Rozdział 11
- "Nie możesz od tak zająć Grasslands Bubblegum!" - krzyknęła Slime Princess. Razem z Flame Princess w towarzystwie Cinnamon Buna i Wildberry Princess stały w przestronnej, pastelowej sali tronowej Candy Kingdom. Kilka metrów przed nimi stał całkiem spory tron, który zajmowała Bonnibel. Obok, nad prawym podłokietnikiem lewitowała Marcelina, a po lewej stał Lemongrab IV. Cytrynowy hrabia ubrany był w odświętny mundur i wypinał dumnie pierś.
- "Grasslands aktualnie należy do Candy Kingdom, a moi poddani potrzebują przestrzeni" - powiedziała spokojnie Princess Bubblegum.
- "Nie masz prawa tego zrobić!" - pisnęła malinowa władczyni.
- "Dlaczego właściwie w ogóle obchodzi was coś, co się dzieje tak daleko od waszych królestw?" - westchnęła różowa monarchini.
- "Chcemy chronić pamięć o największym bohaterze Ooo!" - warknęła glutowata, zielona masa - "Myślisz, że jeśli Finn nie żyje, to możesz sobie zagarnąć jego ziemię?!"
- "Wynoście się!" - krzyknęła Bonnie podrywając się z siedziska - "Natychmiast!"
Ognista królewna wzruszyła ramionami i razem ze swoim rycerzem pomaszerowała ku wyjściu. Pozostałe monarchinie spojrzały po sobie i po chwili również wyszły.
- "Króleewno maatko…" - szepnął Lemongrab. Marcelina skrzywiła się i spojrzała na cytrynowego - "Trzeba się pozbyć tych królewien… Będą przeszkadzać we… wszystkim…"
- "Masz rację…" - mruknęła królewna wstając. Wampirzyca spojrzała na nią zaskoczona - "Od dziś każda królewna z zewnętrznego królestwa, jaka zostanie napotkana na terenie Candy Kingdom ma zostać pojmana, a w przypadku oporu…" - krzyknęła do stojących pod ścianami gwardzistów - "...zabita!"
- "Czy to na pewno dobry pomysł?" - czarnowłosa objęła ją i wyszeptała do ucha.
- "Muszę…"
- "Nic nie musisz Bonnie…"
- "Jeśli nic nie zrobię wypowiedzą nam wojnę" - powiedziała cicho.
Siedzący na belce pod sufitem czarnowłosy mężczyzna westchnął cicho i odleciał przez uchylone okno w chmurze czarnego pyłu.
Pod wielkim pomnikiem bohaterów leżały bukiety kolorowych kwiatów. Codziennie przynajmniej jedna osoba przychodziła w to miejsce i coś zostawiała albo chociaż stała chwile w milczeniu. Poza nimi była jeszcze pewna niebieskoskóra dziewczyna, która przesiadywała na pomniku całe dnie. Która zasadziła piękną, egzotyczną roślinę na ramieniu kamiennego Vira.
Która właśnie w tym momencie siedziała oparta o but rzeźby młodszego bohatera, tuląc w pomalowanych w kolorowe wzorki rękach małą lalkę z materiałów przedstawiającą niebieskowłosego chłopaka. Na futrzane ubranie spływały powoli łzy.
Nawet nie uniosła głowy na dźwięk skrzypiących zbroi nadchodzących gwardzistów. Przed równy szereg wyszedł banan ze złotymi zdobieniami na pancerzu. Odchylił przyłbicę.
- "Z rozkazu Princess Bubblegum wszystkie królewny przebywające na terenie królestwa mają być pojmane" - wygłosił.
Jungle Princess nie ruszyła się nawet o milimetr. Rosnąc kilka metrów nad nią roślina za to wypuściła długie, pokryte kolcami pnącza.
- "W przypadku oporu zabić…" - powiedział żołnierz głosem bez emocji - "Gwardziści! Ognia!"
Gorący ołów przebił przyciskaną do piersi lalkę. Biały kamień pomnika spryskała krew.
Z zielonej trawy na rozległej polanie wystawały wielkie, porośnięte bujnym mchem głazy. Pomiędzy nimi radośnie skakały zielone króliczki w kolorowe plamki, maskujące je na tle wyrastających gęsto kwiatków.
Przez tą całą ukwieconą zieleń szła niska, żółta postać. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech. Opierał się na prostym, ostruganym z kory kijku, a na plecach niósł wielki plecak.
