Rozdział 8
Z korony drzewa wieńczącego pałac Candy Kingdom wyrastał wysoki słup antenowy z cukrowej stali. Pomiędzy najróżniejszej wielkości czaszami anten wspinała się różowowłosa postać w różowym kombinezonie roboczym. Zaczepiła uprząż bezpieczeństwa o element konstrukcji, otworzyła jakąś skrzynkę z elektroniką i zaczęła w niej grzebać. Kiedy usłyszała znajomy głos drgnęła i prawie upuściła narzędzia.
- "Co robisz?" - zapytała z ciekawością lewitująca obok, czarnowłosa dziewczyna z szerokim kapeluszem na głowie.
- "Przestraszyłaś mnie!" - wrzasnęła królewna.
- "Wybacz" - zaśmiała się cicho Marcelina - "Co w takim razie tutaj kombinujesz?"
- "Montuję system wykrywania negatywnej magii…" - mruknęła ponownie skupiając się na pracy.
- "Myślałam, że ci bańkogłowi mają coś takiego wmontowane" - wampirzyca wskazała stojącego przy murze Gumball Guardian'a - "Zresztą robisz to chyba trochę za późno…"
- "Owszem mają zamontowany system wykrywania zła, ale to będzie miało większy zasięg i…" - przerwała i obejrzała się czarnowłosą - "Co rozumiesz przez "za późno"?"
- "Przez ostatnie lata jakoś nic nie atakowało Candy Kingdom" - odpowiedziała - "Lich zniknął, mój ojciec siedzi w Nocosferze, Maja już nie stanowi zagrożenia… Nawet Simon jest już całkowicie nieszkodliwy."
- "Może… Ale co jeśli istnieje jakieś zagrożenie, o którym nie wiemy?" - zapytała Princess Bubblegum nie przerywając pracy - "Albo inaczej… Co się stało z Lichem?"
- "Słyszałam, że zniknął w portalu… gdzieś tam…" - mruknęła Marcelina.
- "W portalu do przestrzeni międzywymiarowej, albo czymś w tym rodzaju" - poprawiła monarchini - "A co jak wróci? To strasznie potężne stworzenie… Może jakoś się wydostać…"
- "Myślę, że trochę za bardzo się przejmujesz…" - zaśmiała się wampirza królowa.
- "Ostrożności nigdy za wiele" - PB zatrzasnęła klapkę skrzynki elektrycznej i zaczęła chować narzędzia do kieszonek w kombinezonie.
- "Pomóc?" - zaproponowała Marcelina przelatując powoli obok w pozycji horyzontalnej.
- "Poproszę" - królewna zaczerwieniła się lekko.
Odpięła się od wieży i oddała w ramiona czarnowłosej.
- "Gdzie lecimy?" - zapytała wampirzyca.
- "Do królewskich komnat."
- "Znaczy do sypialni?" - uśmiechnęła się dziwnie.
- "Tak..." - odpowiedziała, po czym zaczerwieniła się potężnie - "Znaczy… eee…"
- "Cicho" - Marcelina cmoknęła ją w policzek i wleciała przez drzwi od balkonu. Postawiła ją na środku pomieszczenia i zbliżyła się do stojącego przy ścianie dużego komputera z wypukłym ekranem i grubymi kablami przebijającymi sufit - "Kiedy to się tu zdążyło pojawić?" - zapytała ze zdziwieniem - "Nie było mnie przez niecałe dwie godziny!"
- "To był spontaniczny pomysł" - mruknęła Bonnibel uruchamiając urządzenie.
Na ekranie pojawiło się kilka jasnozielonych okręgów. Królewna nachyliła się za machinę i popodłączała kilka przewodów. W końcu uśmiechnęła się z triumfem i nacisnęła jeden z przycisków na obudowie budząc radar do życia. Po monitorze rozeszła się zielona fala pozostawiając za sobą blednącą kropkę. Princess Bubblegum obejrzała się na Marcelinę, która wzruszyła ramionami.
