Rozdział 5

Było południe. Słońce mocno nagrzewało liczne skały i kamienie. I Veidrika. Mężczyzna pocił się potwornie, wlokąc się przez przełęcz w górach nieopodal Candy Kingdom. Po raz kolejny spojrzał w niebo. Ani jednej chmurki. Nawet najmniejszej. Tylko nieskończony błękit i wielka płomienna kula zawieszona dokładnie nad czarnowłosym. Żadnego cienia i żadnego wytchnienia.

Kilkadziesiąt kroków później do tego wszystkiego dołączył straszliwy głód. Jego nadejście zwiastowało głośne, przejmujące burczenie. Mężczyzna zmarszczył brwi i rozejrzał się przelotnie po otoczeniu. Kamienie, kamulce, kamyczki, skały i jakiś mech… Nic ciekawego. Nic co mogłoby napełnić jego pół-żołądek pół-reaktor. Mógłby coś po prostu wyciągnąć spod płaszcza, ale… nie miał aż tyle energii. Westchnął i powlókł się dalej.

I wlókłby się tak jeszcze długo, gdyby nie to, że nagle poczuł chłód. Zdał sobie sprawę, że stoi w cieniu. W dużej, owalnej plamie cienia. Podniósł głowę i uśmiechnął się. Przelatywał nad nim leniwie niewielki brązowo-złoty sterowiec.

- "Jedzonko" - uśmiechnął się szeroko. Zaraz potem zmienił się w chmurę dymu i podleciał do pojazdu. Brak pokładu zewnętrznego nieco utrudnił sprawę, ale okazało się, że sterowiec nie jest zbyt szczelny co stanowiło idealną okazję dla pyłowej chmury.

W środku było dość nieprzyjemnie. Brudne ściany, walające się po podłodze śmieci… ogólny syf. Przy dużym, brudnym oknie, za sterem siedział grubas z ciemnożółtymi włosami. Był ubrany w brudny podkoszulek i bokserki. Obok niego na wieszaku wisiał brązowy płaszcz z kremowym obszyciem. Pod wieszakiem walało się złote berło. Żółtoskóry pilot odwrócił się słysząc dźwięk jaki wydał Veidrik materializując się.

- "Kim jesteś?" - zapytał marszcząc brwi - "Czego chcesz?"

- "Zgłodniałem" - powiedział czarnowłosy szczerząc szpiczaste zęby - "Masz coś do jedzenia?"

- "Nie! Nie mam nic do jedzenia!" - powiedział wrogo - "Wynoś się!"

- "Hej! Nie krzycz na mnie" - Veidrik zrobił obrażoną minę - "Nie pomożesz głodnemu? Powiedz chociaż gdzie jakieś żarcie mogę znaleźć."

- "Nie wie…"

- "Czy to Candy Kingdom?" - przerwał mu mężczyzna.

- "Tak! Znajdziesz tam całe kupy żarcia! Leć już."

Czarnowłosemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zmienił się w chmurę pyłu i zabierając ze sobą drążek steru oraz spory kawałek szyby poleciał w kierunku królestwa.

- "Ej! Ty! Oddawaj ster!" - zawołał za nim król -" A niech cie..."


Princess Bubblegum mieszała energicznie fioletową ciecz. Od poprzedniego dnia nie opuszczała laboratorium. Dookoła niej, na biurku powoli rosły stosy wszelkich śmieci. Dokumenty, notatki, książki, brudne naczynia (laboratoryjne i kuchenne) i resztki jedzenia.

Nagle przestała mieszać. Zdała sobie sprawę, że robi to od ostatniej godziny. Potrząsnęła głową i chwyciła probówkę z niebieską substancją. Nachyliła się nad naczyniem z fioletową cieczą i zaczęła wlewać niebieski płyn. Tylko kilka kropel…

Dźwięk głośnego uderzenia i wstrząs sprawiły, że w fioletowej cieczy wylądowała praktycznie cała zawartość probówki. Substancja zabulgotała, zmieniła kolor na czerwony i zaczęła śmierdzieć. Potężnie śmierdzieć.

Królewna wstała energicznie, odrzucając krzesło pod ścianę i krzyknęła z wściekłością. Chwyciła stół i przewróciła go. Nieudany eksperyment zostawił wielki, czerwony i śmierdzący zaciek na ścianie.

Różowa monarchini podeszła do okna. To co zobaczyła zdenerwowało ją jeszcze bardziej. W jedną z wież jej pałacu wbił się znajomy, brązowo-złoty sterowiec.

Z wściekłością wybiegła z laboratorium i już po chwili dołączyła do bananowych strażników obserwujących proces ściągania latającej maszyny z wieży. Pół godziny później pogruchotany sterowiec z ponurym skrzypnięciem stanął na ziemi. Przednia część komory z wodorem była w strzępach. Tylko cudem nie doszło do wybuchu. Jeden ze strażników wziął łom i zaczął męczyć się z zablokowanymi drzwiami.

Królewna nie wytrzymała. Wyrwała bananowi łom i odepchnęła go. Wbiła wprawnie narzędzie w szczelinę i silnym, powodowanym wściekłością ruchem wyrwała zamek. Otworzyła drzwi na pełną szerokość i zobaczyła wewnątrz skulonego, przestraszonego mężczyznę o jasno-brązowym kolorze.

- "Coś ty zrobił?" - warknęła.

- "Ja?" - zapytał niewinnie - "To przez takiego gościa w czarnym płaszczu…"

- "Milcz!" - ucięła jego wypowiedź - "Straże! Do lochu z nim!"

Bananowi strażnicy posłusznie wykonali rozkaz i już po chwili King of Ooo został zaciągnięty do najciemniejszej z cel.

Princess Bubblegum ruszyła powoli z powrotem do pałacu. Jednak coś sprawiło, że zatrzymała się w pół drogi. Obok pieńka cukrowego drzewa siedział Veidrik. Przeżuwał coś leniwie.

- "Co tam królewno?" - zapytał zaraz po przełknięciu - "Macie tu pyszne drzewa…"

- "Czy…. ty zjadłeś całe drzewo?" - zapytała z niedowierzaniem.

- "Jeszcze nie" - powiedział mężczyzna zerknąwszy na pieniek - "A co?"

- "Eeee…" - różowa monarchini skrzywiła się - "Nic, nic."

