Rozdział 7

Walące się, tysiącletnie budynki od zawsze napawały mieszkańców Ooo grozą. Wysokie, puste bloki mieszkalne, obserwujące podróżnych ślepiami wybitych okien. Kiedy był tutaj ostatnim razem, dziesięć lat temu, zostawił coś. Jednak ściana, na której wymalował swą ukochaną już nie istniała. Jej gruzy leżały wśród innych, na nawiedzanych czasem przez upiory z przeszłości ulicach wymarłego osiedla.

Dziesięć lat temu kogoś też tu spotkał. I nie chodziło o białowłosego magika, a o tajemniczą kobietę. Tajemniczą kobietę, która przestała być tajemnicza już dawno. Kilka lat wcześniej pojawiła się w Candy Kingdom z dziwnym zegarkiem zawieszonym na szyi i workiem artefaktów. Poprosiła Princess Bubblegum o pomoc w uwolnieniu Simona z klątwy korony. Królewna, mająca odruchy wymiotne na choćby wspomnienie sytuacji, w których była zamknięta za lodowymi kratami, zgodziła się bez wahania. Badania szły w dobrym kierunku i zapowiadało się na to, że już wkrótce władza korony zostanie przełamana.

Veidrik uśmiechnął się pod nosem. Wciąż zastanawiał się po co właściwie znów tutaj przyleciał. Żeby przypomnieć sobie ukochaną? Żeby wspominać wojnę? Nienawidził wspomnień.

Odwrócił się na pięcie i odleciał w chmurze czarnego pyłu w kierunku pobliskiego lasu. Wylądował przy starym, zmutowanym dębie i zaczął iść powolnym, spacerowym krokiem w sobie tylko znanym kierunku. Nagle jakiś cień przemknął tuż obok niego i prawie bezgłośnie zniknął w pobliskich krzakach.

- "Czy ty kiedykolwiek się ode mnie odczepisz?" - westchnął ciężko odwracając się w tamtym kierunku.

- "Gdzie masz pluszaka?" - zapytała ze zdziwieniem piękna, rudowłosa dziewczyna w szaro-brązowym ubraniu, która właśnie wyszła z krzaków.

Czarnowłosy ze złośliwym uśmieszkiem uniósł ciemnozielony T-shirt noszony pod płaszczem. W jego pustej klatce piersiowej, za palisadą pokrytych czarnym pyłem żeber znajdowała się znajoma maskotka. Dziewczyna zwróciła swoje śniadanie w zarośla, z których przed chwilą wylazła. Nie przyzwyczaiła się do tego przez dziesięć lat i nie było najmniejszych szans by udało się to przez dziesięć następnych.

- "Znów jesteś mi winny coś do jedzenia…" - wymamrotała ocierając nieco zzieleniałą twarz.

- "Nie jestem ci nic winny" - zaśmiał się - "To ty pytałaś o pluszaka."

- "Mogłeś powiedzieć…" - uderzyła go po przyjacielsku w ramię - "A nie… pokazywać…" - potrząsnęła głową z wyraźnym obrzydzeniem.


- "Jake!" - zawołał Finn - "Idziesz poszukać jakiś potworów, którym można by skopać tyłki?"

Choć bohater miał już dwadzieścia pięć lat, to niewiele się zmienił. Wciąż był beztroskim poszukiwaczem przygód. Nawet jego ubranie było takie same. No może poza nieco większym rozmiarem i przeznaczonym na gęsty zarost wycięciem w czapce.

- "Sorry stary" - głos psa dobiegł z głębi fortu - "Wczoraj biegaliśmy po lesie całą noc… Spać mi się chce…"

- "A może ty Carroll?" - zapytał siedzącą na kanapie nimfę. Miała na sobie swoją ulubioną pałatkę i właściwie przez ostatnią dekadę wcale się nie zmieniła. Wciąż była niska, a połowę jej uroczej twarzy zasłaniała grzywka.

- "Przykro mi kochanie" - odpowiedziała - "Nie czuję się dziś za dobrze…"

- "Eh… Szkoda" - blondyn nieco się zasmucił - "No nic… Przejdę się sam…" - westchnął i ruszył do drzwi. Po drodze chwycił za miecz i umieścił go w pochwie przy plecaku.

