Rozdział 9
Gdzieś w głębi gęstego, ciemnego lasu, rosły jeleń gryzł powoli zielone liście porastające nieduży krzak. Jego olbrzymie poroże porastał mech. Zwierzę było prawdopodobnie starsze niż duża część okolicznych drzew.
Jego spokój zakłócił trzask gałęzi. Rogate zwierzę uniosło szybkim ruchem głowę i przestało rzuć. Zanim jednak zrobiło cokolwiek innego, cichy świst przeszył powietrze lasu. Jeleń zesztywniał i padł bez życia w mech. Z pomiędzy jego oczu wystawała rękojeść noża.
Z krzaków wyszedł wysoki, brodaty mężczyzna w brązowym skórzanym płaszczu. Bez większego trudu odzyskał broń i obejrzał zdobycz.
- "Wciąż niespecjalnie jestem za polowaniami, ale cieszę się, że odpuściłaś sobie zabawę emocjami…" - rzucił do nadchodzącej zielonoskórej kobiety.
- "Magia oparta na emocjach była potężniejsza…" - mruknęła - "Ale te przedmioty które zbieramy są całkiem znośne."
- "To co z niego potrzebujesz?" - zapytał Paul wycierając nóż w kawałek szmaty.
- "Poroże" - wiedźma stuknęła palcem we wspomnianą część zwierzęcia - "Ten jeleń nie zrzucił go przez całe swoje życie."
- "Dobra" - zaczął ciąć. Zaklęte ostrze wchodziło jak w masło - "Przynieś plecak."
Jakiś czas później szli już leśną drogą. Do plecaka mężczyzny przywiązane było olbrzymie poroże, które co chwilę zahaczało o jakieś gałęzie.
- "Czego jeszcze szukamy kochanie?" - uśmiechnął się do Majy.
- "Żółtej wiewiórki i szydłośmiornicy" - odpowiedziała po chwili zastanowienia.
- "Szydłośmiornicy?" - zapytał zdziwiony brodacz.
- "To taki żyjący na powierzchni, mający osiem zakończonych ostrzami macek stwór" - wyjaśniła.
- "Brzmi niebezpiecznie…" - mruknął - "Lepiej żebyś trzymała się wtedy z boku."
- "Twierdzisz, że sobie nie poradzę?" - spytała zgryźliwie.
- "Wiesz, nie chce cię stracić…" - powiedział cicho - "Sama wiesz jak się czułaś przez tamto dwadzieścia lat… Ja będę się tak czuł przez wieczność."
- "To tylko głupie zwierzę. Nic mi nie będzie" - objęła go z uśmiechem.
- "Tato! Tato, idziemy?" - dwunastoletni chłopak z wystającymi spod białej czapki błękitnymi kosmykami podskakiwał z radością. Na plecach miał niewielką torbę, a przy pasku wisiał mu krótki miecz.
- "Spokojnie Viro" - zaśmiał się Finn - "Chcesz iść bez jedzenia?"
- "Okej, kanapki gotowe" - Carroll wyszła z kuchni i podała blondynowi jego plecak. W drugiej ręce trzymała swój trójząb.
- "Jake!" - zawołał bohater - "Idziesz z nami?"
- "Nie mam siły…" - dało się słyszeć jęk z sypialni - "Muszę się wyspać."
- "Spoko stary" - odpowiedział ze smutkiem - "Zostawiliśmy ci kanapki w kuchni."
- "Dzięki…" - odezwał się pies zmęczonym głosem.
Finn westchnął i wyszedł razem z nimfą i synem na zewnątrz.
Na pastelowym murze pastelowego królestwa stało wielkie pastelowe działo. Długa na kilka metrów lufa celowała w stronę lasów za bramą. Dookoła leżały stosy części i narzędzi. Przy otwartej klapie pod którą krył się mechanizm klęczała Princess Bubblegum. Była cała ubabrana smarem i z zacięciem na twarzy dokręcała coś kluczem. Miała wyraźnie podkrążone oczy.
Nagle postać w szerokim, słomianym kapeluszy zasłoniła słońce. Królewna ze śrubokrętem w ustach odwróciła się chcąc zrugać odcinającego światło intruza.
- "Co tam?" - Marcelina okazała się być szybsza - "Jak tam prace nad obronnością Candy Kingdom?" - uśmiechnęła się.
