Rozdział 6

- "Jeśli chcesz chodzić z nami na przygody, musisz umieć się bronić" - powiedział Finn kręcąc mieczem młynki w powietrzu.

Razem z Jakiem i Carroll spędzał czas przed drzewnym fortem. Nimfa wpatrywała się w chłopaka z płytkiej sadzawki. Miała na sobie nowe, uszyte z nieprzemakalnych materiałów, ubranie: krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem. Oczywiście w kolorach zielono-niebieskich. Pies za to siedział sobie na progu i jadł lody.

- "Coś tam potrafię…" - mruknęła dziewczyna, po czym wstała i wyszła na trawę. Machnęła ręką, a z jej dłoni z dużą prędkością wyleciał wodny pocisk. Przeleciał kilkanaście metrów i z cichym pluśnięciem zniknął w chwastach.

- "Nieźle, ale to trochę mało" - blondyn wpatrywał się w miejsce lądowania.

- "Hej, Finn!" - zawołała Carroll. Chłopak odwrócił się i zobaczył ją stojącą jedną nogą w sadzawce i rękoma wycelowanymi prosto w niego. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć został uderzony strumieniem wody. Ciecz wypompowana z sadzawki powaliła go na plecy i przeciągnęła kilka metrów po podwórku. Jego miecz poleciał gdzieś w bok.

Jake i nimfa wybuchnęli śmiechem. Finn, cały mokry, podniósł się z ziemi, otarł twarz i wycisnął wodę ze swej czapki.

- "To było… Algebraiczne!" - wykrzyknął unosząc ręce w górę - "Ale wciąż powinnaś mieć jakąś broń…"

- "Może poszukamy czegoś w jakiś podziemiach?" - zaproponował pies.

- "Świetny pomysł!" - ucieszył się chłopak - "Tylko… najpierw się przebiorę w coś suchego…"


- "Nie zabiję jej!" - pluszak przeleciał kilka metrów po ładnym łuku i odbił się od drzewa.

- "Ale to ona jest największym zagrożeniem…" - kontynuował przekonywanie.

- "Nie obchodzi mnie to!" - Veidrik podniósł zabawkę za gardło i spojrzał jej w "oczy" - "Chyba mam jakąś władzę w tej misji…"

- "Możesz tego nie zrobić, ale wtedy będzie źle… bardzo źle…"

- "Przecież i tak nic nie pójdzie stu procentach tak jak nam się podoba!" - warknął potrząsając maskotką - "A zresztą i tak będę to później poprawiał…"

- "Jak wolisz… Skoro nie dajesz się mi uczyć na błędach…"

- "Dość marudzenia" - czarnowłosy upchnął pluszaka pod płaszcz - "Wstał nowy dzień i trzeba się czymś zająć!"


Pośrodku niewielkiej, górskiej polany wznosiła się majestatyczna skała. Nie był to jednak zwykły, olbrzymi kawał kamienia, o nie! Skałę ktoś wykuł w kształt czaszki. Jej uzębiona paszcza była wejściem do ciemnej jaskini, a z oczodołów wypływały dwa strumyki wody. Z podmokłej ziemi dookoła wyrastały tylko marnie wyglądające chwasty i kości. Dużo kości. Żebra, łopatki, piszczele, czaszki… upiorna wystawa trupów.

Jake stąpał ostrożnie z wyraźnym obrzydzeniem na pysku. starał się w nic nie wdepnąć, ale wśród ciamkania błocka wciąż słychać było trzaski łamanych kości. Siedzący na grzbiecie psa Finn i Carroll nie mieli lepszych min niż ich wierzchowiec. W końcu zatrzymali się na nieco stabilniejszym gruncie tuż przed wejściem. Jake skurczył się pozwalając wcześniej zejść swym towarzyszą. Blondyn wyciągnął z plecaka lampę naftową z systemem lusterek i wygodnym uchwytem na szczycie oraz starą, prawie pustą zapalniczkę. Z trudem wykrzesał ogień i zapalił knot lampy. Otchłań przed nimi zalało niezbyt mocne światło.

- "Wszyscy gotowi?" - bohater obejrzał się na swego brata oraz nimfę. Skinęli głowami.

