że mężczyzna znieruchomiał.

- "Jesteś narzeczoną Ice Kinga?" - zapytał.

- "Eee… Simona? Tak…"

Ku jej zaskoczeniu mężczyzna wyciągnął spod płaszcza pluszaka.

- "Skąd ona się tu wzięła?!" - zapytał maskotkę.

- "Ona?" - mruknął pluszak - "Nie mam pojęcia… Pewnie przeniosła się w czasie."

- "Ech…" - mężczyzna westchnął - "Nie pomagasz…" - schował zabawkę pod płaszcz.

Nagle usłyszał za sobą krzyk.

- "Jestem nieśmiertelny! Nic minie zrobisz frajerze!" - odwrócił się by zobaczyć skaczącego na niego Asha. Szybkim ruchem chwycił go za gardło.

- "To miło się składa…" - Veidrik zrobił zamach - "...bo ja też" - zostawiając ślad dymu wyrzucił "czarodzieja" z budynku przebijając wcześniej ścianę. Odwrócił się do kobiety. Ta znów wyglądała na przerażoną i powoli wycofywała się w kierunku dziury w ścianie.

- "Nie! Czekaj!" - krzyknął czarnowłosy. Betty tylko przyśpieszyła i zniknęła w dziurze - "Ehh… Cholera…"


Paul i Maja siedzieli na wzgórzu. Oglądali zachód słońca rozmawiając i śmiejąc się.

Z pewnej odległości obserwowała ich wysoka postać. Chowała się w cieniu korony drzewa. Obok niej na gałęziach leżał złożony, czarny parasol ozdobiony małymi czaszkami.

- "O co z nimi chodzi?" - zirytowana Marcelina zadała sobie to pytanie już wiele razy tego dnia.

- "Na pewno chcesz wiedzieć?" - wampirzyca drgnęła słysząc głos nad sobą. Obejrzała się w tamtą stronę. Na gałęziach nad jej głową siedział Veidrik.

- "A skąd ty to niby wiesz?" - zapytała krzywiąc się lekko - "Znasz ich?"

- "Nie…" - wyciągnął spod płaszcza pluszaka - "On mi opowiedział."

- "Pluszowy… cokolwiek to jest?" - zdziwiła się czarnowłosa.

- "Ta…" - mężczyzna kiwnął głową - "To co chcesz usłyszeć ich historię?"


Paul siedział w swoim biurze. Może nie było to zbyt reprezentacyjne miejsce do przyjmowania klientów, ale nic lepszego nie miał. Ściany i podłogę pokrywały różne przedmioty. Broń, pamiątki, szczątki zwierząt, pradawne artefakty, obrazy i półki pełne książek. Słowem: bajzel. Wszystko to zostało tutaj zebrane po setkach lat poszukiwań jednego przedmiotu. Jedynej rzeczy, jaka miała znaczenie dla nieśmiertelnej istoty. Magicznego artefaktu, który dał Paulowi wieczne życie.

Po środku tego bałaganu, tuż przed ciężkim, przedwojennym biurkiem stała klientka. Była niższa od Nieśmiertelnego, miała zieloną skórę i brązowe włosy. Maja, niebiańska wiedźma. Kolejna śmiertelna istota, nie mogąca zrobić dla Paula nic.

- "Czy zatem mogę liczyć na twoją pomoc nieśmiertelny?" - kobieta ze zniecierpliwieniem wpatrywała się w oczy mężczyzny.

- "A w czym miałbym ci pomóc wiedźmo?" - spytał brodacz ze skrywaną odrazą. Wiedźma nie budziła zaufania. Ani żadnych innych pozytywnych odczuć. No może poza tym, że była całkiem ładna.

- "Jesteś ponoć najlepszym łowcą nagród w całej krainie Ooo… A ja potrzebuję pomocy w znalezieniu pewnego drobiazgu. Jestem pewna, że nie będzie to dla ciebie nic wielkiego" - zielonoskóra wciąż wpatrywała się w oczy mężczyzny.

- "O tym się przekonamy… Mów czego chcesz. Szukasz jakiegoś artefaktu?" - czarnowłosy zapytał oschle.

- "Czym jest ten drobiazg, to moja sprawa…" - kobieta na ułamek sekundy straciła całą pewność siebie - "Chodzi o pomoc w dotarciu w dotarciu do miejsca gdzie on spoczywa. Słyszałeś o labiryncie Korrador?"

- "Może słyszałem…" - oczywiście, że słyszał. Legendy głosiły, że nikt nigdy nie wyszedł stamtąd żywy - "A jak zamierzasz zapłacić czarownico?"

- "Tylko w jeden sposób…" - na jej twarz wpełzł złośliwy uśmiech - "Powiem ci kto ma twój ukochany amulet… Ba! Ja ci pokarzę tę osobę."

Mężczyzna zadrżał. Uparta myśl o dawno zgubionym przedmiocie wyparła z głowy wszystkie inne. Tak jak z początku Paul chciał się nie zgodzić, tak teraz jedynym co był w stanie powiedzieć było…

- "Zgoda…" - wyciągnął rękę i pogroził jej palcem - "Ale pamiętaj wiedźmo… Jeśli mnie oszukasz, to skończą się radosne czary i pichcenie uroków w kociołku."

- "Możesz mnie oskarżyć o wszystko…" - spoważniała. Widać był, że poczuła się obrażona - "Ale nigdy nie podważaj mojej uczciwości. Nie robię z nikim żadnych interesów, bez podpisania uprzednio umowy" - na blacie, obok starej maski przeciwgazowej wylądował dokument.

Nieśmiertelny chwycił pióro i już chciał podpisać umowę, ale jego ręka zatrzymała się w pół ruchu. Drugą ręką przysunął świstek bliżej i przeczytał go uważnie. Ku jego zaskoczeniu okazało się, że dokument nie zawiera żadnych podstępów czy innych podejrzanych treści. Wszystko było proste. Czarno na białym.

Paul wzruszył ramionami i złożył podpis, po czym podsunął dokument wiedźmie i spojrzał jej w oczy. Kobieta podpisała się nie spuszczając z niego wzroku. Po jej czole spłynęła kropla potu.

- "Czego będziesz potrzebował i kiedy możemy wyruszyć?" - spytała.

- "Możemy wyruszyć już jutro rano" - wskazał na wiszący na ścianie zestaw czterech ozdobionych prastarymi symbolami noży - "Wszystko czego potrzebuje mam tutaj."

- "No dobrze… Ja też jestem właściwie gotowa…" - w jej głosie zabrzmiało zwątpienie - "Im szybciej tym lepiej" - powiedziała i wyleciała przez otwarte okno.

Paul podniósł się z fotela i zamknął okno. Westchnął głośno. Miał niejasne przeczucia, że z pomagania tej kobiecie nic dobrego nie będzie. Podszedł do ściany i zdjął z niej noże. Szybkim ruchem umieścił je w pochwach przy pasku.


Poranek nadszedł niespodziewanie szybko. Paul praktycznie nie zmrużył oczu tej nocy. Zawsze miał pewne problemy ze snem, ale teraz doszło do tego jeszcze pewne podniecenie.

Zdając sobie sprawę z tego, że jego klientka pewnie już czeka, szybko spakował przydatne przedmioty. W dużym wojskowym plecaku wylądowały energetyczne batoniki, lina z hakiem, stara latarka i kilka innych przedmiotów. Mężczyzna założył swój ulubiony, brązowy, skórzany płaszcz i wyszedł na spotkanie wiedźmie.

Kobieta była przygotowana. Ubranie z poprzedniego dnia, zielone kimono, zostało zastąpione kamizelką taktyczną i wojskowymi ciuchami. Podobnie jak Paul miała na plecach duży, wyładowany plecak. Nie odpowiedziała na powitanie. Zdawała się być pogrążona w swoich myślach.

- "No wiedźmo, mam nadzieję, że jesteś gotowa. Ruszamy do labiryntu" - oznajmił nieśmiertelny, po czym ruszył nie oglądając się na czarownicę.

Podróż mijała w ciszy. Kobieta szła wciąż intensywnie myśląc. Po kilku godzinach, przejściu przez las i radioaktywne pustkowia, w końcu ich oczom ukazało się wejście.

- "Zabawne" - zaśmiał się cicho Paul patrząc na wejście do metra - Te tunele miały ponoć służyć jako schronienie w wypadku wojny nuklearnej…

- "Nie przeraża cię to?" - spytała Maja przerywając milczenie.

- "Nie… nawet lubię takie miejsca…" - mruknął nieśmiertelny - "Zresztą czego tu się bać? Ciemności? Tego ilu ludzi mogło tam zginąć? Czy może aktualnych mieszkańców? Widziałem w życiu zbyt wiele by się bać takich rzeczy…" - pokręcił głową.

- "Nieśmiertelny nie ma nic do stracenia… czyż nie?" - prychnęła.

Wejście było nieco przysypane gruzem i złomem, ale nie stanowiło to przeszkody dla Paula. Po kilku minutach wąskie przejście stanęło otworem.

- "Panie przodem" - oznajmił mężczyzna z lekko złośliwym uśmiechem.

- "Myślisz, że się boję?" - warknęła, a potem zeszła po schodach.

Paul pokręcił głową i ruszył powoli za nią. Światło starej latarki wyłoniło z ciemności pordzewiałą poręcz i popękane płytki na ścianach. Mężczyzna przyśpieszył nieco kroku i dogonił wiedźmę w momencie kiedy wchodziła na ciemną stację. W tym miejscy latarka już nie była w stanie wiele zdziałać. Maja widząc to poruszyła rękom, a wokół dwójki podróżników pojawiło się magiczne światło. Kątem oka mogli zobaczyć setki uciekających w panice stworów.

- "Hy, coś jak szczury… Mogłem jednak wziąć kałacha" - Paul zgasił latarkę - "Swoją drogą, niezła sztuczka z tym światłem. Szkoda tylko, że teraz będzie nas doskonale widać."

- "Ty tu jesteś przewodnikiem… może byś wreszcie zaczął przewodzić?" - odburknęła.

Mężczyzna pokręcił głową, poprawił pas i ruszył na peron. Upewnił się jeszcze, czy w jego kieszeni spoczywa zatopiony w plastiku, tysiącletni plan metra i zeskoczył na przerdzewiałe tory. Udał się prosto w ciemność lewego tunelu. Wiedźma podążała za nim krok w krok.


- "Nieśmiertelny…" - wyszeptała Maja lekko przestraszona - "Czuję, że ktoś nas obserwuje… ktoś albo coś."

- "Też to czuje, ale jakiej odpowiedzi się spodziewasz?" - odpowiedział Paul nie oglądając się na czarownicę. Wiedział o tajemniczym prześladowcy od dobrej godziny - Jeśli nas zaatakuje to będę nas bronił, ale dopóki sobie tak patrzy z ciemności, nie stanowi dla nas zagrożenia.

- "Wiesz, że nie płacę ci za bycie świnią?" - warknęła wyraźnie poirytowana.

- "Owszem… Płacisz mi za ochronę i pomoc w dotarciu do celu" - powiedział spokojnie, wciąż skupiony na tunelu przed sobą - "A stworzenie, które się nam przypatruje nie jest w tej chwili zagrożeniem, przed którym musiałbym nas chronić. A tak z innej beczki… te twoje światełko nie jest takie złe… łatwiej będzie mi się zorientować, że coś się z tobą dzieje - brodacz uśmiechnął się pod nosem."

Znów rzuciła zaklęcie. Ściany tunelu były brudne i pokryte brzydkim grafiti. Na ziemi leżały jakieś śmieci i szkielety szczurów.

- "Dlaczego traktujesz mnie tak bardzo z góry? Gdzie podziało się "nasz klient, nasz pan"?" - Maja była wściekła - "Nienawidzisz mnie, bo jestem wiedźmą?"