Nagle Veidrik wydał dziwny, bliski beknięciu dźwięk, a z jego ust w powietrze wyleciała kula zielonego ognia. Czarnowłosy i królewna podziwiali jej lot, aż do potężnej eksplozji. Fala uderzeniowa połaskotała ich po twarzach. Królewna otworzyła usta. Po chwili je zamknęła i ruszyła prawie biegiem do pałacu.


Królewna zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni. Z jednej strony była szczęśliwa. Oszust którego od dawna próbowała zdemaskować nie będzie już sprawiać kłopotów. Z drugiej strony był Veidrik. Wzdrygnęła się. Z tym indywiduum trzeba coś zrobić zanim stanie się niebezpieczny dla jej poddanych. Chwyciła za telefon i wykręciła numer Finna i Jake'a.

- "Tu Finn… I Jake… Nie ma nas w domu… więc…" - PB westchnęła i odłożyła słuchawkę. 'Dziwne' - pomyślała - 'Nie widziałam Finna od dnia, w którym rapował z tamtym misiem...'.

Chwyciła ponownie za słuchawkę i zamachała się wybierając numer. 'Marcelina?'.

Jej dłoń praktyczne sama wybrała numer do wampirzycy. Przyłożyła słuchawkę do ucha.

- "Marcelino?"

- "Co tam Bonnie?" - rozległo się z głośnika.

- "Boje się, że Veidrik może zagrozić poddanym…"

- "Wydaje się być na dłuższą metę nieszkodliwy…"

- "Ale… ja…"

- "Nie martw się. Wpadnę wieczorem i… pogadamy. Do zobaczenia" - rozłączyła się.

PB nie zdążyła odłożyć słuchawki, kiedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi.

- "Wasza wysokość?" - miętówkowy lokaj pojawił się w wejściu - "Przybył człowiek Finn. Jest ranny."

- "CO?" - królewna rzuciła słuchawką, która razem z telefonem spadła na podłogę. Podbiegła do Peppermint Butlera - "Gdzie on jest?"

- "W sali tronowej, wasza wysokość" - zaraz po wypowiedzeniu tych słów odskoczył, unikając potrącenia przez królewnę.

Chwilę później Princess Bubblegum była już w sali tronowej. Na podłodze pod ścianą siedzieli Finn i Jake. Chłopak był wyraźnie smutny. Jego koszulka była podarta, a czapkę i plecak gdzieś zgubił. Zamiast prawej ręki miał kikut z wyrastającym z niego małym, białym kwiatkiem.

- "Co się stało?" - zapytała PB z przerażeniem.

Finn się nie odezwał. Wpatrywał się tylko ze smutkiem w podłogę. Za to jego brat wstał i podszedł do królewny. Chwycił ją za rękę i odciągnął od bohatera.

- "Znaleźliśmy jego ludzkiego ojca" - powiedział - "Jednak staruszek okazał się nieco inny niż Finn się spodziewał. Uciekł, ale Finn chciał go powstrzymać. Uparł się i jego miecz zmienił jego rękę w wielką roślinę" - obejrzał się przez ramię na przyjaciela - "Ręka nie wytrzymała i…" - zamilkł.

Królewna pokiwała głową i podeszła do chłopaka.

- "Nie smuć się" - położyła dłoń na jego ramieniu.

- "On mnie porzucił…" - powiedział smutno Finn - "I to drugi raz…"

Princess Bubblegum nie wiedziała jak go pocieszyć. Siedziała więc w ciszy.

- "Mogę zrobić ci mechaniczną rękę" - zaproponowała po dłuższej chwili. Chłopak tylko kiwnął głową - "Powinieneś odpocząć…"

Bohater wstał i zaczął powoli iść do wyjścia. Po chwili dołączył do niego Jake. Pies wziął swojego brata na grzbiet i już po chwili zniknęli za drzwiami.

Królewna ruszyła do laboratorium. Całkiem zapomniała o czarnowłosym potworku. Jej myśli zaprzątały setki pomysłów na robotyczne kończyny.


Czarnowłosy potworek szedł powoli przez niewielki sad jabłkowy. Wyjątkowo nie był tutaj po jedzenie. Coś go przyciągało. Znajoma aura gnijących ciał, śmierci, chaosu i zniszczenia. Taką samą jaką roztaczał jego zielony ogień. Aura była mocno przytłumiona. Przytłumiona przez coś co przywodziło na myśl życie, aurę roztaczaną przez małe dzieci i inne obrzydliwie słodkie istotki. Veidrik normalnie ominąłby takie miejsce szerokim łukiem. Nigdy nie przepadał za dziećmi, czy innymi słodkimi istotkami. Jednak to coś go przyciągało. Niepokojąco silnie.

Źródło tajemniczej aury znajdowało się w małym, różowym domku. Mężczyzna zajrzał przez okno. Zobaczył śpiącą parę - świnię i małego, żółtego słonia. Jednak jego uwagę przyciągnęła inna postać. Wielki, tłusty bobas z jasną skórą, małą kępką brązowych włosów i porośniętymi skórą rogami. A właściwie jednym. Drugi był złamany. Istota spała w wielkim koszyku w kącie pomieszczenia.

Czarnowłosy przeleciał w formie dymu przez szczelinę w oknie i stanął nad stworzeniem. Przyjrzał się dokładniej. I zesztywniał. Rozpoznał bowiem potwora przed którym chował się przez lata po wojnie. Istotę której bał się najbardziej na świecie. Istotę, która sprawiła, że utracił resztki zdrowia psychicznego.

- "Dobrze ci tak… "bracie"" - mruknął i odszedł. Wyleciał szparą w oknie.


Finn obudził się w swoim łóżku, w forcie na drzewie. Był w niewiele lepszym humorze niż poprzedniego dnia. Wygrzebał się spod futer i poczłapał do łazienki. Umył zęby i spojrzał na kikut. Ze zdziwieniem spostrzegł, że roślinka była nieco większa niż poprzedniego dnia. Wyrósł jej nawet jeden listek. Wrócił do pokoju i ubrał się. Na głowę założył zapasową czapkę i zszedł na śniadanie.

Jake właśnie przygotowywał naleśniki pogwizdując wesoło.

- "Siema stary!" - powiedział gdy tylko zobaczył brata - PB dzwoniła, że mamy do niej pójść odebrać jakąś zastępczą rękę.

- "Kwiatek trochę urósł…" - mruknął chłopak nakładając sobie parującego naleśnika z talerza na środku stołu.