Cała trójka ruszyła w ciemność jaskini. Po wilgotnym podłożu walało się więcej starych kości oraz przerdzewiałe zbroje, kolczugi i broń. Wszystko rozpadało się pod byle dotykiem. Ze sklepienia skapywały krople wody. Po ścianach, między dziwacznymi grzybami spływały cieniutkie strumyki. Zimne powietrze ciągnęło z głębin.

Przyjaciele szli przez kilka godzin nie natrafiwszy na nic ciekawego. Tylko więcej trupów, rdzewiejącego żelastwa i wody. Ubranie Finna i sierść Jake'a były już dokładnie przemoczone. Było im zimno i czuli się nieswojo. Carroll czuła się niewiele lepiej. Pasowało jej co prawda otoczenie wody, ale kości tak przyjemnym towarzystwem już nie były.

Nagle usłyszeli coś. Nie żadne charakterystyczne coś, czy głośne coś. To było coś, który potrafiło się odróżnić od wszechobecnego kapania i samym swoim jestestwem wywołać gęsią skórkę. Dźwięk ten stawał się coraz głośniejszy i bardziej dokuczliwy. Zbliżał się, albo raczej to podróżnicy zbliżali się do niego. W pewnym momencie zobaczyli słabe światło w tunelu, a niepokojący dźwięk stał się wyraźny - przerodził się w mlaskanie i ciężki oddech. Kiedy po cichu podeszli bliżej ujrzeli dziwacznego stwora. Brudnego, z gnijącą od wilgoci skórą i szmatą, która była w podobnym stanie do ciała i służyła jako przepaska biodrowa. Wychudłe stworzenie wylizywało jakieś stare kości. Było tak chude, że nawet w słabym świetle lampy naftowej widać było wyraźnie kręgosłup, łopatki i wszystkie żebra. Z głowy nie wyrastał ani jeden włos.

Finn powoli podał lampę swemu bratu i chwycił za miecz. Syk wysuwanego ostrza sprawił, że potwór znieruchomiał i całkowicie bezdźwięcznie obejrzał się w stronę przyjaciół. Nad wielkim, zadartym pod górę nosem i malutkimi ustami bez warg znajdowały się olbrzymie, świecące blado ślepia. Stworzenie zaczęło się zbliżać powoli i bezgłośnie. Wpatrywał się w chłopaka i psa oczyma bez tęczówek i źrenic. Zdawało się, że nawet nie widzi nimfy.

Kiedy jego i dzierżącego miecz bohatera dzieliło tylko kilka metrów, zatrzymał się. Przez kilka długich sekund tylko bujał się na lewo i prawo. W końcu wystrzelił do przodu z wyciągniętymi pazurzastymi łapami. Chłopak zrobił szybki unik, odwrócił się i zadał cios. Jednak bestia była równie szybka. Została tylko draśnięta czubkiem miecza, co skwitowała przejmującym sykiem, dobiegającym z głębi gnijącej gardzieli. W tym momencie zaatakował Jake. Stwór nie miał już tyle szczęścia i trafiony powiększoną i ukształtowaną w młot łapą, uderzył w przeciwległą ścianę. Ku swemu zaskoczeniu nie spadł później na podłogę. Zaczął się szarpać w zimnym uścisku wypływających ze ściany wodnych kajdan. Stojąca kilka metrów dalej Carroll uśmiechała się z triumfem dotykając jednocześnie zimnej, wilgotnej skały. Finn podszedł do niego, zamachnął się i wykonał piękne cięcie. Obrzydliwy łeb bestii plasnął o podłoże, a chwilę później dołączyła do niego puszczona przez nimfę reszta. Przyjaciele stanęli nad trupem.

- "Co to było?" - zapytał pies.

- "Nie wiem, ale potwornie śmierdzi…" - skrzywił się chłopak. Spojrzał na dziewczynę - "To było matematyczne!" - przybili żółwika, po czym ruszyli dalej.


Ku swemu zadowoleniu Veidrik odkrył, że śnieg i lód w Lodowym Królestwie nie rozpuszcza się pod wpływem jego farby.