- "Do wiedźm nic nie mam…" - odmruknął - "Traktuje cię tak… właściwie nie wiem dlaczego…" - milczał przez chwilę - "Kiedy raz założysz amulet, musisz nosić go przez wieczność… Bez niego nie do końca panujesz nad własnym umysłem…" - dorzucił, zdawałoby się lekko nie w temacie.

- "To… częsty "Nasz" problem…" - westchnęła.

Paul spojrzał na nią i uniósł brew.

- "Wiesz… oczy maga… te sprawy. Długo uczyłam się ignorować istoty, które są wokoło, ale nie mogą na mnie wpływać… Zupełnie jak choroba psychiczna" - zaśmiała się krótko, ale zaraz potem się speszyła. Widocznie próbowała w ten sposób radzić sobie ze strachem.

- "Chorobie psychicznej… taa…" - Paul uśmiechnął się dziwnie - "A co do tych… niematerialnych istot, to już dawno się przyzwyczaiłem… Ba, nawet nieco mi ich brakuje, a teraz kiedy nie nosze amuletu… A może brakuje mi amuletu…" - ucichł na chwilę, po czym potrząsnął głową i skupił się z powrotem na tunelu.

- "Mówi się, że jak komuś zaczyna brakować "duchów", to znaczy, że tak naprawdę brak mu… żywych" - powiedziała cicho Maja.

Śledząca parę poszukiwaczy istota poruszyła się w oddali.

- "Wszyscy żywi, których znałem kiedyś… teraz są martwi… albo już nie są sobą…" - westchnął mężczyzna - "Potrafisz zrobić coś w rodzaju wystrzelenia kuli światła w określonym kierunku?" - zwrócił się do czarownicy.

Kiwnęła głową i zaczęła formować świetlisty pocisk. Czekała tylko na wskazanie celu.

- "Spróbuj trafić obok naszego nieśmiałego przyjaciela" - powiedział Paul - "Wyczuwasz mniej więcej gdzie jest?"

Skupiła się i wypuściła kulę. Pocisk przeleciał przez tunel oświetlając brudne ściany z wystającymi rurami i prętami. Cień czegoś wyglądającego jak królik padła na jedną z nich. Nim światło zniknęło w oddali, dało się jeszcze zobaczyć jak istota rozkłada skrzydła i umyka w głąb tunelu.

- "Co to było?" - spytała wiedźma ze zdziwieniem.

- "Coś jakby połączenie zająca z ptakiem… ptakozajac?" - Paul przeczesał brodę - "Cóż za "cuda" potrafi stworzyć promieniowanie…"

- "Albo magia… Choć to chyba wszystko jedno…" - wzruszyła ramionami.

- "Oby ptakiem był wróbel, a zając nie miał nic wspólnego z angielskimi komikami" - mężczyzna uśmiechnął się do swoich wspomnień.

- "Wybacz, ale nie rozumiem… Urodziłam się długo po wojnie" - mruknęła Maja.

- "Wiem o tym… Czasem po prostu za głośno myślę" - westchnął.

- "Jak to jest pamiętać całe milenia?" - wiedźma zapytała zamyślona.

- "To zależy od treści wspomnień" - Paul westchnął smutno i znów wbił wzrok w ciemność tunelu. Po chwili wyjął z kieszeni plan i po chwilę go analizował - "Zaraz powinniśmy wejść na stację… Zostało tylko kilkadziesiąt metrów, przygotuj się. To będzie nieco większa przestrzeń…"

Wejście do stacji było nieco naruszone. Było wilgotno i chłodno, a podłogę porastały grzyby.

Brodacz wyciągnął latarkę, potrząsnął ją i spróbował włączyć. Efekt był jednak żałosny. Światło sięgało na ledwie 3-4 metry.

- "Byłabyś w stanie je podgrzać?" - wyciągnął do wiedźmy rękę z bateriami - "Ponoć kiedy są ciepłe, to oddają resztki energii."

Maja wzięła baterie w dłoń i zaczęła skupiać energię. Nagle nieśmiertelny coś wyczuł… coś czaiło się w mroku…

- "Schowaj się za mną!" - powiedział i wyciągnął noże - "Coś się zbliża!"

Kobieta nie zdążyła jednak zareagować. Wylądował na niej czarny kudłaty stwór. Baterie upadły i potoczyły się w ciemność.

- "Pomocy!" - krzyknęła Maja siłując się z potworem.

Paul skoczył i wbił w bestię noże. Jeden przebił gardło, a drugi zagłębił się w czoło. Stworzenie zawyło i zwiotczało. Czarownica z trudem wyczołgała się spod truchła, drżąc. Brodacz schował noże.

- "Nic ci nie jest?" - zapytał pomagając wiedźmie wstać. Jej kamizelka była w opłakanym stanie, ale widać było, że gdyby nie ona, to kobieta nie przetrwałaby.

- "D-dziękuję… żyję…" - zamknęła oczy i spróbowała się uspokoić.

- "Masz, zjedz to" - podał jej batonik energetyczny - "A te resztki kamizelki lepiej zdejmij i spakuj do plecaka. Ona już cię nie ochroni, a tylko będzie krępować ruchy" - mężczyzna pochylił się nad zwłokami. Czarne, włochate cielsko. Z pyska podobne do wilka. Z łatwością rozpoznał Whywolf'a. Stwora, który nigdy nie poluje sam... i cechuje się inteligencją równą ludzkiej.

- "Cholera… Powinniśmy się stąd wynosić…" - mruknął Paul, po czym pociągnął wiedźmę za sobą - "Tu może być ich więcej…"

- "WIDZIMY WAS!" - skowyt rozszedł się echem po całej, śmierdzącej, pokrytej grzybem stacji - "Będziemy polować!"

- "A my będziemy się bronić. Wystarczy lekkie dotknięcie jednego z moich noży, a żaden z was nie będzie w stanie dalej walczyć" - zagroził mężczyzna - "Dzisiejsze koleje podziemne zeszły na psy… Trzymaj się blisko" - powiedział do czarownicy i pomaszerował żywo w stronę tunelu.

- "Zapach nieśmiertelnego… Puścimy was… mięso nieśmiertelnych jest niesmaczne… Dalej jednak czeka was śmierć… ŚMIERĆ!" - wycie długo towarzyszyło parze podróżników.

- "Oby mieli na myśli mutanty…" - westchnął mężczyzna - "Albo Śmierć… Swoją drogą spoko koleś z niego…"

- "Czy… możemy… chwilę odpocząć…?" - po kilku minutach biegu spytała wiedźma. Z trudem łapała oddech.

- "Nie ma problemu" - Paul pokiwał głową i zatrzymał się - "tylko bądź gotowa… na cokolwiek…"

Wiedźma odgarnęła nogą śmieci z podłogi i usiadła, opierając się o ścianę. Przez chwilę uspokajała oddech.

- "Może to jednak był błąd…" - złapała się za głowę i wyjęła wisiorek spod koszulki. Był to prosty, otwierany naszyjnik ze zdjęciami w środku. Wpatrywała się przez chwilę w jego zawartość.

- "Już przestało ci zależeć?" - mężczyzna spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- "Nie… nie przestało…" - westchnęła wycierając oczy. Zamknęła wisiorek i schowała go pod koszulkę.

Nieśmiertelny przegrzebywał w tym czasie plecak w poszukiwaniu zapasowych baterii. Zapasy, zapasy, lina, zapasy, bandaże… Niestety żadnych baterii.

- "Cholera… będziemy musieli obejść się bez światła latarki…" - mruknął i spojrzał na plan metra - "Co następnej stacji jakieś… 300 metrów."

- "Zapalić moje światło?" - wiedźma spytała niepewnie.

- "Na razie nie" - odpowiedział Paul - "Powiem ci kiedy będziemy potrzebować światła. Trzymaj się blisko, idziemy."

Już na jakieś 100 metrów przed wyjściem z tunelu podróżnicy poczuli potworny odór. Smród był trudny do określenia. Coś jak gnijące zwłoki, siarka… Jedyne co było można o nim na pewno powiedzieć, było to, że był potężny.

- "Fu… Coś tu zdechło?" - skrzywił się nieśmiertelny - "Bądź gotowa" - mruknął do wiedźmy wyciągając jednocześnie noże. Kobieta posłuchała i zaczęła przygotowywać jakieś zaklęcie bojowe.

Para podróżników weszła na stację. Smród stał się nie do zniesienia. Dawał się we znaki tak mocno, że Paul zaczął żałować, że nie wziął maski przeciwgazowej. Poszukiwacze rozejrzeli się po stacji, ale nic nie zobaczyli. Nic się nie poruszało w cieniu, nic nie oddychało, nic nie obserwowało. Spokój i cisza.

- "Nie podoba mi się tu…" - mruknął mężczyzna - "Nie zatrzymuj się."

Odór wydawał się być wręcz lepki. Przylegał do ciała i ubrań. Wiedźma zaczęła chyba się dość mocno bać, ponieważ zaczęła podchodzić coraz bliżej do swojego przewodnika.

- "Co to właściwie za smród?" - nieśmiertelny zastanowił się na głos - "Z czymś mi się kojarzy…"

- "Z czym?" - Maja niemal ocierała się o towarzysza.

- "Eee…" - Paul zdębiał - "Nie pamiętam…"

- "Chodźmy stąd… błagam" - wiedźma była naprawdę przerażona.

Przejście przez stację odbyło się bez dodatkowych komplikacji. Po przebytej drodze pozostało tylko uczucie strachu i lepki smród.

- "Ta przygoda będzie męcząca psychicznie…" - mruknął mężczyzna - "Niedługo tunel rozchodzi się na dwa. Dla odmiany pójdziemy tym prawym."

- "Dlaczego zajmujesz się czymś takim?" - spytała czarownica. Spytała chyba tylko po to by podtrzymać rozmowę. Może bała się ciszy…

- "Dlaczego jestem łowcą nagród?" - mężczyzna uśmiechnął się - "To proste. W życiu robiłem wiele rzeczy. Każda nudziła mi się po jakimś czasie. Aktualnie mam ochotę na bycie łowcą nagród, bo ta robota gwarantuje pewną różnorodność. A kiedy, za kilkadziesiąt lat, ta praca mi się znudzi, zacznę robić coś innego."

- "A kim byłeś przed wojną?"

- "Studentem" - uśmiechnął się. Widać było, że dobrze wspomina ten okres życia - "Archeologii. A kiedy wybuchła wojna to żołnierzem."

- "Archeologia… ja lubię zbierać różne drobiazgi z przed wojny… Mam to po tacie. On też kochał zabytki…"

- "O... A kim był twój ojciec?"

- "Mój tata był magiem… ale nie chcę o tym rozmawiać…" - Maja speszyła się nagle i zamilkła.

- "Och…" - na chwilę zapadła niezręczna cisza - "Kojarzysz Ice Kinga?"

- "Tego wariata, który ma obsesję na punkcie porywania królewien i przynosi hańbę wszystkim czarodziejom?"

- "Taaa… tego" - nieśmiertelny skrzywił się nieco - "Przed wojną, zanim oszalał, był moim nauczycielem…"

Wiedźma zamilkła na chwilę. Chyba zrobiło jej się głupio.

- "Wojna wiele zmieniła…" - westchnęła - "Jestem ciekawa kto ją wywołał…"


Rozstaje tuneli było w zadziwiająco dobrym stanie. Jeżeli można tak powiedzieć o ciemnym, brudnym, betonowym tunelu z rdzewiejącymi szynami na podłodze. Niestety prawy tunel, którym podróżnicy zmierzali iść, już po jakiś 10 metrach okazał się zasypany. Nie było mowy o odgruzowaniu. Chyba tylko naprawdę silne materiały wybuchowe mogłyby ruszyć z miejsca tę kupę kamieni, gruzu i prętów zbrojeniowych. Tak silne, że przy okazji zawaliłyby resztę tunelu.