- "Kończę pracować nad północną stroną…" - mruknęła zmęczonym głosem - "...jak zresztą widać…"
- "Sama to robisz?" - wampirzyca uniosła brew, a w jej głosie zabrzmiała troska.
- "Nie, pomagają mi słodyczanie-inżynierowie" - wskazała kciukiem grupkę cukierków pracujących nad innym działem.
- "A dlaczego nie robią tego sami?" - zdziwiła się - "Przecież chyba od tego są, nie?"
- "Tak, ale…" - rozejrzała się by upewnić się, że nikt nie słyszy - "...są za głupi by zrobić wszystko sami. Nawet żeby korzystać z instrukcji…"
- "Och… Może czas ich podszkolić… Bonnie!"
- "Zzz… Co?" - krzyk czarnowłosej wybudził ją z drzemki - "Co się stało?" - zapytała nieprzytomnie.
- "Zasypiasz na stojąco" - skarciła ja Marcelina - "Dosyć tej pracy."
- "Właściwie to ja siedzę…"
- "Cicho! Od ilu dni nie śpisz?"
- "Trzech? Nie pamiętam... "
- "Czyli czas do łóżka!"
- "Ale ja muszę to dokończyć!" - zaprotestowała monarchini.
- "Jutro też jest dzień!" - chwyciła ją za ramię i poniosła w stronę balkonu - "A teraz bez marudzenia pędź do łazienki i się umyj."
Królewna nie ruszyła się z miejsca. Stała na środku różowego dywanu w brudnym, różowym kombinezonie roboczym i powoli odpływała do krainy snów. Wampirzyca westchnęła głośno i odrzuciła swój kapelusz w kąt. Zdjęła z Bonnibel brudne ubranie i zaniosła ją do łazienki, gdzie posadziła ją na jednej z szafek i zaczęła nalewać wody do wanny. Kilka minut później różowowłosa pisnęła gubiąc ostatnie części garderoby i lądując w gęstej pianie.
- "A teraz cie dokładnie wymyjemy" - Marcelina uśmiechnęła się szeroko kucając przy wannie i opierając o krawędź.
Mężczyzna w czarnym płaszczu maszerował przez ciemny las pogwizdując. Nad rzadko uczęszczaną ścieżką smętnie zwisały porośnięte wąsami porostów gałęzie. Drzewa zdawały się nie mieć liści, ale wciąż tamowały słońce. Co jakiś czas jakieś świecące ślepia mrugały w kolczastych zaroślach.
- "Dowiem się dlaczego ciągnie cie zawsze w takie dziwne i niepokojące miejsca?" - zapytał głos spod płaszcza.
- "Powinieneś chyba wiedzieć dlaczego" - uśmiechnął się czarnowłosy - "Zresztą tutaj wcale nie jest tak źle…"
- "Zaraz pewnie trafisz na jakąś…" - zza drzewa wyszła brzydka, stara kobieta o fioletowej skórze - "…wiedźmę…"
- "Witaj wędrowcze" - wiedźma odezwała się irytującym głosem - "Co robisz w moim lesie?"
- "Przechadzam się" - Veidrik bez śladu strachu wzruszył ramionami.
- "Nie jest zbyt mądrym przechadzać się po ciemnym lesie chłopcze" - wyszczerzyła się niepokojąco.
- "Jestem starszy od ciebie wiedźmo" - mruknął obojętnie.
- "To tylko gorzej dla ciebie" - ze skrzekliwym śmiechem rozpłynęła się w fioletowej mgle.
Mężczyzna ponownie wzruszył ramionami i ruszył w dalszą drogę. Jednak po kilkudziesięciu krokach wśród schnących drzew i śmierdzących krzaków znów go coś zatrzymało. I sądząc po figurze tego czegoś, znów była to kobieta. Znacznie młodsza tym razem. Miała na sobie spódniczkę w kwiatki i czerwoną bluzę z kapturem. Veidrik miał wrażenie, że skądś sobie to ubranie przypomina. Postać odwróciła się. Miała brązowe, błyszczące oczy i długie, jasno-brązowe włosy, które powiewały, choć w lezie nie wiał wiatr. Zdawały się owijać jej ramiona i szyję. Uśmiechała się pięknie. Czarnowłosy znieruchomiał wpatrując się w postać, która zaczęła do niego podchodzić. Po jego policzku spłynęła łza.