- "Co to ma oznaczać?" - zapytała.
- "Negatywna magia" - mruknęła królewna.
- "A… Skąd będziesz wiedzieć gdzie to zło się znajduje?" - wampirzyca przyjrzała się ekranowi - "Nie widzę tutaj żadnych oznaczeń…"
- "Och…" - monarchini przełączyła jedną z malutkich dźwigienek. Na monitorze pojawiły się kolejne zielone linie, teraz układające się w schematyczną mapę Ooo - "To jest w… domu Treetrunks?!"
- "Tej malutkiej, nudnej słonicy?" - zapytała zdziwiona czarnowłosa - "Tam znajduje się największe aktualnie skupisko negatywnej energii w Ooo?!"
- "Na to wygląda…" - królewna potarła brodę - "Może to Veidrik wpadł na ciasto…"
- "To nie ja…" - dobiegł je stłumiony głos z zewnątrz. Zerknęły na siebie zaniepokojone.
- "Okej… W takim razie może wybierzemy się tam i zobaczymy o co chodzi?" - zaproponowała Marcelina.
- "Dobry pomysł… Ale najpierw się przygotujemy."
Cukrowe liście kleiły się do materiału spodni i skórzanego płaszcza. Słońce grzało potężnie, pogarszając przy okazji sytuację. Veidrika zaczęły nachodzić iście egzystencjalne pytania typu "Co ja tu robię?", czy "Dlaczego ja właściwie tu siedzę?". Jeszcze kilka minut temu fakt jego przebywania w pałacowym ogrodzie miał sens. Mężczyzna robił bowiem coś. Coś z czego co prawda nigdy nie był dumny. Podsłuchiwał.
Właściwie to nie chciał podsłuchiwać. Robił to odruchowo i to odkąd pamiętał. Jako dzieciak podsłuchiwał rodziców, nauczycieli, kolegów… Później nie było wiele lepiej. Musiał bardzo uważać by nie zdradzić się z czymś czego nie powinien wiedzieć.
Teraz za to nie przejmował się już niczym. Z lekkim trudem odkleił się od cukrowego drzewa i, zmieniając się na ułamek sekundy w chmurę pyłu, pozbył poprzyklejanych do ubrania słodyczy. Rozejrzał się leniwie po otoczeniu. Pastelowe kolory Candy Kingdom nudziły go.
Odwrócił się i przeskoczył za mur pozostawiając za sobą czarną smugę. Rozpoczął marsz przez słodkie lasy i trawiaste równiny. Po kilku godzinach dotarł do sporej jaskini w górach.
- "Pora się zabawić" - uśmiechnął się pod nosem.
- "Wiesz, że to trochę nie fair względem mieszkających tam stworzeń?" - odezwał się głos spod płaszcza.
- "Ty na serio myślisz że będzie tam coś żywego-żywego?" - zaśmiał się czarnowłosy.
- "Jakoś nad Marceliną się zlitowałeś, a ona żywą nazwana być jednak nie może…" - mruknął pluszak.
- "Ale Marcelina nie żyje w ciemnym podziemiu i nie próbuje zabić i zjeść każdego kogo napotka" - Veidrik wszedł w ciemność. Ściany i podłoga za nim zaczęły pokrywać się wzorami z zielonych płomieni, które rozświetliły drogę.
- "Fakt…"
Wkrótce oczom mężczyzny ukazała się nieco większa pieczara. Jej sklepienie było podparte kolumnami, na których ktoś niewprawnie wyskrobał grzyby atomowych eksplozji. Przy jednej z nich stał szkielet. Miał na sobie nadgniłą kamizelkę kuloodporną i resztki wojskowych ubrań. Na głowie krzywo spoczywał przerdzewiały hełm. Wysuszone resztki zgniłego mięsa trzymały się żółtawych kości. Trup zwrócony był twarzą do kolumny i powolnymi ruchami skrobał w kamieniu.