Brodacz i czarownica musieli więc zrezygnować z tej drogi. Cofnęli się i ruszyli lewym tunelem. Nie zdążyli jednak dojść daleko, bo znów coś ich zatrzymało. Tym razem Paul poczuł coś dziwnego i zatrzymał się. Machnął rękę by zatrzymać również towarzyszkę.

- "Nieśmiertelny…" - powiedziała obracając głowę. W jej głosie zabrzmiał strach - "Dziękuj Globowi, że nie masz teraz oczu maga… Biegnij!" - chwyciła Paula za rękę i pociągnęła za sobą.

Coś ruszyło w pościg za dwójką podróżników. Nieśmiertelny spojrzał przelotnie w tył, ale nie zobaczył nic… Ale wyraźnie czuł, że coś tam było. I zbliżało się coraz szybciej.

- "Dobra… cóż takiego nas goni?" - zapytał w biegu.

- "Nie pytaj mnie o to… próbuję wymazać to z umysłu. Inaczej nigdy już nie zasnę" - powiedziała pomiędzy oddechami.

Tunel zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Niestety siły dwójki poszukiwaczy słabły. Wiedźma nawet starała się użyć lewitacji by ulżyć sobie w biegu, ale zaklęcia same się rozpraszały. Widząc to, mężczyzna wziął ją na ręce i zaczął biec szybciej. Cokolwiek ich goniło, było coraz bliżej. I wydawało potworny dźwięk przypominający nieco odgłos pędzącego pociągu.

- "Nie uda nam się!" - wrzasnęła wiedźma.

- "Nie bądź taką pesymistką!" - odkrzyknął z trudem, wkładając w ten krzyk jak najwięcej pozytywnych emocji. Jednak sam nie czuł się lepiej. Uczucie niebezpieczeństwa podchodziło mu aż po samo gardło.

Nagle do głowy Paula wpadł pomysł. Zaczął rozglądać się za drzwiami do pokoi technicznych.

Plan był dobry… zbyt dobry. Kiedy brodacz przestał patrzeć pod nogi, szybko natrafił na wygiętą szynę i poleciał na twarz. Upadł. Łoskot stawał się coraz głośniejszy. Ostatnią rzeczą jaką ujrzał zanim stracił przytomność była świetlista istota zstępująca z góry.


Paul obudził się w jasnym pomieszczeniu. Bardzo jasnym. Wokół niego było wręcz morze jasnego, łagodnego światła.

- "Auuu…" - jęknął nieśmiertelny - "Gdzie ja jestem?" - podniósł się i rozejrzał. Jego oczy spoczęły na łagodnej, pięknej, niemal anielskiej twarzy. Skóra kobiety świeciła białym blaskiem, a z jej pleców wyrastały dwa skrzydła. Jako ubranie służyły jej tylko białe szarfy przewiązane wokół piersi i bioder.

- "Jesteś bezpieczny Paul" - powiedziała istota uspokajającym głosem.

- "Kim jesteś?" - mężczyzna zapytał podejrzliwie. Zastanawiał się skąd w tej zapomnianej przez Globa i ludzi ruinie wzięła się tak piękna istota.

- "Aniołem stróżem" - kobieta odparła chichocząc melodyjnie.

W mózgu brodacza zapaliła się ostrzegawcza lampka. Przypomniał sobie. Już kiedyś widział takie stworzenia.

- "Gdzie wiedźma?!" - krzyknął uprzednio wyćwiczonym ruchem przystawiając "aniołowi" nóż do gardła.

Na anielicy nie zrobiło to żadnego wrażenia. Tylko się zaśmiała. Żadnego niepokoju w jej zachowaniu.

- "Spodziewałam się, że to zrobisz nieśmiertelny…" - powiedziała spokojnie - "I właśnie dlatego byś zrozumiał, że nie mamy złych zamiarów, pozostawiłyśmy ci twoją broń. Twoja towarzyszka żyje. Ocaliłyśmy was przed tunelarzem" - uśmiechając się pogładziła mężczyznę po twarzy - Możesz sam się o tym przekonać.

- "Dziękuję. Ale nie dotykaj mnie" - Paul skrzywił się i schował nóż - "Nie przepadam za waszą rasą odkąd jedna z was zjadła mojego przyjaciela…" - spojrzałem stworzeniu w oczy - "A co do pozostawiania mi broni… Jej brak nie zrobiłby wielkiej różnicy…" - nieśmiertelny rozejrzał się ponownie po pomieszczeniu w poszukiwaniu Maji.

- "Jest na zewnątrz… przy naszym źródełku. Przeczytałyśmy w twoich myślach to co powiedziałeś. My nie jesteśmy jak tamte anioły… zwą nas upadłymi. Zostałyśmy strącone od labiryntu przez nasze siostry. Możesz być pewien nieśmiertelny… nie będziemy próbować cie oszukać" - podniosła się z kolan - "Twoje ubrania są czyste i naprawione. Wyjdź do nas gdy będziesz gotów" - powiedziała z uśmiechem i wyszła z pokoju. Ślady jej bosych stóp odznaczały się na świetlistym puchu tworzącym podłoże. Choć całe pomieszczenie było białe, to właśnie z podłogi dobywało się światło.

- "Upadłe… Ile się przez te stulecia zmieniło…" - mruknął Paul. Wstał, wziął swój plecak i ruszył śladem anioła.

Cała stacja była porośnięta takim samym świecącym puchem co podłoga w tamtym pomieszczeniu. Domy należące do aniołów były przyczepione do ścian na wszystkich poziomach stacji. Kilka było nawet przymocowanych do dachu. Poruszające się dookoła świetliste istoty były zajęte własnymi sprawami. Wszystkie były ubrane w podobny sposób. Żadna jednak nie miała na sobie takiej sukni jaką miała tamta krwiożercza potwora ze wspomnień Paula. Na samym środku stacji w wywierconej w betonie dziurze znajdowało się źródło. Krystalicznie czysta woda wybijała na powierzchnię. Tam pośród skrzydlatych stworzeń siedziała zielonoskóra kobieta. Jej strój również stanowiły białe szarfy.

'Biedny, stary Bob… Zawsze chciał zobaczyć anioła i musiał niestety trafić na tamtego...' - pomyślał mężczyzna i ruszył w stronę źródła.

Jedna z anielic zwróciła uwagę Maji i wskazała jej nadchodzącego Paula. Wiedźma obejrzała się i uśmiechnęła. Wstała. Jej półnagie ciało było piękne w tym świetle. Była ubrana prawie identycznie jak pozostałe kobiety. Jedyną różnicę stanowił znajdujący się na szyi złoty wisiorek. Ruszyła w stronę mężczyzny.

Pierwszym co zrobił brodacz było wysilenie pamięci by przypomnieć sobie jak zakładać blokadę telepatyczną. Już kilka sekund później była gotowa. Mężczyzna nie lubił gdy ktoś czytał mu w myślach.

- "Jak tam? Wszystko w porządku?" - zapytał przyglądając się czarownicy. 'Warto zapamiętać ten widok' pomyślał.

- "Czy mi się zdaje, czy ty się rumienisz?" - zachichotała.

- "Ładny strój" - 'Cholera… twarz 26 latka...' pomyślał i uśmiechnął się - "Ale na dalszą drogę załóż coś mniej delikatnego…" - uśmiechnął się szerzej - "Wpadłem na pewien pomysł i chyba wiem którędy pójdziemy."

- "Świetnie" - ucieszyła się - "A to…" - spojrzała na szarfy - "Wiem, że to takie babskie… ale pozazdrościłam im" - zaśmiała się - "Dziewczyny nalegały, żebyśmy odpoczęli i zostali na kolacji."

- "Czemu nie" - powiedział Paul, chociaż takie zaproszenie od anioła wydawało mu się dość jednoznacznie negatywne - "Batonikami energetycznymi i tak byśmy się mocno nie najedli."

- "Idę im powiedzieć" - ucieszyła się i poszła do siedzących przy źródle.

- "Przepraszam" - mężczyzna odwrócił się słysząc głos anielicy, która była przy nim kiedy się obudził. Istota wylądowała obok niego - "Paulu Nieśmiertelny, nasza matka prosi byś zechciał się z nią zobaczyć."

- "Matka" - mruknął - "Dobrze…" - 'Nareszcie ktoś kto swojej władczynie nie nazywa "królewną"' - uśmiechnął się w myślach.

- "Czy pozwolisz bym cię do niej zaniosła? Jej dom jest najwięcej" - spytała z pokorą.

- "Jeśli mogę prosić…" - zgodził się z uśmiechem.

Anielica chwyciła mężczyznę pod ramiona i wzniosła go pod sam sufit stacji. Już po chwili Paul mógł wejść do domu "matki". Na samym środku pomieszczenia siedziała anielica większa od pozostałych. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami, a na ramionach trzymała niemowlę. Mała skrzydlata istotka wyglądała jakby dopiero co wyrwano ją z najniższych kręgów piekła… albo raczej Nocosfery… Małe monstrum było przyssane do piersi matki, a niebieskie, fluorescencyjne mleko spływało mu po brodzie.

Po krótkim upewnieniu się, że bariera anty telepatyczna jest wystarczająco szczelna, nieśmiertelny zaczął analizować to co widzi. 'Czyli jednak nie do końca zmieniła się sytuacja z upadłymi' - pomyślał - 'Poza tym anielice mają tutaj chyba okazjonalne odwiedziny inkubów'

Brodacz pokłonił się "matce".

- "Niepotrzebnie zakładałeś tą osłonę" - uśmiechnęła się - "Wystarczyło poprosić o nie wglądanie w umysł. Dla nas to naturalne, że czytamy sobie nawzajem w myślach" - wciąż się uśmiechając pogładziła dziecko po głowie - "Witam cię w imieniu wszystkich moich córek Nieśmiertelny."

- "Bardzo mi miło" - odpowiedział - "A za barierę przepraszam, ale to takie moje przyzwyczajenie. Gdy tylko spotykam jakąś istotę posiadającą dar telepatii, odruchowo ją włączam."

- "Rozumiem to…" - podała dziecko anielicy, która towarzyszyła Paulowi. Kobieta wzięła niemowlę i zaczęła je delikatnie kołysać - "Jak widzisz zbudowałyśmy tu sobie mały azyl… ja sama urodziłam i wychowałam wszystkie te anioły. Żyjemy żywiąc się tym co zdołamy znaleźć w tunelach. Polujemy na Whywolf'y i inne dzikie stworzenia, Nie jest to łatwe życie" - westchnęła - "Wiele moich córek zginęło…"

'Moje mięso jest ponoć niesmaczne… Ciekawe jak smakuje Whywolf...' - pomyślał brodacz.

- "A co takiego przydarzyło się, że nie możecie wyjść na powierzchnię?" - zapytał z ciekawością - "Życie tam jest znacznie łatwiejsze, a przy waszym łagodnym usposobieniu, mieszkańcy powierzchni na pewno by was zaakceptowali."

- "W promieniach słońca widać jakie jesteśmy naprawdę… Tu w ciemności możemy się ukryć. Potrzeba by oczu maga aby dostrzec jakie jesteśmy. Ale twoja towarzyszka nie może tego zobaczyć... ten mech..." - pokazała na białe, świetliste podłoże - "...utrudnia działanie magii. Poza tym, jedna z moich córek strąciła mnie z tronu i zmusiła do ukrycia się tutaj. Nie chciałam więcej polować na podróżników, więc uznała mnie za słabą… Przestałam być wielką matką. Takie prawo przyrody… słabi ustępują silniejszym…"

'Filozofia dzikich plemion' - pomyślał mężczyzna - 'Jakże często trafiam na nią przez ostatnie stulecia...'

- "Czym właściwie było stworzenia, które goniło nas w tunelach? Ten… tunelarz?" - zapytał.

- "Nie wiemy… legendy głoszą, że był on tu od zawsze. Że zawsze pod ziemią, w ciemnościach czaiło się to "coś". Jedyne czego on się boi to światło. Takie jakie roztaczamy my… albo takie jakie roztacza słońce."