Przenosił teraz kolejną kulę śniegową przez okno góry Ice Kinga. Doturlał ją pod łóżko śpiącego właśnie starego maga. Stwierdziwszy, że ma wystarczająco dużo materiału zaczął lepić figurę. W kilkanaście minut powstał naturalnej wielkości lodowy władca. Czarnowłosy odsunął się nieco do tyłu i przez chwilę z uśmiechem podziwiał swe dzieło. Potem wyciągnął spod płaszcza puszki z farbą i dodał rzeźbie kolory. Kiedy skończył i położył na głowie figury prawdziwą koronę, zabrał się za smarowanie farbą po podłodze i ścianach pomieszczenia. W krótkim czasie powstały kolorowe freski przedstawiające najróżniejsze duchy i upiory. Zadowolony ze swoich malunków mężczyzna pokiwał głową szczerząc jednocześnie zęby i wyskoczył przez okno.


Przyjaciele nie spotkali już więcej dziwnych stworów. Było tylko coraz więcej kości, wody i żelastwa. Napotykali już nawet wielkie stosy czaszek, które wyglądały jakby ktoś ułożył je z jakimś przerażającym zamysłem. Jaskinia przestawała już przypominać bezładną kryptę niezliczonych rzeszy wojowników. Teraz kojarzyła się tylko z wielkim muzeum śmierci. Olbrzymie, ciągnące się po sklepienie coraz wyższych pieczar, kupy kości, szkielety poprzybijane do ścian przerdzewiałą bronią, czy nawet upiorne, sklecone ze szczątków rzeźby.

Finn, Jake i Carroll szli ciasną formacją, prawie stykając się ramionami. Pies trzymaną w drżącej ręce lampą oświetlał kolejne ohydne eksponaty. W pewnym momencie ich oczom ukazało się wielkie, podziemne jezioro wypełnione krystalicznie czystą wodą. Nie było w nim ani jednej, najmniejszej kosteczki. Jakby ktoś umyślnie je czyścił z najdrobniejszego brudu. Nawet widoczne z brzegu dno było tylko nagą skałą. Nie widać było też żadnych żywych stworzeń. Podróżnicy zbliżyli się ostrożnie do wody, która zdawała się nawet promieniować delikatnym blaskiem. Zaciekawiona nimfa nachyliła się i dotknęła powierzchni palcem.

W tym momencie zatrzęsła się ziemia, a z przeciwległego brzegu dobiegł ogłuszający ryk. Olbrzym w pordzewiałej zbroi dźwignął się z kościanego tronu. Słychać było jak trzeszczą mu gnaty pod nadgniłą skórą. W pozbawionej pancerza prawicy dzierżył skleconą z kości, kilkumetrową buławę.

- "Jak śmiecie zanieczyszczać moje jezioro śmiertelnicy?!" - niski, ponury głos dobiegł z przegniłego gardła - "Jak śmiecie zakłócać spokój Zbieracza Kości?!"

Finn tylko się zaśmiał i dobył miecza. Jake odłożył lampę na jeden ze stosów czaszek i uniósł powiększone pięści. Carroll wskoczyła do jeziora, znikając w głębinie i wywołując kolejny wściekły ryk.

Gigant w kilka kroków obszedł zbiornik wodny i znalazł się tuż przy braciach. Zamachnął się buławą. Zanim padł cios, Jake podniósł młodego bohatera na wysokość przeciwnika. Blondyn skoczył na niego i ciosami miecza zerwał kilka kawałków zbroi. Pies w tym samym czasie zrobił zgrabny unik przed opadającą buławą, ale fala uderzeniowa rzuciła nim o skałę, sprawiając, że stracił przytomność. Chłopak krzyknął coś niewyraźnie i stojąc na wielkim barku zaczął z całej siły okładać hełm olbrzyma. Ten nie robił sobie z tego wiele. Chwycił natręta i cisnął nim o kupę kości. Zaśmiał się triumfalnie.

- "A teraz wzbogacicie moją kolekcję!" - huknął odkładając buławę na bok. Zza paska wyciągnął nóż, który z ludzkiego punktu widzenia był sporym mieczem.