- "Hę?" - pies jednym, długim krokiem znalazł się przy blondynie.

- "Zobacz, wyrósł nawet jeden listek…"

- "Jedz szybciej… PB powinna chyba to zobaczyć…"

Kilkanaście minut później z fortu na drzewie wyszedł ogromny, żółty pies z ubranym na niebiesko chłopakiem na grzbiecie. Ruszyli w stronę pastelowych murów Candy Kingdom.

Gdy tylko dotarli do pałacu przywitał ich Peppermint Butler. Wskazał im krzesła pod ścianą sali tronowej i kazał chwilę poczekać.


Princess Bubblegum przeciągnęła się stojąc przed oknem. Pogoda w Candy Kingdom zapowiadała się na ten dzień wspaniale. Monarchini wiedziała, że wkrótce przybędą Finn i Jake. Była prawie gotowa na te odwiedziny. Cukrową, eksperymentalną protezę jakimś cudem udało się jej zbudować jeszcze poprzedniego dnia. Cudem… Obejrzała się na unoszące się i opadające wybrzuszenie na jej kołdrze i uśmiechnęła się.

Pozostało się jej tylko przebrać. Zdjęła służącą jej za piżamę, sprytnie przerobioną na bezrękawnik, rockową koszulkę i nasunęła jedną ze swoich długich, różowych sukien. Po krótkim namyśle obwiązała sobie dookoła szyi różową chustkę. Uczesała jeszcze włosy i, po przejrzeniu się w lustrze, kiwnęła głową z aprobatą.

Kiedy tylko wyszła z łazienki usłyszała pukanie do drzwi.

- "Proszę!" - powiedziała.

Drzwi uchyliły się, a przez szczelinę wystawił głowę Peppermint Butler. Skrzywił się gdy jego wzrok spoczął na cicho oddychającym wybrzuszeniu na łóżku królewny, ale pozostawił to bez komentarza. Spojrzał na PB.

- "Finn i Jake przybyli. Czekają na waszą wysokość w sali tronowej" - powiedział i zniknął.

Królewna wzięła zawiniętą w materiał rękę i ruszyła do drzwi. Zanim wyszła spojrzała jeszcze raz na łóżko i uśmiechnęła się.

Młodych bohaterów rzeczywiście zastała w sali tronowej. Obydwaj jedli właśnie naleśniki prosto z plecaka Finna.

- "Ekhem" - zwróciła na siebie uwagę.

- "O! Siemanko PB" - powiedział Jake przed wciśnięciem sobie do ust kolejnego zwiniętego naleśnika.

- "Czeszcz…" - blondyn przełknął - "Cześć królewno."

- "Zrobiłam ci rękę Finn" - uśmiechnęła się i wyciągnęła zawiniątko zza pleców - "To prototyp i może nie funkcjonować w pełni sprawnie, ale do czegoś powinien się nadać" - odwinęła cukrowy materiał ukazując różową powierzchnię protezy.

Bohater zbliżył się i chwycił rękę. Była dłuższa i grubsza od prawdziwej, a do tego dość ciężka. Przyłożył ją do kikuta i zamocował. Poruszał dla próby palcami.

- "Dzięki…" - uśmiechnął się - "Trochę trudna w obsłudze..." - próbując nią ruszyć uderzył ze sporym impetem i, co za tym idzie hałasem, w podłogę. Przez wejście do sali tronowej zajrzał bananowy strażnik - "Ale nie jest źle… Muszę się przyzwyczaić."

- "To tylko prototyp" - mruknęła Bonnie - "Pracuje nad lżejszą wersją."

- "Spoko" - Finn wyszczerzył zęby i spojrzał na królewną. Przestał się uśmiechać i przyjrzał jej się z zaciekawieniem - "Dlaczego jesteś taka blada?"

- "Eee… hehe…" - na jej twarzy zagościł niezręczny uśmiech - "To eee… przez to, że się nie wyspałam" - poprawiła chustkę i suknię w kilku miejscach.

- "Dziwne" - powiedział chłopak, po czym odwrócił się do Jake'a - "Idziemy wypróbować rękę?"

- "Pewnie stary…" - nagle jego brzuch zaburczał - "Ale najpierw coś zjemy… może spaghetti?"

- "Przed chwilą jadłeś!" - zaśmiał się Finn i obydwaj wybiegli na zewnątrz.

Królewna odetchnęła z ulgą.


Veidrik siedział na krawędzi wulkanu. Pod jego nogami bulgotała lawa. Królestwo ognia… Niebo nad jego głową zasłonięte było dymem i pyłem, a ziemię dookoła tworzyły skały. Z każdej strony, na horyzoncie coś się paliło. Łuna pożarów dawała na tyle dużo światła, że było prawie tak jasno jak w dzień.

- "I po co tu przylazłeś?" - odezwał się stłumiony głos spod czarnego płaszcza - "Jeszcze mnie przez przypadek spalisz i co? Jak zrobisz to co masz zrobić?"

- "Jakoś sobie poradzę…" - mruknął - "Tak właściwie… Dlaczego robisz z tego taką tajemnicę, nawet przede mną?"

- "Nie poradzisz sobie" - pluszak nie odpowiedział na pytanie - "Maskotka jest artefaktem. Kluczowym w twoim zadaniu."

- "Artefaktem?" - zdziwił się czarnowłosy - "Pamiątka po na… po mojej dziewczynie artefaktem?"

- "Tak, a co?"

- "Nic… to po prostu zaskakujące…"

- "Bo ja wiem? Co w tym zaskakującego?"

- "Dla ciebie nic nie jest zaskakujące… Prawda? Zwłaszcza, że jesteś starszy ode mnie o co najmniej dwieście lat…" - westchnął.

- "Wierz mi… nie chcesz zobaczyć tego co widziałem ja…"

- "Dobra, zamknij się już" - poklepał się po klapie płaszcza - "Ktoś się zbliża" - po przeciwległej stronie krateru pojawiła się jakaś silniejsza poświata.

- "I tak mogę rozmawiać tylko z tobą… Nawet nie wiesz jak tu nudno…"

- "To tutaj królewno" - Veidrik rozpoznał głos Cinnamon Bun'a, który chwilę później pojawił się na brzegu lawowego jeziora razem z Flame Princess. Królewna miała na sobie pomarańczowy jednoczęściowy strój kąpielowy z niewielkim rubinem na piersi, a w rękach trzymała czerwony ręcznik.