- "Jeszcze przed wojną krążyły legendy o stworach z metra…"

- "Nigdy się pewnie nie dowiemy…" - westchnęła - "...w każdym razie… gdy byłeś nieprzytomny, miałyśmy wgląd do twojego umysłu. Nie jesteś związany z tą kobietą niczym innym niż umową. Ona obiecała pomóc ci odnaleźć to czego szukasz w zamian za to, że ty pomożesz jej. To zadanie może być bardzo trudne, a nawet niewykonalne" - anielica utkwiła wzrok w Paulu - "Mogę zdradzić ci to co wie ona… w zamian za to, że ją nam pozostawisz…"

- "Zwykłem przestrzegać umów…" - brodacz powiedział poważnie - "Tego zresztą wymaga mój zawód. Zresztą wydaje mi się, że to co ona chce zrobić jest dla niej bardzo ważne. Nie chciałbym by ktoś komu zaufałem, zdobył to co chciał i odszedł bez wykonywania swojej części umowy… Choć czasem jedyne o czym potrafię myśleć to moja zguba… Nie. Nie mogę jej tego zrobić" - powiedział twardo - "A co do niewykonalności misji… Byłem już w gorszych opałach."

- "My potrzebujemy żywności aby przetrwać…" - westchnęła - "Wybacz mi, że to powiem… ale nie wypuścimy was obojga. My po prostu chcemy przetrwać, a jest to coraz trudniejsze… Jej ciało byłoby dla nas czymś o wiele lepszym niż całe pokolenie tutejszych stworów."

- "Przykro mi z powodu waszych problemów z żywnością" - powiedział zimno - "Ale zatrzymywanie mnie to poważny błąd. Nie zatrzymacie mnie bez zabijania" - poprawił pas z nożami - "A z tym może być pewien problem" - uśmiechnął się złośliwie.

- "To zła wiedźma! A ty nawet nie jesteś z nią związany emocjonalnie. Dlaczego ci tak bardzo na niej zależy?!"

- "Może to sprawa honoru…" - odpowiedział - "A może to po prostu mój chory umysł szuka towarzystwa…" - dodał ciszej. Znacznie ciszej.

- "Gdyby nie to, że moje córki ryzykowały dla was życie, to oboje bylibyście karmą dla tunelarza!" - "matka" była coraz bardziej wściekła - "Tak naprawdę dzięki nam nie spotkał cię los gorszy od śmierci!"

- "A więc po co to wszystko?" - mężczyzna zmarszczył brwi - "Dlaczego po prostu mnie tam nie zostawiłyście biorąc tylko smaczną wiedźmę?" - zapytał zimno - "Zadawało mi się, że mówiłaś, ze chciałaś być inna niż twoje siostry i nie pożerać podróżnych…"

- "Taka twoja wdzięczność powierzchniowcu?" - spytała obruszona matka.

- "Mamo!" - wtrąciła się anielica, która przysłuchiwała się trzymając niemowlaka - "Proszę… Zawsze uczyłaś nas byśmy były inne niż siostry z powierzchni. Proszę… Wypuśćmy ich. Niech wyjdą stąd widząc, że nie jesteśmy potworami… Poradzimy sobie. Obiecuję, że będę polować dwa razy więcej… Zadbam o naszą rodzinę. Proszę… nie krzywdźmy ich…" - powiedziała błagalnym tonem.

- "Widzę w twych myślach litość i miłosierdzie, córko… godne pochwały" - westchnęła starsza anielica - "Niech tak będzie."

- "Dziękuję…" - powiedział chłodno Paul - "To dobra decyzja…"

- "Podziękuj Eden. Gwarantuje ci, że nie twoje groźby, czy nieśmiertelność przekonały mnie do tego... tylko jej prośba" - uśmiechnęła się chłodno - "Macie zagwarantowaną nietykalność i naszą pomoc… A teraz zejdź mi z oczu."

Czarnowłosy skinął głową w kierunku anioła nazywanego przez matkę "Eden" w geście wdzięczności. Odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia. Eden oddała dziecko matce i pomogła dostać się nieśmiertelnemu na dół. Po chwili wylądowali na białym, świecącym mchu wyściełającym podłogę stacji.

- "Przepraszam za to co się stało…" - powiedziała cicho Eden.

- "Nie szkodzi, nie twoja wina "- Paul uśmiechnął się - "Dziękuję za pomoc. I wybacz, że nie pozostaniemy na kolacji, ale przypomniałem sobie coś ważnego."

- "Proszę, zostańcie… wiem jak to brzmi. Ale naprawdę chcemy wynagrodzić ci to co chciałyśmy zrobić…" - głos anioła stał się błagalny - "Gdy tylko wyruszycie damy wam wszystko co będzie wam potrzebne."

- "Skoro wam tak zależy to dobrze, zostaniemy" - zgodził się - "A nie będziemy potrzebować wiele. Możecie naprawić kamizelkę Maji?"

- "Oczywiście… cały jej strój został naprawiony" - uśmiechnęła się - "Nie masz mi za złe tego co się stało?"

- "Tobie nie" - odpowiedział zamyślony.

- "A… matce?"

- "Jej… też nie…" - spojrzał na nią dziwnie.

- "A komu masz?" - spytała najniewinniej jak potrafiła.

Brodacz nie odpowiedział. Spojrzał na nią tylko. Wyglądał na mocno zamyślonego.

- "Przepraszam… pójdę pomóc w przygotowaniach. Nie powinnam o to pytać…" - speszyła się i odeszła.

Mężczyzna rozejrzał się w poszukiwaniu swojej towarzyszki. Stała kilka metrów za nim najwyraźniej oczekiwała aż skończy rozmowę.

- "A ku ku" - zawołała z uśmiechem gdy tylko padło na nią spojrzenie nieśmiertelnego - "I jak tam wizyta u szychy?"

- "Później ci opowiem" - uśmiechnął się nieco sztucznie - "A po kolacji zaraz ruszamy, poszukamy pewnego miejsca… Właściwie nawet nie wiem czy w ogóle coś z tego będzie… Widziałem to miejsce tylko raz i to setki lat temu."

Okazało się, że kolacja nie była tak nieznośna jakby można się spodziewać, a whywolf'y nie smakowały nawet tak paskudnie. Matka nie pojawiła się na uczcie, a Eden wyglądała na zamyśloną. Maja natomiast bawiła się świetnie. W pewnym momencie zaczęła nawet zachęcać Paula by z nią zatańczył. Mężczyzna zgodził się kręcąc z uśmiechem głową.

Muzyka grana przez anioły była skoczna i wesoła. W niczym nie przypominała gregoriańskich chórów, których spodziewał się Paul.

Taniec, jedzenie i alkohol pozwoliły nieśmiertelnemu zapomnieć. Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu tak naprawdę odpoczywał. Pod koniec nocy… a może i dnia, pod ziemią nie dało się tego stwierdzić, odpłynął.


Mężczyznę obudził jakiś dźwięk. Nie za głośny, nie jakiś dziwny… Paul miewał po prostu problemy ze snem. Czuł się jednak wypoczęty i był w zaskakująco dobrej formie. Zwłaszcza wspominając kolację z poprzedniej "nocy". Po krótkiej, porannej toalecie udał się na poszukiwanie towarzyszki. Znalazł ją dość szybko. Maja zdążyła się już przebrać i spacerowała po peronie. Nagle obok kobiety wylądowała Eden i wręczyła jej coś. Uściskały się.

- "Hej, Eden!" - zawołał brodacz podchodząc bliżej - Z czego właściwie robicie ten alkohol?

- "Z mchu" - uśmiechnęła się szeroko - "Nie powoduje kaca."

- "Z mchu…" - mruknął nieco zdziwiony - "Ciekawe… Czy to ten sam mech, który tłumi magię?"

- "Tak, ale nie po destylacji."

- "O… To dobrze" - mężczyzna uśmiechnął się - "W tunelach przyda nam się światło..." - spojrzał na wiedźmę - "...a baterie do latarki zdążyły się zgubić."

- "Mech po destylacji wciąż świeci… będzie odstraszać tunelarza."

- "A poza tym…" - wtrąciła się Maja - "...dostałam latarnię zrobioną na bazie tego mchu. Możesz ją nieść skoro mi blokuje magię."

- "Jesteś gotowa na wymarsz?" - zapytał nieśmiertelny poprawiając plecak.

- "Oczywiście" - odpowiedziała z uśmiechem wiedźma.

Część tuneli, którą teraz szli wydawała się znacznie spokojniejsza. Świetlisty mech wychodził daleko poza "anielską" stację i można było iść niemal jak w świetle dnia.

- "A zatem co też powiedziała ci szefowa? Przy nich nie chciałeś mi mówić…" - zapytała Maja gdy oddalili się od stacji.

- "Nie radzę ci wracać tam samemu…" - mruknął po chwili Paul - "Matka nie wyzbyła się jeszcze do końca odruchu jedzenia podróżnych… Zaproponowała mi bym zostawił cię tam w zamian za informacje wyciągnięte z twojego mózgu… I gdyby nie Eden mogłoby się skończyć dość krwawo. Ze strony młodych raczej nic ci nie grozi, ale dopóki rządzi nimi ta stara anielica… lepiej nie zbliżaj się w te strony."

- "Eee… Zmyśliłeś to, prawda?" - była spiorunowana. Jej dobry humor zniknął - "Prawda?!"

- "Po prostu ciesz się, że posłuchała Eden…" - uśmiechnął się krzywo - "Bo mojej odmowy nie chciała przyjąć."

- "Dlaczego wiec się nie zgodziłeś? Miałbyś to czego chcesz i nie musiałbyś dalej iść w ten koszmar" - wyglądała na zdziwioną, ale widać było, ze odczuła ulgę.

- "Nie wiem…" - mruknął - "Może jestem zbyt honorowy… Albo zbyt samotny" - dodał znacznie ciszej.

- "Samotny…" - uśmiechnęła się dyskretnie.

Spojrzał tylko na nią zamyślony. Na jakiś czas zapadła cisza.

- "Na następnej stacji wejdziemy do pomieszczeń technicznych" - powiedział po chwili nieśmiertelny - "Co ty właściwie chcesz znaleźć? Ale dokładnie. To nam mocno pomoże w poszukiwaniach."

- "Nie chciałam mówić… bo… to coś bardzo osobistego. Wyczułabym tego obecność gdybyśmy się zbliżyli… Widzisz ja mam moc czerpania energii magicznej z czegoś co ma w sobie duże pokłady uczuć. Na przykład ulubiona zabawka, kojarząca się z najszczęśliwszymi latami dzieciństwa… albo pierwszy list miłosny… Rozumiesz?"

- "Tak" - odpowiedział - "Ale jakieś konkretniejsze informacje by się przydały…"

- "To coś należało do mojego ojca…" - westchnęła - "Zanim jeszcze wygnali go z miasta magów."

- "No dobrze…" - Paul postanowił już dłużej jej nie męczyć - "Zobacz… zaraz wejdziemy na stację… Bądź gotowa."

Stacja okazała się jednak całkowicie pusta, jakby nic nigdy nie próbowało się tutaj osiedlać. Było chłodno. Wilgoć pokrywała popękane płytki na ścianach. W kątach leżały niewielkie kupki śmieci. Na środku peronu leżała tablica, która spadła ze ściany kilkaset lat temu. Resztki papieru na jaj powierzchni sugerowały, że kiedyś był do niej przyklejony jakiś plakat.

- "Tamte drzwi" - mężczyzna wskazał wejście do pomieszczenia technicznego.

Za skrzypiącymi drzwiami znajdowało się niewielkie pomieszczenie. W jednej z jego ścian ziała spora dziura. Za nią nie było jednak windy, a tylko pusty szyb.

- "Nie jest dobrze…" - westchnął brodacz - "Mogłabyś wrzucić tam kulę światła?"