Lemonhope cieszył się życiem. Tysiąc lat wolności… Naprawdę dużo czasu na zwiedzanie świata. Jednak przez ostatnie dni coś go niepokoiło. Pojawiły się dziwne sny. Pełne różu i śmierci.
Zatrzymał się jak wryty widząc czarnowłosą postać siedzącą na skórzanym fotelu. Mężczyzna uśmiechał się szeroko, błyskając szpiczastymi zębami. Cytrynowy człowiek czuł jak spojrzenie obcego przeszywa jego duszę. Nie był w stanie się ruszyć, czy nawet wykrztusić słowa.
- "Jak tam wakacje przyjacielu?" - zapytał Veidrik - "Może już czas wrócić do domu?"
- "Kim jesteś?" - spytał Lemonhope, po czym cofnął się o krok. Tylko po to, żeby wylądować na skrzypiącym, drewnianym krześle.
- "To jest nieistotne. Moje istnienie jest anomalią. Nie musisz wiedzieć o mnie nic" - powiedział cierpliwie - "To wrócisz do domu?"
- "Miałem mieć tysiąc lat na podróże!" - jęknął chłopak.
- "Czas obudzić się z tego chłopięcego snu i stawić czoła mrocznej rzeczywistości przyjacielu…" - mruknął czarnowłosy.
- "Mrocznej?"
- "Nie pytaj…" - pokręcił głową - "Jesteś potrzebny. Wkrótce rozpęta się chaos…"
- "A co jak się nie zgodzę? Co jak pójdę w inną stronę? Jak pójdę dalej?" - dopytywał.
- "Z wielką przykrością będę musiał cię zabić…" - westchnął mężczyzna.
Cytryna przełknął głośno kwaśną ślinę. Powoli wstał i zwrócił się w stronę z której przyszedł. Rozpoczął śpieszny marsz.
- "Znam szybszą metodę podróżowania" - zaśmiał się Veidrik. Wybił się z fotela i z rozbiegu sprzedał Lemonhope'owi potężnego kopa.
Cytrynowy człowieczek nie zrobił jednak popisowego fikołka, ani nie zarył twarzą w grunt. Zmienił się za to w poruszającą się z wielką prędkością chmurę pyłu. Veidrik zasalutował mu szczerząc zęby.
- "Zabiłbyś go?" - zapytał pluszak.
- "Nie…" - mruknął mężczyzna - "Ale kopa w tyłek i tak by dostał…"
- "Co to właściwie jest?" - zapytała Marcelina stojąc przed wielkim, szklanym cylindrem, gdzieś głęboko w podziemiach laboratoriów Candy Kingdom.
W pojemniku, w gęstej przejrzystej cieczy unosił się nagi słodyczanin. Nie miał żadnych włosów i był dobrze zbudowany. Mięśnie rysowały się wyraźnie pod skórą w kolorze toffi.
- "Zaprojektowałam go jako superżołnierza. Silny, szybki, nieustraszony…" - wytłumaczyła królewna - "Setki takich miało zastąpić bananowych strażników. Ale potem był wypadek w laboratorium i łatwiej było przeszkolić strażników na gwardzistów niż rekonstruować formułę…" - westchnęła.
- "A nie mogłaś zrobić jej na podstawie tego typka?" - wampirzyca wskazała postać w wielkim słoju.
- "To tylko prototyp…" - pokręciła głową zbliżając się do urządzenia - "Co nie znaczy, że nie możemy go wykorzystać" - uśmiechnęła się przesuwając dźwignię. Gęsty płyn zaczął powoli spływać gdzieś w podłogę komory, a przymocowane do pleców słodyczanina kable i rury opuściły go na kolana.
- "Jako co?" - zapytała lekko zaniepokojona czarnowłosa.
- "Zabójcę!" - w oczach monarchini pojawiła się iskierka szaleństwa.
- "Zaczynasz mnie przerażać kochanie…" - Marcelina spojrzała na nią z powagą.
- "Dla dobra królestwa muszę zrobić wszystko co w mojej mocy" - Bonnie przytuliła wampirzycę - "Przepraszam…"
Chwilę później dało się słyszeć syk przesuwającej się, szklanej osłony i niewyraźny jęk. Nagi mężczyzna wyszedł powoli z komory. Słaniał się na nogach i jedną ręką usuwał resztki cieczy z oczu. Kiedy tylko uchylił powieki i zobaczył królewnę, uklęknął na jedno kolano i pokłonił głowę.