- "Ładne miejsce…" - powiedziała. Rozłożyła ręcznik na skale i ruszyła w kierunku lawy.

Jednak zanim zdążyła choćby zamoczyć stopę, jezioro rozbłysło i zmieniło kolor na zielony. Ognista dziewczyna wywróciła się z piskiem na plecy, kiedy środek zbiornika wybuchł czarnym dymem i zielonym ogniem. CB skoczył przed królewnę z wyciągniętą kopią, gotowy do walki. Dumna istota zaczęła się śmiać i ruszyła w jego stronę nabierając po drodze konkretniejszych kształtów. Po chwili była już mężczyzną w czarnym płaszczu i wciąż szła nie zważając na wycelowaną w swoją stronę broń. Veidrik wpatrywał się w oczy przerażonego słodyczanina, kiedy w jego brzuch wbijał się zaostrzony metal. Uśmiechał się, błyszcząc ostrymi zębami. FP zwymiotowała słysząc trzask pękającego kręgosłupa. Zatrzymał się dopiero przy rękojeści.

- "Veidrik! Przestraszyłeś mnie!" - krzyknęła królewna pojawiając się obok. Cudem powstrzymywała się od pozbycia się kolejnej porcji zawartości żołądka - "I co tak właściwie robisz w moim królestwie?!"

- "Nie wiem… Ot tak wpadłem" - chwycił broń, która natychmiast zaczęła zlewać się z jego ciałem. Załatała dziurę w brzuchu i wpłynęła pod płaszcz. Cynamonowy cofnął się o dwa kroki i upadł na tyłek.

- "Jest w ogóle coś co może cię zabić?" - zapytała Flame Princess wpatrując się z fascynacją w dziejący się na jej oczach proces.

- "Tak" - kiwnął głową, po czym wyciągnął spod płaszcza leżak. Obserwowany przez dwie zaskoczone istoty rozłożył go i rozsiadł się wygodnie. Po chwili w jego ręce pojawiła szklanka ze świecącym na zielono płynem, ozdobiona słomką i malutkim parasolem. Obydwa gadżety zajęły się natychmiast ogniem, ale mężczyzna się tym nie przejmował.

- "A co to takiego, jeśli można wiedzieć?" - zapytała brzmiąc najniewinniej jak potrafiła - "Ten sposób oczywiście…"

- "Nie można" - siorbnął łyk płynu i zlizał stopioną słomkę - "Zresztą i tak nie znasz…"


Jake grał na BMO. Pikselowa postać w zielonym ubranku przemierzała pełne potworów podziemia. Magicznemu psu nie szło zbyt dobrze. Było dość późno, a do tego padał deszcz. Monotonne stukanie kropel o ściany powoli go usypiało.

- "Game over!" - pikselowy bohater został pożarty przez olbrzymiego pająka. Żółty pies nie zwrócił na to uwagi. Wpadał właśnie w objęcia Morfeusza.

Ze stanu półsnu wyrwało go ledwo przebijające się przez deszcz, głośne pukanie do drzwi. Jake jęknął, zwlókł się i ruszył do drzwi tylko po ty, by po drodze wpaść na rozradowanego Finna.

- "Stary… gdzie byłeś?" - zapytał zmęczonym głosem.

- "Ręka!" - wrzasnął chłopak machając prawą kończyną.

- "Jaka ręka? Pytałem gdzie był…" - do starszego brata wreszcie dotarło - "Ręka?!"

- "Odrosła!" - śmiał się blondyn.

- "Ale jak?"

- "Nie wiem… Obudziłem się w lesie, a z ręki wyrosła taka wielka gałąź" - powiedział żywo gestykulując - "A potem pękła, a w środku była ręka w żywicy."

- "Nieźle… Ma jakieś fajne moce?"

- "Chyba nie, ale na początku z dłoni wyrastał taki mały kolec."

Nagle rozmowę przerwały kolejne uderzenia w drzwi.

- "Kto to może być o tak późnej porze?" - zastanowił się na głos chłopak ruszając otworzyć. Jake spojrzał na niego ciężko i powlókł się leniwie za nim.

Za progiem stała nimfa wodna, czyli żeński żywiołak wody. Miała opadającą na twarz grzywkę i… była naga. A właściwie byłaby, gdyby nie wielki liść, którym była owinięta i którego kurczowo się trzymała. Finn zaczerwienił się nieco i zmarszczył brwi. Twarz dziewczyny wydawała mu się znajoma.

- "Carroll?" - zapytał powoli.

- "Ta…" - pokiwała głową - "Skropliłam się. Macie może jakieś wodoodporne ciuchy? I… czy mogłabym u was trochę pomieszkać?"

- "Nie ma problemu" - chłopak uśmiechnął się i wpuścił ją do środka - "Jake! Gdzie trzymamy kurtki przeciwdeszczowe?"

- "W szafie na górze" - pies zszedł właśnie z drabiny. W ostatniej chwili uniknął potrącenia przez rozpędzonego blondyna - "Cześć" - spojrzał w oczy żywiołakowi - "Jestem Jake, brat Finna."

- "A ja Carroll" - przyjrzała mu się bardzo dokładnie - "Mam nadzieję, że nie jesteś jednym z tych pływaków?"

- "Eeee… Nie…" - pies starał się ukryć zdziwienie - "Nie jestem… Skąd znasz Finna?" - postanowił zmienić temat.

- "Poznałam go kiedy budował tę swoją wieżę."

- "Ah… Czyli byłaś chmurą?"

- "Ta… Miałam wszystkiego dość i się odparowałam…" - pewnie potarłaby kark, gdyby nie to, że trzymała obiema rękami liść - "A dziś trafiłam na zimny front atmosferyczny i bum! Jestem na ziemi, znów jako żywiołak wody, a do tego tak jak mnie glob stworzył… eh…"

- "Znalazłem tylko to" - powiedział Finn zsuwając się po drabinie. Pod pachą trzymał dwie kurtki przeciwdeszczowe: niebieską i żółtą - "Jutro możemy przejść się do Raggedy Princess. Uszyje ci z tego sukienkę, czy coś" - chłopak podał jej niebieską pałatkę.

Przyjęła ją z pewną trudnością, przytrzymując liść jedną ręką, po czym spojrzała na braci.