Nagle coś przykuło jego uwagę. W centrum jeziora woda potężnie bulgotała. Po chwili zaczęła się powoli wypiętrzać. Ze zbiornika wstawał ogromny, wodny golem. W środku jego klatki piersiowej unosiła się mała nimfa.

Z dłoni wodnego konstruktu wystrzelił strumień pod wielkim ciśnieniem, który zgruchotał buławę w drzazgi. Zbieracz Kości zawył wściekle i zaatakował. Zwarli się w walce, próbując się nawzajem przewrócić. Słabe kości giganta nie dał jednak rady masie cieczy. Jego ręce pękły głucho, pozostawiając go całkowicie bezbronnym. Golem zmiażdżył jego klatkę piersiową. Bestia padła na zimną, mokrą podłogę jaskini, a z jej trzewi zaczęło wysypywać się złoto.

Carroll wypłynęła z jeziora, w które chwile wcześniej przemienił się wodny olbrzym. Ocuciła Finna i Jake'a wodnymi pociskami. W trójkę zbliżyli się do olbrzymiego cielska. Nimfa nachyliła się nad wysypującym się skarbem i wyciągnęła złoty trójząb. Był ozdobiony błękitnymi kamieniami szlachetnymi i miał na całej długości wygrawerowane tajemnicze znaki.

- "Wygląda na to, że znalazłaś swoją broń" - chłopak zajrzał jej przez ramię - "I dzięki za ratunek…"

- "Nie ma za co" - przytuliła go - "Bałam się, że cie załatwi…"

- "Nie tak łatwo mnie uszkodzić" - zaśmiał się - "A… tak właściwie jak pokonałaś tamtego typka?"

- "Jeziorem" - uśmiechnęła się beztrosko i cmoknęła blondyna w policzek. Odeszła na kilka kroków i zaczęła bawić się trójzębem.

- "Stary!" - zawołał zachwycony Jake - "Ten potwór jest dosłownie wypchany skarbami! Pomóż mi zbierać."

Finn podszedł i zaczął przerzucać monety, biżuterię i drogie kamienie do torby jaką jego brat zrobił z rozciągniętej fałdy skóry. Znaleziony między sztabami żółtego kruszcu, piękny, szeroki miecz z radością umieścił w miejscu poprzedniego, który zgubił podczas walki. Kilka minut wspólnego wysiłku później bracia przerzucili już prawie cały skarb.

- "Hej! Spójrzcie na to!" - odwrócili się słysząc wołanie Carroll. Dziewczyna trzymała swą nową broń w wyciągniętej ręce, celując w jezioro. Powoli uniosła trójząb, a z powierzchni wody oderwała się podążająca za szpicem broni kula. Wycelowała w kościany tron, a wodny pocisk wystrzelił. Mebel zmienił się w chmurę brudnego pyłu i kupę pogruchotanych szczątków, a nimfa spojrzała na przyjaciół z uśmiechem.

- "Łał…" - westchnął Finn - "To coś wzmacnia twoje moce!"

- "To jest świetne!" - zaśmiała się dziewczyna. Okrężnym ruchem wytworzyła niewielki wir na środku jeziora.

- "Możemy się zbierać" - zakomunikował pies dorabiając sobie dwie dodatkowe kończyny i ruszając w kierunku wyjścia.


- "Mógłbyś ze mnie zejść?" - zapytał Gumball Guardian budząc siedzącego na jego głowie mężczyznę z drzemki.

- "Aż tak ci przeszkadzam?" - zapytał Veidrik przeciągając się. Wyciągnął spod płaszcza kubek z czymś świecącym na zielono i zaczął powoli pić.

- "Eee… Tak" - odpowiedział swym robotycznym głosem strażnik.

- "Maruda" - mruknął czarnowłosy. Wstał i dokończył radioaktywny napój, po czym schował kubek pod płaszcz - "Skoro tak nalegasz, to się wynoszę."