- "Pani…" - powiedział lekko chrapliwym głosem.
- "Był szkolony wirtualnie…" - Princess Bubblegum szepnęła do czarnowłosej - "Wstań" - rozkazała żołnierzowi - "Nazywasz się Toffiblade. Teraz udasz się do tamtego pomieszczenia…" - wskazała drzwi z kolorowymi oznaczeniami, znajdujące się kilka metrów od szklanego cylindra - "… umyjesz się i uzbroisz w pozostawiony tam ekwipunek. Potem przyjdziesz do sali tronowej odebrać rozkazy."
Toffiblade skinął głową, wstał i oddalił się świecąc tyłkiem.
Na wielkim, bazaltowym tronie, zdobionym obsydianem siedziała ognista królewna. Wydawała się być lekko znudzona, kiedy słuchała próśb poddanych, ale zawsze coś doradziła lub bezpośrednio pomogła. Raz po raz pytała o zdanie stojącego po jej prawicy zaufanego doradcę i osobistego ochroniarza - Cinnamon Buna. Słodyczanin przez cały czas dumnie wypinał odzianą w lśniącą, czerwoną zbroję pierś. Podejrzliwym wzrokiem wodził po czekających żywiołakach.
- "Lordzie Cynamonie!" - usłyszał swój oficjalny tytuł. Wołał go królewski kucharz - "Mógłby lordowska mość tutaj podejść?"
- "Zaraz wrócę królewno" - wojownik szepnął w stronę monarchini, po czym poszedł w jeden z ciemnych korytarzy odchodzących od sali tronowej. Już kilka metrów od wejścia ujrzał uśmiechającego się sztucznie stwora o ciele ostrej papryczki i w kucharskiej czapce na głowie. Nie zauważył, że jego oczy świecą delikatną zielenią - "Czego chcesz kucharzu?"
Nie otrzymał odpowiedzi. Szef kuchni osunął się bez życia na trachitowe płyty podłogi. Za nim stał czarnowłosy mężczyzna, który w wyciągniętej przed siebie ręce trzymał pluszaka przypominającego na pierwszy rzut oka jakiegoś smoka-pokurcza. Człowiek schował zabawkę i delikatnym ruchem ręki zmienił broń doradcy w pył.
- "Zaraz zobaczysz coś co zmieni twoje życie" - powiedział Veidrik szczerząc szpiczaste zęby. Szybkim ruchem odwrócił słodyczanina twarzą ku sali tronowej. Cinnamon Bun próbował się ruszyć, ale natrafił na boleśnie gryzącą w ciastowatą skórę czarną chmurę. Próbował coś powiedzieć, ale jakaś niewidzialna siła zamknęła mu usta.
Wtedy pomieszczenie przed nimi wypełniło się głośnym tupaniem i skrzypieniem. Tłum się rozstąpił ukazując bananową gwardię w ognioodpornych zbrojach. Na ich czele szła dostojnym krokiem Princess Bubblegum. Otaczał ją bąbel pola siłowego.
- "Czego tu chcesz Bubblegum?" - zapytała wrogo Flame Princess podnosząc się z tronu. W tym samym momencie dookoła pojawiła się straż. Płonące włócznie zostały skierowane w stronę przybyszów.
- "Nie przyszłam tutaj by rozmawiać" - odpowiedziała obojętnie królewna Candy Kingdom. Machnęła delikatnie ręką, a jeden z jej żołnierzy cisnął niewielki, obły przedmiot do wiszącej za tronem lampy, która więziła Flame Kinga i Don Johna. Obydwaj płomienni staruszkowie z przerażeniem cofnęli się pod ściany, ale niewiele im to dało. Ciemnoniebieski lód wypełnił oszkloną przestrzeń, szybko uciszając choćby najcichsze syczenie dogasających płomieni.
Na kolejny bezgłośny rozkaz królewny, gwardziści wystrzelili ze zmodyfikowanych karabinów do strażników. Tlące się zwłoki zaległy na andezytowej podłodze.
'Muszę coś zrobić!' - obiło się po mózgu Cinnamon Buna.
'Masz patrzeć' - usłyszał nieprzyjemny, lekko charczący głos w głowie - 'Gromadzić nienawiść i żal, które później przekujesz w siłę'.