Czarnowłosy uśmiechnął się złośliwie i przeleciał w dymnej chmurze za plecy stwora. Chwycił jego głowę i roztrzaskał ją razem z hełmem o słup. Pozostałe kości zaległy na ziemi w bezładnej kupie.
- "Ty bezduszny brutalu" - zaśmiał się pluszak - "Jeśli dobrze słyszałem właśnie rozkruszyłeś głowę jakiemuś biednemu trupowi…"
- "Cicho. Sam nie jesteś lepszy. Mam ci przypomnieć kto kilkadziesiąt razy mnie prosił, żebym zabił Princess Bubblegum?"
Dalszą drogę blokowały potężne, okute drzwi ze spróchniałego drewna. Nie stanowiły wielkiego problemu - mężczyzna wyważył je jednym kopniakiem. Dźwięk odłamków zardzewiałego metalu i kawałków drewna uderzających o kamienną podłogę zwrócił uwagę kolejnego szkieletu. Ten już dawno zgubił ubrania, ale za to na jego czaszce siedział pająk. Jednak nie jakiś zwyczajny pająk. Ten był wielkości głowy dorosłego człowieka i martwy. Albo raczej nie-martwy. Z ponurym skrzypnięciem suchej chityny przekrzywił głowę i przyjrzał się przybyszowi pustymi oczodołami. Był przyklejony do kości zwojami pajęczej przędzy.
- "Stary! Jesteś ohydny!" - powiedział mężczyzna krzywiąc się nieco. Stwór, a raczej stwory zaczęły się powoli zbliżać. Szkielet był niezdarny jak pijany słoń.
- "Ja?" - odezwał się pluszak.
- "Oczywiście, że nie ty!"
- "A kto?" - Veidrik wyciągnął maskotkę i skierował ją w stronę truposza - "O Globie! Co to za cholerstwo?!"
- "Nie wiem" - mruknął chowając zabawkę - "Ale zaraz zdechnie" - wyciągnął odrapany i pordzewiały karabin maszynowy.
Powietrze przeszył głośny huk strzałów i szczęk zużytego mechanizmu. W tej broni było w praktyce więcej magii niż techniki, bo nawet biorąc pod uwagę wytrzymałość tego sprzętu tysiąc lat bez jakiejkolwiek pielęgnacji musiało być zgubne.
Gorący ołów skruszył stare kości w drzazgi, a pająka rozerwał na suche strzępy. Czarnowłosy machnięciem zredukował karabin do postaci czarnego pyłu i z obrzydzeniem przekroczył smutną kupkę szczątków. Dalsza część tej specyficznej jaskini rozchodziła się na dwie drogi. Jedna była prostym, zbudowanym z wielkich kamiennych cegieł tunelem, druga zaś prowadzącą stromo w dół jamą.
- "O zjeżdżalnia" - ucieszył się Veidrik wskakując do okrągłej dziury.
Okazało się, ze niewiele mijał się z prawdą. Podłoże jamy wyłożone było starą, wyślizganą nicią pajęczą. Po kilku minutach uatrakcyjnionej łapaniem każdego możliwego kawałka pajęczej sieci jazdy na tyłku, czarnowłosy wylądował w jakimś gnieździe. Przed sobą znalazł popękane, wysuszone skorupy jajek. Płynące za nim zielone płomienie rozświetliły ciemny bezkres naprzeciw. W trupim blasku ukazał się kolejny dziwaczny stwór. Tym razem był to olbrzymi, martwy pająk, który zamiast głowy miał tylko całkiem spory otwór. Z owego otworu wystawał ludzki szkielet z czterema rękami. W każdej z nich monstrum trzymało długi zakrzywiony miecz. W ośmiu, pustych oczodołach spoczywały odbijające zielone światło kamienie szlachetne.
- "O jasna cholera!" - wrzasnął mężczyzna cofając się o krok.