- "Moglibyście się odwrócić?" - zapytała

- "Oczywiście…" - policzki blondyna zalała czerwień. Odwrócił się w kierunku ściany. Jake zaśmiał się krótko z jego reakcji i również zwrócił się w tamtym kierunku.

- "Dobra chłopaki…" - usłyszeli po chwili. Kiedy spojrzeli na nimfę, nie mogli powstrzymać śmiechu. Niewysoka dziewczyna w za dużej kurtce wyglądała naprawdę komicznie - "No co?"

- "Nic, nic" - pies przestał się śmiać i otarł łzę - "Dobrze, że nie daliśmy ci tej żółtej…"

- "Tak…" - Finn z trudem się uspokoił, łapiąc głośno powietrze - "Chodź, znajdziemy ci jakieś miejsce do spania."

- "Może wanna?" - zaproponował Jake.


Z napełnionej ciepłą woda wanny wystawała głowa dziewczyny. Reszta ciała zlała się z zawartością wanny i stała się całkowicie niewidoczna. Niebieska pałatka leżała złożona na podłodze.

Carroll nie mogła zasnąć. Nie mogła nawet zmrużyć oka. Była to dla niej pierwsza noc poza domkiem na chmurce. Od momentu, w którym chłopacy wyszli, dziewczyna rozglądała się tylko po ciemnej łazience z perspektywy wanny. Trwało to już od kilku dobrych godzin i umysł nimfy zaczynał płatać figle. Meble zaczynały przybierać kształt duchów i potworów, a światło księżyca było zdawało się być niezwykle drażniące. Była jeszcze para zielonych oczu wisząca pod sufitem, która z minuty na minutę coraz mniej przypominała złudzenie. Kiedy jedno z nich mrugnęło, Carroll była bliska krzyku.

- "K-kim jesteś?" - zapytała z przestrachem.

- "Nie bój się" - odezwał się cichy, spokojny głos - "Nazywam się Veidrik. A kim jesteś ty?"

- "Carroll… Nazywam się Carroll… Jestem żywiołakiem wody…"

- "Nie."

- "Jak to nie? Jestem Carroll i jestem nimfą wodną" - powiedziała zdziwiona - "A kim niby jestem?"

- "A kim byłaś?"

- "Ch… chmurą…" - odpowiedziała powoli.

- "Wcześniej."

- "Też żywiołakiem wody…"

- "Tylko?" - oczy zniknęły z sufitu i pojawiły się w nogach wanny.

- "By-byłam… Nie pamiętam…" - w jej głosie zabrzmiała mocniejsza nuta strachu.

- "Byłaś kimś ważnym. Bardzo ważnym" - zaczął - "Byłaś córką króla pewnego jeziora. Młodą królewną. Najpiękniejszą w jeziorze i pożądaną przez wszystkich tamtejszych mężczyzn" - oczy pojawiły się przy jednej ze ścian pomieszczenia - "Jednak pewnego dnia stary król zamarł. Władza trafiła się jego jedynej córce, czyli tobie. Ale kobieta nie może rządzić sama. Zwłaszcza taka młoda kobieta" - Carroll usłyszała kroki za sobą. Stamtąd też odezwał się tajemniczy głos - "Dostałaś więc męża. Silnego i odważnego, ale głupiego i brutalnego jednocześnie. Stres narastał, a kiedy jakieś humanoidalne stwory zasiedliły brzegi waszego królestwa czasza została przelana. Śmieci, połowy i pływacy doprowadzali cię do szału. Podobnie jak mąż kretyn i problemy związane z rządzeniem" - mężczyzna oparł się o framugę drzwi - "Postanowiłaś więc rozwiązać sprawę. Wyszłaś na powierzchnię, na brzeg i próbowałaś przemówić do wieśniaków. Jednak tępa hołota nawet cie nie słuchała. Byłaś dla nich przeklętym potworem porywającym dzieci i uwodzącym mężczyzn. Zaczęli cię gonić, odcinając przy okazji drogę do bezpiecznej wody. Uciekając zgubiłaś koronę, podarłaś szaty i straciłaś jakiekolwiek szanse na powrót do domu. Bez choćby nadziei na jeszcze cokolwiek w życiu, postanowiłaś porzucić przyziemną powłokę. Powędrowałaś do Królestwa ognia i odparowałaś zapominając przy okazji wszystko, poza tym, że byłaś żywiołakiem wody i obwinianiem o swój los "pływaków"."

- "D-dlaczego mi to mówisz?"

- "Mógłbym teraz mówić przez kolejne kilkanaście minut dlaczego przed chwilą opowiedziałem historię twojego życia, ale…" - uśmiechnął się. Zęby zabłysły w ciemności - "...ja po prostu uwielbiam gadać… A teraz żegnaj. Do zobaczenia w przyszłości!"

- "Czekaj! A gdzie jest to jezioro?" - zawołała.

- "Nie chcesz tam wracać" - rozległ się cichy szum, a zielone oczy zniknęły.

Carroll rozejrzała się jeszcze nerwowo po pomieszczeniu, zanurzyła głowę pod wodę i w końcu zasnęła.


Nimfę obudziło stłumione przez wodę pukanie do drzwi łazienki. Z pluskiem podniosła się i zaczęła wychodzić z wanny.

- "Tak?" - zapytała naciągając szybko na siebie niebieską pałatkę.

- "Pobudka! Czas wstawać!" - zza drzwi dobiegł głos Jake'a - "Co zjesz na śniadanie?"

- "Nie wiem…" - wyszła z łazienki - "Może… wodę?"

- "Wodę?" - zdziwił się Jake.

- "Ta… Może taką z miętą i cytryną..." - zastanowiła się.

- "Eee… Da się zrobić" - uśmiechnął się Jake i ruszył w stronę kuchni. Carroll poczłapała za nim.

W kuchni siedział już zajadający się smażonym bekonem Finn. Pokiwał on do nimfy mówiąc jednocześnie jakieś powitanie. Dziewczyna nie zrozumiała co mówił. Trudno zrozumieć kogoś, kogo usta są wypełnione jedzeniem.

Zajęła miejsce przy stole i po chwili dostała kubek wody. W cieczy pływał listek mięty i kilka pestek, które wypadły z wyciśniętej cytryny. Zaczęła pić. Przez jej przejrzyste gardło widać było płynącą ciecz dzięki różnicy gęstości. Finn patrzył na to z fascynacją. W końcu przełknął żute mięso.