Wyszedł na trawę rozległej równiny Grasslands. Zaczął brnąć wśród wysokich źdźbeł krainy, której od osiemnastego roku życia, z nadania Princess Bubblegum, był władcą. Sama kraina należała jednak do terytorium Candy Kingdom, więc Finn pełnej władzy nie posiadał.

Wkrótce wszedł w las. Wysokie drzewa rzucały chłodny cień. Bardzo pożyteczna rzecz przy tak słonecznej pogodzie. Jednak wciąż było gorąco, a wszędzie dookoła panował wręcz nienaturalny spokój. Głośny ryk, który doszedł do uszu bohatera kilka godzin później wywołał uśmiech na jego twarzy. Natychmiast przyśpieszył i już po kilku minutach wybiegł na niewielką polanę. Przy ciemnej ścianie lasu naprzeciw stał wielki przypominający nieco wilka stwór pokryty czarnym futrem. Gdy tylko zobaczył blondyna obnażył długie, żółte zębiska i zaczął warczeć.

Finn dobył szeroki, znaleziony już dawno w pewnej upiornej jaskini miecz i machnął popisowego młyńca. Potwór nie czekał na dalsze kroki napastnika. Rzucił się z wyciągniętymi pazurami, chcąc przygnieść bohatera do ziemi. Chłopak nie uciekał. Wyskoczył w stronę bestii, wbijając jej ostrze w pierś. Stwór wydał dźwięk, który był czymś pomiędzy westchnieniem, a jęknięciem, po czym skonał. Blondyn zaparłszy się nogą, wyrwał miecz ze zwłok i wytarł go o futro potwora. Oparł się o broń i z zadowoleniem obejrzał padłą bestię.

- "Finn!" - odległe nawoływanie zwróciło jego uwagę. Odwrócił się w poszukiwaniu krzyczącego. Pomiędzy drzewami zauważył żółtą postać.

- "Jake?" - zawołał - "Tu jestem!"

Chwilę później pies dobiegł do niego. Dyszał ciężko, ale był szczęśliwy.

- "Co jest brachu?" - zapytał człowiek.

- "Stary… musisz iść… ze mną…" - wydyszał.

- "Dokąd? Co się stało?"

- "Finn… zostałeś… ojcem…"

- "Coo?" - głos bohatera wydał się dziwnie piskliwy.


Marcelina siedziała na różowym łóżku i grała na swym basie. Towarzyszyło jej ciche tykanie różowego budzika wiszącego na różowej ścianie. Powoli wchodziła w stan, w którym była gotowa coś stworzyć.Przed jej zamkniętymi oczami układały się słowa i nuty nowej piosenki.

Nagle coś wyrwało ją z tego pięknego transu. Różowa monarchini wpadła przez drzwi do pomieszczenia i rzuciła się do wampirzycy. Czarnowłosa zdążyła w ostatniej chwili odłożyć bas. Potem została mocno przytulona przez królewnę.

- "Udało się, udało się, udało się!" - powtarzała z triumfem.

- "Co się udało?" - zapytała zaskoczona Marcelina - "Uspokój się trochę Bonnie!"

- "Mamy antidotum dla Simona!" - wykrzyknęła z radością.

- "Co?!" - wampirzyca uniosła się w powietrze ściskając i całując różową - "To wspaniale! Kiedy będzie można je użyć?"

- "W każdej chwili."

Nagle usłyszały pukanie do drzwi. Opadły na łóżko.

- "Proszę!" - zawołała królewna.

- "Wasza wysokość!" - zawołał od drzwi Peppermint Butler. Po dziesięciu latach wciąż nie mógł przyzwyczaić się do obecności czarnowłosej, więc po prostu ją ignorował - "Pani Carroll rodzi…"

- "Co?!" - zapytały w tym samym momencie obydwie kobiety.


Veidrik siedział na wygodnym, porośniętym mchem pieńku. Jadł właśnie kawałek pieczonego mięsa. Upiekł je sam, nad własnym, zielonym ogniem, więc zdążyło złapać sporo rentgenów. Mężczyźnie oczywiście to nie przeszkadzało. Jedyną rzeczą jaka mu przeszkadzała była obecność rudowłosej złodziejki, która siedziała kilka merów od niego i w skupieniu wcinała jabłko. Czarnowłosy wzdrygał się przy każdym głośniejszym chrupnięciu.