Dwóch bananowych żołnierzy uwięziło Flame Princess w żelaznym uścisku. Bonnibel zbliżyła się do niej powolnym krokiem, wyciągając coś z jednej z licznych kieszeni przy pasku. Ognista widząc błyszczące, niebieskie ostrze w jej ręce zapłonęła wściekłością. Warstwy ochronnych materiałów na zbrojach trzymających ją gwardzistów zaczęły się marszczyć. Różowej temperatura nic nie robiła. Sprawnym ruchem wbiła ostrze w bok ofiary i odłamała rękojeść.
Ognista monarchini natychmiast się uspokoiła. Jęknęła słabo, a jej ciało zaczęło gasnąć. Kiedy bananowi puścili ją, upadła na kolana, a potem przewróciła się. Powoli zmieniła się w kupkę popiołu wysypującą się z królewskiej zbroi.
'Nie… to niemożliwe...' - jęknął w myślach były doradca obserwując odchodzący oddział słodyczan.
- "Czas, żebyś zaczął planować zemstę przyjacielu…" - mruknął smutno Veidrik oddalając się powoli korytarzem - "I lepiej szybko stąd znikaj. Zaraz to miejsce zgaśnie…"
Przy północnym wejściu do królestwa śluzu stało dwóch strażników. Opierali się o ulepiony z zielonych glutów posterunek graniczny. Ich włócznie były wbite w oślizgły grunt. Nudzili się do tego stopnia, że zaczęli rzucać do siebie piłeczką ze śluzu, która za każdym razem zostawiała za sobą w powietrzu ślad z zielonkawych kropelek.
Nie było w ich zachowaniu zresztą nic dziwnego. Nikt nie atakował Slime Kingdom. Zresztą po co? Po co komu śmierdzący, oślizgły kawałek podziemia, pod suchą jak pieprz, pełną prastarych śmieci pustynią? To królestwo nigdy nie zostało zaatakowane. I nikt nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie.
Plusk jaki wywołało lądowanie tajemniczej postaci był za cichy by zwrócić uwagę strażników. Wciąż niezauważony przemknął na drugą stronę granicy królestwa. Stanął nad bawiącymi się rzucając na nich cień. Żołnierze spojrzeli na niego ze strachem i poderwali się chwytając włócznie. Wycelowali broń w obcego.
- "K-kim jesteś i co robisz po tej stronie granicy?" - zapytał ściskający metal rękojeści granicznik.
Postać przekrzywiła lekko odzianą w maskę przeciwgazową głowę i odezwała się głosem takim samym jak przerażony żołnierz:
- "Niosę śmierć."
Jego następne ruchy ciężko było uchwycić wzrokiem. Oddalił się pozostawiając za sobą dwie kałuże pociętych szczątków.
Przechodząc obok dyskoteki cisnął przez okno granat zapalający. Jasne płomienie wystrzeliły ze wszystkich otworów budynku, wywołując paniczne okrzyki płonących żywcem ofiar. Wkrótce ściągnęli w to miejsce wszyscy strażnicy z królestwa. Tajemniczy wojownik przekrzywił głowę, po czym ruszył ku pałacowi.
Starszy Plops przechadzał się niedaleko wejścia. Był zaniepokojony tym co się właśnie działo w królestwie. Zastanawiał się skąd wziął się ogień. Nikt go tutaj nie używał z powodu wysokiej łatwopalności wielu gatunków śluzu.
- "Starszy Plopsie!" - usłyszał głos jednego z żołnierzy. Odwrócił się w tamtym kierunku, ale nic nie zobaczył.
- "Bob?" - zapytał lekko zaniepokojony staruszek - "Dlaczego nie poślizgałeś się z resztą?"
Niewyraźny cień uderzył go i przygwoździł do miękkiej ściany. Z głośników maski, która pojawiła się przed jego twarzą dobiegł znajomy głos. Jego własny głos.
- "Gdzie znajduje się królewna?"
- "N-nie mogę ci powiedzieć…" - wydukał.
Powietrze wypełnił słyszalny tylko dla śluzowców dźwięk. Z sufitu zaczęło kapać, ściany powoli spływały na podłogę, a uwięziony w silnym uścisku opancerzonych rąk zaczął się rozpływać.
- "Aaaaaa!" - wrzasnął z bólu - "Powiem! Powiem!" - zniknięciu dźwięku towarzyszyło pacnięcie wielkiej bryły gluta z sufitu o podłogę - "Jest w sali tronowej! Na końcu korytarza…" - jego głos drżał. Nie wydał żadnego dźwięku, kiedy zabójca wgniótł go w ścianę.