- "Ona nie jest prawdziwa…" - pluszak wyczuł jego emocje - "Zatrzymaj to!"
Jednak mężczyzna nic nie zrobił. Stał tylko w bezruchu, wpatrując się z lekko otwartymi ustami w kobietę, która była już tylko kilka metrów od niego i wciąż się zbliżała.
- "Zabij to kretynie!" - krzyczała maskotka - "Proszę cię nie stój tak!"
Brązowowłosa zbliżyła twarz do twarzy Veidrika uśmiechając się. Zdawała się wręcz promieniować miłością. Jej dłonie powędrowały po jego torsie w górę. Zatrzymały się jednak gwałtownie i zacisnęły na szyi. Ostre paznokcie wbiły się w kark. Nagle ziemia się podniosła i uderzyła czarnowłosego w plecy. Kobieta usiadła na jego brzuchu, wciąż zaciskając z całej siły ręce na jego krtani. Z jej twarzy nie znikał piękny uśmiech.
Jednak z chwili na chwilę coś się w tej twarzy zmieniało. Z oczu i ust zaczęła kapać krew mieszając się z łzami mężczyzny kilka centymetrów niżej. Jej skóra pękała i kruszyła się w ulatujący z nieistniejącym wiatrem.
- "Zabij to… proszę… zabij…" - jęknął żałośnie głos spod płaszcza.
Veidrik otrząsnął się z szoku i zmienionymi w czarne szpony palcami przebił brzuch potwora. Niewiele to dało - uścisk na szyi nie zelżał ani trochę. Czarnowłosy wrzasnął wściekle i rozbił kobietę w czarny pył. Po jego policzkach wciąż płynęły łzy.
- "Podnieś się stary… nie zostawaj tutaj…" - poprosił pluszak.
Mężczyzna posłusznie wstał i powolnym krokiem ruszył przez las. Mijał obojętnie upiorne drzewa i kolczaste krzaki. Z początku nawet nie zwrócił uwagi na przemykający przez drużkę cień. Dopiero cichy, znajomy śmiech sprawił, że się zatrzymał. Z niedalekich zarośli wyłoniła się rudowłosa dziewczyna w szarym kapturze. Uśmiechała się łobuzersko podrzucając nadgryzione jabłko. Jej bose stopy nie były nawet draśnięte, choć wszystko co rosło na poziomie gleby miało ciernie.
Rzuciła Veidrikowi owoc. Czarnowłosy złapał go, ale kiedy odwrócił rękę, zamiast soczystego, czerwonego jabłka znalazł olbrzymiego, włochatego pająka. Z obrzydzeniem rozsmarował go o najbliższe drzewo. Kiedy znów spojrzał na ścieżkę, złodziejki już tam nie było.
- "Wiesz, że ona też nie jest prawdziwa, prawda?" - zapytała maskotka.
Mężczyzna nie zdążył odpowiedzieć. Na jego ramieniu uwiesiła się właśnie rudowłosa. Patrzyła mu prosto w twarz, a w jej oczach odbijał się wciąż ten sam obraz: lufa strzelby. Dziewczyna przytuliła się do niego mocno, po czym cofnęła się i osunęła na kolana. Z jej oczodołów zaczęła wypływać, gęsta, prawie czarna krew. Wciąż jednak wpatrywała się Veidrikowi prosto w oczy i uśmiechała łobuzersko. Dokładnie tak samo jak tamtego dnia. Na policzkach mężczyzny pojawiło się jeszcze więcej łez.
Złodziejka po kilku długich minutach padła na ziemię i rozsypała się w ulotny pył.
- "To było tylko złudzenie" - powiedział cicho pluszak - "To… to było już dwanaście lat temu…"
Czarnowłosy westchnął ciężko i żywym krokiem pomaszerował przez las. Wkrótce zobaczył przed sobą fioletową wiedźmę.
- "Oooo!" - uśmiechała się złośliwie - "I jak podobała ci się wycieczka przez mój la…" - nie zdążyła dokończyć, bo czarna, szponiasta dłoń zamknęła się na jej szyi. Zaczęła charczeć.
Veidrik rzucił nią o drzewo i zmaterializował się tuż obok. Jego oczy świeciły jaskrawą zielenią, a las dookoła stał się jeszcze bardziej ciemny niż wcześniej. Szpiczaste zęby mężczyzny błyszczały w nienaturalnie szerokim uśmiechu. Zamiast dłoni miał czarne, zakończone ostrymi szponami łapy.