- "Pokazać ci co dziś ukradłam?" - zapytała nagle Penny.

- "Jabłko?" - odparł obojętnie.

- "Też…" - mruknęła - "Ale zobacz to!" - wyciągnęła coś owiniętego w szmatę ze swojej poprzecieranej torby.

Kiedy materiał opadł oczom Veidrika ukazała się kryształowa czaszka. Z jej oczodołów wydobywał się słaby blask.

- "Skąd to wzięłaś?" - zapytał odgryzając kolejny kawałek mięsiwa.

- "Z chaty jakieś wiedźmy" - odpowiedziała z dumą.

- "Wyrzuć to" - powiedział spokojnie - "Jest przeklęte."

- "Jesteś pewien?" - spojrzała z żalem na drogocenny przedmiot.

Czarnowłosy westchnął i wyjął czaszkę z ręki dziewczyny. Odszedł kawałek w las i rozpuścił przedmiot w dłoniach. Z błyszczącej kałuży wystrzeliły fioletowe upiory i uderzyły w mężczyznę powalając go na ziemię. Penny westchnęła z przerażeniem i podbiegła do Veidrika.

- "Nic ci nie jest?" - zapytała ze strachem w głosie.

- "Nie…" - mruknął czarnowłosy dźwigając się z trudem do pozycji siedzącej - "Mocna klątwa…"

- "Bałam się, że coś ci się stało" - rudowłosa przytuliła go nagle. Mężczyzna wydał się zaszokowany.


Rozpędzony, niebieski kształt przemknął przez bramę Candy Kingdom, wprawiając bananowych strażników w osłupienie. Biegnąc przez kolorowe, cukrowe dzielnice kierował się do szpitala. Już dawno zostawił swego przybranego brata w tyle. W końcu dopadł drzwi budynku z symbolem czerwonego krzyża na ścianie. Wpadł do środka, strasząc przy okazji pielęgniarkę. Słodyczanka jednak szybko się uspokoiła i bez żadnych pytań pokazała mu drogę. Finn popędził do wskazanej sali. Przed drzwiami uspokoił oddech i powoli wszedł.

Stojące przy łóżku Marcelina i Bonnibel uśmiechnęły się do niego i odsunęły się ukazując Carroll trzymającą malutkie zawiniątko. W białym kocyku leżało dziecko, wyglądające jak ludzkie.

Blondyn ukucnął przy łóżku, pocałował nimfę w policzek i uśmiechnął się do bobasa.

- "To chłopiec" - powiedziała dziewczyna - "Jak go nazwiemy?"

- "Może…" - bohater zastanowił się przez chwilę - "...Viro?"

- "Podoba mi się."


Pomiędzy ciemną ścianą lasu, a polem pszenicy wiodła wąska dróżka. Rzadko ktokolwiek z niej korzystał - była porośnięta najróżniejszymi chwastami i straszliwie nierówna. Szły nią dwie osoby. Mężczyzna w czarnym płaszczu i niewysoka rudowłosa dziewczyna.

- "Zobacz!" - Penny wskazała budynki pobliskiego gospodarstwa - Myślisz, że mają tam coś dobrego do jedzenia?

- "Co ty taka ostatnio zżarta?""\ - zapytał Veidrik. Złodziejka zjadła tego dnia już kilka dużych jabłek, bochen chleba i spory kawałek sera.

- "Po prostu mam apetyt" - pokazała mu język.

- "Przestaniesz kiedyś kraść?"

- "Nie" - zaśmiała się - "A dlaczego miałabym?"

- "Nie ma sensu z tobą dyskutować" - machnął z rezygnacją ręką.

Dziewczyna zinterpretowała ten gest jako przyzwolenie na rozpoczęcie akcji i z uśmiechem na ustach pobiegła przez pole. Czarnowłosy tylko pokręcił głową i dalej mierzył dróżkę powolnym krokiem.