- "Zaraz idziemy do Raggedy Princess."

- "A gdzie to jest?" - zapytała dziewczyna po przełknięciu liścia mięty.

- "Hmm…" - bohater potarł brodę - "Jake? Gdzie mieszka teraz Raggedy Princess?"

- "A ja wiem?" - wzruszył ramionami pies - "Ostatnio widzieliśmy ją u Tree Trunks…"


Królewna wzięła sobie do serca jego poprzednią ucieczkę. Teraz cela nie była stworzona z cukru, a ze stali i betonu. Cela bez okien, z pancernymi drzwiami, pryczą z twardym materacem i metalowym, śmierdzącym kibelkiem. Przez wąski otwór na dole drzwi, strażnicy wsuwali raz dziennie tacę z wodą z cukrem w metalowej misce i kawałkiem czerstwego, słodkiego chleba. Dwóch bananowych klawiszy stojących na korytarzu miało rozkaz bezwzględnie zabić więźnia, gdy tylko wydostanie się samowolnie z celi.

King of Ooo od pół godziny stał przy ścianie i wydrapywał odpowiadającą dniu kreską z pomocą złamanej łyżeczki. Od wypadku minęło już kilka dni. Jednak on sam nie był tego pewien. W lochu zawsze panował półmrok, a jedynymi źródłami światła były czerwone lampy na korytarzu, więc nie miał zielonego pojęcia o upływającym czasie.

Zanim go zamknęli, zabrali mu wszystko. Szatę, berło, koronę… Nawet koszulę i spodnie. W zamian za to dostał biało-czarny pasiak. Później zgolili mu włosy i zarost.

- "Co tam?" - znieruchomiał gdy usłyszał znajomy głos za sobą.

Odwrócił się powoli, opuszczając łyżkę i ujrzał siedzącego na jego pryczy Veidrika.

- "Co tu robisz? Jak się tu do cholery dostałeś?!" - zapytał przerażony.

- "Przez szczelinę w drzwiach, a co?" - podniósł się i podszedł do jednej ze ścian. Wyciągnął spod płaszcza puszkę farby w sprayu i zaczął malować jakąś postać.

- "To wszystko twoja wina ty psycholu!" - wydarł się "król" - "To przez ciebie straciłem cały dobytek! Sterowiec, rzeczy, ubrania… Nawet włosy!" - malunek był coraz bardziej różowy - "Słuchasz mnie w ogóle? Po co tu przyszedłeś?!" - doszło trochę żółtego i kapka niebieskiego. Czarnowłosy cofnął się i pochował puszki. Na ścianie znajdował się piękny portret Princess Bubblegum.

- "Po to" - wskazał na dzieło - "Słyszałem, że mają tu ładne ściany" - ruszył do wyjścia.

- "Czekaj! Pomóż mi uciec!" - zawołał błagalnie więzień.

- "Nie" - mężczyzna zaczął się zmieniać w chmurę pyłu - "Zostajesz tu, żebyś nic nie spieprzył w przyszłości" - zniknął w szczelinie pod drzwiami.

- "Czekaj! Wracaj! Nie zostawiaj mnie tu!" - zaczął walić w metal, aż jeden ze strażników nie wszedł i nie uderzył go rękojeścią włóczni w głowę.


Dorodne jabłka czerwieniły się w słońcu. Pan Świnia zbierał je i wrzucał do koszyka. Choć stał na drabince, to i tak musiał stawać na palach, a czasem nawet podskakiwać. W tym samym czasie, przy kolorowym domku stojącym zaledwie kilka metrów od sadu, Tree Trunks zabawiała wielkiego, tłustego, rogatego bobasa. Machała mu przed twarzą barwną grzechotką, a "dzieciak" wydawał zabawne, przypominające śmiech dźwięki.

- "Goście!" - zawołał w pewnym momencie dziwnym głosikiem.

- "O! Finn i Jake!" - zawołała słoniczka zobaczywszy nadchodzących.

- "Witaj Tree Trunks" - powiedział z uśmiechem Finn - "Mamy do cie…"

- "Och! A kogo to ze sobą przyprowadziliście?" - przerwała mu mierząc wzrokiem Carroll.

- "Jestem Carroll…" - powiedziała nimfa.

- "Szukamy Raggedy Princess" - dodał blondyn.

- "Wejdziecie na może szarlotkę?" - zaproponowała żółta słonica.

- "Bardzo chętnie!" - Jake zatarł łapy.

- "Trochę się śpieszymy…" - chłopak potarł kark.

- "A ja nie jem szarlotek…" - mruknęła dziewczyna.

- "Nie jesz szarlotek?!" - Tree Trunks była prawie przerażona - "Ale... Dlaczego?"

- "Bo... jestem żywiołakiem wody…"

- "A może tu chodzi o mnie? Może to moje szarlotki ci nie pasują?!"

- "To mógłbym dostać szarlotkę?" - zapytał pies.

Finn westchnął i powoli się wycofał. Podszedł do zbierającego jabłka pana Świni. Prosiak kompletnie nie zwracał na niego uwagi, zbyt zajęty zrywaniem wysoko położonych owoców.

- "Ekhem, ekhem…" - chłopak zwrócił na siebie uwagę.

Zwierzak odwrócił się gwałtownie. Jego ruch sprawił, że drabina straciła równowagę i wylądował w koszu jabłek.

- "Wszystko w porządku?" - blondyn pomógł mu wstać.

- "Tak… Co tam?" - zapytał.

- "Nie widziałeś ostatnio Raggedy Princess? Mamy do niej sprawę."

- "Raggedy? Stoi na środku sadu" - pokazał drogę - "Pracuje u nas jako strach na wróble. Dostaje za to jabłka…"

- "Eee… Dzięki" - chłopak ruszył we wskazanym kierunku. Po chwili rzeczywiście zobaczył królewnę.

Stała na kamieniu i, zdaje się, przysypiała. Wyglądała tak jak zwykle. Ciało z pocerowanych i połatanych szmat i odbijające promienie słoneczne lusterko na czole. Finn od zawsze zastanawiał się jak to stworzenie potrafi szyć bez rąk…

- "Królewno?" - zapytał głośno. Zero reakcji - "Królewno?"