Wiedźma zrobiła kilka ruchów dłońmi i cisnęła świetlistą kulę w szyb. Kula przeleciała kawałek i utonęła w ciemnościach. Dosłownie. Prawie jak w jakieś czarnej dziurze…

Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu i podniósł kawałek gruzu zalegającego po kątach. Cisnął go do dziury nasłuchując uderzenia. Już po chwili usłyszał stuk. Kamień nie mógł przelecieć więcej niż dwa piętra.

- "Wydawało mi się głębsze…" - Paul przeczesał brodę. Wyciągnął z plecaka linę i przymocował do niej lampę. Opuścił światło powoli w dół szybu. Mniej więcej w połowie liny lampa zaczęła szybko migotać.

- "Podejrzane…" - mruknął wyciągając lampę. Rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś w rodzaju panelu kontrolnego. Znalazł go tuż obok dziury w ścianie. Cokolwiek ją zrobiło zerwało również kamuflaż z panelu. Do tego konsola miała poważne uszkodzenia mechaniczne. Zdaje się, że ktoś przywalił w nią leżącym nieopodal kluczem francuskim. Archeolog nachylił się nad zniszczonym mechanizmem i jęknął cicho.

- "Zakładam, że nie znasz się na elektronice?" - obejrzał się na wiedźmę - "Jeśli to w ogóle da się naprawić" - westchnął znów przyglądając się zmiażdżonemu panelowi.

- "Spojrzę… Jako dzieciak lubiłam grzebać w komputerach" - zaśmiała się Maja - "Mówiłam ci, po tacie mam zamiłowanie do antyków i pamiątek" - nachyliła się nad urządzeniem i zaczęła coś z nim robić. Co ciekawe wspierała się magią. Po kilku minutach dało się słyszeć szum nadjeżdżającej windy. Jechała z góry…

- "Hmm… przeczuwam problemy tam na dole…" - mruknął Paul - "Coś tam może blokować magię… Przydałaby się działająca latarka…"

- "Mogłabym spróbować ją zasilić, ale jeśli tam na dole coś rzeczywiście rozprasza magię to to i tak nic nie da" - powiedziała nie przerywając pracy - "Ale to przecież pomieszczenie techniczne. Może znajdziesz jakiś akumulator albo baterie. Mogłabym spróbować je naprawić."

Paul skinął głową i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Pod jedną ze ścian stało kilka metalowych szafek. Jedna z nich była nawet otwarta… i pusta. Następna miała kłódkę. Blokada okazała się jednak bardzo delikatna i puściła po jednym uderzeniu nożem. W środku na półeczkach walały się kable, metalowe i plastikowe rury, narzędzia (nieśmiertelny pozwolił sobie zarekwirować kilka kluczy i śrubokrętów), podarte rękawice robocze i trochę elektronicznego śmiecia. Mężczyzna już chciał się poddać i zacząć sprawdzać następną szafkę, ale na ostatniej, dolnej półce pod starą szmatą stał akumulator samochodowy. Brodacz uśmiechnął się szeroko i postawił akumulator na środku pomieszczenia. Przyniósł też trochę kabli.

- "Kombinuj" - powiedział do wiedźmy - "Ja się na tym nie znam…"

- "Ale możesz dalej szukać" - zaśmiała się.

Mężczyzna podszedł do szafek i pootwierał pozostałe. We wszystkich było praktycznie to samo co w pierwszej. Już chciał się odwrócić i powiedzieć, że nic ciekawego tutaj nie ma, gdy jego wzrok padł na większą szafkę stojącą w kącie. Podszedł do niej i przyjrzał się. Drzwiczki tej szafki chroniła znacznie solidniejsza kłódka. I to z zamkiem szyfrowym. Paul patrzył na nią chwilę z frasunkiem po czym wzruszył ramionami i wyciągnął nóż. Maja podniosła głowę słysząc dźwięk uderzania metalu o metal. Po kilkunastu uderzeniach niezniszczalnego ostrza, kłódka puściła i z brzękiem upadła na podłogę. Droga do zawartości szafki stanęła otworem. Nieśmiertelny otworzył drzwiczki.

- "Ładnie ładnie…" - wewnątrz stało kilkanaście sztuk AK-47 z zapasem amunicji. I paczka baterii - "Mamy niezłe szczęście" - rzucił wiedźmie pudełko z bateriami i wziął w ręce karabin - "Umiesz strzelać?"

- "A myślisz, że umiem tylko warzyć mikstury we kotle?" - wzięła broń i odbezpieczyła - "Tata był podróżnikiem i lubił pamiątki… a wiesz, że kałach to najbardziej niezawodna broń?"

- "Wiem… Mam kilka w domu" - uśmiechnął się - "Do dziś zastanawiam się dlaczego podczas wojny dostaliśmy jakieś plastikowe śmieci zamiast tego. A strona przeciwna miała właśnie kałachy…" - skrzywił się nieco - "Nawet nie wiesz jak boli seria z tego…"

Baterie okazały się działać, a winda już po chwili była na miejscu.

- "To co? Jedziemy?" - zapytał brodacz zarzucając kałacha na plecy i pakując kilka zapasowych magazynków do kieszeni.

- "Naprzód" - uśmiechnęła się wiedźma.

Winda zjechała na dół bez żadnych przeszkód. Za otwierającymi się z sykiem, drzwiami podróżnicy zobaczyli ponury i pusty korytarz.

- "Zaczniemy od znalezienia jednego pomieszczenia…" - Paul zawiesił na pasku wyjęty z plecaka granat. Przelotnie pomyślał, że używanie materiałów wybuchowych w tak ciasnych pomieszczeniach może być złym pomysłem - "I uważaj na siebie, trzymaj się blisko... Kto wie co mogło zalęgnąć się w tym ośrodku po wojnie…"

- "A czego dokładnie szukamy?"

- "W tym miejscu często przebywał kiedyś pewien stary znajomy…" - uśmiechnął się.

- "A… co to za znajomy?"

- "Hunson Abadeer, władca Nocosfery…" - powiedział z uśmiechem nieśmiertelny.

- "Mówił co ktoś, że masz dziwnych znajomych?" - Maja spojrzała na niego dziwnie - "Mam odrobinę na pieńku z jego córką…" - westchnęła.

- "Ich sytuacja rodzinna, z tego co wiem, nie jest zbyt różowa…" - mruknął - "Myślę, że Hunson nawet nie wie o waszym… konflikcie…"

- "Taaa… za to jej sytuacja była bardzo… "różowa"" - wiedźma uśmiechnęła się nieco złośliwie.

- "Eh te plotki…" - Paul zaśmiał się kręcąc głową - "A cóż takiego zaszło między tobą, a Marceliną?"

- "Nie dokładnie mną… Jej zidiociały chłopak, Ash, chciał się trochę "wzmocnić" magicznie. Bądźmy szczerzy… ofiara losu nie czarodziej… W tym celu sprzedał mi jej zabawkę…" - uśmiechnęła się dziwnie - "Wiesz ile to maleństwo ma w sobie emocjonalnej energii… Tysiąc lat miłości, smutku, nadziei i zawodów."

- "Czerwony misiek z długimi kończynami?" - przypomniał sobie odległe czasy - "Nie dziwię się ilości emocji w nim zawartych…"

- "Sporo wiesz o innych… specyfika pracy?"

- "Owszem…" - mruknął - "A do tego ciekawość, nuda i przypadek."

- "Wiesz… był czarodziej którego podziwiam… Inni mają go za… Moment…" - zamilkła i obejrzała się - "Coś znów nas śledzi… to samo co wtedy, na początku."

- "Nie wyglądało groźnie… Może chce się zaprzyjaźnić?" - zaśmiał się

- "Może… Ale jestem ciekawa czemu pcha się za nami aż tutaj… Mnóstwo drzwi..." - rozejrzała się po korytarzu.

- "Jeszcze kawałek" - zastanowił się chwilę - "To chyba tam…" - wskazał drzwi nieopodal.

- "Nie polecam tam wchodzić…" - czarownica spojrzała uważnie w tamtą stronę - "Promieniowanie… jakby co najmniej wywalił tam reaktor atomowy…"

- "Cholera…" - Paul zmarszczył brwi - "Bez amuletu od razu stracę przytomność…"

- "Może mają gdzieś skafandry ochronne?"

- "To ośrodek badawczy…" - nieśmiertelny przyjrzał się oznaczeniom na najbliższej ścianie - "Na pewno coś się znajdzie…"

- "Mają tu jakiś dział od promieniowania i takich tam?"

- "Badania nad radiacją…" - mężczyzna przeczesał brodę - "To było… chyba… gdzieś w tamtą stronę" - wskazał w ciemność.

Ruszyli opuszczonym korytarzem. Otaczająca ich cisza wydawała się gęsta i ciężka… Brodacz miał wrażenie, że atmosfera tego miejsca dałaby się kroić nożem. Tysiące drzwi i klatek schodowych. I pustka. To wszystko sprawiało, że droga zdawała się znacznie trudniejsza i dłuższa. Po jakimś czasie nawet śledząca podróżników istota dała sobie spokój.

- "Zanuciłbym coś… ale nie pamiętam żadnej ciekawej piosenki…" - westchnął mężczyzna.

- "Nie masz walkmana albo mp3?" - zapytała Maja.

- "Mam… w domu…" - uśmiechnął się smutno - "Ciekawe… Przez te setki lat nic się tutaj nie zalęgło… Jakby przyroda bała się odzyskiwać to miejsce…"

- "Ciekawe dlaczego?"

- "Wiesz, że w tym miejscu w pewnym sensie pojawili się prekursorzy współczesnego czarodziejstwa? Jeden z tutejszych naukowców na przykład zmodyfikował swój genom i nauczył się panować nad ogniem i elektrycznością…" - Paul pomyślał chwilę - "I miał całkiem czarne oczy… Jak węgiel…"

- "Oczy maga… Ale słabo rozwinięte. Każdy z nas ma w sobie geny magów" - zaśmiała się.

- "Teraz pewnie trochę tego jest" - mruknął - "Przed wojną było z tym nieco gorzej."

- "Ale w starych księgach było o polowaniach na czarownice i wiedźmy…" - zapytała zdziwiona.

- "Mówiłem o czasach przed wojną… Wcześniej sytuacja była nieco inna…" - skrzywił się nieco - "Ale tylko nieco… W średniowieczu owszem, polowano na wiedźmy… Albo raczej na "wiedźmy". Fanatycy religijni potrafili zobaczyć w byle posiadaczce czarnego kota, złośliwą, opętaną przez diabła czarownicę. A kiedy jakaś kobiecina znała się trochę na ziołach i medycynie… "TO MAGIA!" i na stos."

- "Co to diabeł?" - zapytała zdziwiona - "I co ma wspólnego znajomość medycyny z byciem wiedźmą?"

- "Diabeł to w dużym uproszczeniu Hunson Abadeer" - zaśmiał się Paul - "A w tych ciemnych wiekach "kobieta" i "nauka" miały, w pojęciu większości mężczyzn, tyle wspólnego, co ja i elektronika…"

Nagle nieśmiertelnym targnął wstrząs. Rozejrzał się zaskoczony. Otaczały go korytarze ciągnące się we wszystkie strony… w nieskończoność… Był sam.

- "Co jest do cholery?" - zmarszczył brwi - "Maja! Gdzie jesteś?" - zawołał.

Z daleka dobiegło go szlochanie.

- "Maja?" - zdziwił się. Wyciągnął nóż i ruszył w stronę coraz głośniejszego szlochania.

Korytarz zdawał się wyginać i zmieniać kształty. Drzwi pojawiały się i znikały, a płacz był raz cichszy, a raz głośniejszy. Paul biegł za płaczem.

W końcu zatrzymał się przy niczym nie wyróżniających się drzwiach. Niczym poza tym, że to właśnie zza nich dochodził płacz. Mając nadzieję, że za tymi drzwiami nie czai się podstępnie kolejny zniszczony reaktor, nacisnął na klamkę i pociągnął.