- "Co znowu?" - zapytał stłumiony głos - "Albo wiesz co? Nie chce wiedzieć…"
Veidrik zasłonił się przed uderzeniem czterech ostrzy, który z chrzęstem wbiły się w jego ramię. Drugą ręką wystrzelił małą ognistą kule prosto w otwór w chitynowym pancerzu. Stworzenie zajęło się żywym, zielonkawym ogniem i, kopnięte ciężkim buciorem, zleciało na dno pieczary. Tam rozbłysło wysokim na kilka metrów płomieniem, oświetlając przy okazji ściany. Ściany, na których siedziało kilkadziesiąt podobnych bestii. Wszystkie obudziły się właśnie ze swojej wiecznej drzemki i przeszywały człowieka nienawistnym spojrzeniem kryształowych ślepi oraz celowały do niego z najróżniejszej broni miotanej tudzież wymachiwały mieczami.
Veidrik westchnął głośno i uniósł ręce. Płomienie z podłogi przeniosły się po jego nogach i ramionach aż do dłoni, skąd wystrzeliły niszczycielskim, zielonym tornadem, które spopielało na swej drodze każdą strzałę, włócznię i każdego potwora. Jaskinia wypełniła się hukiem szalejącego ognia, sykiem ponownie zdychających nieumarłych i skwierczeniem chityny. Czarnowłosy przestał dopiero kiedy ze sklepienia zaczęła kapać magma.
- "Co tam się dzieje?" - usłyszał pluszaka - "Czemu zrobiło się tak ciepło?"
- "Myślę, że tu już nie ma pająków…" - wymamrotał mężczyzna.
- "Super… Idziemy sobie stąd?"
- "Stąd tak… Ale stąd nie."
- "Co?"
Nie odpowiadając odwrócił się na pięcie i w chmurze dymu wleciał w jamę, przez którą się tutaj dostał. Wkrótce z niej wyleciał i udał się w dalszą podróż, tym razem równiutkim tunelem z kamiennych bloków. Marsz przez podświetlone na zielono podziemia nie był długi. Już po kilkunastu krokach stanął w komnacie, pod której ścianami stały ubrane w przerdzewiałe zbroje szkielety. W okutych żelaznymi rękawicami dłoniach ściskały drzewce halabard. Gdy tylko człowiek stanął na środku pomieszczenia, wszystkie z głośnym skrzypnięciem odwróciły się w jego stronę.
- "No świetnie…" - mężczyzna wyciągnął spod płaszcza młot na długim trzonku.
Truposze zaczęły zbliżać się skrzypiąc przejmująco. Szpicami halabard celowały w przeciwnika. Było ich sześć. I sześć było kupek pogniecionego żelaza i kości kilkanaście sekund później. Veidrik ruszył spokojnym krokiem dalej, wlokąc za sobą ciężką broń. Przed sobą miał tylko ciemność, za za nim szalał ogień. Wstąpił do kolejnego pomieszczenia, gdzie rzuciło się na niego więcej martwych gwardzistów. Każdy skończył tak samo - wgnieciony w kamienną podłogę.
Płomienie oświetliły kamienny tron, do którego przywiązane były dzidy z nabitymi na nie czaszkami. Z siedziska podniósł się wyraźnie potężniejszy szkielet. Miał na sobie zdobioną złotem i drogimi kamieniami zbroję, a w rękach dzierżył wielki, pozłacany miecz. Zaszarżował i zderzył się z czarnowłosym. Wyglądał na nieco zdziwionego, gdy nie napotkał z jego strony żadnego oporu. Mężczyzna wykorzystał swoją starą sztuczkę i właśnie materializował się kilka metrów dalej. Trup spojrzał na niego swymi niewidzącymi oczodołami. Można było sobie wyobrazić znajdujące się tam kiedyś oczy. Teraz najpewniej wyrażałyby zdziwienie.
Veidrik nie miał jednak czasu ani chęci na wyobrażanie sobie oczu jakiegoś pozłacanego szkieleciku. Ruchem dłoni rozkazał płomieniom uderzyć w przeciwnika. Zielona burza buzowała przez dobrą chwilę pozostawiając po sobie kałużę stopionego kamienia i metalu. Mężczyzna zaśmiał się krótko.