Skoczył w stronę ulic Candy Kingdom. Tuż nad ziemią zmienił się w dym i zmaterializował kilka metrów dalej. Zaczął przechadzać się spokojnym krokiem po chodniku. Słodyczanie mijali go z niepokojem na cukrowych twarzach. Przechodził obok zarośniętych słodkimi drzewami parków i zbudowanych z ciasta cukierni i piekarni. Obok cukrowego komisariatu, zza którego okna obserwował go Root Beer Guy. Obok zbudowanych ze słodyczy, misternie zdobionych kamieniczek w centrum. W końcu obok Bramy do pałacu o pastelowych ścianach. Tam zaczepili go bananowi strażnicy. Dwóch żółtych półgłówków uzbrojonych w włócznie.

- "Obywatelu! Proszę okazać dowód przynależności do Candy Kingdom lub zezwolenie na wstęp za mury" - odezwał się jeden z nich swym śmiesznym głosikiem.

- "Co wy na to, żebyśmy zagrali w grę?" - zaproponował Veidrik uśmiechając się złośliwie.

- "Eee… Dobra" - zgodził się jeden.

- "A w jaką?" - zapytał drugi.

- "Kto dłużej wytrzyma" - odpowiedział czarnowłosy chwytając obydwie włócznie.

Metal zaczął powoli się rozgrzewać. Zmieniały się też głupkowate miny bananów. Po jakieś minucie pierwszy z nich puścił. Niedługo później zrobił to też następny. Obydwaj patrzyli zszokowani jak ich broń zaczyna się robić czerwona i tracić kształt. Po kilku chwilach mężczyzna otrzepał ręce z resztek rozpuszczonego metalu. Pod jego nogami świeciły dwie kałuże.


Po powrocie do fortu Jake zrzucił skarby na zalegający w jednym z pomieszczeń stos i ruszył zrobić kolację. Finn poszedł już drugi raz tego dnia założyć suche ubranie, a Carroll przebrała się w swoją za dużą, niebieską pałatkę.

- "Jeszcze to nosisz?" - zapytał Jake kiedy wyszła z łazienki.

- "Przyzwyczaiłam się" - odpowiedziała z uśmiechem - "Mógłbyś zrobić mi herbatę?"

- "Nie ma problemu" - wstawił czajnik na piec.

- "Kto chce pograć?" - w pomieszczeniu pojawił się BMO z kontrolerem w łapce.

- "Ja!" - zawołał schodzący po drabinie blondyn. Niedźwiedzia czapka była zbyt mokra, więc jego włosy spływały sobie swobodnie na ramiona. Posadził robocika na stole i usiadł na kanapie przed nim.

- "Ja sobie tylko popatrzę…" - powiedziała nimfa dosiadając się obok - "Wolę nie spowodować jakiegoś zwarcia, czy coś…"

Chwilę później Jake przyniósł herbatę dla dziewczyny i kanapki dla siebie i brata. Zaczęli jeść. Finn obserwował z fascynacją jak brązowy płyn spływa przez przejrzyste gardło Carroll. Nimfa, spostrzegłszy to uśmiechnęła się, a jej policzki zrobiły się nieco ciemniejsze.


Trzynastoletnia, ruda dziewczyna siedziała pod drzewem i gryzła ukradzioną rano bułkę. Miała na sobie stare, brudne ubranie: długą brązową tunikę i szary kaptur. Była bosa i miała skórę w kolorze brzoskwini.

Dwa tygodnie wcześniej uciekła z Miasta Złodziei. Miała ku temu kilka powodów. Jak choćby to, że za dobrze ją już tam znano i najlepsze sztuczki przestały już wychodzić. A przez ostatnie lata i tak musiała się nauczyć wielu nowych, bo choć wciąż była dość niska, to nie przypominała już dziecka, które mogło wmawiać naiwnym podróżnym, że skradziono jej koszyczek, czy buciki. Właściwie teraz było jej nawet łatwiej. Mimo, że miała ledwo trzynaście lat na karku, to wyglądała całkiem ładnie. Na jej szczęście rasa, jakiej przedstawicielką była, traciła z biegiem lat szerokie policzki. Wielu mało rozgarniętych dało jej się zauroczyć i oskubać co do ostatniej złotej plomby.