Minęło kilka minut, a złodziejka wciąż nie wracała. Mężczyzna uniósł wzrok na zabudowania i w tym momencie usłyszał strzał. Okoliczne ptactwo poderwało się do lotu z głośnym szelestem piór i listowia. Veidrik zmienił się w chmurę dymu i popędził ku farmie. Wpadł do spichlerza, z którego słychać było skrzekliwy głos. Beznosy, chuderlawy wieśniak o zielonkawej skórze celował z dwururki do klęczącej w kałuży krwi złodziejki i wrzeszczał coś niezrozumiale. Penny trzymała się za brzuch, a obok niej leżała okrwawiona gruszka. Typek z bronią zauważył czarnowłosego i przeniósł lufę w jego stronę. Jednak zanim nacisnął spust jego strzelba zmieniła się w czarny pył, który zaczął latać po pomieszczeniu. Powoli wszystko dookoła zaczynało się rozsypywać. Skrzynki z owocami, worki z mąką, ściany… Nawet sam farmer.

Veidrik zbliżył się do rudowłosej i nachylił się nad nią. Dziewczyna z trudem uniosła głowę. Uśmiechała się łobuzersko. Zaraz potem osunęła się bez życia prosto w ramiona mężczyzny.

Burza czarnego pyłu ogarniała całe gospodarstwo niszcząc wszystko na co natrafiła. Brodząc po pas w rozpadającym się powoli zbożu szedł czarnowłosy. Na rękach trzymał zakrwawione ciało młodej złodziejki. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.


- "Finn, proszę skup się" - powiedziała Princess Bubblegum do bujającego się na krześle bohatera - "Rozumiem, że się cieszysz i, że to nie jest najlepszy moment na poważne narady, ale potrzebujemy ciebie w tej akcji."

Poza tą dwójką, dookoła stołu siedzieli jeszcze Marcelina, Jake i Betty. Na środku blatu leżał niewielki amulet na cienkim łańcuszku. Niebieski kryształ w złotej klatce pokrytej tajemniczymi symbolami.

- "Postaram się…" - mruknął blondyn - "Ale do czego potrzebne jest aż tyle osób? Przecież Ice King jest nieszkodliwy."

- "Sam Simon rzeczywiście jest nieszkodliwy" - powiedziała królewna - "Ale nie wiemy jak zareaguje korona."

- "Mamy go przecież uratować, a nie dać się zmienić w lodowe statuy" - dodała Marcelina.
- "Ok… W takim razie co będziemy musieli zrobić?" - zapytał Jake.

- "Wystarczy, że założymy Simonowi ten amulet na szyję" - wyjaśniła Betty.

- "To będzie proste!" - ucieszył się bohater - "To kiedy wyruszamy?"


Nad wystający z lasu pagórek nadciągnęły ciężkie, prawie czarne chmury. Dorodną trawę porastającą łagodne zbocze miażdżyły żołnierskie buciory wspinającego się mężczyzny. Kiedy był już tylko kilka kroków od szczytu, ziemia w jednym miejscu zaczęła zmieniać się w ulatujący w powietrze pył, wytwarzając głęboki dół. Czarnowłosy złożył w nim przyniesione na rękach ciało rudowłosej dziewczyny. Kiedy to zrobi, pył powrócił, zmieniając się w ziemię i kamienie, które usypały mogiłę.


Piątka wyposażonych w ciepłe kurtki, amulet, topór basowy i pałkę przyjaciół wspinała się mozolnie lodowymi schodami do lodowej góry. Wspinaczkę utrudniała im śnieżyca, która rozpętała się niedawno i niezwykle nagle. Chmury, z których obficie sypał gęsty śnieg również nie były normalne. Wyglądały jak odlane z ołowiu - ciężkie i czarne. Promieniowały smutkiem i wściekłością.

Pingwiny się pochowały, a schody zrobiły się tak ślizgie, że ledwo dało się po nich iść. Wiatr odebrał Marcelinie możliwość latania i teraz pomagała wspinać się Princess Bubblegum. Jake rozciągnął się i owinął w pasie każdego z podróżników, zabezpieczając ich przed zgubieniem się w mlecznym, buzującym bezkresie dookoła.

I tak szli, aż w końcu po kilku nieskończenie długich chwilach, dopadli lodowej bramy. Wampirzyca zamachnęła się toporem i rozbiła blokującą ją od drugiej strony zasuwę. Przejście stanęło otworem i cała piątka z ulgą weszła do chłodnego pałacu Ice Kinga.