- "A teraz możemy się wynosić?" - zapytał znudzony pluszak.
- "Teraz tak" - uśmiechnął się czarnowłosy unosząc rękę. Wystrzelił niewielką kulę zielonego ognia prosto w sklepienie.
- "I jak wyglądam?" - zapytała Marcelina poprawiając wystającą zza kołnierza zbroi, czerwoną chustę. Zbroja, a właściwie sam napierśnik, był wykonany z dziwnego metalu, o którym wampirzyca nie potrafiła powiedzieć więcej niż "cholernie wytrzymały". Był czarny z kilkoma czerwonymi pasami.
- "Pięknie" - uśmiechnęła się Princess Bubblegum. Sama miała na sobie taką samą zbroją, tyle że w kolorystyce biało-różowej. Włożyła za pasek miecz z cukrowej stali, a na nadgarstek założyła szeroką, wypchną po brzegi elektroniką bransoletę.
- "Cóż to?" - czarnowłosa zarzuciła na plecy swój topór basowy i nachyliła się nad urządzeniem.
- "Taka mała, wielofunkcyjna, przenośna zabaweczka" - odpowiedziała królewna otwierając niewielką klapkę, która kryła kilka przycisków i ekranik - "Ma między innymi zminiaturyzowany, małozasięgowy wykrywacz negatywnej magii."
- "Nieźle…" - pokiwała głową - "A tak właściwie… Myślałam że ty nie wierzysz w magię…" - uśmiechnęła się i pokazała swój długi, rozdwojony język
- "To tak z braku lepszego nazewnictwa" - powiedziała szybko monarchini - "A teraz chodź. Czeka na nas oddział strażników."
- "Tych bananowych tchórzy?" - zdziwiła się Marcelina.
- "Trochę ich ostatnio podszkoliłam" - mruknęła - "Szło naprawdę ciężko, ale myślę, że nie powinni tak szybko stchórzyć…"
Wyszły przed pałac, gdzie w równym szeregu stało dwunastu opancerzonych w złocone zbroje i uzbrojonych w złote halabardy, bananowych strażników. Zasalutowali kiedy monarchinie stanęły przed nimi.
- "Dziś sprawdzimy czy wasze szkolenie przyniosło pożądane skutki" - powiedziała głośno królewna - "Zagrożenie jest niewielkie" - 'prawdopodobnie...' - "Nie musicie się niczego obawiać. A teraz wszyscy na koń!"
Wsiedli na stworzone ze słodyczy wierzchowce. Jeden z nich ciągnął średniej wielkości, opancerzony wóz. Marcelina lewitowała nad nimi.
Ruszyli przez bramę królestwa prosto do domku Treetrunks.
Jake z głośnym jęknięciem zwlókł się z wyściełanej poduszką szuflady, która służyła mu za łóżko. Zebrał się z podłogi i przeciągnął, po czym powlókł leniwie ku drabinie. Zszedł po niej powoli, stopień po stopniu. Powłóczając nogami dotarł do kuchni. Jednak zanim choćby zbliżył się do jakiegokolwiek kuchennego wyposażenia, coś przebiegło mu pod nogami. Z trudem złapał równowagę i rozejrzał się w poszukiwaniu owego czegoś. Jego wzrok szybko natrafił na poruszającego się na czworakach i to z całkiem dużą prędkością Vira. Bobas kierował się w stronę siedzącej przy ścianie, uśmiechającej się Carroll.
- "Łał…" - mruknął z podziwem - "Jakim cudem? Przecież on ma ledwie dwa miesiące!"
- "Żywiołaki wody szybko się uczą" - powiedziała nimfa - "A on w połowie takim żywiołakiem właśnie jest."
- "Nieźle…" - pies pokiwał głową - "Czyli niedługo będzie chodził i mówił?"
- "Możliwe…" - dziewczyna wzięła dzieciaka na ręce - "Chociaż kto wie… Wciąż jest w połowie człowiekiem…"
- "Zobaczymy" - wstawił czajnik na ogień - "Chcesz coś?"