Za drzwiami była… łąka. Zielona, rozległa równina. Świeciło słońce. Kilka metrów od wejścia stał nagrobek, a obok niego klęczała mała, zielonoskóra dziewczynka. Nieśmiertelny rozpoznał Maję… choć oczywiście dużo młodszą.

- "Hej mała…" - 'Co tu się do cholery dzieje?!' - "Wszystko w porządku?"

Nie odpowiedziała. Nie usłyszała nawet jego głosu. Nagle znikąd pojawił się wysoki mężczyzna w szacie maga. Insygnia jego stroju sugerowały najwyższy stopień wtajemniczenia.

- "Tato!" - zawołała dziewczynka - "Dlaczego?! Dlaczego jej nie ocaliłeś?!"

- "Córeczko…" - powiedział mężczyzna klękając obok - "Mamusia… ona była chora. Ja nie umiałem jej wyleczyć… Nikt nie umiał…"

- "KŁAMIESZ!" - wrzasnęła dziewczynka, po czym poderwała się i uciekła.

- "Maju…" - powiedział mag patrząc za córką.

Czarownik obrócił się w stronę Paula. Jego twarz była biała, z oczy czarne jak węgle. Nieśmiertelnemu od razu wydała się znajoma. Mag wyglądał jak naukowiec, którego widział przed wiekami w tym ośrodku.

Czarownik chwycił się za głowę i odwrócił się ponownie spoglądając na nagrobek. Niespodziewanie od boku do maga podszedł wielki stwór. Wyglądał jakby był zrobiony tylko z brody. Zamiast oczu miał zielone kamienie szlachetne, a na głowie miał wielką, złotą koronę z takim samym kamieniem.

- "Czego chcesz starcze?" - zapytał mag zimno.

- "Przyszedłem przedstawić ci decyzję rady…" - powiedział stwór.

- "Wiem jaka ona jest… i się jej podporządkuję" - westchnął czarownik.

- "Dobrze… ale ona dotycz również twojej córki."

Mężczyzna w szacie gwałtownie się odwrócił.

- "JAK ŚMIESZ!?" - chwycił brodatego stwora w pole telekinezy.

- "Taka jest nasza decyzja…"

- "Ale… ona nic nie zrobiła…"

- "Ale zaszczepiłeś w jej umysł swoje herezje."

- "GŁUPCY! Jesteście tak zacofani, że wstyd mi za was."

- "Nie, to ty jesteś głupcem! Już raz daliśmy śmiertelnikom wejrzeć w mechanizmy mocy… i co zrobiliście? Zniszczyliście swój świat! Tym razem magia zostanie magia. Wiedzą tajemną."

Czarnooki puścił go.

- "Tchórze… Skoro tego chcecie… odejdziemy. I tak nic mnie już tutaj nie trzyma…"

- "Edwardzie" - zawołał stwór za odchodzącym - "Przepraszam… wiem ile dobrego zrobiłeś… Ale musimy chronić to co pozostało. Zwłaszcza, że Imaginatron wciąż działa…"

Mężczyzna zatrzymał się.

- "Enchiridion jest bezpieczny… to najważniejsze" - westchnął - "Szkoda, że moja córka będzie żyć w hańbie…"

- "Ja… chciałbym móc coś zrobić…"

- "Stworzyliśmy Imaginatron dla dobra świata… a oni wywołali wojnę. Urządzenie które mogło spełnić każde marzenie, stało się powodem największego koszmaru. To właśnie jest moja największa hańba… a nie to, że poszedłem do Śmierci odzyskać żonę…" - westchnął.

- "Czego chciał Śmierć?" - zapytał stwór nagle.

- "Czegoś czego nie mogłem mu dać…" - odpowiedział mężczyzna odchodząc.

Dopiero wtedy Paul zobaczył małą Maję chowającą się w pobliżu i podsłuchującą. Wytarła oczy grzbietem dłoni. Nieśmiertelny, myśląc, że to już koniec "przedstawienia", odwrócił się do drzwi. Jednak jego uwagę przykuła kolejna "scena".

- "Tato… błagam… nie idź tam…" - dorosła już Maja trzymała swojego ojca za rękę. Teraz mag nie wyglądał już tak dostojnie. Obydwoje wyglądali raczej biednie.

- "Muszę… muszę dokończyć to co zacząłem…" - powiedział, a potem ruszył do tunelu.

- "Czekaj tato!" - zawołała. Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił. Podbiegła do niego, przytuliła i, podczas uścisku, włożyła w dłoń jakiś drobiazg.

- "Maju…"

- "Wiem tato… wiem…"

Nieśmiertelny wiedział już czego szukać. Obraz rozmył się, a przed nim pojawił się pusty korytarz. Na jego końcu siedziała szlochająca Maja. Taka sama jak wtedy gdy z nią rozmawiał. Paul zrobił krok w jej stronę, ale korytarz zaczął się wydłużać. Drzwi pootwierały się z trzaskiem.

- "Ej no… Bez szaleństw… "- powiedział zaniepokojony i przyśpieszył kroku.

Nagle z pootwieranych drzwi zaczęły wychylać się czarne, długie ręce próbujące chwycić mężczyznę.

- "Łapy precz!" - czarne palce odcięte machnięciem noża wylądowały na podłodze i rozmyły się w czarny dym. Mężczyzna przyśpieszył jeszcze bardziej, starając się unikać czarnych kończyn.

Korytarz zaczął się skręcać. Rąk przybywało. Falowały groźnie, płynąc w kierunku nieruchomej kobiety.

- "Dosyć zabawy!" - wrzasnął brodacz wyciągając drugi nóż. Zaczął biec odcinając wszystko co próbowało go sięgnąć czy zatrzymać.

Ręce dosięgnęły kobietę, która zdawała się być nieprzytomna. Przed nieśmiertelnym wciąż rozciągał się korytarz. Paul wciąż biegł skupiając się tylko na odcinaniu czarnych kończyn i utrzymywaniu równowagi.

Nagle obraz przed jego oczami zamigotał i rozproszył się. Zauważył, że siłuje się z nim jakaś zakapturzona postać.

- "Kim jesteś?" - zapytał zaskoczony.

- "Twoim koszmarem" - postać odpowiedziała nieludzkim i przerażającym głosem. Obraz znów się rozproszył. Brodacz wrócił na korytarz z łapami wciąż biegł.

- "Jakbym nie widział gorszych rzeczy…" - mruknął skracając kolejne łapy - "Gdzie jest Maja?!"

Czarne dłonie oplatały się wokół wiedźmy. Widząc to mężczyzna znów przyśpieszył. Było to jednak bezcelowe. Każdy krok oddalał go od celu. Każdy krok powodował, że trasa coraz bardziej się wydłużała.

Paul zamknął oczy i potrząsnął głową.

Kiedy je otworzył, patrzył prosto w oczy oponenta. Oczy… Dwie szkarłatne jamy spoglądały na niego spod kaptura.

- "To nie twoje miejsce" - powiedział głos.

Nieśmiertelny kopnął desperacko w kolano postaci. Istota jęknęła i uklękła na jedno kolano. Ale nie puściła.

- "Jeśli ją ocalisz, sam nie opuścisz tego miejsca!" - wrzasnął bezoki.

- "Co? Zginę?" - zaśmiał się nieśmiertelny przyładowując kopniakiem w klatkę piersiową przeciwnika - "Nie łatwo mnie zabić. I nie boję się śmierci!"

- "Ale boisz się ją stracić!" - zawyła istota. Nie poddawała się.

- "Troszczę się o wszystkich, z którymi spędzam dużo czasu" - skłamał nie przerywając kopania. Podkute wojskowe buty idealnie się do tego nadawały - "Puść mnie!"

- "Jak myślisz?! KIM JESTEM?!" - zawył wypluwając krew z ust.

- "Jakimś starym świrem! Jednym z naukowców!"

- "Nie!" - puścił nieśmiertelnego padając na kolana. Zaczął się śmiać. To był potworny śmiech.

- "Kim w takim razie jesteś?" - zapytał brodacz odruchowo wyciągając nóż.

- "TOBĄ!" - wrzasnął zrzucając kaptur. Pod nim ukazała się zniszczona, pociemniała twarz… twarz Paula…

- "Dlaczego miałbym ci ufać?" - zapytał młodszy cofając się o krok - "Skąd mogę wiedzieć, że nie jesteś tylko złudzeniem?"

- "Jestem nim tak samo jak ty jesteś nim dla mnie…" - zaśmiał się parszywie - "Nie musisz mi ufać. Po prostu posłuchaj… jeśli ona opuści to miejsce… ty zostaniesz tu na zawsze."

- "Jeśli miałbym opuścić to miejsce, to dlaczego w takim razie przemawia do mnie ja z przyszłości?" - zapytał - "I co jest takiego z tym kompleksem? Trzeba zostawić ofiarę by wyjść?"

- "Nie o ofiarę ty chodzi… Tu wszystko jest możliwe, a zarazem nic nie jest takie jak być powinno" - zawołał - "Oni stworzyli Imaginatron… to przez niego wybuchła wojna. To przez niego tu jesteśmy."

- "Ty może tak… Ale ja jestem tu na razie z innych powodów..." - zastanowił się chwilę - "No chyba, że Maja chce dostać się do Imaginatronu."

- "Ona tak naprawdę nie wie czego szuka… Przeznaczenie jest nieuniknione… nie… można je zmienić. Można wybrać" - złapał się za głowę.

- "Powinieneś mnie znać… Ponoć jesteś mną…" - brodacz spojrzał na niego… na siebie - "Powinieneś wiedzieć, że nic mnie nie powstrzyma… Możesz mnie tylko ostrzec. Doskonale wiesz, że zrobię wszystko by wyjść stąd razem z Mają."

- "Wiem…" - zaczął się śmiać ochryple - "Nikt nas nie powstrzyma… chyba, że my sami! Tylko my możemy odebrać sobie nieśmiertelność!" - zawołał i rzucił się na Paula nabijając się na nóż.

- "Mam ochotę wrzucić cię do tamtego pomieszczenia z promieniowaniem…" - mruknął nieśmiertelny z obrzydzeniem odpychając od siebie ciało - "To cięcie nie powinno cię zabić… Musisz tu siedzieć naprawdę długo, że zdążyło ci się znudzić…"

- "Gdyby zadał je ktokolwiek inny… nic by mi nie zrobił… ale zadałeś mi je ty!" - osunął się na ziemię - "Zrozum to! Śmierć czeka na nas tuż za rogiem… I tylko my sami..." - zaczął kaszleć krwią - "...możemy oddać się w jego ramiona" - zamknął oczy, a potem rozpuścił się w czarną kałużę.

- "Czyli właśnie popełniłem samobójstwo" - westchnął po chwili Paul - "Ciekawe… Teraz czas znaleźć naszą zieloną zgubę" - rozejrzał się.

Maja leżała na podłodze o kilka kroków od nieśmiertelnego. Mężczyzna nachylił się nad nią i lekko potrząsnął jej ramieniem.

- "Żyjesz?" - pytanie wydało mu się nieco głupie.

- "Tak…" - kobieta jęknęła pocierając skroń - "Żyję… Co się stało?

- "Sam nie wiem" - mruknął mężczyzna - "Chyba ja z przyszłości chciał mi coś pokazać, a potem skoczył na mój nóż i popełnił samobójstwo."

- "Chodźmy już… wiem gdzie jest to czego szukamy" - spochmurniała nieco.

- "Na pewno tego chcesz?" - zapytał poważnie.

- "Musimy iść do tamtego napromieniowanego pomieszczenia" - zdawała się go nie słuchać - "To tam jest to czego szukam."

- "Na pewno wiesz czego szukasz?"

- "Mój ojciec był tu by coś zrobić… dałam mu pamiątkę po mamie… chciałabym wiedzieć, co się z nim stało i odzyskać ten drobiazg. Wiem… że to nic ważnego dla innych. Ale ja… ja chciałabym wiedzieć. Chciałabym zrozumieć, czy mój tata naprawdę był potworem… czy… czy był bohaterem."