- "Bardzo mi się podobała" - powiedział nieludzkim głosem, który wywoływał strach i zabijał nadzieję - "A teraz mam zabawę dla ciebie wiedźmo. Jaką najstraszniejszą śmierć potrafisz sobie wyobrazić?" - jego klatka piersiowa wybuchła masą czarnego pyłu.
Wśród wysokiej, zielonej trawy i kolorowych kwiatów siedział sobie żółty gryzoń. W ogólnym kształcie przypominał wiewiórkę, ale miał szpiczaste uszy, a jego ogon wyglądał jak połamany. Zwierzaczek w swoich małych, uroczych łapkach trzymał niewielki orzech i gryzł go równie małymi i niewielkim ząbkami. Nagle znieruchomiał i upuścił pokarm. Odskoczył w bok i pobiegł kilka metrów dalej, gdzie zaczął szukać czegoś nowego do żarcia. Zrobił to w idealnym momencie, bo dosłownie ułamek sekundy po jego zniknięciu, w miejsce gdzie przed chwilą siedział wbił się długi, pokryty tajemniczymi runami nóż.
- "Cholera!" - warknął Paul - "Czy zależy ci na całym żółtym szczurze?"
- "Nie" - mruknęła wiedźma - "Potrzebuję tylko małego kawałka futra."
- "To świetnie" - na twarzy mężczyzny zagościł szeroki, złośliwy uśmiech.
Otworzył plecak i wyciągnął z niego karabin snajperski. Rozłożył kolbę, przeładował i wycelował w stronę zwierzaczka.
Huk strzału rozszedł się po lesie podrywając do lotu stado ptaków. Gdyby karabin był choć trochę większego kalibru, gryzoń wyparowałby. Na szczęście nie stało się tak, ale resztek futerka i tak trzeba było szukać na okrwawionych źdźbłach trawy dookoła.
- "To było matematyczne tato!" - wykrzyknął Viro. Cała rodzinka właśnie zatrzymała się na podwieczorek po przegonieniu groźnego smoka straszącego mieszkańców malutkiej wioski. W efekcie niedługiej walki wypełnionej odbijającymi się od ostrz mieczy promieniami słońca i chlupotem wodnych pocisków, bestia w popłochu uciekła w stronę gór. Następnym przystankiem trójki bohaterów miał być ciemny las. I to właśnie pod tym lasem rozłożyli się z posiłkiem.
- "Ty też sobie świetnie poradziłeś" - uśmiechnął się Finn pomiędzy gryzami kanapki.
- "Kochanie?" - zapytała Carroll nalewając sobie herbaty z odrapanego termosu - "Czy wyprawa w ten las na pewno jest dobrym pomysłem?" - była odważną kobietą, ale ciemność od zawsze nieco ją przerażała. A zwłaszcza taka ciemność, w której coś się czai.
- "Nie martw się" - zaśmiał się blondyn strzepując okruszki z brody - "Byliśmy tam z Jake'iem setki razy. Nie ma tam nic jakoś bardzo niebezpiecznego..."
Nad lasem zebrały się ciemne chmury, a pomiędzy martwymi drzewami błysnęło kilka razy zielone światło.
- "Ale tak po namyśle…" - mruknął - "Chyba trochę poczekamy zanim tam wejdziemy…"
Po chwili chmury gwałtownie zniknęły, a światła zgasły. Zastąpiła je sylwetka przedzierającej się przez kolczaste zarośla postaci. Rodzinka patrzyła z zaciekawieniem i pewnym strachem na zbliżającego się powoli obcego. Po kilku długich chwilach tajemnicza osoba weszła w światło.
Czarnowłosy mężczyzna wyszedł chwiejnym krokiem z pomiędzy drzew. Na jego policzkach łzy wyznaczyły dwie równe dróżki w zaschniętej już krwi. Miał zaczerwienione oczy, a nogawki jego spodni były poszarpane przez kolczaste krzaki. W powietrzu za nim unosiła się niewyraźna chmurka czarnego pyłu. Spojrzał zmęczonym wzrokiem na wpatrujących się w niego uzbrojoną trójkę.
- "Idźcie do domu dzieciaki" - na jego twarzy pojawił się smutny uśmiech - "Nie ma tu czego szukać… Idźcie do domu…" - powiedział cicho i ruszył przed siebie. Po kilku krokach zmienił się w czarną chmurę i odleciał z wiatrem.