Raggedy Princess krzyknęła i zrobiła krok do tyłu. Z racji wystawienia nogi z krawędź kamienia, szybko wylądowała w trawie. Chłopak pomógł jej wstać.

- "Och… Cześć Finn" - zaczerwieniła się.

- "Cześć. Przepraszam, że cię przestraszyłem…"

- "Nie szkodzi" - zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

- "Dałabyś radę uszyć suknię na pewna nimfę?" - zapytał i wyciągnął z plecaka żółtą kurtkę przeciwdeszczową i kilka kawałków nieprzemakalnego materiału - "Z tego?"

- "Pewnie" - uśmiechnęła się - "Tylko muszę zobaczyć na kogo to ma być…"

- "Chodź" - Finn ruszył w drogę powrotną do domku Tree Trunks, a Raggedy Princes podążyła za nim. Bardzo żałowała, że w tym momencie nie ma rąk.

Kiedy dotarli na miejsce, kłótnia trwała w najlepsze. Słoniczka i Carroll krzyczały na siebie, a Jake siedział na schodkach do domku wcinając szarlotkę. Dzieciak-Lich obserwował to, a w jego oczach pojawiały się łzy.

- "Nie mam nic do ciebie i do twoich ciast!" - powiedziała nimfa zdecydowanym tonem.

- "Dlaczego w takim razie nie chcesz jednego spróbować?" - zapytała zirytowana słonica.

- "Nie jem ciast!" - powtórzyła po raz kolejny - "Żywię się płynami…"

- "Dajcie już spokój" - poprosił Finn przerywając wymianę zdań - "Carroll, znalazłem Raggedy Princess."

- "Cześć" - przywitała się królewna i zaczęła uważnie się przyglądać nimfie - "Ok. Mogę prosić o te materiały Finn?"

- "Proszę…" - chłopak zawahał się na chwilę, zastanawiając się jak ma podać szmatki istocie. W końcu wzruszył ramionami i położył je na jej głowie. Raddegy Princess odwróciła się i zniknęła w krzakach.

Po spędzonych w niezręcznej, wypełnionej złym spojrzeniem słoniczke, piętnastominutowej ciszy królewna w końcu wróciła. Ciągnęła za sobą, narzuconą na głowę, szeleszczące ubranie. Carroll podwinęła rękawy kurtki i odebrała ciuch. Suknia była dość krótka - sięgała mniej więcej do kolan. Prosta, bez rękawów. Raggedy Princess nie wykorzystała żółtej pałatki, więc strój był niebiesko-zielony, co wyglądało całkiem porządnie.

- "Dzięki" - uśmiechnęła się nimfa, po czym pobiegła za domek. Po chwili wróciła z niebieską kurtką pod pachą i suknią na sobie - "I jak?"

- "Świetnie!" - Finn zaklaskał. Jake tylko uniósł kciuk. Usta miał wypchane szarlotką. Tłusty dzieciak w koszyku zachichotał dziecinnie, a Tree Trunks nie uraczyła stroju żadnym komentarzem.


- "Pamiętasz jak wspominałem o tym, że nie wiem właściwie po co wziąłem tego drugiego ze sobą?" - zapytał pluszak.

- "Nie…" - odpowiedział zgodnie z prawdą Veidrik. Podrzucał właśnie maskotkę. Bawił się tak od chyba godziny.

- "No to przypominam ci… Mógłbyś przestać w końcu?!" - warknął - "Czy ty jesteś jakimś nadpobudliwym dzieciakiem?"

- "Ty też chyba niewiele pamiętasz" - zaśmiał się mężczyzna nie przerywając zabawy.

- "Eh… no dobra…" - westchnął - "Tak więc długo myślałem i stwierdziłem, ze trzeba się go pozbyć…" - czarnowłosy złapał pluszaka i spojrzał mu w guzikowe oczy.

- "Znaczy, że ja mam go…"

- "Ta… To raczej nie problem, co nie? Chyba się nie boisz?" - podpuszczała maskotka.

- "Ja? Ja mam się niby bać? Nonsens…" - odpowiedział z pewną złością Veidrik - "Ja po prostu nie lubię zabijać…"

- "Wiesz ile niewinnych stworzeń zabił on? Stanowi zagrożenie dla misji!"

- "Ale…"

- "A przy zombie to nie miałeś jakoś żadnych dylematów moralnych."

- "Eh ty…" - pokręcił głową - "No dobra. To gdzie jest ten… Jak mu tam było?"

- "Eee… Chyba Toffiblade…" - przypomniał sobie pluszak - "A gdzie jest? Cholera go tam wie… Pewnie stalkuje Marcelinę…"

- "Co on tak z nią?"

- "Pewnie się zakochał…"

- "Nikt mu jeszcze nie powiedział?" - złośliwy rechot rozniósł się po okolicy.


Słodyczanin w masce stylizowanej na przeciwgazową siedział w krzakach. Już dawno zamienił swój pancerz na lekkie, maskujące szmaty. Jeszcze wcześniej stracił język, a z nim możliwość normalnego porozumiewania się. Po poprzednim życiu zostały mu tylko miecz, karabin, buty i maska. Maska umożliwiająca mowę. Głośniki, syntezator głosu i nagrania połowy ważniejszych osobistości z Ooo. Niech żyje nauka! Ta, która go stworzyła, ta która z nim przegrała i ta, której jest teraz niewolnikiem. Bo maskę pozostawił nie dlatego, że chciał. Pozostawił ją dlatego, że nie potrafił bez niej żyć. Uzależnił się od niej. Od klejącej się słodkim potem twarzy, do ograniczonego pola widzenia i stałego połączenia mózgu z jej systemami. Nazwałby twórcę tego ustrojstwa geniuszem, ale zbyt mocno go nienawidził…

Na nowo skupił się na obserwacji. Szkła maski przybliżyły położony w jaskini, różowy domek i postać za oknem. Kiedy mu ją odebrano stracił też ostatnią "dobrą" emocję. Zostały mu tylko gniew i nienawiść. Stracił nad sobą panowanie. Wtedy, kiedy stał na gruzach świata, nad ciałem swego twórcy, przyszedł on. Tajemniczy gość, który zabrał go ze sobą tutaj. W miejsce, gdzie jego ostatnie "dobre" uczucie odrodziło się. I teraz nie słabło, choć dziewczyna nawet nie zdawała sobie sprawy z jego obecności.