- "Jesteś tego pewna?" - położył jej rękę na ramieniu.

- "Proszę… zróbmy to wreszcie."

- "No dobrze..." - westchnął - "Chodźmy."


Kombinezony znaleźli szybko. Wisiały praktycznie na widoku. Ubrali się w nie i ruszyli w kierunku skażonego pomieszczenia.

- "Pamiętaj" - Paul spojrzał wiedźmie w oczy - "Jeśli coś się stanie, uciekaj."

- "Nie… nie chciałabym cię nigdy zostawić…"

- "To… miłe…" - nieśmiertelny był trochę zaskoczony tym co usłyszał - "Ale jestem nieco zaniepokojony tym co powiedział mi… ja…" - opuścił na chwilę głowę, a kiedy ją podniósł, uśmiechał się - "Nie martw się. Zrobię wszystko byśmy stąd wyszli… Razem."

- "Wiesz… ja tak naprawdę nigdy nikogo nie miałam… Ty pewnie, przez te stulecia miałeś wiele dziewczyn…"

- "Niee… Byłem nieco zajęty… A potem straciłem amulet i nieco mi odbiło…" - skrzywił się - "Chyba nawet spaliłem wioskę czy coś… Stare dzieje" - uśmiechnął się nieco sztucznie.

- "A ja się boję, że przygarnę jakieś zmutowane stworzenie, które będę gnębić, zacznę pędzić wywary z czyichś zagubionych uczuć i zgorzknieję, stając się wredną starą panną, złą na cały świat…"

- "Niezbyt pozytywna wizja…" - nieśmiertelny spojrzał smutno na Maję - "Żałuję, że nie mam teraz amuletu… Czasem pokazywał mi przyszłość…"

- "Tata mówił, że lepiej nie znać przyszłości… unika się wielu zawodów."

- "Mojej przyszłości mi nie pokazywał…" - mruknął mężczyzna - "Tylko ludzi z którymi rozmawiałem. No… nie tylko ludzi."

- "A może nie amulet? Może to twoja własna moc?" - uśmiechnęła się.

- "Teraz to wszystko jest możliwe… Przez ten cały czas amulet "uczył" mnie swoich mocy."

- "I co nas teraz czeka?" - spytała uśmiechając się - "Wiesz co… jednak nie chcę wiedzieć."

- "Ja też nie" - brodacz również się uśmiechnął - "No to co? Wchodzimy tam?" - wskazał czubkiem noża drzwi kilka metrów prze nimi.

- "Jasne."

Zabezpieczyli kombinezony i sprawdzili łączność, a potem weszli. Za drzwiami zastali średniej wielkości gabinet. Na jego środku, za biurkiem, stał skórzany fotel. Tylna ściana pomieszczenia była wyrwana, a za nią było widać postrzępione, stalowe zbrojenia i unoszący się zielony dym.

Paul podszedł bliżej i przyjrzał się fotelowi. Na oparciu była plama po rozprysku w kolorze czerwonym, ze śladem po, zdawałoby się, kuli na samym środku. Na poręczy fotela stał kubek, na którym również były krwawe ślady. Obok fotela leżała rozbita butelka. Jej zawartość zdążyła wyparować.

- "Wyczuwasz to czego szukasz?" - zapytał mężczyzna rozglądając się po pomieszczeniu.

- "Tak… ale z tego dymu…" - Maja zamknęła oczy - "Jakby z dołu…"

Nieśmiertelny spojrzał na nią z zaniepokojeniem. Potem odwrócił się i zajrzał przez dziurę w ścianie.

Dym produkowała olbrzymia maszyna. Ciągnęła się kilkanaście pięter w dół i świeciło na zielono w kilku miejscach.

- "Eee… to nie będzie łatwe…" - mruknął - "Cholera… co to w ogóle jest?"

- "Nie mam pojęcia… ale kombinezony powinny wystarczyć jako ochrona. Może uda nam się tam zejść po linie?"

- "Można spróbować" - powiedział wyciągając linę z plecaka - "Umiesz zabezpieczyć linę przed przecięciem, czy pęknięciem?"

- "W tych warunkach to niemożliwe…" - odpowiedziała kobieta rozglądając się po pomieszczeniu.

- "Eh… no dobrze. To dość wytrzymała lina…" - przywiązał sznur do najbliższego mocno trzymającego się czegokolwiek obiektu - "Nie powinna się sama zerwać…"

- "Raz kozie śmierć" - powiedziała wiedźma chwytając się liny. Zaczęła po niej schodzić.

Brodacz odczekał chwilę i sam mocno chwycił linę. Rękawice kombinezonu ochronnego nieco ułatwiały sprawę. Dzięki nim ręce się nie obcierały. Za to cała reszta kombinezonu zdecydowanie nie chciała współpracować. Zresztą cóż się dziwić… To ubranie ochronne, a nie wygodny strój do wspinaczki.

Maszyneria wokół pracowała jak szalona. Zdawało się, że zaraz eksploduje i tylko cud trzyma ją w całości. Długiej podróży w dół towarzyszył potworny huk.

- "Jakim cudem to w ogóle działa?!" - krzyknął Paul - "Minęło przecież coś jak 1000 lat!"

- "Nie mam pojęcia!" - odkrzyknęła jego towarzyszka - "Ale to chyba produkuje… magię!"

- "Magii nie da się produkować!" - zdziwił się mężczyzna - "To może być najwyżej jakaś energia albo promieniowanie!"

- "Mówię co czuje! A do tego coś mi podpowiada… "Nie myśl"!"

- "Zaraz… co?!"

- "NIE WYOBRAŻAJ SOBIE NICZEGO!" - krzyknęła.

- "Dobra…" - 'cholercia' - "To nie będzie łatwe, ale postaram się!"

- "Co to za cholerstwo?!"

- "To może być coś o czym słyszałem tylko przelotnie!" -odkrzyknął - "To może być Imaginatron, czy jakoś tak… nie pamiętam już… To miała być maszyna do spełniania życzeń!"

- "Jeśli tak… to mój tata chciał to zniszczyć!"

- "I to całkiem dobry pomysł był!" - krzyknął - "Ale chyba coś nie wyszło…"

- "Jeśli zginął próbując, dokończymy za niego!" - krzyknęła Maja z determinacją.

- "Albo skończymy tak jak on…" - powiedział cicho nieśmiertelny. Pomysł zniszczenia tej machiny nie podobał mu się ani trochę.

Wkrótce okazało się, że liny nie wystarczy. Na szczęście podróżników niedaleko znajdowała się metalowa klatka schodowa prowadząca na sam dół. Paul przeszedł z łatwością na schody. Metalowa konstrukcja zaskrzypiała z wyrzutem pod jego ciężarem, ale wszystko wydawało się być w porządku. Maja miała za to drobne problemy z przeskoczeniem. Wspięła się wyżej i próbowała sięgnąć konstrukcji z wysokości z jakiej zrobił to jej towarzysz.

- "Złap się" - mężczyzna wyciągnął do niej rękę. Wiedźma niemal wskoczyła mu w ramiona - "Mam cię!" - spojrzał podejrzliwie na skrzypiącą konstrukcję, ale ta nie zamierzała się na razie rozpadać.

- "Dzięki" - uśmiechnęła się.

Droga na dół okazała się nie być tak długa jak się wydawało. Po zejściu po skrzypiących i trzeszczących nieznośnie schodach ujrzeli wielki panel kontrolny. Mężczyzna podszedł powoli do konsoli i obejrzał ekrany. Na wszystkich świeciły się ostrzeżenia o przeciążeniu i znaki alarmu bądź komunikaty błędu.

- "Eeem… Cholera…" - cofnął się o kilka kroków - "Może ty się lepiej temu przyjrzyj" - uśmiechnął się do Maji i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.

- "Jasne" - wiedźma zaczęła pracować przy klawiaturze.

Nagle uwagę nieśmiertelnego przykuł ruch w jednym z rogów pomieszczenia. Coś wyskoczyło i ruszyło biegiem w kierunku czarownicy. Paul niewiele myśląc skoczył pomiędzy towarzyszkę i tajemniczego napastnika z wyciągniętymi nożami zajmując pozycję bojową.

Stwór miał wielkie szpony i wyglądał jak kudłata bestia z piekła. Jednym machnięciem pazurzastą łapą posłał brodacza pod ścianę.

Mężczyzna szybko zorientował się w sytuacji i zaraz po wylądowaniu wbił noże w podłogę. Chwycił kałacha i celując starannie posłał serię w łeb i pierś potwora. Trafiona istota z impetem wpadła na urządzenie uszkadzając je.

Paul podniósł się, przerzucił broń na plecy i wyrwał noże. Ruszył w stronę potwora. Po drodze zerknął przelotnie na zmiażdżoną konsolę. 'Cholera… Jest gorzej niż było...'

- "Nie…" - wyrzęził stwór. Po chwili monstrum zaczęło zmieniać się w niewielkiego, pucołowatego staruszka. Krwawił obficie. Bardzo obficie - "Co wyście zrobili..." - niemal zaczął płakać.

- "Było się nie rzucać z pazurami" - nieśmiertelny schował noże - "Kim ty właściwie jesteś?"

- "To nie... jest... ważne…" - wyjęczał - "Właśnie zniszczyliście życie w Ooo…"

- "Nie…" - Maja zamarła przerażona.

- "CO?" - brodacz był tak zaskoczony, że nie potrafił wykrztusić nic więcej.

- "Imaginatron… to urządzenia… ono nasycało świat energią wyobraźni… wyobraźnią przepisaną na materię… To dzięki niemu żyło wiele istnień… Całe królestwa upadną gdy… Imaginatron się… wyłączy… Pilnowałem tego miejsca od wieków."

- "Gdybyś się na nas nie rzucił, tylko podszedł spokojnie, to mógłbyś do pilnować przez kolejne wieki…" - nieśmiertelny popatrzył na konsolę - "A sama maszyna byłaby w takim samym stanie jak przedtem."

- "Słysz… ałem, że chcieliście go zniszczyć…. Wybuch wielkiej bomby bardzo go uszkodził i… gdy ona podeszła… cokolwiek by zmieniła… wszystko ległoby w gruzach. Dlatego zaatakowałem… Maszyna ledwo trzymała się w całości… dzięki mojej mocy… a teraz… rozpada się… Gdy ja umrę… maszyna się wyłączy i nastąpi koniec Ooo… Wróci pustynia z czasów… z tamtych czasów…"

- "KŁAMIESZ!" - wiedźma wrzasnęła z rozpaczą.

- "Myślę, że nie kłamie…" - mruknął mężczyzna zaczynając opatrywać rany starca - "Ponawiam pytanie. Kim jesteś?"

- "Strażnikiem…" - westchnął z bólu - "Jesteś jego córką" - zwrócił się do Maji - "On wiedział, że przyjdziesz…"

- "Co właściwie się z nim stało?" - zapytał Paul nie przerywając udzielania pomocy. Zdawał sobie jednak sprawę z bezcelowości tej czynności. Strumień pocisków zrobił z ciała byłego potwora sito.

- "On… też chciał zniszczyć Imaginatron… Ale gdy dowiedział się… dowiedział… zrezygnował. On… wiedział… wiedział, że przyjdziesz… i zostawił… zostawił mi coś dla ciebie. Miało cię ot przekonać… ale nie było czasu, nie poznałem cię…"

- "Mój ojciec… żyje?" - kobieta stała jak wryta.

- "Tak…" - przygryzł wargę - "Musiał jednak zrobić coś ważnego… nie mógł… nie mógł… On cię kocha…" - starzec wyciągnął coś z kieszeni - "Zostawił… dla ciebie - na dłoni leżała mała, nakręcana zabawka."

Wiedźma upadła na kolana i zalała się łzami.