Otaczała ich zmarzlina w najróżniejszym stanie. Za wysokimi stalagmitami z lodu chowały się pingwiny. Normalnie pewnie próbowały by zatrzymać przybyszy, ale ta pogoda najwyraźniej je przerażała. Ruszyli kolejnymi schodami wykutymi w lodzie i dotarli do pokoju w którym Ice King spędzał większość swego dnia. Tam też go zastali. Siedział na podłodze i uspokajał głaskaniem kilka pingwinów. Kiedy tylko ujrzał przyjaciół poderwał się na nogi.

- "Witajcie przyjaciele!" - zawołał radośnie - "Co was przywiodło do mnie w taką pogodę? Mam urodziny? A może organizujecie u mnie jakąś imprezę?"

- "Eee… Ani to, ani to" - powiedziała z uśmiechem PB - "Mamy za to dla ciebie prezent" - wyciągnęła spod kurtki amulet.

- "Oooch! Nie trzeba…" - zamilkł nagle i zrobił dziwną minę. Korona na jego głowie zaczęła wibrować. Uniósł ręce i zaczął strzelać lodem.

Wszyscy rzucili się na boki, tylko Jake nie zdążył i skończył jako bryła lodu.

- "No świetnie" - mruknął ponuro. Zastygł w bardzo niewygodnej pozycji z wystającą tylko głową.

- "Simon! Uspokój się!" - krzyknęła schowana za lodowym słupem Betty. W odpowiedzi otrzymała tylko lodową błyskawicę, która zmieniła ścianę naprzeciw niej w eksponat godny muzeów sztuki współczesnej sprzed wojny.

Marcelina wykorzystawszy chwilę nieuwagi Ice Kinga skoczyła za zamrożonego psa i rozbiła lód jednym uderzeniem topora basowego. Chwyciła uratowanego za łapę i skryła się za perkusją. Usadowiła się w pozycji półleżącej i zaczęła grać spokojną melodię.

- "Co ty robisz?" - zapytał teatralnym szeptem Jake.

- "Uspokajam go" - odszepnęła nie przerywając gry.

Simon, jeszcze przed chwilą ciskający lodem, znieruchomiał. Odwrócił się w stronę wampirzycy, która właśnie wyleciała z ukrycia i obserwował ją lekko zaskoczony.

- "Czyli przyszliście ze mną pograć?" - zapytał jakby nigdy nic.

W tym momencie skoczył na niego żółty pies. Owinął się dookoła niego, pętając mu ręce i uniemożliwiając jakąkolwiek czynność. Finn również wyskoczył ze swej kryjówki i zamachnął się pałką, by ściągnąć koronę z głowy starca.

- "Nie!" - krzyknęła królewna - "Musi mieć ją na sobie!"

Podbiegła do króla i zarzuciła mu na szyję amulet. Obok niej pojawiła się Betty.

- "Jake, wypuść go" - poprosiła Bonnibel.

Uwolniony Ice King zaczął się trząść i upadł na podłogę. Wydając serię nieartykułowanych dźwięków zaczął się zmieniać. Jego plecy wyprostowały się, włosy zaczęły skracać, a broda znikać. Skóra wracała do ludzkiej kolorystyki, nos gwałtownie zmalał, a zęby straciły ostrość. Po pełnej napięcia chwili z zimnej podłogi podniósł się Simon Petrikov w przydużej, niebieskiej szacie, amulecie i koronie. Wyglądał na mocno zdezorientowanego.

- "Betty!" - zawołał z radością widząc ukochaną. Rzucili się sobie w ramiona - "Marcelina! Co się właściwie stało?"

- "Zrobiliśmy dla ciebie amulet który usuwa klątwę korony pozostawiając ci wszystkie jej moce" - odpowiedziała kobieta w okularach.

- "Czyli nie grozi mi śmierć…" - mruknął - "A co z tobą?"

- "Ja znalazłam takie coś" - pokazała wiszący na jej szyi zegarek. Wskazywał on wpół do dwunastej i nie ruszał wskazówkami ani o milimetr - "Zatrzymuje starzenie."