Slime Princess zachowała zimną krew widząc wchodzącego przez wielkie drzwi obcego w dziwnej zbroi.
- "Kim jesteś?" - zapytała - "I jak śmiesz tu wchodzić?"
- "Mę imię Toffiblade" - odpowiedział swoim głosem - "I nikt nie zabronił mi tu wejść" - zaśmiał się cicho. Śmiech zdawał się być odtwarzany z taśmy.
- "Po co tu przyszedłeś słodyczaninie?" - zapytała z pogardą.
- "Ta informacja nie będzie ci potrzebna" - odparł spokojnie.
- "Gwardziści!" - wrzasnęła królewna, a z przejść za jej tronem "wybiegły" uzbrojone w miecze śluzaki w zdobionych hełmach.
Wojownicy nie zdążyli się zbliżyć nawet na kilka metrów, bo Toffiblade rzucił na podłogę przed nimi niewielki głośniczek odtwarzający destrukcyjne fale dźwiękowe. Podłoga razem z atakującymi spłynęła piętro niżej.
Zabójca szybkim ruchem znalazł się tuż przy przerażonej monarchini. Pod wpływem niesłyszalnego dźwięku Slime Princess zlała się z siedziskiem. Krzyknęła z bólu, a potem ze strachu, widząc jak mężczyzna umieszcza tuż obok niej czarny, mrugający powoli przedmiot.
- "Żegnam… Nie zobaczymy się więcej" - powiedział oddalając się w stronę okna.
Kilka sekund później salę wypełniły płomienie.
Blargetha leżała na łożu w swej komnacie. Od próby ze sztucznym mężem odpuściła sobie próby przejęcia władzy. Choć nikt jej nie wierzył zmieniła się od tego czasu. Choć wciąż chciała władzy. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na stłumione przez żelowe ściany eksplozje i krzyki. Wciąż spoglądała w sufit, kiedy z ledwo słyszalnym szelestem ma parapecie jej okna zmaterializował się czarnowłosy mężczyzna.
- "Jak życie?" - zapytał uśmiechając się krzywo.
- "Jeśli przyszedłeś mnie zabić to się pośpiesz.. Mam już tego dość" - powiedziała obojętnym głosem.
- "Twoja siostra wyparowała" - mruknął - "Teraz twoja kolej."
- "Moja siostra… Co?!" - poderwała się z oślizgłej pościeli.
- "Twoja siostra zginęła. W zamachu. Jakieś…" - obejrzał podejrzliwie swój pusty nadgarstek - "…trzynaście minut temu…"
- "Czyli jestem królewną?!" - wykrzyknęła radośnie.
- "Jeszcze nie oficjalnie…" - spojrzał na nią z obrzydzeniem - "Nie żal ci siostry?"
- "Jestem królewną, jestem królewną, jestem królewną…" - podśpiewywała bujając się ze szczęścia.
- "Nieważne…" - pokręcił głową - "Jednak teraz na tobie spoczywa wielka odpowiedzialność… Musisz zbudować armię, która będzie w stanie obronić twoje królestwo. Musisz też umieć obronić siebie" - rzucił w nią zdobionym zielonymi kamieniami, lekko zardzewiałym hełmem - "To ci się przyda. Taka magiczna zabawka…" - powiedział i rozpłynął się w chmurę pyłu, która wyleciała za uchylone okno.
Gwałtowne pukanie do drzwi rozniosło się w nieruchomym powietrzu fortu na drzewie.
- "Pauza BMO…" - westchnęła Carroll podnosząc się z kanapy. Robocik posłusznie zatrzymał film i odwrócił się,odprowadzając kobietę wzrokiem.
Nimfa zeszła powoli po drabinie i otworzyła wejście. Za progiem stała grupa gwardzistów, którzy celowali do niej z karabinów. Zdobione zbroje lśniły w zachodzącym słońcu.
- "Carroll, życiowa towarzyszka bohatera Finna i była królewna Jeziora?" - zapytał banan, który nie trzymał broni. Ilość złota na jego pancerzu świadczyła, o tym, że jest tutaj dowódcą. Żywiołak kiwnął głową - "Z rozkazu Princess Bubblegum idziesz z nami."