- "Maja… w pełni rozumiem, co teraz czujesz, ale mogłabyś mi tutaj trochę pomóc…" - mruknął nieśmiertelny wstrzykując środek przeciwbólowy rannemu.

- "Ja… przepraszam…" - wybełkotała. Nie była w stanie się ruszyć.

- "To nic… nie da… nieśmiertelny… i ja… i Imaginatron umieramy. Ty… i magowie, przetrwacie… ale większość świata będzie zgubiona…"

- "Ale co właściwie się stanie?" - Paulowi niespecjalnie uśmiechało się życie w samotności.

- "Wszystkie istoty… istoty… abstrakcyjne… zostaną trafione czystym realizmem… rozpadną się, albo… albo zabiją je paradoksy i niedokładność w ich budowie fizycznej…"

- "Zaraz... co?" - mężczyzna spojrzał na starca zaskoczony - "Czyli które istoty?"

- "Królestwo… śniadaniowe… Królestwo… hotdogowe…" - z trudem zaczął wymieniać istoty, których funkcjonowanie zawsze było niejasne - "Królestwo chmur…" - zaczął oddychać ciężko.

- "Ty na pewno siedziałeś tutaj cały czas?" - zdziwił się nieco brodacz - "Mniejsza… Da się coś z tym zrobić?"

- "Jest… szansa… ktoś nieśmiertelny musiałby podłączyć się do urządzenia i stać się jego żywym procesorem… stabilizować zachodzące w nim procesy… na zawsze. Żadna śmiertelna istota nie przetrwa połączenia."

- "…" - patrzył przez chwilę na staruszka nie odzywając się - "Jak ja nienawidzę zaawansowanej technologii… I przeznaczenia… Przeznaczenia też nienawidzę…" - poderwał się i zaczął nerwowo chodzić po pomieszczeniu - "A przez jaki czas te królestwa będą jeszcze istniały?"

- "Gdy tylko… maszyna się wyłączy… skutek będzie natychmiastowy…"

- "Cholera!" - nieśmiertelny z wielką siłą uderzył pięścią w betonową ścianę. Trzasnęła kość, ale Paul nawet nie poczuł bólu, a kość natychmiast zaczęła się zrastać. Coś w jego mózgu zaczęło szaleć.

- "Nie…" - krzyknęła Maja, łapiąc towarzysza za ramiona - "Proszę cię… nie rób tego. Ja nie chcę być już sama… proszę. Przecież my przetrwamy. Będziemy żyć… poradzimy sobie."

- "Jestem ciekaw jaką decyzję podejmiesz…" - Śmierć stał nad konającym. Zaśmiał się - "Albo wyślesz w moje ręce połowę tego świata… albo staniesz się elementem maszyny. Gwarantuję ci Pawle… nikt z wyjątkiem ciebie samego nie może cię zabić."

- "Tak właściwie… Czy tam maszyna spełnia życzenia?" - zapytał dziwnie spokojnie. W chwilach stresu jego zachwiane przez utratę amuletu zdrowie psychiczne zaczynało się poważnie sypać. Doskonale zdawał sobie sprawę, że zaraz może mu mocno odbić.

- "Spełniałby… ale bomba uszkodziła jego… stabilizatory, stał się niestabilny i powodował… losowe działania… utrzymuje chaotyczną równowagę świata…" - wyrzęził umierający.

- "Czy kiedy będę do niej podłączony, będę w stanie coś stworzyć?" - zapytał brodacz naprawdę niepokojąco spokojnym głosem - "Cokolwiek co będę chciał?" - przy niektórych głoskach jego głos się zmieniał.

- "Nie… nie wiem…"

- "Cholera… cholera…" - mężczyzna pochylił się i zaczął gwałtownie śmiać. Brak powietrza w płucach zmusił go do uspokojenia się.

- "Paul?" - Maja wyglądała na przerażoną.

- "Czas wam się kończy" - Śmierć, niewidoczny dla wiedźmy, podszedł do mężczyzny wskazując klepsydrę na nadgarstku. Nie zostało wiele piasku.

Nieśmiertelny spojrzał w oczy Śmierci. Jego spojrzenie wyrażało najszczerszą chęć skruszenia jego zwierzęcej czaszki o najbliższą ścianę. Gdyby był śmiertelnikiem zapewne właśnie by uciekał w popłochu.

- "Muszę to zrobić…" - powiedział cicho do Maji - "Inaczej oszaleję do końca…"

- "Ja cię... kocham… nie chcę cie stracić…"

- "Ja też nie chcę cię stracić…" - uśmiechnął się smutno - "Ale nie chcę też stracić nad sobą kontroli… A ze świadomością, że przez moją decyzję setki, czy nawet tysiące istnień zgasło…"

- "Powiem ci kto ma ten cholerny amulet!" - krzyknęła przez łzy - "Powiem, ale mnie nie opuszczaj…"

- "Co mi po amulecie…" - powiedział ze smutkiem - "…gdy świadomość tego co uczyniłem nie da mi więcej żyć…" - nagle w jego umyśle coś błysnęło… to było znajome uczucie przepowiadania przyszłości - "Przysięgnij mi, że nie zostaniesz na starość złośliwą wiedźmą, odbierającą innym ich ukochane przedmioty…"

- "Nie! Nie… jeśli mnie teraz opuścisz…"

- "Myśli mi się coraz trudniej…" - powiedział cicho mężczyzna chwytając się za głowę. Z jego nosa kapnęła kropla krwi. Zaśmiał się histerycznie.

- "Amulet miała Princess Bubblegum… ukradła go jej Shoko… złodziejka. Ale ona zginęła…" - powiedziała Maja przez łzy - "Amulet jest pod wielkim drzewem, tym na którym mieszkała Marcelina, w tym swoim forcie… Gdy Ooo się zmieni zdołamy go odzyskać…"

Nieśmiertelny padł na kolana wciąż się śmiejąc.

- "Amulet nic nie da" - wycharczał przerażającym głosem - "Nie wytrzymam ze świadomością, że przez moją decyzję umarło tysiące istot!"

- "Zabawne…" - stwierdził Śmierć przechadzając się.

- "SZYBKO NIEŚMIERTELNY!" - podniósł trzęsącą się dłoń strażnik - "Musisz wejść do tamtego pomieszczenia" - Drzwi w Imaginatronie otworzyły się.

Mężczyzna podniósł się z kolan i starając się zachować jak najnormalniejszy wyraz twarzy zwrócił się do Maji.

- "Weź to…" - podał jej noże - "...na przechowanie. Zrobię wszystko żeby stąd wyjść…" - odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.

Kobieta stała chwilę w milczeniu. Po jej policzkach ciekły łzy. Kiedy chwila minęła, odwróciła się i uciekła z płaczem.

- "Wiesz, że stanie się potworem?" - spytał Śmierć.

- "Wiem…" - Paul ponownie spojrzał Śmierci prosto w oczy. Gdyby jego spojrzenie mogło zabijać, to nawet jego by zabolało - "Niestety wiem o tym doskonale…"

- "A ty… zostaniesz tutaj, aż do dnia, gdy sam po siebie przyjdziesz" - zaśmiał się i zniknął.

Starzec skonał. Paul zrobił krok w stronę drzwi. Został jeszcze jeden krok. Nagle poczuł dziwne mrowienie w plecach, a przed oczyma zobaczył ciemność.


- "I… wciąż chciała z nim być po tych 20 latach?" - zapytała Marcelina zdziwiona - "I jakim cudem on w ogóle stamtąd wyszedł?"

- "Tego nie wiem. Nie powiedział mi" - odpowiedział Veidrik machając pluszakiem - "Z co do tego czy chciała z nim być… Myślisz, że będąc złą wiedźmą łatwo jest znaleźć kogoś kto chce z tobą spędzić życie?"

- "W sumie racja" - mruknęła wampirzyca po chwili namysłu.

- "O zobacz"- czarnowłosy wskazał kogoś zbliżającego do pary zakochanych - "Czy to nie ten koleś, któremu ostatnio spuściłem łomot?"

- "Ash!" - syknęła dziewczyna widząc nadchodzącego. Wyglądała jakby chciała się na niego rzucić.

- "Ej spokojnie!" - książę zatrzymał ją gestem - "Mam wrażenie, że będziesz się lepiej bawić jeśli tu zostaniesz."

- "Co?" - twarz królowej wampirów wyrażała mieszankę złości i zdziwienia.

- "Po prostu patrz… i słuchaj…"


Ash podszedł energicznym krokiem do siedzącej Maji i rzucił jej coś pod nogi.

- "Przez twoją beznadziejną różdżkę jakiś nieśmiertelny skopał mi twarz" - z wściekłością wskazał siny odcisk podeszwy na policzku i czole. Veidrik zaśmiał się cicho - "Ty kłamliwa… zdziro!"

Zanim wiedźma zdążyła cokolwiek powiedzieć jej towarzysz wstał. Podszedł do intruza i spojrzał mu w oczy. Był znacznie wyższy od czarodzieja-niedojdy.

- "Jak nazwałeś moją dziewczynę?" - zapytał złym głosem. Maja zaczerwieniła się lekko.

- "Będę ją nazywał jak mi się podoba" - odwarknął bezczelnie - "A teraz zejdź mi z drogi."

- "Zmuś mnie" - uśmiechnął się Paul.

- "Zabuicus sopelicus!" - wrzasnął niezrozumiale Ash, a z jego wyciągniętej ręki wystrzelił sopel. Kawałek lodu wbił się w pierś nieśmiertelnemu. Wiedźma westchnęła przerażona. Mężczyzna cofnął się o krok - "Ha! Jednak potrafię" - czarodziej zaśmiał się głupkowato.

Paul podniósł głowę. Szeroki uśmiech na jego twarzy zmył wesoły grymas z twarzy Asha. Mężczyzna chwycił sopel i wyrwał go z piersi. Odrzucił kawałek lodu, a dziura na jego piersi zrosła się. Na skórze widocznej przez przedartą koszulę nie było widać najmniejszej blizny.

- "Masz pecha do nieśmiertelnych młody" - powiedział brodacz z uśmiechem. Jego pięść wystrzeliła i trafiła magika prosto w nos. Trzasnęło, a białowłosy padł na ziemię. Stracił przytomność, ale tylko na chwilę, bo nóż wbijający się w jego ramię, przebijając kości, obudził go. Ash wrzasnął z bólu. Zaraz później wrzasnął ponownie widząc jak drugi nóż wbija się w ziemię tuż obok jego szyi. Tak blisko, że zostawia krwawy ślad na jej boku.

- "Zabolało?" - zapytał stojący nad magikiem mężczyzna, po czym puścił kolejny nóż, tak by wbił się w ten sam sposób jak poprzedni - "Wiesz… Jestem już stary… Mam ponad tysiąc lat…" - Paul trzymał ostatni nóż dokładnie nad gardłem leżącego - "...więc moje oczy nie są już takie jak dawniej. Ale obiecuje…" - uśmiechnął się złośliwie. Szaroskóry przełknął głośno ślinę - "...że tym razem trafię."

- "Proszę…" - czarownik-niedojda brzmiał jakby miał zaraz posikać się w spodnie - "Nie zabijaj mnie."

- "To przeproś" - powiedział zimno nieśmiertelny - "Przeproś Maje, mnie, później jeszcze raz Maje, w potem weź ten śmieć, który tam upuściłeś i biegnij do mamusi."

- "Pfff… Nigdy nie grgkh… kh… ghkh…" - Ash zaczął dławić się własną krwią. Z jego krtani wystawał nóż. Był wbity po samą rękojeść.

- "Oh… Jaka szkoda… Wyślizgnął mi się" - powiedział brodacz niewinnym głosikiem.

Na jego ramieniu uwiesiła się Maja.

- "Spalimy go na stosie?" - zapytała z uśmiechem.

- "Dlaczego nie" - Paul uśmiechnął się szeroko.


- "Mówiłem, że będzie warto" - zaśmiał się Veidrik.

Marcelina nie odezwała się. Po chwili zamknęła buzie.