Wkrótce miał dołączyć do nich kolejny. Mężczyzna w czarny, skórzanym płaszczu zbliżał się powoli leśna drogą. Zdawało się, że gada coś do siebie, ale przestał gdy zbliżył się na tyle blisko by dziewczyna coś usłyszała. Rudowłosa podniosła się z mchu i pomachała do czarnowłosego uśmiechając się szeroko.

- "Proszę pana!" - zawołała - "Mógłby mi pan pomóc?"

Zatrzymał się i odwrócił gwałtownie głowę w jej stronę. Jego kark wydał głośny chrzęst.

- "Nie" - uśmiechnął się nienaturalnie szeroko, ukazując przy okazji szpiczaste zęby.

- "Nie pomoże pan biednej dziewce?" - zapytał niezrażona zachowaniem obcego. Podeszła do niego i spojrzała błagalnie.

- "Nie" - burknął i zaczął iść dalej.

Złodziejka nie poddała się. Przeszła za jego plecami i chwyciła za ramię z drugiej strony.

- "Oddaj…" - westchnął Veidrik.

- "Co?" - udała zdziwioną.

Chwilę później nie musiała już udawać. Coś trzasnęło ją lekko w tył głowy i wyciągnęło pluszowego jaszczura z torby. Maskotka zmieniła się w czarny pył i zniknęła pod połą płaszcza.

- "Taki duży, a bawi się pluszakami?" - szybko zmieniła taktykę.

- "Nie boisz się?" - czarnowłosy nie zareagował na złośliwość.

- "Czego niby?" - zapytała z lekkim zaskoczeniem - "Widziałam dziwniejszych typków…"

- "Pewnie chciałaś ukraść też mój płaszcz…" - mruknął.

- "Eee… no… tak…" - nie okazała po sobie żadnego wstydu.

Mężczyzna bez słowa podwinął rękaw. W połowie przedramienia kończyło się ciało. Dalej była kość pokryta jakimiś nędznymi resztkami mięsa, zielonkawymi żyłkami i czarnym pyłem.

Rudowłosa nieco teatralnie rzuciła się do najbliższych krzaków, gdzie pozbyła się z żołądka zjedzonej niedawno bułki. Po drodze niby niechcący otarła się o Veidrika.

- "Oddaj…" - westchnął po raz kolejny.

- "Jakim cudem poczułeś?!" - zapytała gdy skończyła karmić zarośla i odwróciła się z powrotem do rozmówcy. W lewej ręce trzymała maskotkę.

Czarnowłosy odebrał swą własność i trzasnął dziewczynę po głowie. Upchnął pluszaka pod płaszcz i ruszył szybkim marszem w dalszą drogę.

- "Dlaczego tak ci zależy na tej zabawce?" - młoda złodziejka wciąż nie odpuszczała.

- "Dlaczego za mną leziesz?" - zapytał nawet się nie odwracając.

- "A co? Zabronisz mi?" - zaśmiała się.

- "Jak się nazywasz?" - spytał obojętnym tonem.

- "Powiem jak dasz mi bułkę."

- "Bułkę? Dlaczego akurat bułkę?"

- "Bo przez ciebie ostatnią zostawiłam w krzakach" - wyszczerzyła się.

- "Łap" - czarnowłosy wyciągnął pieczywo spod płaszcza i rzucił za siebie - "Jak więc się nazywasz?"

- "Penny" - powiedziała po czym wgryzła się w pieczywo.

- "Tak więc…" - Veidrik nabrał powietrza i odwrócił się gwałtownie - "Penny, zabraniam ci iść za mną" - ruszył żywo przed siebie, nie zważając na to, że idzie w całkowicie przeciwnym kierunku.

- "Hej! Nie szedłeś przypadkiem tam?" - zapytała dziewczyna doganiając go i łapiąc go za ramię.

- "Nie" - odburknął - "I oddawaj pluszaka."

- "Nie znasz się na żartach…" - westchnęła i oddała zabawkę.

- "Jeśli jeszcze raz go ukradniesz, odetnę ci dłoń" - powiedział ze złośliwym uśmiechem czarnowłosy.

- "Hehehe… Żartujesz, prawda?" - zapytała lekko zaniepokojona Penny - "To był żart?"

- "Tak."

- "To po co ci ten nóż?"

- "Jaki nóż?"