Carroll rozejrzała się powoli po wojownikach. Coś tu było nie tak… Królewna była jej przyjaciółką i nigdy jej tak nie zaprosiła do pałacu. Tuzin uzbrojonych strażników? O nie… Coś tutaj zdecydowanie śmierdzi… Szybkim ruchem odskoczyła do tyłu padając na podłogę i zatrzaskując drzwi. Drewno zmieniło się w drzazgi pod gradem kul.
Nimfa szybko wspięła się po drabinie i podbiegła do stołu na którym siedział BMO. Słyszała jak piętro niżej do domu tupiąc pancernymi buciorami wchodzą gwardziści. Ściągnęła swoją ulubioną, za dużą pałatkę i przykryła nią robocika, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Nie przejmując się tym, że ma na sobie tylko majtki chwyciła swój trójząb i stanęła w gotowości.
Chwilę później w dziurze w pieńku, przez który przechodziła drabina, pojawiała się odziana w hełm głowa banana. Wojownik znieruchomiał na chwilę widząc kobietę w negliżu. To wystarczyło. Z metalicznym stuknięciem popękały rury w ścianach, a kilkaset litrów wody z wielką prędkością spłynęło w dół przejścia zmywając napastników. Przez szum wody dało się słyszeć bolesne jęki i skrzypienie giętego metalu.
- "Co się dzieje?" - zapytał ciekawie BMO wyplątując się spod wodoodpornego materiału - "Dlaczego nie masz na sobie ubrania?"
- "Nic takiego…" - odpowiedziała Carroll schodząc po drabinie - "Zostań tutaj, ja zaraz wrócę."
W części pomieszczenia na dole woda sięgała po kostki. Leżeli w niej gwardziści. Część nie żyła, kilku cicho jęczało, a dowódca siedział pod ścianą i oddychał ciężko. Dookoła pływały zmiażdżone kawałki bananowego miąższu.
Kobieta zbliżyła się do strażnika w złoconej zbroi i trójzębem ściągnęła jego hełm. Metalowa czapka odbiła się z metalicznym dźwiękiem od drewnianej ściany i wylądowała na jednej z kupek złotych monet zalegających w kątach pokoju.
- "Dlaczego po mnie przyszliście?" - zapytała nimfa przykładając słodyczaninowi szpic broni do czoła.
- "D...d...dostaliśmy taki rozkaz…" - wyjąkał nie mogąc się zdecydować czy gapić się na piersi "królewny jeziora", czy zezować na złoty szpic tuż nad jego oczami.
- "Jak on brzmiał?" - zapytała naciskając na rękojeść. W grubej skórce banana pojawiła się niewielka dziurka.
- "Jak co brzmiało?" - podjął w końcu decyzję i jak zahipnotyzowany wgapiał się w Carroll. Ból czoła szybko przywrócił go do przytomności - "Auuu! Ah rozkaz! Każda królewna w Candy Kingdom ma zostać pojmana, a w razie stawiania oporu, zabita!"
- "Skąd wiedzieliście, że je… że byłam królewną?" - zmarszczyła brwi.
- "Jest taki zapis w archiwach…" - uśmiechnął się głupio. I tak mu już zostało.
Nimfa zapierając się bosą stopą wyrwała trójząb i ruszyła na piętro. Na moment zniknęła w łazience, by przebrać się w coś… bardziej wyjściowego, po czym zaczęła się pakować.
- "Co się dzieje?" - zapytała konsolka szturchając ją malutkim palcem w łydkę.
- "Musimy uciekać BMO. Pakuj się" - odpowiedziała wrzucając do plecaka kilka butelek wody.
Robocik chwilę później wrócił z woreczkiem baterii na kijku. Na jego głowie leżał przyklejony taśmą kontroler.
- "Gdzie idziemy?" - zapytał z ciekawością BMO.
- "A masz pomysł gdzie moglibyśmy?" - Carroll narzuciła plecak na ramiona, a na jego szczycie posadziła konsolkę.
- "Nie" - zachichotało urządzenie chwytając się ucha torby.
- "W takim razie pójdziemy przed siebie…" - uśmiechnęła się smutno.
Ulicą Wildberry Kingdom szedł Toffiblade. W szkłach jego maski przeciwgazowej odbijało się poranne słońce. Owoce znikały mu sprzed oczu. Chodniki pustoszały, a zasłony w oknach opadały. W świeżym, pachnącym rosą powietrzu rozchodził się stuk podkutych buciorów o bruk.