- "Co to za smród?" - skrzywił się brodacz. Stali przy wylocie dość dużej jaskini. Dookoła leżały kości, a z wnętrza docierał niewiarygodny fetor.
- "Pewnie gnijące zwłoki..." - mruknęła wiedźma. Zasłaniała nos peleryną, ale i tak zrobiła się jeszcze zieleńsza niż zwykle.
- "Pierdy potwora i piekielny wyziewy…" - zaśmiał się pod nosem Paul dobywając noże - "Lepiej trzymaj się z boku."
- "Nic mi nie będzie!" - zaprotestowała kobieta ruszając za mężczyzną w głąb pieczary.
W środku śmierdziało jeszcze bardziej. Dookoła leżały kości pokryte mniej lub bardziej świeżym mięsem. Kości najróżniejszych zwierząt i istot rozumnych. Brodacz wytężył wzrok, ale nie dojrzał niczego w ciemności, która zakryła dno jaskini. Odczepił z paska czerwoną flarę i odpalił ją. Ostre, szkarłatne światło i syk płomienia wypełniły stęchłe powietrze. Z mroku wyłoniło się olbrzymie, czarne, pokryte guzkami cielsko, które wieńczyło błyszczące się ohydnie pojedyncze ślepie. Z wypełnionej kilkoma rzędami ostrych zębów paszczy dobiegło niezadowolone warknięcie.
Zanim Paul zrobił cokolwiek konstruktywnego, długa, ostro zakończona macka smagnęła go po klatce piersiowej zostawiając rozcięty materiał i długą, broczącą krwią ranę oraz posłała niedoszłego archeologa pod ścianę. Jego kości wydały nieprzyjemne chrupnięcie, kiedy zderzyły się z nierówną, oślizgłą skałą.
- "Paul!" - krzyknęła z przerażeniem Maja. Rzuciła się do ukochanego i pochyliła się nad nim.
- "Uciekaj!" - powiedział słabo mężczyzna widząc mackę nad wiedźmą.
Zielonoskóra nie zdążyła się poruszyć. Z głuchym mlaśnięciem, ostra kończyna wbiła się jej w plecy, krusząc kręgosłup i żebra, i przebijając się przez pierś. Kobieta westchnęła cicho, a z jej ust zaczęła wypływać krew.
Brodacz wydał z siebie przepełniony wściekłością i żalem krzyk, po czym, mimo przejmującego bólu każdej, najmniejszej choćby części ciała, podniósł się i chwycił zgubiony podczas upadku nóż. Postąpił z trudem i grymasem wściekłości na twarzy ku trzymającej wiedźmę macce. Jednym ciosem odciął kończynę i odwrócił się do potwora. Bestia zaskowyczała i wycofała się nieco czując złość przeciwnika. Paul odpiął od paska granat. Stary, jeszcze przedwojenny, ale wciąż działający granat. Silnym szarpnięciem oderwał zawleczkę i cisnął ładunek prosto w paszczę stwora. Huk eksplozji zatrząsł pieczarą. W powietrzu rozszedł się zapach prochu i krwi.
Mężczyzna szybkimi ruchami odciął końcówkę macki i wyciągnął ją z ciała ukochanej. Odrzucił kawał czarnego mięcha w kąt i schował nóż do pochwy. Wziął ciało Majy na ręce i kulejąc lekko wyszedł z jaskini. Położył ją kilkanaście metrów dalej, na trawie i wrócił po plecak. Wyciągnął z niego toporek i starą, wypełnioną do połowy zaimprowizowanym paliwem zapalniczkę. Ściął kilka gałęzi i ułożył je w stos, na którym położył ciało kobiety. Wtedy ugięły się pod nim nogi. Stracił przytomność i padł na ziemię.
Finn otworzył drzwi i wkroczył do domu. Za nim wszedł jego syn i nimfa. Odłożyli broń i bagaże.
- "Jake! Wróciliśmy!" - zdziwił się, kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi - "Jake? Śpisz?"
Wspiął się po drabinie prosto do sypialni, gdzie zastał magicznego psa leżącego na puchatej poduszce, którą była wyłożona służąca mu za łóżko szuflada. Podszedł do niego powoli i potrząsnął go za ramię.