Simon pocałował swą ukochaną prosto w usta.

- "Przepraszam was za przerywanie tej pięknej chwili" - odezwała się po dłuższym momencie Princess Bubblegum - "Ale czy ta burza za oknem to twoja sprawka Simonie?"

- "Nie przypominam sobie" - podrapał się po głowie - "W ogóle ta burza jest strasznie niepokojąca…"

- "Całkowicie nie przypomina normalnych burz w Ooo…" - mruknęła Marcelina - "Na pewno nie jest naturalna…"

- "Masz rację" - odwrócili się na dźwięk znajomego, acz dawno nie słyszanego głosu. Veidrik siedział na parapecie, opierając głowę na rękach - "To nie jest normalna burza. To burza smutku i gniewu. To burza żałoby."

- "Eee… Co się stało?" - zapytała ostrożnie wampirzyca.

- "Straciłem dziś kogoś…" - mruknął ponuro - "Przyjaciółkę… A ten kto ją zabił… zmiotła go nawałnica" - na twarzy mężczyzny pojawił się zły uśmiech.

- "A kiedy się ta nawałnica skończy?" - zapytał niepewnie Finn.

- "Skończy się…" - czarnowłosy spojrzał mu prosto w oczy - "...kiedy się skończy."

- "O, stary!" - jęknął blondyn - "W domu czeka na mnie Carroll z dzieckiem!"

- "Słyszałeś?" - Veidrik zapytał wyciągniętego spod płaszcza pluszaka.

- "O… troszkę inaczej niż ostatnio…" - mruknęła maskotka, po czym została schowana z powrotem.

- "Wciąż z tym gadasz?" - zapytała Marcelina sadowiąc się pod jedną ze ścian. Zaczęła grać spokojną melodyjkę. Wkrótce dosiadła się do niej Bonnibel.

- "Tak… I nie zamierzam przestać przez następne 190 lat."

- "Czemu akurat tyle?" - zaciekawił się Finn, który razem ze swoim bratem zaczął wyjadać ciastka z otwartego plecaka.

- "Nie twój interes młody…" - mruknął czarnowłosy, po czym wstał i zaczął chodzić w kółko.

- "Ile właściwie masz lat przyjacielu?" - Simon odezwał się spod ściany. Obejmował przysypiającą nieco Betty.

- "Aktualnie coś koło tysiąca czterdziestu…" - mruknął mężczyzna po chwili zastanowienia.

- "Czyli wciąż jestem najstarszy" - westchnął były archeolog. Po chwili odwrócił się do Princess Bubblegum - "Królewno?"

- "Tak?" - monarchini oderwała wzrok od czarnowłosej.

- "Przepraszam cie za to co robiłem jak byłem… kiedy nie byłem sobą…" - powiedział - "Za te wszystkie porwania, zaloty i inne dziwne rzeczy…"

- "Wybaczam ci" - odpowiedziała z uśmiechem - "Zresztą to nie byłeś ty, tylko korona."

Nagle po komnacie rozniósł się głośny dźwięk pęknięcia. W rogu pomieszczenia Veidrik właśnie rozbił głową jeden ze stalagmitów.


Burza w końcu ustała. Ten fakt jednak nie uradował Carroll jakoś specjalnie. Wciąż czekała na Finna, który nie wracał ze swej misji od kilku długich godzin. Nimfa, dzięki normalnej dla żywiołaków wody, szybkiej regeneracji, mogła wyjść ze szpitala praktycznie zaraz po porodzie. Siedziała teraz na kanapie w drzewnym forcie z dzieckiem na rękach. Przed nią na stole usadowił się BMO i wpatrywał się w bobasa z fascynacją. Odkąd jego poprzedni podopieczny osiągnął dorosłość, robocik czuł, że stracił życiowy cel. Ale teraz pojawił się mały Viro, a z nim nadzieja na lata wspaniałej zabawy.

- "Wróciliśmy!" - rozgrzewający płynne serce Carroll głos odezwał się sekundę po trzaśnięciu drzwiami.

Finn wspiął się po drabinie i usiadł obok dziewczyny. Objął ją, pocałował i uśmiechnął się do dziecka. Jake ruszył w tym czasie do kuchni zrobić coś ciepłego do picia.