- "Herbatę poproszę" - uśmiechnęła się.
Pan świnia siedział w szlafroku przy stoliku i czytał gazetę popijając jednocześnie kawę. Kilka metrów dalej, obok wielkiego, wyłożonego poduszkami koszyka z tłustym dzieciakiem siedziała Treetrunks. Karmiła Licha-bobasa zupą. Sam bobas przez całe dziesięć lat nie zmienił się wcale. No może trochę więcej mówił, ale wciąż wyglądał tak samo. Szczęśliwym rodzicom to wcale nie przeszkadzało - z radością traktowali go jak malutkie dziecko. Nieważne jak wielki i tłusty był.
Z zewnątrz dochodził coraz głośniejszy tupot podkutych nóg.
- "Ktoś przyszedł mamo" - zwołał Lich wskazując okno tłuściutką łapą.
- "Kochanie?" - słonica odwróciła się do męża - "Mógłbyś zobaczyć kto to?"
Pan świnia bez słowa odstawił kubek, zwinął gazetę i ruszył do drzwi. Gdy tylko je otworzył ujrzał zsiadających z koni gwardzistów i Princess Bubblegum. Chwilę później dołączyła do nich Marcelina.
- "O co chodzi?" - zapytał z lekkim przestrachem.
Nie otrzymał odpowiedzi. Albo właściwie otrzymał. Ale zdecydowanie nie taką jakiej się spodziewał. Dwóch strażników chwyciło go za krótkie, przednie nóżki i siłą wyciągnęło z domku. Przytrzymywali go gdy królewna zbliżyła się i zeskanowała go założonym na nadgarstek urządzeniem.
- "Ten jest czysty…" - mruknęła. Bananowi puścili go i podążyli za monarchinią do kolorowego domu na kółkach.
- "Ale o co chodzi?!" - dopytywał się prosiak.
- "Nie twój interes prosiaczku" - wyszczerzyła się wampirzyca - "Królewna szuka zła."
- "Co?" - zdziwił się i ruszył żywym krokiem ku wejściu. Został jednak szybko zatrzymany przez opancerzonego żołdaka.
- "Och, Princess Bubblegum!" - nieświadoma niczego słonica ucieszyła się na widok gościa.
Jej mina nieco zrzedła kiedy została przygnieciona do ściany przez gwardzistów. Różowowłosa znów użyła skanera. Urządzenie nie wskazało nic, więc tylko pokręciła głową i odwróciła się w stronę wielkiego koszyka. Zmarszczyła brwi.
- "Co to jest?" - zapytała.
- "Timmy…" - powiedziała drżącym głosem Treetrunks - "Ktoś zostawił go pod naszymi drzwiami…"
- "Cześć" - "Timmy" przywitał się swoim dziwnym głosikiem.
- "Kiedy?"
- "Jakieś dziesięć lat temu… "
- "To jest… obrzydliwe…" - skrzywiła się - "I słodkie na swój sposób…" - uruchomiła wykrywacz i skierowała go na bobasa. Na ekranie zaczęły z dużą prędkością pojawiać się jakieś napisy. Królewna zbladła - "O Globie…"
Pstryknęła palcami, a strażnicy puścili słonicę. Po krótkiej chwili dwóch kolejnych wpadło do domku. Monarchini wskazała im dzieciaka.
- "Co robicie?!" - krzyknęła Treetrunks widząc jak gwardziści chwytają jej adoptowane dziecko i wynoszą je na zewnątrz.
Królewna wyszła za nimi i zbliżyła się do Marceliny.
- "To to?" - zapytała wampirzyca - "To ten stwór z radaru?"
- "Na to wygląda" - mruknęła - "Daje wyraźny odczyt."
- "Nie wygląda zbyt groźnie…" - tłusty bobas wylądował w opancerzonym pojeździe. Zamknęła się za nim klapa z cukrowej stali.