- "Śpisz brachu?" - spytał, po czym odwrócił Jake'a w swoją stronę. W jego oczach pojawiły się łzy - "Żegnaj bracie…"
Zszedł do kuchni i bez słowa przytulił się do Carroll.
Paul powoli otworzył oczy. Z początku oślepiło go chylące się powoli ku zachodowi słońce, ale kiedy tylko przyzwyczaił się do światła, ujrzał ciemną sylwetkę. Dookoła stojącego nad nim mężczyzny unosił się czarny pył, a jego twarz była pokryta rozmazaną krwią.
- "Witaj przyjacielu" - powiedział Veidrik wyciągając rękę.
Brodacz zawahał się. Nigdy wcześniej nie widział tego człowieka. Człowieka od którego wręcz zionęło jakąś nieprzyjemną energią. Po długiej chwili w końcu dał sobie pomóc.
Kiedy tylko wstał, zwrócił się w stronę prowizorycznego stosu i ciała swej ukochanej.
- "Masz jakąś moc… Czuje to..." - mruknął - "Mógłbyś ją ożywić?"
- "Przykro mi…" - pokręcił głową mężczyzna w czarnym płaszczu - "Ja zajmuję się destrukcją, a nie tworzeniem. Mogę zabić, ale nie przywrócę nikogo do życia."
- "To chociaż pomóż mi to podpalić" - powiedział z rezygnacją.
Veidrik dotknął gałęzi, która natychmiast zajęła się zielonym ogniem. Kilka sekund później płonął już cały stos.
- "Co zamierzasz teraz zrobić?" - zapytał czarnowłosy.
- "Hę? Co masz na myśli?"
- "Tam właśnie płonie twój sens życia" - wskazał ciało na stosie.
- "Pewnie odejdę… Gdzieś…" - wymamrotał - "A jaki jest twój sens życia?"
- "Harmonia przyjacielu…" - uśmiechnął się półgębkiem, odwrócił się i powoli odszedł - "Harmonia świata…"
W różowej sypialni panował bałagan. Przy stojącym pod ścianą komputerze z wypukłym ekranem jak zwykle piętrzyły się najróżniejsze części i narzędzia. Gdzieś w różowym dywanie, tuż obok porzuconego, różowego kombinezonu roboczego wypalona była niewielka dziura, a w kącie pomieszczenia leżał wielki, słomiany kapelusz. W łazience nie było lepiej. W wannie stała zimna woda, a na podłodze leżała szara koszulka bez rękawów, dżinsy i dwa zestawy bielizny - różowy i czarny.
Mokre ślady na podłodze i dywanie prowadziły do różowego łóżka, na którym zaplątane w różową pościel i przytulone do siebie spały dwie nagie dziewczyny. Na ich twarzach widniały uśmiechy i wyglądały tak, że pewnie nawet przeciwny pewnym rzeczą lokaj Peppermint by ich z błahego powodu nie budził.
Jednak istniały również powody, których nie można było nazwać błahymi. Z takiego właśnie powodu dzwonił właśnie stojący na kremowym stoliku nocnym, różowy telefon. Głośny dzwonek obudził królewnę. Potarła oczy i powoli podniosła się na łokciach. Marcelina mruknęła coś przez sen i spróbowała przyciągnąć towarzyszkę bliżej. Bonnie wymamrotała coś niewyraźnie i sięgnęła po słuchawkę.
- "Halo? Princess Bubblegum przy telefonie…" - powiedziała sennym głosem.
- "Tu Finn…" - głos zawsze radosnego bohatera był smutny. Wręcz przygnębiająco smutny.
- "Co się stało?" - monarchinię zaniepokoił ten ton.
- "Jake…" - blondyn przełknął ślinę - "Jake nie żyje…"
- "Co?!" - resztki snu uleciały, a Princess Bubblegum poderwała się do pozycji siedzącej, przy okazji zrzucając z siebie kołdrę i budząc czarnowłosą.
- "Co się stało?" - zapytała wampirzyca nieprzytomnie.
- "Pogadamy o tym Finn…" - powiedziała lekko drżącym głosem różowa - "Jutro rano… Porozmawiamy o tym…" - odłożyła telefon.
- "Co się stało?" - powtórzyła pytanie Marcelina, wpatrując się zamykającymi się oczyma w Bonnibel.
- "Jake odszedł…" - powiedziała smutno.
Czarnowłosa pokiwała tylko głową i przytuliła towarzyszkę.