Za to on sam właśnie zdał sobie sprawę z czyjeś obecności. Nie było to zbyt trudne biorąc pod uwagę fakt, że ów ktoś zasłonił mu widok na domek w jaskini. Jedyne co teraz widział to powierzchnia skórzanego płaszcza. Zmniejszył przybliżenie szkieł by ogarnąć wzrokiem całą postać.

- "Witaj" - Veidrik uśmiechał się szczerząc zęby - "Co tam? Jak życie?"

- "Ty? Jak?" - w głosie wojownika zabrzmiało zdziwienie. Mniej więcej jakby zobaczył ducha - "Czego chcesz?"

- "Jesteś nieprzydatny przyjacielu. Cały czas siedzisz w jakiś krzakach, czy za jakąś skałą i śledzisz tą biedną wampirzycę…" - usiadł na wyciągniętym spod płaszcza fotelu - "To chore…"

- "Miłość jest według ciebie chora?" - przekrzywił głowę.

- "Zależy jaka" - zaśmiał się krótko - "A masz świadomość, że ona jest już tak jakby zajęta?"

- "Ten związek jest zły!"

- "A ty jesteś nietolerancyjnym homofobem…" - czarnowłosy pokręcił głową z dezaprobatą - "Wstydź się!"

- "Nieto… Kim?" - słodyczanin przekrzywił się w drugą stronę.

- "Nieważne…" - westchnął mężczyzna - "Zostałeś określony jako możliwe niebezpieczeństwo dla sprawy. Zostaniesz unieszkodliwiony."

Toffiblade nie czekał na ruch Veidrika. Wyszarpnął z pochwy na plecach prosty, jednostronny miecz i zadał cios. Cięcie, które powinno przeciąć fotel i siedzącego na nim mężczyznę na dwoje. Oczywiście jedyną rzeczą jaka została rozpołowiona był nieszczęsny mebel. Czarnowłosy upadł na tyłek, po czym odepchnął się rękami od ziemi i kopnął przeciwnika ciężkim butem w klatkę piersiową. Słodyczanin odleciał do tyłu. Podniósł się z pewnym trudem i zaczął uciekać.

- "Tchórz!" - Veidrik pogroził mu pięścią - "I tak nie uciekniesz karmelowy cwaniaczku! Zepsuł mi fotel skurczybyk…" - mruknął.


- "Tree Trunks chyba mnie nie lubi…" - mruknęła Carroll. Razem z Finnem i Jake'iem wracali do fortu na drzewie.

- "Wkurzyła się, bo nie chciałaś ciasta" - pies wzruszył ramionami - "Widocznie uważa to za zniewagę, czy coś…"

- "Zastanawialiście się kiedyś jak Raggedy Princess szyje?" - zapytał po chwili blondyn. Reszta popatrzyła na niego nieco zaskoczona.

- "Ty… Rzeczywiście…" - Jake podrapał się po głowie.

- "Może szyje… Bo ja wiem? Ustami?" - zaproponowała nimfa.

Rozmowę przerwała głośna szamotanina w krzakach nieopodal. Finn dobył przytroczonego do plecaka miecza. Po pełnej napięcia chwili z krzaków wyskoczył owinięta w zielone szmaty postać w masce. Biegła z wyciągniętym mieczem.

- "Z drogi!" - wrzasnął groźnym głosem kierując się w stronę Carroll. Zdawało się, że chce usunąć dziewczynę z drogi żelazem.

Młody bohater nie mógł na to pozwolić. Bez wahania rzucił się przed biegnącego i zasłonił nimfę oraz siebie własnym mieczem. Proste ostrze obcego uderzyło w metal broni chłopaka. Rozległ się głośny, przejmujący dźwięk, a nieznajomy wybił się do tyłu. Blondyn przeraził się nieco widząc nową szczerbę na swoim mieczu.

- "Kim jesteś?" - zapytał z przestrachem.

- "Mścicielem mały" - warknął wojownik - "Zabójcą winnych…"

Nikt nie spostrzegł czerni wylewającej się powoli z lasu. Coś nadchodziło…

- "To dlaczego nas atakujesz?" - krzyknął Finn.

- "Stoicie na mej drodze" - mężczyzna utrzymywał pozycję bojową. Miecz odbijał promienie zachodzącego słońca - "Nikt mnie nie zatrzymuje. Każdy kto próbuje, ginie."

- "Przekonajmy się!" - krzyknął bohater. Nimfa spojrzała na niego z wyraźnym niepokojem.

Chłopak zaczął biec w stronę przeciwnika. Po kilkunastu krokach wyskoczył zamachując się mieczem. Toffiblade zrobił unik, ale i tak dosięgnęła go stopa młodego. Zatoczył się lekko i od razu zasłonił przed kolejnym ciosem.

- "Dobry jesteś mały… I odważny" - mruknął - "Ale też głupi" - ściągnął z pleców karabin i wycelował.

Finn odskoczył do tyłu, upadł na plecy i zaczął się odczołgiwać. W momencie, w którym zabójca nacisnął spust, pomiędzy walczącymi pojawiła się ściana czerni. Kiedy ucichła seria z karabinu, powietrze wciąż wypełniał upiorny śmiech. Toffiblade zaczął się powoli cofać, ale szybko trafił na nieprzenikalną chmurę czarnego pyłu. Stojący przed nim Veidrik zaczął się powoli zbliżać. Przy okazji przestał się śmiać, ale za to na jego twarzy gościł nienaturalnie szeroki, paskudny uśmiech. "Mściciel" machnął mieczem, ale niewiele to dało. Czarnowłosy chwycił ostrze, wyrwał je właścicielowi z dłoni i pożarł. Podobnie zrobił z karabinem. W końcu chwycił szamoczącego się wojownika za gardło i przyciągnął do siebie.

- "Wybacz stary, ale niebezpieczny z ciebie typ" - powiedział, a następnie otworzył szeroko usta i zionął zielonym ogniem. Po kilku sekundach ciało słodyczanina rozpuściło się i spłynęło na ziemię. Czarne chmury opadły.

Veidrik odwrócił się do gapiącej się na to wszystko z szeroko otwartymi ustami trójki.

- "Co się tak patrzycie dzieciaki?" - zapytał - "Do domu! No już!" - powiedział, po czym sam odszedł z powrotem w las.

- "Dzięki za obronienie mnie Finn..." - Carroll cmoknęła go w policzek. Bohater zaczerwienił się potężnie.