- "Gdyby wygląd zawsze odpowiadał naturze…" - pokręciła głową - "Kto wie czym to tak naprawdę jest…"
Wtem zatrzęsła się ziemia, z od strony gór dobiegł ogłuszający huk. Wszyscy obejrzeli się w tamtą stronę by zobaczyć olbrzymi słup zielonego ognia i siwego pyłu. Ze szczytu owego słupa po chwili coś wyleciało zostawiając za sobą czarny ślad na niebie.
- "Czy to…" - zapytała Marcelina, po czym spojrzała na Bonnibel.
- "Możliwe…"
Veidrik wylądował z hukiem na niewielkiej polance w środku lasu tworząc przy okazji maleńki krater. Wyciągnął pluszaka.
- "Jak się podobało?" - wyszczerzył się swoimi szpiczastymi, ostrymi jak brzytwa zębami.
- "To było świetne… Ale nie sądzisz, że robienie wielkiej dziury gdzieś w górach jest rozsądne?" - spostrzegł trzymany przez czarnowłosego przedmiot - "Co to jest?"
Mężczyzna przyjrzał się ściskanemu w dłoni mieczowi. Miał niebieską rękojeść ozdobioną jakimś złotym symbolem.
- "Nie mam pojęcia…" - wzruszył ramionami - "Wziąłem go gdzieś po drodze. Był wbity w jakiś postument na któreś kondygnacji tego podziemia…"
- "Wyrzuć ten złom" - mruknęła maskotka - "Będziesz jakieś śmieci zbierał?"
- "Racja…" - cisnął broń za siebie. Ostrze z metalicznym dźwiękiem odbiło się od jakiegoś kamienia i zniknęło krzakach zmutowanej czarnej porzeczki - "Gdzie idziemy teraz?"
- "To ty masz nogi…"
- "Ty też masz" - odpowiedział i podrapał się w zamyśleniu po karku - "Zjadłbym coś…"
- "Znów będziesz zapełniać swój nieistniejący żołądek?" - zapytał zgryźliwie pluszak.
- "Człowieku! Ja nie jadłem od kilku dobrych godzin!" - powiedział Veidrik, po czym schował zabawkę pod płaszcz i zaczął maszerować przez las.
Pod pałacem w Candy Kingdom ciągnęły się potwornie długie podziemia. Lochy, schrony, magazyny… i laboratoria. W długiej, przestronnej sali z zaokrąglonym sklepieniem, pomiędzy najróżniejszym sprzętem znajdował się wielki, wypełniony gęstą, przejrzystą cieczą, szklany zbiornik. W środku pływał olbrzymi, tłusty bobas. Do jego ciała przyczepione były wiązki kolorowych kabli i rurek. Odczytywały one na bieżąco stan stworzenia i utrzymywały je przy życiu.
Przed zbiornikiem stały dwie postacie. Obydwie ubrane były w laboratoryjne kilty i ochronne gogle.
- "Wyjaśnisz mi w końcu dlaczego muszę to nosić?" - zapytała Marcelina po raz kolejny poprawiając niewygodny strój.
- "Takie zasady. BHP…" - odpowiedziała Princess Bubblegum.
- "Co to BHP?" - spytała zdziwiona wampirzyca.
- "Bezpieczeństwo i higiena pracy" - powiedziała obojętnie królewna. Wpatrywała się w zamkniętego stwora.
- "A to w takim razie nie powinno być BIHP?"
- "Zastanawiam się dlaczego to coś emituje negatywną energię…" - monarchini podrapała się po podbródku.
- "Nie mam pomysłów…" - wzruszyła ramionami czarnowłosa - "Wiem tylko, że w tym zbiorniku jest znacznie bardziej obrzydliwy niż poza nim…"
- "Co racja to racja…" - mruknęła - "Dobra, chodźmy już… Włączyłam kilka automatycznych procesów badawczych. Jutro będą wyniki."
- "Gdzie idziemy?" - zapytała niewinnym głosikiem Marcelina.
- "Do sypia…" - przerwała i spojrzała na uśmiechającą się szeroko wampirzycę.