Barykada skonstruowana przez strażników w poprzek głównej drogi nie zrobiła na nim wrażenia. Odbijające się od pancerza pociski również. Kiedy był kilkanaście metrów od ściany czerwono-białych blokad drogowych dobył przywieszonego do pasa pistoletu maszynowego z magazynkiem talerzowym. Strumień gorącego ołowiu skruszył drewniane konstrukcje i powalił owocowych wojowników. Ulica zabarwiła się na wszystkie kolory tęczy od soków pokonanych.
Pilnujący wrót również nie byli przeszkodą. Pozostawili po sobie tylko barwne zacieki na ścianach.
- "Królewno! Uciekaj!" - wrzasnęła truskawka z gwardii królewskiej na kilka sekund przed śmiercią.
Wildbery Princess dysząc ciężko dopadła ciężkich, metalowych drzwi. Zaczęły się powoli otwierać. Zbyt powoli. W korytarzu za nią zabrzmiały ciężkie kroki. Odwróciła się by ujrzeć ciemną sylwetkę. Pisnęła, a i pogubiła ze strachu jagody. Wtedy pojawiła się szansa. Królewna przecisnęła się przez szczelinę i nacisnęła przycisk odpowiadający za zamykanie wrót, po czym schowała się w wannie.
Ciche stuknięcie o metal tylko wzmogło jej strach. Zwinęła się w kłębek i zaczęła popłakiwać.
Głucha eksplozja wstrząsnęła pałacem. Duży, rozgrzany fragment drzwi uderzył o ścianę naprzeciwko. Przez dziurę wszedł zabójca. W opancerzonej dłoni ściskał prosty, długi miecz z zakrzywioną końcówką. Stanął nad wanną i uniósł ostrze.
- "Nie! Proszę!" - wyjęczała Malinka zasłaniając się rękoma - "Nie zabijaj mnie!"
- "A dlaczego nie?" - zapytał głosem królewny, po czym wbił broń w owocowe ciałko.
- "I co w końcu nowego zbudowałaś?" - zapytała wampirzyca lewitując tuż za różową królewną.
- "System zabezpieczający nasz piękny świat przed inwazją" - odpowiedziała z uśmiechem monarchini.
- "Mam nadzieję, że tym razem nie będzie to taki spalająco-wybuchający system…" - mruknęła czarnowłosa - "Ani świecący tyłkiem…"
- "Nie martw się" - zaśmiała się Bonnibel. Weszły do sporego pomieszczenia z olbrzymią maszyną. Tuż przed drzwiami stał panel kontrolny. Wielka, czerwona dźwignia aż kusiła by ja pociągnąć. Chyba dlatego była zabezpieczona łańcuchem i kłódką - "Ta maszyna raczej nikogo nie zabije. Ma uniemożliwić otwieranie portali do innych światów. Żadnych demonów, żadnych poszukiwaczy przygód, którzy chcą spełnić swoje marzenia, żadnych alternatywnych na i żadnych wizyt twojego taty."
- "Hmm… Czyli nie taka zła ta maszyna…" - Marcelina pokiwała z uznaniem głową - "Tylko mi nie tłumacz jak działa… I tak tego nie pojmę..." - zaśmiała się.
- "Chcesz to włączyć?" - spytała królewna otwierając kłódkę i zdejmując łańcuch.
- "Właściwie, to czemu nie…" - wampirzyca wzruszyła ramionami i zaczęła ciągnąć za dźwignię.
W tym momencie na korytarzu dało się słyszeć stukot butów. Ślizgając się na zakręcie, do pomieszczenia wpadł Peppermint Butler. Potknął się w progu i poleciał na zimne kafelki.
- "Nieee! Nie róbcie tego!" - wrzasnął z przerażeniem w głosie.
Było jednak za późno. Wajcha stuknęła o metalową powierzchnię panelu, a maszyna ożyła z głośnym buczeniem.
Lokaj krzyknął z bólu i zaczął się cały trząść. Kilka razy przeturlał się z boku na bok, po czym zesztywniał i zmienił się w proch.
Kobiety spojrzały na siebie z przerażeniem.
Samotny wędrowiec dobrnął do bram cytrynowego zamczyska. Krytycznym wzrokiem zmierzył olbrzymią, pordzewiałą kołatkę i pokręcił głową. Chwycił za końcówkę kija na którym się podpierał i z całej siły uderzył kilka razy w ciężkie odrzwia. Głuche echo rozniosło się po wnętrzu budowli. Głowa cytrynowego strażnika ukazała się w okienku nad bramą. Zaraz jednak zniknęła z głośnym westchnieniem niedowierzania. Wkrótce wrota powoli i z głośnym skrzypieniem stanęły otworem.
Za nimi zbierał się coraz większy tłum wygłodzonych i wynędzniałych ludzików. Goblinowaty stwór o żółtej skórze i w podartym, reprezentacyjnym mundurze upadł na kolana i zaczął całować podróżnika po stopach, gubiąc przy tym czapkę. Przez tłum przechodziło niewyraźne pomrukiwanie. Można było dosłyszeć tylko jedno, powtarzające się słowo: "Lemonhope". Wszystkie przepełnione nadzieją oczy wlepione były w niewysokiego przybysza.
- "Wróciłeś… Wróciłeś nas ocalić…" - mamrotał goblinopodobny nie przerywając składania pocałunków.
- "Dość" - powiedział Lemonhope chwytając go za ramiona i podnosząc od pionu - "Wstań przyjacielu."
Wszedł powoli przez bramę, na dziedziniec. Cytrynowi cofnęli się z szacunkiem. Niektórzy płakali ze szczęścia. Podróżnik rozejrzał się. To co zobaczył sprawiło, że wzdrygnął się, a jego dusza zapłakała.
Wszędzie sucha, ubita ziemia. Nędzne lepianki ze szmatami zamiast drzwi i ledwo kopcące się ogniska przed nimi. A dookoła niego cierpiący głód poddani Lemongraba.
Lemongraba, który właśnie najgłośniej jak się dało otworzył drzwi do pałacu. Stanął w majestatycznej pozie, w pięknym czarnym mundurze z czerwoną peleryną i w towarzystwie dwóch żołnierzy o takich samych kształtach jak on sam. Uzbrojonych w karabiny maszynowe wycelowane prosto w tłum. Proste, polowe uniformy w barwie stonowanej żółci niewiele różniły się kolorem od ich skóry.
- "Po co tu przyszedłeś synu marnotrawny?" - zapytał hrabia swym zabawnym głosem - "Przecież nie chciałeś władzy… Boisz się odpowiedzialności!"
- "Ktoś powiedział mi, że źle się dzieje" - powiedział Lemonhope - "I jak widzę nie mylił się."
- "Nic na to nie poradzisz" - uśmiechnął się kpiąco - "Oni zbyt się boją by zrobić cokolwiek."
- "Na tysiąc lat wolności też jest mała szansa" - powiedział głośno - "Ale spróbowałem i je otrzymałem. Zawsze warto próbować. Teraz chcę podzielić się moją wolnością z nimi" - szerokim gestem wskazał otaczający go tłum.
- "W takim razie niech wybiorą" - zaśmiał się złośliwie Lemongrab IV - "Co zrobicie moi drodzy poddani? Pozostaniecie w swej ojczyźnie, czy odejdziecie za tym grajkiem jak jakieś nędzne szczury?"
- "Kochani! Przyjaciele! Bracia…" - wykrzyknął podróżnik silnym, pewnym głosem - "Nie dajcie sobą pomiatać! Nie dajcie się uciskać! Pójdźcie ze mną! Dam wam wolność, jedzenie i przyszłość! Kogo wybierzecie?"
- "Decydujcie się. Nie mamy całego dnia" - hrabia wykonał dyskretny ruch dłonią. Sołdaci po jego bokach wymownie przeładowali karabiny.
Zgromadzeni z wyraźnym niepokojem zaczęli szeptać i spoglądać to na uzbrojonego jedynie w kij, flet i harfę Lemonhopa, to na czarne lufy wycelowanej w nich broni. Nie trwało to jednak długo. Nagle bowiem ktoś po prostu krzyknął. Krzyknął jedno proste słowo, które zmieniło przyszłość tego niewielkiego narodu.
- "Wolność!"
W tym momencie tłum się ożywił. Zaczęli wrzeszczeć radosne hasła i nie martwiąc się ani swoimi nędznymi dobytkami, ani parą uzbrojonych wojskowych podnieśli grajka na ręce. Wyłamali ciężkie wrota z zawiasów i odeszli w stronę lasów.
Hrabia Lemongrab IV poczerwieniał. Na widok jego wyrażającej czystą wściekłość twarzy żołnierze powoli się wycofali.
- "TOOO NIEAKCEPTOWALNEE!" - wrzasnął ze wszystkich sił. Gdzieś na wierzy pękła szyba.
